Koronacje | Dariusz Filar

Polityka nigdy nie zaprzątała nadmiernie mojej uwagi. Po dziadku i ojcu odziedziczyłem głęboką niechęć do politycznego tworu jakim była Polska Rzeczpospolita Ludowa, niesuwerennego państwa nonszalancko nazywanego PRL-em, ale nie zaprzątałem sobie głowy rozważaniami o obaleniu, przeobrażeniu czy choćby tylko umiarkowanej naprawie jego ustroju. Byłem skłonny odnosić się do niego jak do klimatu – w pewnych obszarach świata jest on łagodny i sprzyjający rozwojowi, a w innych surowy i utrudniający egzystencję. Klimatu nie da się zmienić, więc rozsądek dyktuje przystosowanie się do niego. Wielkie polityczne wstrząsy, które miały miejsce już za mojego dorosłego, świadomego życia, traktowałem jak daremny protest zdesperowanych ludzi przeciwko zbyt obfitemu opadowi śniegu albo suszy spowodowanej przez upały. Wiedziałem, że protestujący są prześladowani, więzieni, katowani i mordowani, całym sercem byłem po ich stronie i współczułem im, ale nie zamierzałem przyłączać się do nich. Przed samym sobą nie mogłem ukryć, że powoduje mną pospolity strach. Samo wyobrażenie sobie, że mógłbym znaleźć się na „ścieżce zdrowia”, między dwoma rzędami uzbrojonych w pałki milicyjnych osiłków, którzy nie tylko sprawiliby mi doraźny ból, ale również nieodwracalnie zniszczyliby moje zdrowie, tłumiło we mnie najmniejsze zarzewie buntu. Nie byłem może aż tak cyniczny jak pewien mój znajomy, zaangażowany członek PZPR, który zwykł mówić, że w kraju, w którym są bijący i bici, on najbardziej sobie ceni wygodne miejsce za plecami bijących. Ale przecież i ja w ramach PRL-u szukałem dla siebie takich zakątków, które dawałyby schronienie i nie dopuszczały, by zły, wrogi klimat bezpośrednio mnie dosięgnął.

Nadszedł jednak moment, gdy porzekadło ostrzegające, że nawet jeśli ty nie interesujesz się polityką, to ona i tak prędzej czy później zainteresuje się tobą, sprawdziło się i wobec mojej osoby. Stało się tak pod koniec sierpnia 1980 roku. Fala okupacyjnych strajków ogarnęła już wówczas cały kraj, robotnicy dniem i nocą nie opuszczali swoich miejsc pracy oczekując rozstrzygnięcia negocjacji prowadzonych z rządzącymi. W takich politycznych okolicznościach pojawił się na progu mojego mieszkania Janek, z którym chodziliśmy do tej samej klasy jeszcze w szkole podstawowej, a później utrzymywaliśmy kontakty może niezbyt bliskie, ale przecież pozwalające wzajemnie nie stracić siebie z oczu. Wiedziałem, że został inżynierem i podjął pracę w zatrudniającej tysiące ludzi fabryce. I przyszedł do mnie właśnie jako przedstawiciel jej załogi.

– Oczywiście wiesz, co się dzieje – powiedział – A ty z twoim talentem malarza bardzo byś się teraz przydał. Ludzie pozdejmowali ze ścian wszystkie te portrety Lenina i obrazy z krasnoarmiejcami rozwalającymi hitlerowskie czołgi czy górnikami fedrującymi węgiel, pozrywali czerwone transparenty, na których drukowanymi literami wypisane były slogany sławiące socjalizm i partię. I w to miejsce trzeba dać im coś, z czym mogliby się identyfikować, co podbudowałoby im nastrój. Potrafiłbyś chyba namalować parę takich plakatów …

Z początku ostrożnie mu odmówiłem. Wcale nie miałem pewności, czy mogę mu ufać. Nie byłem nikim aż tak ważnym, by Służba Bezpieczeństwa miała przeprowadzać prowokację wymierzoną specjalnie we mnie, ale mogłem być wabiony do jakiejś większej pajęczej sieci esbeków. Powiedziałem, że taka agitacyjna grafika to nie moja bajka, a na dodatek nie wiem, czy będę umiał się emocjonalnie odnaleźć wśród strajkujących. Jednak Janek okazał się uparty. Nie przestał mnie przekonywać i następnego dnia rano razem przekroczyliśmy bramę jego zakładu pracy.

Od pierwszej chwili doznałem uczucia, że znalazłem się w środku nowej rzeczywistości, zupełnie odmiennej od tej, jaka panowała w mieście. Tam oczekiwanie na rozwój wydarzeń podszyte było głębokim niepokojem, przebiegało w ciszy, bo ulice, na których ustał ruch tramwajów i znacznie zmniejszyła się liczba samochodów, wydawały się niemal wymarłe. Ludzie niechętnie opuszczali mieszkania, a jeśli już to robili, to przemykali się szybko z pochylonymi głowami, by załatwić najpilniejsze sprawy. Wewnątrz strajkującego zakładu tętniło życie. Na każdym kroku napotykało się grupki żywo dyskutujących ludzi, inni skupiali się wokół tranzystorowych radyjek, by nasłuchiwać najnowszych wiadomości, aktorzy, którzy ściągnęli tutaj po próbie w pobliskim teatrze, recytowali patriotyczne wiersze, nieco dalej ktoś śpiewał akompaniując sobie na gitarze, na nakrytych szarym, pakowym papierem stołach bochenki chleba krojono na niezliczone pajdy i każdy mógł po nie sięgnąć, z drukarni wynoszono paczki ulotek i niewielką ich część natychmiast rozdawano na miejscu, a większość przerzucano na drugą stronę muru ogradzającego zakład. Janek zaprowadził mnie do sporej hali nazywanej malarnią. Rzeczywiście stały tutaj bańki z farbami, a w powietrzu unosił się intensywny zapach rozpuszczalników.

– Czy może pan namalować dużego orła w koronie? – zapytał chłopak w poplamionym farbami kombinezonie, który zdawał się kierować prowadzonymi tutaj pracami – Naprawdę dużego, bo chcemy go wywiesić wysoko na murze, tak, żeby był widoczny od strony ulicy.

„Korona? Korona?! Korona …” – pomyślałem czując ogarniające mnie wątpliwości. Nie miałem pojęcia o heraldyce, w mojej pamięci tkwił tylko jakiś strzęp informacji o tym, że legioniści Piłsudskiego nosili orzełki bez korony, a takie godło, o jakie właśnie chyba mnie proszono, powstało dopiero po odzyskaniu niepodległości. Ale jaka właściwie ta korona była? W kształcie czepca zwieńczonego krzyżem? Czy raczej w postaci otwartego kielicha o brzegach w formie liści akantu albo kwiatów lilii? A może jeszcze jakaś inna?

Podzieliłem się tymi wątpliwościami z moim rozmówcą. W pierwszym momencie wydał się zakłopotany, ale zaraz potem jego twarz rozjaśnił uśmiech człowieka, który znalazł rozwiązanie. Z kieszeni kombinezonu wydobył talię zużytych, zmechaconych i zatłuszczonych kart do gry. Szybko je przetasował.

– Korona to korona! – oświadczył zdecydowanie – Niech pan namaluje taką, jaką ma na głowie ten król kier.  Myśli pan, że ktoś będzie sobie zawracał głowę takimi szczególikami?

Dostałem arkusz grubej sklejki o wymiarach dwa na półtora metra, kilka puszek z lakierami do drewna i pęk nieużywanych pędzli. Wzorując się na awersie monety 50-złotowej, której rewers zdobił portret Mieszka I, a także na wręczonej mi karcie z królem kier, stolarskim ołówkiem nakreśliłem zarys wielkiego ptaka. Najpierw białym lakierem wyobraziłem jego upierzenie. Z czerwonym lakierem, którym pokryłem brzegi tarczy i resztę tła, też nie miałem większego problemu; okazał się zbliżony do barwy zabielonej śmietaną zupy pomidorowej, ale wziąwszy pod uwagę przeznaczenie malowidła, raczej nie stanowiło dyskwalifikującej wady. Najgorzej poszło mi z dziobem, szponami i wreszcie koroną. Powinny być złote, ale dostępna farba była jedynie jasnożółta; w zestawieniu z bielą i jasną czerwienią stawała się bardzo słabo widoczna. A kiedy próbowałem ją przyciemnić dodając nieco czerni, niebezpiecznie przesuwała się w stronę brązu. Ostatecznie przyszedł mi do głowy pomysł, by pola, które powinny wyglądać na złote, po zamalowaniu na jasnożółto obwieść wyraźnym czarnym konturem. To, co wyszło, nie było arcydziełem, zwłaszcza szpony wyglądały dosyć przerażająco.  Ale moi zleceniodawcy byli zachwyceni. Im bliższy byłem ukończenia pracy, tym większa grupa strajkujących stała za moimi plecami. A gdy po ostatnim pociągnięciu pędzlem cofnąłem się o kilka kroków, by jednym spojrzeniem ogarnąć całość, usłyszałem brawa. Poczułem się tak samo jak przed laty w szkole podstawowej, gdy moja klasa zaniosła nauczycielce moją kopię reliefu z góralskiego piórnika. Kolejny krąg ludzi dostrzegł we mnie artystę i obdarzył podziwem mój talent.

W latach, które nadeszły później, nie zdarzało mi się zbyt często powracać myślami do moich politycznych przygód. Właściwie tylko raz, dobre ćwierć wieku po przełomowym czerwcu, zupełnie nieoczekiwanie i z wielką siłą przyszło do mnie wspomnienie o chwilach dawniejszych. Wyraziście ukazał mi się wtedy ten dzień, w którym na prośbę strajkujących malowałem ukoronowanego orła, a wzór królewskiego insygnium brałem z karty do gry wyobrażającej króla kier.  Ten powrót do przeszłości nastąpił, gdy jechałem samochodem jedną z bardziej uczęszczanych krajowych dróg i spostrzegłem ustawiony na jej poboczu olbrzymi bilbord. Przedstawiał wizerunek uderzająco podobny do tego, jaki przed laty mogłem oglądać na wyciągniętej z talii i wręczonej mi karcie.  Tak jak tamten miał poprzez najprostsze, z lekka podszyte kiczem skojarzenia wywoływać u patrzącego przekonanie, że ma do czynienia z królem. Władcze spojrzenie realistycznie namalowanego mężczyzny skierowane było na przejeżdżających. Nosił złotą, wysadzaną drogimi kamieniami koronę. Jego twarz zdobiła obfita, ciemna broda, a zadbane loki spływały na okryte purpurowym płaszczem ramiona. Lewa ręka dzierżyła berło, a na serdecznym palcu prawej widniał wielki pierścień. Kilka kilometrów dalej trafiłem na identyczny bilbord. A potem na jeszcze jeden. Łańcuch wspomnień sprawił, że dopatrzyłem się w tym akcji reklamowej jakiegoś wielkiego producenta kart do gry – londyńskiego Smythsona, wiedeńskiego Piatnika albo Fourniera z baskijskiej Alavy – który postanowił umocnić swoją pozycję na polskim rynku. I pewnie pozostałbym przy takim przekonaniu, gdyby ktoś nie uświadomił mnie, że całkowicie się mylę.

– Nie słyszałeś? – zdziwił się – Powstał ruch, który dąży do intronizacji Jezusa na króla Polski, a te bilbordy mają spopularyzować ideę i pozyskać większą liczbę sojuszników. Jak ktoś chce, to może nawet sprawić sobie taki długi płaszcz czy pelerynę, do kostek, czerwony, na plecach ozdobiony wizerunkiem podobnym do tego na bilbordach …

I tak karciany król kier połączył w moich myślach złote korony na głowie polskiego orła i na skroniach Jezusa. Nie byłem pewien czy to połączenie bardziej mnie śmieszy czy zasmuca.

 

 

Dariusz Filar – profesor ekonomii, współzałożyciel i stały współpracownik „Przeglądu Politycznego”. Autor monografii „Między zieloną wyspą a dryfującą krą. Gospodarka Polski w latach 2007–2015” oraz „Na błędnym kursie. Polityka i gospodarka Polski w latach 2015-2020”, a także pracy „Na mieliźnie. Gospodarka Polski w latach 2020 – 2022 (z polityką w tle)”. Wydał również powieści: „Szklanki żydowskiej krwi” oraz „Zmiana czasu w Berlinie”. Powyższy tekst to fragment nowej powieści  „Pusta sztaluga”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Arche.

 

Skip to content