Z kim do wolności | Krzysztof Czyżewski (PP 197/2026)

Stając w obliczu wyzwania, które nas przerasta, pytamy: „Z czym do ludzi?”. W domyśle słyszymy ironiczne: Kim ty jesteś? Spójrz na siebie! Co ty sobie wyobrażasz? Ogarnij się! Rozejrzyj się dookoła! Bądź realistą!

Trzeźwo patrząc, wolność nas przerasta. Niezliczone są źródła i moce zniewalające człowieka, od genów i przypadkowości narodzin, po nieuchronność śmierci. To samo dotyczy bytu zbiorowego – dziedzicząc odwieczne pragnienie życia w wolnym społeczeństwie, potrafimy jedynie w mniejszym lub większym stopniu ograniczać represyjny aparat władzy i wzajemnych uzależnień.

Tęsknimy do wolności. Niepoprawni utopiści, choć wierzący w wolnościowy ideał i świadomi, że jest nieosiągalny, wciąż ku niemu zmierzamy. Żyjemy idąc ku wolności, rezygnując z tego dążenia – wyczekujemy śmierci jak oswobodziciela.

Walcząc w imię wolności, po drodze zdobywamy różne jej przyczółki: bycia sobą, miłości, wolnego słowa, indywidualnej niezależności, państwowej suwerenności, postawy obywatelskiej, spontanicznego bycia w świecie, wreszcie spojrzenia śmierci w twarz bez lęku. Zapytani „Z czym do wolności?”, w zanadrzu mamy opowieść o swoich zdobyczach, mówimy z dumą: wreszcie nikt nie będzie za mnie decydował, jak mam żyć i kogo kochać; wywalczyliśmy niepodległość; wyemancypowałam się z patriarchatu; nie ma wolności bez solidarności.

Jednocześnie wiemy, że zdobycze te nigdy nie są ostateczne. Nie tylko dlatego, że są nietrwałe i wymagające ciągłego starania. W ciągu naszego życia zmienia się świat, a my razem z nim. Pokonany w imię wolności kolonizator, okupant, przemocowiec czy faszysta, może stanąć przed nami w nowym przebraniu i okazać się diabelsko przebiegły w wykorzystaniu dla nowych form zniewolenia demokracji, indywidualizmu, wolności słowa, miłości ojczyzny czy zasobów naturalnych ziemi, za nic mając prawo międzynarodowe czy po-katastroficzne zobowiązania moralne w rodzaju „nigdy więcej”. Rzucone nam ponownie w twarz szyderczo-prześmiewcze „Z czym do wolności?” sprawia, że zaczynamy szukać nowych odpowiedzi, rozumiejąc, że powrót do dawnych przyczółków wolności okazuje się niewystarczający, by nie powiedzieć niemożliwy, gdyż zostały one nie tyle zniszczone, ile zawłaszczone.

Szukając nowych imion wolności, pytam: „Z kim do wolności?”. Przyrodzoną słabość kolokwialnego zwrotu „Z czym do ludzi”, wskazującą na moje niedowartościowanie, niższość i podległość, przemieniam w słowa mocy, egzystencjalnego namysłu i wysokiej stawki, na szali której jest wolność. Przemiany tej dokonuję, rezygnując ze słów „z czym” odnoszących się do bagażu moich wolnościowych zdobyczy. W to miejsce wprowadzam „z kim”, drugą istotę, człowieka lub zwierzę lub jeszcze inny byt, kogoś różnego ode mnie, w liczbie pojedynczej lub mnogiej. Przywołuję obecność, która nie tylko wzmocni mnie w drodze do wolności, ale poszerzy samo jej rozumienie.

Z kim do wolności? Tak pytając, pozostawiam za sobą możliwość dążenia samotnie, w pojedynkę, w nadziei na osiągnięcie wolności indywidualnej. Nie neguję jej wartości, pamiętam, że stoczyłem o nią walkę, ale pozostawiła ona we mnie poczucie niewystarczalności, a także rany samozniewolenia, które nie chcą się zagoić w odosobnieniu. Idę więc dalej, coraz uważniej rozglądając się za istotą towarzyszącą. Filozofowie dialogu powiedzieliby, że doświadczam przejścia z epoki zdominowanej przez pierwszą osobę liczby pojedynczej, przez kartezjańskie „ja”, potrzebę odrębności, niezależności i samostanowienia, połączoną z egocentryzmem i emancypacją oświeceniowego rozumu, ku epoce dojrzałego humanizmu, w której dominantą będzie druga osoba liczby pojedynczej „ty”, a z nią współistnienie, współczucie, współodpowiedzialność, współzależność, empatia.

Albert Camus w jądrze ciemności 1943 roku notuje: „Ty” jako sposób przywrócenia moralności. Bliskiego już śmierci księdza Józefa Tischnera odwiedza znajomy kleryk z fundamentalnym pytaniem, które często pragniemy zadać mędrcom u kresu drogi: „Jak żyć?”. W odpowiedzi usłyszy: „Nie ważne jak, ważne z kim”.

Do myślenia o wolności wprowadzam łącznik „z”, w językoznawstwie zwany przyimkiem współtowarzyszenia: z tobą, z wami, z inną, z kimś nieznanym, z duszą, z Bogiem. Na pograniczu polsko-litewskim, gdzie mieszkam, ciągle jeszcze słyszę na pożegnanie: „Idź z Bogiem”. Słowa te odnoszą się nie tyle do tej czy innej religii, ile do przekonania, że w drodze nie powinienem być sam, że ze mną jest ktoś jeszcze, kto czuwa nad moim błądzeniem i razem z kim nie przepadnę, dobrze trafię.

Wyruszenie w drogę, otwarcie horyzontu na nieznane i zmieniające się – to akt wolności. Towarzyszy temu niepokój zagubienia i lęk przed konfrontacją z obcym. Stan ten wyraża inna funkcja łącznika „z”, który ze względu na nią zwany jest również przyimkiem oddalenia: z boku, zza progu, z przeciwnego brzegu, z drugiej strony muru, zza granicy, z innego świata.

Pytając, z kim do wolności, przywołuję inną obecność by nie zbłądzić, a bardziej może jeszcze by zabliźnić ranę po rozłące, rozpadzie całości, rozbiciu jedności – ranę oddalenia. Wkraczam w ten sposób w przestrzeń wolności, walki o nią. Zniewala mnie rozdzielenie. Najsilniejszym orężem dyktatorskiej, odbierającej mi wolność władzy jest wprowadzanie podziału. Z greckiego diavolos to ten, który dzieli.

Wolność to przywrócona jedność i odnalezienie się w całości. Szukając jej tam, gdzie „moja chata z kraja”, gubimy jej sens. Podobnie nie wybijemy się w pełni na egzystencjalną swobodę wychodząc na swoje albo będąc panem we własnym domu. Niezależność i posiadanie na własność mogą w równym stopniu przybliżać nas do wolności, jak i zniewalać.

Ile kosztuje wolność? Miejsce dla innego przy wspólnym stole, nie w podstolikach.

We wspomnianym już notatniku z 1943 roku Camus zapisuje myśli związane z powieścią, nad którą wówczas pracuje. Pisze wtedy Dżumę, jedną z najważniejszych powieści w XX wieku, która ponownie zostanie uznana za proroczą kilka lat temu w okresie pandemii. Dżuma dla Camusa jest metaforą choroby współczesnej cywilizacji. Czytamy: W rozdziale o obozach odosobnienia: krewni są już oddzieleni od zmarłego – potem z powodów sanitarnych oddziela się dzieci od rodziców i mężczyzn od kobiet. Tym samym r o z d z i e l e n i e   s t a j e   s i ę   p o w s z e c h n e. Wszyscy skazani na samotność. Uczynić tym sposobem rozdzielenie głównym tematem powieści. W innym miejscu podkreśla: „Nawet się nie buntowaliście, bo dali wam żreć i rozdzielili jednych od drugich”. […] Dżuma uwydatnia rozdzielenie. Ale bycie razem to tylko przedłużający się przypadek. To dżuma jest regułą.

Rozważania Camusa o rozdzieleniu jako źródle nowoczesnego zniewolenia korespondują z myślą Ericha Fromma autora Ucieczki od wolności. I dla niego kwintesencją zniewolenia jest faszyzm, rodzący się na gruncie poczucia ludzkiej bezsilności i znikomości. Źródłem tego stanu jest izolacja jednostki. Kiedy rozpatrywaliśmy… aspekty wolności współczesnego człowieka, – pisze Fromm – wskazaliśmy na warunki ekonomiczne, które prowadzą do wzrastającej izolacji i bezsilności jednostki w naszej dobie; omawiając psychologiczne tego efekty wykazaliśmy, że bezsilność prowadzi albo do swojego rodzaju ucieczki, typowej dla charakteru autorytarnego, albo do przymusowego niejako konformizmu, w którym to procesie izolowana jednostka staje się automatem, zatraca swoje „ja”, jakkolwiek świadomie uważa się za istotę wolną i tylko samej sobie podległą.

Pytanie jak przezwyciężyć rozdzielenie i związaną z nim izolację jednostki? A mówiąc inaczej – w nawiązaniu do myśli Fromma – jak przejść od wolności negatywnej – od czegoś, do wolności ku czemuś – wolności pozytywnej? Fromm, zapowiadając już nadejście kontrkultury, pisze o zrealizowaniu swojego „ja” całkowicie i bezkompromisowo, w nadziei, że wówczas zniknie fundamentalna przyczyna jego [człowieka] aspołecznych popędów. Dzisiaj do tych słów Fromma podchodzę z dużą rezerwą, pamiętając jak mało konstruktywny okazał się kontrkulturowy bunt, przemieniający się często w izolacjonizm zamkniętych i z czasem coraz bardziej przemocowych komun, a w konsekwencji okazując się jeszcze jedną, może tylko lepiej zamaskowaną formą ucieczki od wolności.

Dlatego stawiam pytanie: „Z kim do wolności?”. Nie uważam przy tym, że miałby to być przeciwstawny biegun do samorealizacji „ja”, wolności całkowitej i bezkompromisowej. Być może obecność „ty”, całkowita i bezkompromisowa, jest jedyną szansą naszej samorealizacji, naszego bycia sobą?

Jest coś bardzo wolnościowego w decyzji podążania ku wolności z kimś. No właśnie, jest to moja decyzja. Nie ma w tym żadnego – biologicznego czy rozumowego – determinizmu, narzuconej z góry dyrektywy czy zamkniętego wzorca kulturowego. Podążanie z kimś pozostaje całkowicie w moich rękach, jest wolnym wyborem i wewnętrznym otwarciem się na gościnność, na dzielenie się wolnością.

Ile kosztuje wolność? Oddanie swojego udziału za cenę wartości wspólnej. Znaczy to, że mając swój udział, jeszcze nic nie mam – jeszcze nie jestem wolny. Dopiero rezygnując z tego, co wyłącznie jest moim posiadaniem, w tym z własnej wolności, i dzieląc się nią z innymi, mam szansę bycia wolnym.

Podążanie z istotą towarzyszącą ma jeszcze inne, transformacyjne konsekwencje dla rozumienia wolności. Dotyczy to na przykład wprowadzenia w horyzont wolnościowy gościnności, a z nią cechy szczególnej jaką jest bezwarunkowość. Pytając, co z tego będą miał, albo stawiając żądania i ograniczenia, podważam samą istotę gościnności. To samo dotyczy wolności – nie można nią kupczyć i stawiać jej warunków. A skoro tak, to możemy powiedzieć, że tylko człowiek prawdziwie wolny może zbudować gościnny dom.

Ile kosztuje wolność? Otwarte drzwi dla gości, bez warunków wstępnych, bez względu na kolor skóry, narodowość, wyznanie, płeć, status społeczny i inne przypadłości losu. Możemy powiedzieć, że to zbyt daleko idące otwarcie, stanowiące zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa i naszych wartości. Ale mur tego zagrożenia nie rozbroi, nie oswoi inności, odsunie ją jedynie na bok, do czasu aż napęcznieje obcość i lęk przed nią, aż przemieni się w konflikt, destrukcyjny dla obu stron.

Idąc z kimś ku wolności mam czas na rozmowę, poznanie się i wewnętrzną przemianę. Każdy z uczestników tej podróży, docierając do jej kresu, będzie już kimś innym.  Metanoia pokazuje, że prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się złudzenie, że już jesteśmy wolni.

Ile kosztuje wolność? Ciągłe przekraczanie siebie, bez dożywotniego stołka, bez karty stałego pobytu i bez gwarancji zwrotu towaru.

Z kim do wolności? Z innym sobą, wsłuchanym w drugiego i współodpowiedzialnym za sąsiada, użyczającym miejsca i odnajdującym siebie w odradzaniu jedności, odkrywającym innego jako cząstkę siebie, jako głos wewnętrzny idący pod prąd własnych racji i własnego mniemania o sobie – z sobą na tyle wolnym, by być gościnnym.

Ile kosztuje wolność? Uczynienie siebie poddanym ziemi, nie w służbie swojego, a –  ze wszystkim, co żyje – wspólnego.

Krzysztof Czyżewski – praktyk idei, eseista i animator działań międzykulturowych. Twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” w Sejnach

Artykuł ukazał się w:
Przegląd Polityczny 197/2026

Skip to content