„Człowiek, którego będziemy nazywali Józefem Piłsudskim” | PP 179/2023

Wiosna 1923 roku była wyjątkowo zimna i deszczowa, nawet jak na warunki polskie. Początek astronomicznego lata nie przyniósł odmiany. Gwałtownie rosła jedynie temperatura życia politycznego. Pierwsze symptomy niezadowolenia społecznego nie miały jeszcze tak groźnego charakteru, jak niekończące się ulewy i wichury. Należało jednak spodziewać się eskalacji protestów, gdyż pełzająca dotychczas inflacja wzrastała z tygodnia na tydzień. Optymizmem nie napawała również sytuacja międzynarodowa Rzeczypospolitej. Wprawdzie mocarstwa uznały wreszcie jej wschodnią granicę, ale narastające między nimi różnice w traktowaniu Niemiec źle wróżyły stabilności ładu wersalskiego.

Zawiązanie 17 maja 1923 roku centrowo-prawicowej koalicji oznaczało, że dni powołanego wkrótce po zabójstwie Gabriela Narutowicza pozaparlamentarnego rządu gen. Władysława Sikorskiego są już policzone. Zdominowany przez nacjonalistów Chrześcijański Związek Jedności Narodowej dysponował w Sejmie największą liczbą posłów, ale dopiero mariaż z Polskim Stronnictwem Ludowym „Piast” pozwolił mu sięgnąć po władzę. Zaprzysiężony 28 maja gabinet Wincentego Witosa lewica uznała za realne zagrożenie dla zdobyczy socjalnych i politycznych polskiej demokracji. „Obecny rząd – grzmiał na robotniczym wiecu Adam Szczypiorski – ma być wstępem do rządów faszystowskich w Polsce”. Nie miał przy tym wątpliwości, że za obietnicę parcelacji 400 tysięcy morgów rocznie wójt z Wierzchosławic w istocie zdradził ideały ruch ludowego. Secesjonista z PSL „Piast” Jan Dąbski pytał z trybuny sejmowej nowego premiera, czy na pewno chce bronić konstytucji wspólnie z ugrupowaniem, które coraz jawniej dystansuje się od jej zasad, wraz z ludźmi odpowiedzialnymi za mord pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej. Nie doczekał się odpowiedzi.

W opinii publicystów narodowej demokracji pierwszy w dziejach II Rzeczypospolitej gabinet cieszący się poparciem większości polskich posłów w pełni zasługiwał na miano rządu przełomu i stabilizacji. Gazeta Warszawska triumfalnie obwieszczała: Dzisiejszy dzień otwiera nową erę w państwowym życiu Polski. Z łamów Rzeczypospolitej wtórował jej Stanisław Stroński przekonany, że zawiązany właśnie alians parlamentarny ma szanse dokonać przeobrażenia kraju na sposób zachodni, już nie na półrocza lub czterolecia, ale na długi okres dziejowy. Nie krył satysfakcji także Kurier Poznański, wszelako przypominał, iż walka z polipem który tysiącznymi mackami oblepił ziemię naszą i wysysał z niej krew serdeczną i zdrową w ciągu tych długich lat pięciu dopiero na dobre się rozpoczyna. Trzeba będzie – przestrzegał – przewietrzyć komnaty polskie, najściślejszej poddać dezynfekcji. Trzeba będzie pilnie śledzić każdy ruch, każde słowo, każde zjawisko w obozie lewicowym, w którym polip znajduje schronienie.

Na wieść o powierzeniu Witosowi teki premiera Józef Piłsudski opuścił swe lokum w Pałacu Saskim i przeniósł się do Sulejówka. Następnego dnia złożył dymisję z funkcji szefa Sztabu Generalnego. Mając na uwadze zbliżającą się wizytę rumuńskiej pary królewskiej, zachował wszakże stanowiska przewodniczącego Ścisłej Rady Wojennej i kanclerza kapituły Virtuti Militari. W tym charakterze odznaczyć miał Ferdynanda I wielką wstęgą orderu.

Dla nacjonalistycznej prasy dymisja Marszałka była kolejnym powodem do radości. Tym większym, że część jego zaufanych podkomendnych zamierzała w odruchu solidarności opuścić armię. Moment całkowitego oczyszczenie jej z „belwederczyków” nie wydawał się rzecznikom ChZJN wcale taki odległy. Kurier Poznański bawił czytelników słowami: Pakują się. Tak, pakują się nie na żarty. Pan Józef Piłsudski zdjął z siebie paradny mundur marszałkowski i stoi przed Polską w negliżu. A pantalony jego składa ostrożnie do walizy nieodłączny Pan Wieniawa-Długoszowski. Żeby historia znalazła je kiedyś niepomięte. Niebawem, już całkiem serio, gazeta obwieściła, że działania byłego Naczelnika Państwa zawsze kolidowały z interesem Polski. W innych dziennikach z upodobaniem roztrząsano, jak to możliwe, że cywil o miernych kwalifikacjach wojskowych i niestabilnej konstrukcji psychicznej zajmował przez dłuższy czas tak odpowiedzialne stanowisko. Nie wiadomo więc, czy nie roztrwonił on przeznaczonej na wojsko połowy budżetu państwa. Stroński, który jako jeden z nielicznych sygnował nazwiskiem własne teksty, nie odmówił sobie pouczenia, że Piłsudski zgodnie z prawem nigdy nie został mianowany Marszałkiem, a jedynie obwołany nim przez swych adherentów.

O zwolnienie z obowiązków wystąpił wtedy również profesor Szymon Askenazy, delegat RP przy Lidze Narodów. Świeżo upieczony minister spraw zagranicznych Marian Seyda (nie bez powodów uchodzący za prawą rękę Romana Dmowskiego) niezwłocznie przystał na to. Odczytano to jako zapowiedź politycznej i rasowej „czystki” w dyplomacji polskiej. Dymisja autora Księcia Józefa Poniatowskiego nie przykuła jednak na dłużej uwagi opinii publicznej, gdyż na dobre rozgorzał spór o rolę, jaką w przyszłości odgrywać ma w państwie Piłsudski.

Asumptem do niego stał się artykuł Armia bez Wodza, opublikowany 2 czerwca 1923 roku na pierwszej stronie Polski Zbrojnej, półoficjalnego organu Wojska Polskiego. Nie próbowano w nim odgadnąć motywów decyzji Marszałka. Stwierdzano jednak, że musiały być poważne, skoro podjął ją człowiek, który dał dowody tak bezprzykładnego patriotyzmu i znosił przez kilka lat z milczeniem kampanie oszczerstw i potwarzy. Pytano wreszcie: czy wolno jest wywoływać warunki pozbawiające armię wodza, który ją stworzył, do zwycięstwa poprowadził i jedyny w chwili najtrudniejszej poprowadzić może?.

Zwolennicy rządu zgodnie uznali tekst za zuchwały i występny wybryk. W pierwszym odruchu domagali się przykładnego ukarania redaktora naczelnego dziennika mjr. Remigiusza Kwiatkowskiego, zarzucając mu głoszenie niekonstytucyjnych poglądów. Szybko jednak za cel ataków obrali Piłsudskiego oraz stanowiące jego zaplecze polityczne „koterie peowiacko-socjalistyczne”. Obarczono Marszałka za wprowadzenie w 1918 roku lewicowej dyktatury udrapowanej w togę fałszywego patriotyzmu. Przez pięć lat gwałciła ona zasady prawa i za nic miała wolę narodu. „Wypracowano – konstatował publicysta Kuriera Poznańskiegometody kłócenia Polaków i fałszowania prawdy. Przede wszystkim jednak wytworzono system, mający wszystkie znamiona spisku przeciwko Polsce i Polakom. Idąc tym tropem, redakcja gazety uznała piłsudczyznę za ropiejący wrzód, który trzeba rozciąć szybko, nie odkładając na dni, ani na godziny. Mniej radykalne dzienniki zaklinały rzeczywistość utrzymując, że kariera polityczna Piłsudskiego właśnie dobiegła końca.

Poglądy demonstrowano nie tylko w prasie. Marszałek Sejmu Maciej Rataj zanotował 9 czerwca pro memoria: Zaczyna się terror piłsudczyków; policzkowanie przeciwników (Strońskiego na przykład). Spełniała się groźba, którą pół roku wcześniej wykrzyczał Naczelnik Państwa: My z I Brygady nie darowujemy, potrafimy w mordę bić. Podczas uroczystości wręczenia królowi Rumunii insygniów orderu Piłsudski odmówił podania ręki Seydzie. Nie wiadomo, czy wyłącznie z pobudek osobistych, czy także ze względu na rugi zarządzone w resorcie spraw zagranicznych. Pod naciskiem partyjnych przyjaciół znieważony minister odstąpił od zamiaru żądania satysfakcji. Sekundantów wysłał natomiast Marszałkowi gen. Stanisław Szeptycki. Podczas narady Ścisłej Rady Wojennej 28 czerwca Piłsudski oskarżył generała o oportunizm i obrzucił wyzwiskami. Dziesięć dni wcześniej nowo mianowany minister spraw wojskowych wydał rozkaz zakazujący żołnierzom w służbie czynnej angażowania się w życie polityczne. Piłsudski uznał, że nie wolno mu stawać w szranki z podkomendnym. Ostatecznie prezydent Stanisław Wojciechowski oficjalnie zakazał pojedynku.

Zaledwie kilka godzin po scysji ugrupowania centrowe wniosły pod obrady Sejmu projekt uchwały stwierdzającej, że Józef Piłsudski, jako Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz zasłużył się Narodowi. Wynik pierwszego głosowania (przez powstanie z miejsc) ChZJN uznał za niejednoznaczny i oprotestował. Dopiero skrupulatne liczenie głosów przyniosło rozstrzygnięcie. Za uczczeniem Marszałka opowiedziało się 162 posłów, głównie socjalistów i ludowców. Przeciwnych było 88 posłów, w miażdżącej większości narodowych demokratów, wspartych przez garstkę komunistów. Reprezentanci mniejszości narodowych powstrzymali się od ujawienia poglądu na sprawę.

3 lipca prezydent Rzeczypospolitej zwolnił Piłsudskiego z funkcji przewodniczącego Ścisłej Rady Wojennej, wyrażając zarazem podziękowanie za dotychczasową pracę na rzecz państwa. Współpracownicy Marszałka uznali, że wyrażą mu swą wdzięczność i upamiętnią moment rozstania z armią, urządzając uroczysty bankiet w stołecznym hotelu Bristol.

Miejsce wybrali z rozmysłem. Nie kierowało nimi wyłącznie pragnienie zapewnienia wydarzeniu stosownej oprawy. Wszak to właśnie tam w marcu 1917 roku Piłsudski obchodził imieniny. Nieco prześwietlona fotografia świadczy, że dobre dwa plutony legionistów oraz peowiaków bawiło się przy zastawionym stole niezgorzej. Kto by pomyślał, że kilka lat później niektórzy z nich będą nosili generalskie epolety, sprawowali urząd premiera, posła, ministra… Dokumentacja zdjęciowa bankietu w 1923 roku nie zachowała się (rozpowszechniana w internecie fotografia ilustruje inne wydarzenie). Przypuszczalnie organizatorzy uznali, iż w atmosferze politycznej nagonki nie należy jej sporządzać. Zdumiewająco nikłe, ograniczone zwykle do kilku zdań, reminiscencje z uroczystości odnaleźć można w kilku pamiętnikach. Poskąpił ich również Wacław Jędrzejewicz, późniejszy biograf Marszałka, choć twierdził, iż nawet po sześćdziesięciu latach pamięta każde wypowiedziane wtedy słowo, a nawet tembr głosu Piłsudskiego. Szczęśliwie przetrwały egzemplarze lewicowych gazet. Sympatyzujących z rządem Witosa dziennikarzy nikt nie zaprosił do Sali Malinowej hotelu, a im samym nawet nie postało w głowie, aby się w niej pojawić.

Z pierwszych doniesień wynikało, że do Bristolu przybyło około stu osób. Z czasem doliczono się ich drugie tyle. Lwia część legitymowała się oficerskimi stopniami zdobytymi jeszcze w Legionach. Dzienniki nie wymieniały wszak ich nazwisk (poza ubiegającym się o zwolnienie z armii ppłk. Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim), zapewne z obawy przed represjami. Wymowna była obecność członków pierwszych rządów II Rzeczypospolitej (m.in. Jędrzeja Moraczewskiego, Antoniego Ponikowskiego, Aleksandra Skrzyńskiego). Nie uchylili się od niej wysocy urzędnicy państwowi (m.in. Stanisław Car, Juliusz Łukasiewicz, Stanisław Stempowski). Dość licznej grupie lewicowych parlamentarzystów (w jej skład wchodzili m.in. Norbert Barlicki, Jan Dąbski, Mieczysław Niedziałkowski) przewodzili nestorzy ruchu ludowego (Bolesław Wysłouch) i socjalistycznego (Bolesław Limanowski). Przykuwali uwagę luminarze świata nauki (m.in. Marceli Handelsman, Ludwik Krzywicki, Leon Petrażycki), a także kultury (m.in. Gustaw Daniłowski, Jan Lechoń, Andrzej Strug).

Marszałek wszedł do Sali Malinowej punktualnie o dziewiątej wieczorem w szarej kurtce strzeleckiej, takiej samej jaką nosił w 1917 roku Bez słowa zajął miejsce w fotelu przy stole prezydialnym. Było to – wspominał po latach gen. Sławoj Składkowski – nagłym potężnym hasłem dla najbardziej ochoczych i najwaleczniejszych do przypuszczenia ataku na nęcące batalionowe stoły. Po napełnieniu (raz i drugi) kieliszków nastała pora przemówień, toastów i hołdów. Tak banalnych lub przesadnych, że nie nadawały się do zacytowania w prasie, tylko je omówiono. Piłsudski, poproszony o zabranie głosu, zwlekał z tym dłuższą chwilę. Stał w milczeniu przyglądając się zebranym, jakby czekał aż z Sali Malinowej ulotni się atmosfera żołnierskiej biesiady. Wreszcie przemówił, ze śpiewnym wileńskim akcentem. Jak zwykle z pamięci, nie zerkając nawet do notatek. Wypowiadał słowa z rozmysłem, gdy było trzeba dobitnie, a nawet z patosem. Nie wzbraniał się przed ujawnianiem emocji, ale też im zanadto nie folgował. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jego mowa trafi do annałów. Nie dlatego, że była pierwszą, jaką wygłosił po złamaniu założonej mu jesienią 1918 roku pieczęci milczenia, lecz również z powodu zawartej w niej wykładni procesu odbudowy polskiej państwowości, dla niepoznaki wyrażonej w formie politycznej spowiedzi.

Moi panowie! W listopadzie 1918 r. stał się wypadek bynajmniej nie historyczny, ale taki sobie zwykły. Mianowicie – z dworca wiedeńskiego, jak się to zawsze ze wszystkim teraz dzieje, przeszedł przez ulicę Marszałkowską itd. na ulicę Moniuszki człowiek, którego będziemy nazywali Józefem Piłsudskim. Szedł w tym mundurze, w jakim mnie panowie widzicie. Wracał, co prawda, z niezupełnie zwykłej podróży, wracał z Magdeburga. Historia zaczyna się później, historia niesłychana (…) Mianowicie – w przeciągu kilku dni, bez żadnych ze strony tego człowieka starań, bez żadnego podkupu, bez żadnych koncesji, czy to leśnych, czy jakichkolwiek innych, bez żadnych w ogóle i jakichkolwiek »legalnych«, że tak powiem rzeczy, stał się fakt najzupełniej niezwykły. Człowiek ten stał się dyktatorem. (…) Za jedną rzecz ten człowiek był witany, za jedną rzecz niezwykłość jego mogła być uznaną, za jedną rzecz, powtarzam, mógł on mieć prawo moralne do zajęcia tego stanowiska, za to, moi panowie, że nosił ten mundur, za to że był Komendantem I Brygady. Jedyną wartością, którą ludzie wówczas mieli, jedyna moralną siłą, która ludzi do posłuszeństwa zmuszała, jedyną moralną siłą, która miliony ludzi w ręce mu oddawała, był fakt, że był on Komendantem I Brygady i wracał z Magdeburga.

Równie łatwo uznać te słowa za przejaw słusznej dumy, jak i wybujałego egotyzmu. Wybór w tym przypadku determinują imponderabilia, a nie twarde argumenty. Bez wątpienia Piłsudski dał w nich wyraz niewzruszonego przekonania, że o odrodzeniu II Rzeczypospolitej przesądziła walka orężna, a nie antyszambrowanie w gmachach rządowych państw Ententy. Gotowość do ponoszenia największych ofiar – dowodził – dla milionów Polaków była wtedy rękojmią czystości intencji. Ta zaś stanowiła conditio sine qua non najpierw spontanicznej akceptacji jego dyktatorskiej władzy, a następnie usankcjonowania jej przez pospiesznie wyłoniony w wolnych wyborach parlament. Bez trudu można wywieść z tego twierdzenie: jedynie ci, którzy za ojczyznę krew przelewali mają prawo w niej rządzić. Zwykle krytyczny wobec rodaków tym razem Marszałek wysoko ocenił polityczną dojrzałość, jaką wykazali się u zarania niepodległości, na przekór posądzeniom o dziedziczenie po przodkach braku woli, skłonności do prywaty, kultu anarchii. Odporni na cud moralnego przeobrażenia okazali się wszakże zdeklarowani przeciwnicy wartości, którym hołdował. Nie zaniedbali oni żadnej okazji, aby podważyć jego pozycję w kraju i za granicą. Nie było takiej kalumnii, której nie odważyliby się na niego rzucić, od pospolitego złodziejstwa, po zdradę główną.

Był cień, który biegł koło mnie – to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle. (…) Czy na polu bitew, czy w spokojnej pracy w Belwederze, czy w pieszczotach dziecka – cień ten nieodstępny koło mnie ścigał mnie i prześladował. Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swą brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nieszczędzący mi niczego, co szczędzić trzeba – rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie; ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów – to obcego, to swego państwa, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie; ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nie-szczęścia, zwycięstwa i klęski.

Słuchacze w lot odgadli, jaką formację polityczną Marszałek miał na myśli. Wielu od razu uznało, że odmalowany przezeń ponury konterfekt odpowiada zarówno fizjonomii, jak i osobowość Stanisława Strońskiego, autora osławionego apelu Ciszej nad tą trumną! Nie o źródło metafory jednak Piłsudskiemu szło, lecz o napiętnowanie kampanii nienawiści, która doprowadziła do zamordowania Gabriela Narutowicza, pierwszego prezydenta odrodzonego państwa, a potem krzewiła się nadal, mimo zmiany głównego lokatora Belwederu. Z przejęciem wiosną 1923 roku steru rządów w Polsce przez ludzi mających niemały udział w rozpaleniu tej kampanii, pogodzić się nie mógł i nie chciał. Postanowił odejść z armii sam, aby nie dać im satysfakcji odebrania mu stanowiska. Przyznał, że wzdragał się na myśl, że kiedykolwiek miałby ich bronić przed wrogiem wewnętrznym lub zewnętrznym. Stwierdzeniem tym wiele ryzykował – jako żołnierz i jako obywatel. Najwyraźniej nie dbał o to. Nie ma przekonujących dowodów, że planował szybki powrót do życia publicznego. Na razie marzył mu się jedynie wielki, wielki odpoczynek, wystarczyła mu pamięć kolegów z I Brygady, którzy mu największe zaszczyty swą pracą dali.

Owacja, która wybuchła po zakończeniu przemówienia, zdawała się nie mieć końca. Komendancie! Nie odchodźcie! My z Wami! – krzyczeli najmłodsi, najbardziej zapalczywi, najmniej chcący zrozumieć decyzję – zapamiętał Składkowski. Reporter Kuriera Polskiego zauważył, że Piłsudski rozmawiał potem z uczestnikami bankietu z wesołym ożywieniem. Około północy opuścił Bristol. Oficerów, którzy żegnali go na Krakowskim Przedmieściu uprzedzono, że nie życzy sobie żadnych demonstracji.

O świcie pełny tekst mowy wygłoszonej w Sali Malinowej ukazał się w poczytnym Expressie Porannym. Inne dzienniki lewicy przytaczały lub omawiały jej zasadnicze wątki. Kurier Poranny orzekł, iż zabrzmiała ona jak pobudka do wielkiej walki politycznej. Jej ostrość i gorycz są same w sobie lepszym umotywowaniem usunięcia się z wojska, niż przytoczony w niej konkretny argument, który – jesteśmy pewni – nie wytrzymałby próby rzeczywistości. Dla Robotnika była dokumentem historycznym wielkiej wagi i zarazem doniosłym wydarzeniem politycznym. Za to chadecki Kurier Warszawski nawet o niej nie wspomniał. Lakoniczne informacje o przebiegu bankietu drukowały natomiast (choć nie na pierwszych stronach) nacjonalistyczne dzienniki. Pierwsze komentarze pojawiły się dopiero w ich popołudniowych wydaniach. Właściwie – stwierdzał w Rzeczypospolitej Adolf Nowaczyński – chciałoby się o tym nie pisać, co więcej należałoby o tym wszystkim nie pisać, zataić to, zamazać szybko i przejść nad tym do porządku dziennego. Ale to się nie da!.

Dla Juliusza Zdanowskiego, jednego z liderów narodowej demokracji, przemówienie w Bristolu było koronnym dowodem, że Piłsudski postradał zmysły. Z wojska występuje – zanotował w diariuszu – bo nie mógł się zgodzić z poczuciem, że jako żołnierz „tych Panów musiałby bronić”!!! Czyż wojsko rozumie ten „Pan” tylko jako obronę tego lub innego rządu?!. Przez kilka następnych dni nacjonalistyczna prasa wysuwała wobec Marszałka zarzut sprzeniewierzenia się żołnierskiej przysiędze równie często, jak oskarżenie o wprost niebotyczną megalomanię. To wydarzenie z rzędu zjawisk klinicznych – orzekł Kurier Poznański. Sprostowaniem wygłoszonych w Sali Malinowej półprawd i nieścisłości zajął się Stroński. Przesłanie jego analizy było przejrzyste: do istotnych dokonań politycznych narodu polskiego w ostatniej dekadzie Komendant I Brygady nie wniósł żadnego wkładu, w gruncie rzeczy stały się one faktem wbrew jego planom i działaniom. Publicysta zadbał też, aby kolejny numer „Rzeczypospolitej” otwierał materiał zatytułowany: Niemieckie życzenia dla p. Piłsudskiego. Lewicowe gazety z upodobaniem cytowały wyciągi z takich materiałów, pod tytułami w rodzaju Poruszenie wśród karłów z powodu mowy Naczelnika Narodu. Same trwały na stanowisku, że opinie wyrażone przez Marszałka były wprawdzie brutalne, ale jakże trafne i prawdziwe.

Z większym dystansem interpretowały monolog Piłsudskiego dzienniki związane z ugrupowaniami nie zaangażowanymi bezpośrednio w walkę o władzę. Syjonistyczny Nasz Przegląd po stwierdzeniu, że wystąpienie Marszałka zostało odczytane przez szerokie warstwy społeczeństwa jako wezwanie do walki z reakcją, nie zwlekał z diagnozą: Na tym polega wielka doniosłość publicznego wystąpienia człowieka o żelaznym i nieskazitelnym charakterze, który stał się sztandarem. Lecz jest to sztandar, na którym nie wypisano konkretnego i pozytywnego programu demokracji, opierającej rozbudowę państwa na ścisłej spójni wszystkich jej obywateli. O walorach artystycznych przemówienia z uznaniem wypowiadał się Stanisław Mackiewicz, redaktor naczelny Słowa – organu wileńskich konserwatystów-monarchistów. Nie sądził jednak, aby w jakikolwiek sposób wpłynęło ono na układ sił w parlamencie, czy też sytuację w armii. Co było przed mową – wyrokował – będzie i po mowie, poza tym nic się nie zmieniło. Wobec tego ostatnią mowę Marszałka Piłsudskiego ze względu na jej potężną formę raczej do historii literatury niż do politycznej historii polskiej odnieść należy.

Jeszcze pod końcem 1923 roku gabinet Witosa był już tylko ponurym wspomnieniem. Piłsudski wprawdzie nadal mieszkał w Sulejówku, ale bynajmniej nie zamierzał rezygnować z oddziaływania na polską politykę. II Rzeczypospolitą czekały teraz długie tygodnie śnieżyc i siarczystych mrozów.

Sławomir M. Nowinowski (1965) – badacz dziejów XX wieku Europy Środkowo-Wschodniej, profesor Historii Powszechnej Najnowszej Uniwersytetu Łódzkiego; autor m.in. „Polska w dyplomacji czechosłowackiej 1926 –1932” (2013), „ Jerzy Giedroyć w 1946 roku” (2018). Współautor wyboru i opracowania „Mam na Pana nowy zamach… Wybór korespondencji Jerzego Giedroycia z historykami i świadkami historii 1946 – 2000”, t. I–III (2019). Wraz z Rafałem Stobieckim zainicjował przedsięwzięcie Stowarzyszenia Instytut Literacki Kultura oraz Uniwersytetu Łódzkiego – serię książek „ JERZY GIEDROYC I…”.

Artykuł ukazał się w:
Przegląd Polityczny 179/2023

 

.

Skip to content