Geostrategia i geopolityka stały się na powrót ważne. „Jednobiegunowa chwila”, jak to celnie ujął Charles Krauthammer, amerykańskiej dominacji na świecie właśnie dobiega końca. A niekonwencjonalna, by tak rzec, druga administracja pod wodzą Donalda Trumpa, choć jeszcze daleka od zakończenia, jest przejawem i efektem dokonujących się zmian, choć też, przyznajmy, ich mocnym katalizatorem.
Hal Brands, redaktor monumentalnej wydanej też u nas pracy zbiorowej Twórcy nowoczesnej strategii. Od starożytności do ery cyfrowej, tym razem sięgnął do klasyków zachodniej myśli geopolitycznej. Pisząc Stulecie Eurazji odwołuje się przede wszystkim do dziedzictwa Halforda Mackindera, Alfreda T. Mahana i Nicholasa J. Spykmana. Od pierwszego z nich przejął pojęcie Eurazji jako punktu wyjścia do swoich własnych już rozważań na temat procesów, które ukształtowały współczesny świat. Autor wychodzi z głośnej kiedyś i ostatnio często przytaczanej formuły Mackindera, zgodnie z którą ten kto rządzi i dominuje nad Eurazją, ten rządzi światem. A Eurazja to przede wszystkim Rosja i Chiny, gdy patrzymy na mapę, a Chiny i Rosja, gdy patrzymy na dane i statystyki.
Do nich natomiast Brands dołącza – wzorem Zbigniewa Brzezińskiego a teraz wielu innych – także Iran, łącząc te podmioty w jeden sojusz, jak chce główny nurt amerykańskiej myśli strategicznej, mimo że w sensie stricte geostrategicznym, co dostrzega już coraz więcej autorów na świecie, czwartym podmiotem w tej układance stają się Indie, niby na skraju Eurazji, ale z wielkim potencjałem i mocą oddziaływania.
Amerykańska perspektywa
Brands jest Amerykaninem i z tej perspektywy patrzy na świat, co trudno mu wyrzucać. To podejście ma swoje zalety i wady. Niewątpliwa zaletą jego ambitnego przedsięwzięcia jest ukazanie perspektywy największego mocarstwa na globie. Wadą natomiast jest właśnie spojrzenie na świat tylko i wyłącznie z tamtej perspektywy, co nierzadko może zakłócać obraz i prowadzić do przerysowanych konstatacji, jak chociażby takiej, że stulecie Eurazji było stuleciem Ameryki, co autor formułuje jako jeden z dziesięciu wniosków końcowych.
Jest faktem, że Stany Zjednoczone Ameryki w XX stuleciu niebywale urosły i w jego końcówce, po rozpadzie ZSRR, stały się niekwestionowanym hegemonem. Dochodziły do tej roli stopniowo, począwszy od pierwszej wojny światowej. Po drugiej wojnie stały się natomiast ogromną potęgą gospodarczą, dając 45 procent światowego PKB tuż po jej zakończeniu. Przez cztery i pół dekady były jednak zmuszone dzielić się światem w ramach porządku zimnowojennego, bowiem ani ZSRR, ani Chińska Republika Ludowa (ChRL) po 1949 roku nie tylko nie były im podporządkowane, ale wręcz wrogie, czego dowodem były walki chińskich „sił ochotniczych” z Amerykanami podczas wojny koreańskiej (1950-53).
Dopiero kłótnia tych dwóch komunistycznych kolosów i ich walki na rzeką Ussuri w 1969 roku sprawiły, iż do ChRL udał się najpierw Henry Kissinger, a następne prezydent Richard Nixon. W stosunkach amerykańsko-chińskich przyszedł czas wzajemnego zaangażowania, trwający aż do pierwszej administracji Trumpa. Jak to wyjaśnia autor: partnerstwo chińsko-amerykańskie sprawiało, że Związek Radziecki znalazł się w kleszczach między dwoma dogadującymi się wrogami (…) uderzało w Związek Radziecki zarówno pod względem strategicznym, jak i ideologicznym.
Ostatecznie ówczesna wzajemna współpraca w zderzeniu z „imperium zła” przyniosła obu stronom oczekiwany skutek – w grudniu 1991 roku rozpadł się ZSRR. Na dodatek, jak to zauważył jeden z sowieckich generałów cytowany przez autora: nastąpiło to, że bez jednego wystrzału przegraliśmy trzecią wojnę światową. Jak wiemy z dzisiejszej, gorzkiej perspektywy, mając na uwadze Ukrainę (a wcześniej Czeczenię czy Gruzję) było to jednak twierdzenie na wyrost. Rozpad żadnego z Imperiów nie odbywa się bezboleśnie.
Pomogli Chińczykom
Jako jedyne supermocarstwo, Amerykanie postawili na globalizację, czyli otwarte rynki, także w sferze przepływów kapitałów i usług, nie tylko wymiany towarowej. Robili to jednak pamiętając o swoich interesach, stąd ich zapędy, by zamienić partnerów w „odpowiedzialnych interesariuszy”. W domniemaniu: wolne rynki miały służyć przede wszystkim im, bowiem z założenia premiują one największych i najbogatszych. Równocześnie postawili na forsowanie „demokratycznego pokoju”. Wyrachowana, oparta na twardym realizmie politycznym geopolityka miała utracić rację bytu. Na tych podstawach, korzystając ze swych hegemonistycznych prerogatyw, podyktowali światu, w tym pokomunistycznemu, dwa pakiety: neoliberalny, a więc mocno prorynkowy „konsensus z Waszyngtonu” (w Polsce „plan Balcerowicza”) oraz ideowo-polityczny, zwany demokracją liberalną. Oba przyjęły państwa byłego bloku wschodniego, z Federacją Rosyjską Borysa Jelcyna włącznie.

Jedynym większym podmiotem, który przeciwstawił się temu amerykańskiemu projektowi szerzenia demokratycznych wartości były Chiny. Amerykanie, co Brands w całym swoim mocno osadzonym w historii wywodzie eksponuje, zaczęli budować system dominacji oparty na demokratycznych wartościach (value-based order) tuż po 1945 roku, z planem Marschalla włącznie. Wtedy udało się to zrobić tylko na zachodniej półkuli. To plan Marshalla przyczynił się do odbudowy Europy, tchnął życie w zniszczony kontynent, ale zarazem narzucił własne wartości i styl życia, bowiem wraz z dolarami napłynęła tzw. miękka siła (soft power), a więc (masowa) kultura, z Coca Colą, fast foodami i McDonaldem oraz filmami z Hollywood i ich bohaterami.
Do rozpadu ZSRR i bloku wschodniego tak było w zachodniej części świata, bo za „żelazną kurtynę” docierało niewielu lub z oporami, choć, jak wiemy, docierało. Natomiast po upadku porządku zimnowojennego Amerykanie poszli na całość; tym bardziej że – jak twierdzili neoliberałowie – ich propozycja była ponoć bezalternatywna, a nawet – w sensie ideowym – jak chciał Francis Fukuyama – stanowiła „koniec historii”, albowiem liberalna demokracja miała stanowić ostatni przystanek na drodze do pełnego triumfu wolności i liberalizmu.
Chiny postawiły na inne rozwiązania, zachowały zręby ustrojowe i monopol władzy partii komunistycznej, a w sensie modelu rozwojowego poszły drogą azjatyckich, „gospodarczych tygrysów” (Singapur), łącząc mechanizmy rynkowe z państwowym interwencjonizmem i planowaniem. W tym sensie Stany Zjednoczone będące wówczas na samym szczycie globalnego oddziaływania nie panowały w pełni nad Eurazją. Wkrótce też miało się okazać, że świat jednobiegunowy, to rzeczywiście tylko chwila. Chiny otworzyły bowiem na świat swój ogromny i chłonny rynek.
W efekcie już pod koniec ubiegłego stulecia ChRL zamieniła się w światową taśmę produkcyjną – i zaczęła dostarczać światu, w tym USA, coraz więcej tanich towarów. Proces ten przyśpieszył jeszcze bardziej, gdy Amerykanie w grudniu 2001 roku, dokładnie wtedy gdy rozpoczęli misję wojskową w Afganistanie, zezwolili na udział Chin pracach Światowej Organizacji Handlu (WTO), co uwiarygodniło państwo (nadal przecież rządzone przez partię komunistyczną) jako solidnego, trzymającego się obowiązujących zasad partnera na globalnych rynkach. Dzięki temu w pierwszej dekadzie tego stulecia Chiny, do niedawna najludniejsze państwo świata (w 2023 roku straciły ten status na rzecz Indii) rosły w tempie dwucyfrowym, a ich gospodarka, szósta w sensie nominalnym u progu tego stulecia, w 2010 roku wyprzedziła Japonię i stałą się drugą na świecie, po USA.
Ten przełom był dla Chińczyków nie mniej ważny niż wejście do WTO, a potem wielki kryzys neoliberalizmu, począwszy od upadku Lehman Brothers we wrześniu 2008 roku. Władze w Pekinie, ośmielone wyprzedzeniem Japończyków, zawsze stanowiących dla nich ważny punkt odniesienia, zrozumiały bowiem, że jeśli nie popełnią większych błędów, to znajdą się na ścieżce do potęgi i znaczenia straconych dawno temu po „wojnach opiumowych” (1839-1860).
Ameryka przelicytowała
Tymczasem Amerykanie, po ataku terrorystycznym na World Trade Center (był to pierwszy atak na ich terytorium z zewnątrz w całej historii Stanów Zjednoczonych), zaangażowali się w „wojnę z terrorem”, czyli weszli w interweniowali zbrojnie najpierw w Afganistanie, a potem w Iraku, a równocześnie – w ślad za liberalnym determinizmem „końca historii” – usiłowali szerzyć porządek oparty na wartościach wszędzie tam, gdzie tylko się dało, od Afganistanu i Iraku, po Libię, Syrię czy Ukrainę. Był to zamiar ambitny, ale kosztowny. Noblista z dziedziny ekonomii Joseph E. Stiglitz koszty samej interwencji w Iraku szacuje na 3 biliony dolarów, natomiast koszty całej interwencji w Afganistanie do jej – niesławnego – końca w sierpniu 2021 roku amerykańskie think tanki szacują nawet na 8 bilionów dolarów, a więc mniej więcej osiem polskich rocznych PKB. Na ten gigantyczny rachunek nałożyło się jeszcze inne zjawisko, tym razem związane z przemianami społecznymi w samej Ameryce. Myślę tu o nadmiernym konsumpcjonizmie i pogłębiającym się zadłużaniu się u dostarczających tani towar Chińczyków oraz o szybko rosnących różnicach dochodowych, bowiem rynek, wbrew założeniom neoliberałów, wcale nie okazał się takim uczciwym regulatorem, co – dodajmy – tylko wzmocniło społeczny ferment.
Tym samym Amerykanie popadli w pułapkę dobrze kiedyś, bo już w 1988 roku, zdefiniowaną przez profesora z Uniwersytetu Yale, Paula Kennedy’ego, pułapkę zwaną „imperialnym przesytem” (imperial overstretch). Mówiąc najkrócej, wzięli na siebie zbyt wiele zobowiązań, a przy okazji nadmiernie się zadłużali (w chwili pisania tego tekstu skumulowany dług publiczny i prywatny w USA sięga aż 38 bln dolarów).
Tymczasem obok rosnących i kumulujących się długów na agendę coraz bardziej wchodziło inne istotne zjawisko, czyli rosnące rozwarstwienie dochodowe. Toteż nawet stroniący od radykalnych poglądów Hal Brands samokrytycznie przyznaje: „Ameryka przelicytowała”. A przy tym, co gorsze, pozwoliła rywalom, szczególnie Chinom, niebywale urosnąć, na co teraz zwraca uwagę wielu komentatorów na świecie. Brands ujmuje to zjawisko dosadnie: Nic z tego nie mogłoby dojść do skutku, gdyby Waszyngton nie włączył Rosji i Chin w obieg kwitnącej gospodarki światowej – i nie zapewnił im w ten sposób sił zdolnych do zaburzenia status quo.
W rezultacie rywale Zachodu rośli, a on sam zaczął popadać w tarapaty, co tak wyraziście odsłonił kryzys 2008 roku. Od tamtej pory zarówno w USA, jak też w Unii Europejskiej wyłoniły się rosnące w siłę nurty populistyczne. Viktor Orbán na Węgrzech już w lecie 2014 roku ogłosił, że buduje u siebie „demokrację nieliberalną”, za co dziś bywa chwalony przez ideowego sprzymierzeńca, czyli Donalda Trumpa. Dzieje się tak mimo tego, że Orbán zbudował na Węgrzech w istocie autokrację i od marca 2020 roku, to znaczy od początku pandemii, rządzi u siebie dekretami.
Chiny i Indie w fazie renesansu
Tymczasem mniej więcej od drugiej dekady XXI wieku, za cezurę można uznać rok 2008 na kłopoty i wewnętrzne podziały w świecie zachodnim nałożyło się drugie, kluczowe zjawisko dla rozważań na temat Eurazji, czyli przesuwanie się ośrodka siły (power shift) z Atlantyku na Pacyfik. Przesunięcie to wynika z szybkiego wzrostu – siły i znaczenia – Chin, za którymi od początku lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia nieco wolniej ale zdecydowanie zaczęły kroczyć Indie. W jednym, jak i drugim przypadku mamy do czynienia z podmiotami, które są „cywilizacjami ubranymi w szaty państwa” (Lucien W. Pye). I każde z nich znajdują się teraz w fazie renesansu lub co najmniej szybkiego wzrostu.
Chiny zajmują w rozważaniach Amerykanów, w tym Hala Brandsa, poczesne miejsce, choć – to też tamtejsza tradycja – znacznie mniej niż ZSRR i następnie Federacja Rosyjska. U Brandsa jest tak dlatego, że jego praca ma charakter historyczno-przeglądowy. Dotyczy w istocie całego XX wieku i tylko początków następnego, gdy najpierw Chiny, a za nimi, nieco powolniej Indie wkroczyły na światową scenę. Brands cytuje Mackindera, który ostrzegał już przed stuleciem, że gdyby terytorium chińskie było kiedykolwiek skutecznie zarządzane przez inną administrację, to „Chińczycy (…) mogliby się stać żółtym niebezpieczeństwem dla wolności świata”. Poczucie wielkiego potencjału Państwa Środka istniało więc od dawna, ale „skuteczne zrządzanie” pojawiło się tam dopiero w grudniu 1978 roku, od rozpoczęcia reform Deng Xiaopinga. Dokumentnie zmieniły one oblicze tego kraju – i zapewniły mu niebywały wzrost znaczenia. Albowiem od tamtej pory Chiny przeobraziły się z biednego państwa o poziomie życia wręcz subsaharyjskim w niekwestionowaną drugą potęgę na świecie, czemu praktycznie już nikt nie przeczy.
Nic więc dziwnego, że od pierwszej kadencji Trumpa, który nadał strategii wobec Chin charakter strategicznej rywalizacji, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w całym świecie zachodnim zaczęto mówić już nie tyle o żółtym, jak to było przed stuleciem, ile tym razem czerwonym, czy też autokratycznym niebezpieczeństwie.
W ksiażce Hala Brandsa skoncentrowanej na rywalizacji sowiecko-, a potem rosyjsko – amerykańskiej próżno szukać głębszych rozważań na temat Chin i ich ścieżki rozwojowej. Dopiero w drugiej części pracy, w rozdziale zatytułowanym Drugie stulecie Eurazji, czyli dotyczącym naszego wieku, jakże słusznie i z dużym geostrategicznym wyczuciem autor eksponuje nie datę rozpoczęcia pełnej rosyjskiej agresji na terytorium Ukrainy, lecz poprzedzający ją o niespełna trzy tygodnie wspólny chińsko-rosyjski komunikat z 4 lutego 2022 roku, w którego obaj sygnatariusze, Xi i Putin, przyrzekli sobie współpracę bez granic, a także pochód ramię w ramię przeciw opresyjnej hegemonii liberalnego świata.
Od tamtej pory mamy narastającą rywalizację, której nie zmieniła administracja Joe Bidena, bowiem polityka względem Chin, a po agresji na Ukrainie także wobec Rosji, została w niezwykle spolaryzowanych politycznie USA objęta konsensusem (bi-partisanship). Jak wiemy, zmiany – i to istotne, jak też trudne w chwili pisania tych słów do ostatecznej oceny – wprowadził do tej polityki Donald Trump podczas drugiej swojej kadencji. Jak również wiemy, zajmuje on wobec obu tych partnerów mocno ambiwalentne stanowisko, co napotyka oczywisty niepokój, a często wręcz wrogość liberalnych elit. Co z pomysłów Trumpa wyniknie, dopiero zobaczymy, ale wcale nie dziwią analizy, zgodnie z którymi wielkimi krokami podkopuje zarówno dotychczasowe Pax Americana, jak też, w nie mniejszym stopniu, zręby liberalnej demokracji.
Brands uchyla się od rozważań na ten temat, co więcej, praktycznie ignoruje też doświadczenia pierwszej kadencji Trumpa. Na próżno w jego pracy szukać uzasadnień czy wyjaśnień, czemu ten polityk ponownie do Białego Domu powrócił, a to zdaje się być kolejną ważną cezurą w opisywanych przezeń dziejach Eurazji. Albowiem dziś już nie obowiązuje cytowana przez Brandsa formuła, jaką wypowiadał Joe Biden, zgodnie z którą jesteśmy świadkami kolejnego wielkiego starcia między demokracją a autorytaryzmem, między wolnością a represją, między porządkiem opartym na zasadach a drugim wynikającym z brutalnej siły. Owszem, Brands ostrzega w końcowych partiach swojej książki, że znaczna część kreślonego przezeń obrazu to ponura wizja przyszłości, w której dominować będzie intensywna rywalizacja na każdym polu. Twierdzi tak, bo Chiny rosną, Rosja i Chiny (a na dodatek Iran) połączyły siły, a – kluczowa teraz – rywalizacja o prymat technologiczny rozgorzała na nowo.
W przypadku Chin Brands odnotowuje, co prawda, ich szybki rozwój technologiczny, ale ogranicza się do dziś już stereotypowych stwierdzeń, zgodnie z którymi przez dziesiątki lat podstawą strategii przemysłowej Chin były: kradzież własności intelektualnej, szpiegostwo przemysłowe, wymuszony transfer technologii i inne działania merkantylistyczne. Rzeczywiście, tak było – ale już nie jest, albowiem Chiny zbudowały własny ekosystem technologiczny i teraz to one zaczynają go bronić – przed Zachodem. Wyłania się na firmamencie zupełnie nowa jakość.
Autor dostrzega też wzrost znaczenia Tajwanu w polityce Chin, w tym, co rzadkie, cytuje – skądinąd znamienną – wypowiedź Donalda Trumpa z 2019 roku: Tajwan leży dwa kroki do Chin. W przypadku inwazji niczego nie możemy zrobić. Czy coś się od tamtej pory zmieniło? Szczególnie w sytuacji, gdy – jak pisze autor – Pekin w szybkim tempie przygotowuje się do walki? Co się stanie z Tajwanem i wokół niego, dopiero zobaczymy. Albowiem za drugiej, dalekiej jeszcze od zakończenia kadencji Trumpa porządek międzynarodowy wpadł w prawdziwe turbulencje z racji jego niekonwencjonalnych zachowań, ale też zmian strukturalnych, o których Brands, niestety, niewiele wspomina.
Na przykład Indie i ich wzrost są w jego narracji przykryte rozważaniami – też nie za bardzo rozbudowanymi – na temat Iranu i jego ścisłej współpracy z Chinami i Rosją. Pasuje to bowiem do dominującego nurtu amerykańskiej liberalnej narracji, zgodnie z którym demokracja ściera się z autokracją, a Iran wraz z Chinami i Rosją (czasami też Koreą Północną) razem tworzą – kiedyś – „oś zła”, a ostatnio, do drugiej kadencji Trumpa, „oś zawirowań” (axis of upheavel). Indie nie wpisują się w ten schemat, nawet pod rządami charyzmatycznego Narendry Modiego, więc u Brandsa jest tylko cytat z MacKindera z 1904 roku i stwierdzenie, potem praktyczne niczym niepoparte: Gdy powstawał tekst MacKindera, Indie były wielkie i biedne. Obecnie są wielkie i coraz dynamiczniej się rozwijają. To stanowczo za mało, podobnie jak inna, też zresztą nierozwinięta teza: Jak wykazała wojna w Ukrainie, porozumienie między Indiami i Stanami Zjednoczonymi nie będzie ani łatwe, ani szerokie. Po czym następuje cytat z wypowiedzi byłego szefa dyplomacji, a wcześniej ambasadora w Chinach, Vijay Gokhalego: Indie są zbyt duże, mają zbyt bogatą historię i tożsamość jako wspaniała cywilizacja, by mogły zostać do kogokolwiek doczepione.
Innymi słowy, Indie będą grały na siebie; tym bardziej, że na samym początku obecnego roku instytucje Bretton Woods, czyli Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy podały, iż właśnie wyprzedziły Japonię w PKB i stały się już czwartą gospodarką świata w sensie nominalnym. A ponieważ rosną w tempie siedmiu i więcej procent rocznie, za chwilę wyprzedzą też Niemcy i na koniec bieżącej dekady trzy największe gospodarki świata ustawia się w rzędzie: USA, Chiny, Indie. Co powinno dać dużo do myślenia nie tylko Amerykanom, ale też nam Europejczykom i nam w Polsce.
Rosja chce powrotu Imperium
Prawdziwym żywiołem autora jest – zgodnie z tradycją większości amerykańskich strategów – ZSRR i Rosja. To w istocie rzeczy drugi, po USA, główny bohater tej narracji. W tej sferze Brands porusza się najlepiej, jest najbardziej wnikliwy. W ocenie znaczeni Rosji sięga nie tylko do ojców geopolityki, ale też po cytaty z wypowiedzi całej palety amerykańskich strategów, od George Kennana i Deana Achesona, po Henry Kissingera i Zbigniewa Brzezińskiego. Naturalnie, sięga też do Rosjan, w tym do Aleksandra Dugina i jego tezy: Imperium eurazjatyckie zostanie zbudowane w oparciu o podstawową zasadę wspólnego wroga: odrzucenie idei transatlantyckiej i strategicznej kontroli Stanów Zjednoczonych oraz odmowę zgody na zdominowanie nas przez wartości liberalne.
Dugin to intelektualista i ideolog, natomiast Władimir Putin to twardy realista ze szkoły KGB. On też doszedł do wniosku, że wpływy amerykańskie sięgnęły zbyt daleko, więc połączył siły z – teraz o wiele silniejszymi – Chinami, no i w dwóch etapach, w 2014 i 2022 roku ruszył na Ukrainę. Ta „specjalna operacja wojskowa” mająca być blitzkriegiem, w chwili pisania tych słów trwa już cztery lata i jeszcze do końca nie wiadomo, czym ostatecznie się zakończy, przede wszystkim z racji wspominanej powyżej ambiwalencji Trumpa, reprezentującego przecież ciągle zdecydowanie najsilniejszy organizm militarny na globie.
Putin jednak wszelkich ambiwalencji zdaje się być pozbawiony. Chce powrotu Imperium, czyli pełnego podporządkowania zarówno Białorusi, jak Ukrainy, a może i więcej, jak też własnej dominacji, wraz z Chinami i Indiami, nad główną masa lądową na globie, zdefiniowaną kiedyś przez Mackindera jako Heartland. Czy mu się to uda, nie wiemy, jak też tego otwarcie nie chcemy, bowiem – zgodnie z doktryną Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego, na światowe salony wyniesioną przez Zbigniewa Brzezińskiego: Rosja bez Ukrainy to Rosja właściwa (Federacja Rosyjska), natomiast Rosja – ponownie – z Ukrainą, to Imperium, także na granicy pod Przemyślem. To nam się nie uśmiecha, ani w Warszawie, ani – jak się wydaje – w Berlinie, Paryżu czy Londynie.
Czy jednak uda nam się po wojnie ukraińskiej ułożyć nowy ład w miarę stabilny, jak poprzedni? Tamten, zimnowojenny, przetrwał bez wielkiej wojny (choć były różne lokalne, jak w Korei czy Wietnamie), bowiem opierał się na doktrynie MAD, czyli obawie przed wzajemną destrukcją, co wspomina Brands, pisząc: Od samego początku większość amerykańskich polityków uważała wojnę nuklearną za absurd. Teraz też, jak dotąd, Władimir Putin, naciskany przez Zachód, ale chyba i Chińczyków, nie sięgnął po ładunki jądrowe, choć po przenoszącą takie ładunki balistyczna rakietę hipersoniczną Oriesznik już tak. Czy zdecyduje się na coś więcej? Nie wiemy. Wiemy natomiast, że nie chce skończyć wojny ukraińskiej, uważając, że ją militarnie wygrywa.
Co z tego wyniknie?
Książka Brandsa to prawdziwe kompendium wiedzy historycznej. Jest to wykład solidny, przede wszystkim skoncentrowany na rywalizacji amerykańsko-rosyjskiej, bo taki był XX wiek, opis strategicznych wyborów i rywalizacji o światowy prymat, w ostatniej dekadzie tamtego stulecia zakończonej absolutnym zwycięstwem USA. Rozważania na temat obecnego wieku są już w tej pracy nazbyt szkicowe i nie pozbawione mankamentów. Wzrost roli światowego Południa, w dużej mierze antyzachodniego, jest w tym tomie ledwie wzmiankowany, podobnie jak rola Indii. Chiny, owszem, są dla autora punktem odniesienia, ale też są widziane niemal wyłącznie z perspektywy amerykańskiej, bez głębszej analizy stale zmieniającego się i rosnącego znaczenia Pekinu.
W istocie rzeczy mamy więc przed sobą pracę amerykańską, napisaną przez Amerykanina i stanowiącą odzwierciedlenie jego poglądów, na dodatek ulokowanych w liberalnym nurcie głównym, który teraz na naszych oczach ulega erozji. Tego ostatniego zjawiska autor w ogóle nie wychwycił. Nie wyczuł też zagrożeń stąd płynących, a przecież pisał ten tekst po doświadczeniach pierwszej kadencji Donalda Trumpa, gdy światła ostrzegawcze już się zapaliły, tak w USA jak na niemal całym Zachodzie.
Mamy więc zupełnie nową sytuację. Do niedawna tkwiliśmy w „geopolitycznej drzemce”, uwierzyliśmy, że Stany Zjednoczone Ameryki są gwarantem porządku, wolności i bezpieczeństwa. Dziś już tak nie jest. Dotąd liczyliśmy na to, że Waszyngton w ostatecznym rozrachunku zawsze będzie stał po stronie Zachodu i liberalnych wolności. Hollywood, popkultura, wysokie technologie i obietnica lepszego jutra działały na nas niczym uspokajająca kołysanka.
Obecnie żyjemy w zupełnie innym świecie. Nagle zbudzono nas z geopolitycznego letargu i zaproponowano zupełnie nową agendę: język siły, ultimatum, a nawet interwencji militarnych. W tym świecie Europa (UE), także Polska, przyzwyczajona do amerykańskiego parasola bezpieczeństwa, budzi się w nowych realiach, w ramach których dotychczasowe supermocarstwo, nasz sojusznik i gwarant bezpieczeństwa zamienia się w konkurenta. Oby nie w oponenta.
Nowy ład światowy, który wyłoni się z obecnego chaosu pozostaje trudny do wyobrażenia. Nie będzie to jednak ład zdominowany przez Zachód, a to jest nowość, którą Brands jedynie sygnalizuje, a co staje się coraz bardziej oczywiste w świetle wydarzeń, jakie miały i mają miejsce już po napisaniu swej pracy. Odradzają się na naszych oczach Imperia – chińskie i indyjskie, tego samego chce Rosja. I jest Ameryka Trumpa szermująca nieliberalnymi hasłami. Witamy w świecie siły i bezkompromisowej walki o wpływy! A czy z tego zawirowania wyłoni się nowy koncert mocarstw, czy wprost przeciwnie, zdominuje nas kakofonia, dopiero Historia pokaże.
Bogdan Góralczyk – politolog i sinolog, profesor w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego. Ostatnio opublikował „Nowy Długi Marsz. Chiny ery Xi Jinpinga” (2022), „Zmierzch i blask. Notes z Bangkoku” (2024).

