Państwa, które przystąpiły do Unii Europejskiej, gospodarczo rozwinęły się znakomicie. Teraz zaczynają się trudniejsze czasy.
To był szary, jesienny dzień roku 1990, kiedy po raz pierwszy pojechałem do Polski. W pamięci utkwiły mi masywne, historyczne ceglaste zabudowania nad Odrą. Jako młody reporter, pracujący wtedy w Rostocku, towarzyszyłem pewnemu niemieckiemu politykowi w podróży do Szczecina. Pamiętam rozmowy z przedstawicielami administracji wojewódzkiej. Rozmawiano o stosunkach polsko-niemieckich, o długiej historii tej krainy, tradycyjnie zamieszkiwanej przez ludność kulturowo mieszaną. Moi rozmówcy mieli nadzieję, że Niemcy znów będą się tam osiedlać i oczywiście także inwestować. Byłem zarówno zaskoczony, jak i poruszony – po wszystkim, co Niemcy wyrządzili Polsce: po pakcie Hitlera ze Stalinem, wojnie światowej, Holokauście, wypędzeniach, ucieczce ludzi.
Wrażenia pozostały powierzchowne, bo podróż była zbyt krótka, lecz okazały się trwałe. Nasza droga wiodła przez wciąż jeszcze NRD-owskie Pomorze Przednie. Niedaleko granicy fotograf i ja natknęliśmy się na kilkadziesiąt pracownic „gospodarstwa państwowego”, które właśnie zbierały ziemniaki – gołymi rękami, z pomocą wozów konnych. Zatrzymaliśmy się i porozmawialiśmy z nimi. Mówiliśmy tym samym językiem, lecz mnie, Niemcowi zachodniemu, ten rzadko zaludniony zakątek NRD wydawał się co najmniej tak samo obcy, jak polska metropolia u ujścia Odry.
Rozpoczynała się wówczas nowa epoka i byliśmy w pełni świadomi historycznego impetu tych wydarzeń. Oba państwa niemieckie były u progu zjednoczenia. Byliśmy bardzo skupieni na sobie, pochłonięci tempem zmian i intensywnie zajęci próbą zaakceptowania obcości drugiej części kraju. W pewnym sensie ten proces trwa do dziś.
To, że nie tylko mur berliński upadł, lecz że niemal pół kontynentu uwolniło się spod sowieckiego zniewolenia, pozostało w Niemczech w dużej mierze niezauważone. I do dziś niewiele się pod tym względem zmieniło: dawne socjalistyczne państwa Europy Środkowo-Wschodniej wydają się wielu Niemcom dość odległe. Nawet w Berlinie, gdzie dziś mieszkam, spotykam mnóstwo ludzi, którzy nigdy nie byli w Polsce, Czechach czy na Litwie, choć kraje te leżą znacznie bliżej niż Włochy, Francja czy Hiszpania – państwa, do których Niemcy zwykle udają się na urlop. A niewielka odległość między Niemcami a ich środkowoeuropejskimi sąsiadami ma nie tylko wymiar geograficzny, lecz także kulturowy i gospodarczy.
Polska jest dziś jednym z najważniejszych partnerów handlowych Niemiec – zajmuje piąte miejsce, tuż za Francją, a przed Włochami. Czechy są na 10 miejscu, przed Belgią i Hiszpanią, Węgry i Rumunia odpowiednio na miejscach 13 i 17. Jesteśmy ze sobą ściśle powiązani – wspólny rynek, wspólna przestrzeń prawna, wspólne bezpieczeństwo w ramach NATO i Unii Europejskiej. Jesteśmy od siebie zależni. Rosyjska agresja uświadamia, że Polska, kraje bałtyckie i Rumunia – państwa, dla których utrwaliło się już określenie „wschodnia flanka NATO” – chronią również Niemcy. Z kolei nowa ambiwalencja Stanów Zjednoczonych pokazuje, że państwa te są tym bezpieczniejsze, im bardziej stanowczo Niemcy, Francja i inne kraje Europy Zachodniej wspierają Ukrainę oraz im szybciej wzmacniają własne zdolności obronne. Znów rozpoczęła się nowa epoka. Jednak tym razem ta świadomość dociera do nas dość powoli.
Niedawno przeprowadzono ankietę, w której badano, jakie państwa Niemcy uważają za swoich najbardziej godnych zaufania partnerów. Polska, drugi co do wielkości bezpośredni sąsiad Republiki Federalnej, w ogóle nie pojawiła się w pytaniu – tym bardziej pozostałe środkowoeuropejskie państwa UE i NATO. Jak wiele innych narodów na świecie, jesteśmy skoncentrowani na Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza odkąd Donald Trump, ponownie jako prezydent, codziennie wywołuje poruszenie w Białym Domu. Francja, od lat 50. XX wieku najbliższy partner Niemiec w każdym wymiarze, rzadko cieszy się już stałą uwagą. Poza tym opinia publiczna – czyli przede wszystkim media – skupia się na krajach, w których obecnie panują kryzysy albo w których konflikty z Niemcami się zaogniają: Rosja i sytuacja w Ukrainie są naturalnie stałym tematem.
Polska była w centrum uwagi tak długo, jak rządziło PiS. Węgry pod rządami Viktora Orbána są tematem mocno osadzonym emocjonalnie w kręgach liberalnych i lewicowych. Populistyczne rządy, jak na Słowacji czy teraz także w Czechach, bywają zauważane od czasu do czasu. Natomiast tam, gdzie sprawy mają się dobrze, nikt nie przygląda się uważnie. O Litwie, gdzie Bundeswehra stacjonuje brygadę pancerną w strategicznie ważnym przesmyku suwalskim, są jak dotąd jedynie marginalne wzmianki. Ignorancja wobec niektórych wydarzeń za granicą jest z pewnością powszechnym schematem medialnym. Jednak w relacjach europejskich, które mają dla wzajemnego bezpieczeństwa i dobrobytu tak kluczowe znaczenie, głęboki brak rozeznania jest problemem fundamentalnym. To, że Niemcy przez tak długi czas opierały się na rosyjskim gazie przesyłanym rurociągami i na rozbudowie połączenia Nord Stream, jest również konsekwencją tej ignorancji. Kto mało wie o swoich sąsiadach, raczej niedosłyszy ich argumentów i obaw.
Tak więc na Zachodzie nadal słabo dostrzega się to, co Europa Środkowo-Wschodnia osiągnęła pod względem gospodarczym. Nie ma wątpliwości, że lata 90. XX wieku były trudne. Była NRD stanowi pod tym względem duży wyjątek: również tam doszło do poważnego kryzysu gospodarczego i społecznego. Miliony ludzi straciły pracę i doświadczyły zmiany systemowej jako głębokiego przełomu w swoich biografiach. Mimo to dochody rosły. Wewnętrzne transfery finansowe z zachodu na wschód złagodziły skutki tej epokowej zmiany. W 1991 roku dochody netto gospodarstw domowych we wschodnich Niemczech stanowiły jedynie połowę poziomu zachodnioniemieckiego. W 1995 roku sięgały już czterech piątych, jak wynika z badania Instytutu Gospodarki Niemieckiej.
W pozostałej części Europy Środkowo-Wschodniej sytuacja była znacznie trudniejsza. Na długo wyczekiwane otwarcie na Zachód najpierw nałożył się bolesny kryzys transformacyjny. W wielu miejscach poziom życia się obniżył. W latach 90. XX wieku wydajność gospodarcza na mieszkańca spadła w całym regionie. Polska była wówczas jednym z najbiedniejszych krajów, co pokazują dane Banku Światowego (zob. wykres). Ale także państwa bałtyckie – Litwa, Łotwa i Estonia – startowały z bardzo niskiego poziomu i musiały niemal całkowicie uporządkować swoje gospodarki na nowo. Podobnie było w Rumunii i Bułgarii. Najłagodniej spadki przebiegły w stosunkowo zamożniejszych Czechach i na Węgrzech, które wcześnie skorzystały z inwestycji zachodnich koncernów przemysłowych. Ale także tam upłynęła prawie dekada, zanim udało się powrócić do poziomu wyjściowego z 1990 roku. Były to lata wyrzeczeń. Rozprzestrzeniały się ubóstwo i poczucie braku perspektyw, spadała średnia długość życia – zwłaszcza wśród mężczyzn.
W połowie lat 90. XX wieku pracowałem wraz z kolegą nad obszernym reportażem dotyczącym przedłużających się negocjacji akcesyjnych do Unii Europejskiej. Gdy artykuł się ukazał, był zilustrowany obrazem przedstawiającym statek wycieczkowy o nazwie UE, otoczony przez rozbitków, którzy pilnie oczekują pomocy. Brutalna metafora. Dziś już nie zastosowano by jej w takiej formie. W trakcie pracy nad materiałem przeprowadziliśmy również wywiad z ówczesnym niemieckim ministrem spraw zagranicznych, Klausem Kinkelem (FDP). Była to raczej konfrontacyjna rozmowa. Dlaczego rozszerzenie na Wschód posuwało się tak wolno? Dlaczego Unia, mimo epokowego przełomu, trwała w trybie biurokratycznych drobiazgów? Minister odpowiedział, że kraje kandydujące muszą najpierw przejąć cały dorobek prawny UE. A sama Unia musiała zreformować swoje procedury i mechanizmy, by w ogóle móc nowych członków przyjąć. Co do tego zaś ówczesne 15 państw członkowskich wcale nie było zgodne. Rozszerzenie na Wschód nastąpi – odparł Kinkel – ale nie można się z nim spieszyć. Tak wielkie przedsięwzięcie trzeba prowadzić ostrożnie. Inaczej łatwo może się nie udać, a w tym naprawdę nikt nie miałby interesu. Zapewne miał rację. Mimo to boleśnie wolne tempo procesu akcesyjnego było frustrujące.
Ale potem sytuacja zaczęła się poprawiać. Na początku lat 2000. perspektywa przyjęcia do Unii stała się rzeczywiście realna. Narastający boom globalizacyjny wspomagał szybki proces nadrabiania zaległości.
Jesienią 2003 roku, tuż przed pierwszą rundą rozszerzenia, ponownie wyruszyłem jako reporter do Europy Środkowo-Wschodniej. Była to podróż samochodowa po centrach gospodarczych przyszłych państw członkowskich UE. W Pradze wynająłem samochód i ruszyłem na południe, w kierunku Wiednia, następnie przez zachodnie Węgry i Budapeszt do Koszyc we wschodniej Słowacji, przez Karpaty do Gliwic na Górnym Śląsku, a stamtąd do Warszawy. Po drodze rozmawiałem z menedżerami, doradcami, politykami, zwykłymi ludźmi. Było to wspaniałe doświadczenie. Imponowało, jak wiele nowe kraje UE osiągnęły już w tamtym momencie. Niedługo później sam dostęp do rynku wewnętrznego i dalsza integracja w paneuropejskie łańcuchy wartości zadziałały jak dodatkowy wzmacniacz.
Wydajność gospodarki w przeliczeniu na mieszkańca rosła dynamicznie (zob. wykres). Kryzys finansowy po 2008 roku oraz późniejszy kryzys strefy euro spowodowały wprawdzie pewien regres. Został on jednak stosunkowo szybko pokonany. Kraje, które w świadomości wielu zachodnich Europejczyków wciąż uchodzą za biedne i zacofane, w szybkim tempie zbliżyły się do dawnych państw rdzenia UE – zarówno pod względem siły gospodarczej, jak i stylu życia.
Szczególnie widoczny jest ten przełom w Polsce, zdecydowanie najludniejszym kraju spośród „nowych” państw członkowskich. W ciągu 20 lat wielkość polskiej gospodarki podwoiła się. Awans Polski jest porównywalny z Koreą Południową, dawnym „azjatyckim tygrysem”, co podkreślił Międzynarodowy Fundusz Walutowy w jednym ze swoich raportów. Podobnie spektakularny rozwój odnotowała tradycyjnie ściśle powiązana z Polską Litwa. Estonia, Łotwa i Czechy osiągnęły obecnie poziom dobrobytu i produktywności porównywalny z Hiszpanią. Mało zauważony pozostał także proces nadrabiania zaległości w Rumunii. Drugie co do wielkości państwo Europy Środkowo-Wschodniej wytwarza dziś PKB na mieszkańca zbliżone do Portugalii. Jedynie Bułgaria rozwinęła się wyraźnie słabiej niż reszta Unii.
Ale teraz stoimy najwyraźniej przed kolejnym epokowym przełomem. Od 2020 roku Europą wstrząsa cały ciąg następujących po sobie kryzysów, bez precedensu we współczesnej historii: pandemia COVID-19, inflacja, wojna w Ukrainie i rosyjskie groźby, wojny handlowe oraz polaryzacja społeczna – wszystko to działa destabilizująco, zwłaszcza tam, gdzie przyzwyczajono się do wzrostu dobrobytu. W Czechach i na Węgrzech PKB na mieszkańca stoi w miejscu od pięciu lat, podobnie zresztą jak w Niemczech. Szczególnie mocno ucierpiał sektor motoryzacyjny wskutek globalnych zawirowań gospodarczych. To rodzi frustrację. W Pradze znów wybrano rząd populistyczny, podobnie jak wcześniej w Bratysławie. Viktor Orbán w Budapeszcie już od dawna stawia na wewnętrzny rozkład Unii.
Obawiam się, że polityczne konsekwencje okresu osłabienia gospodarczego mogą zagrozić spójności Europy i dalszej integracji Unii – a tym samym potencjalnie także zdolności obronnej „wschodniej flanki”. Jak już wspomniałem, jesteśmy od siebie zależni. I to między innymi siła gospodarcza Europy Środkowo-Wschodniej sprawia, że cała Europa staje się bezpieczniejsza.
Z niemieckiego przełożyła Magdalena Grzybecka-Szczepańska
Henrik Müller – profesor dziennikarstwa ekonomicznego na Uniwersytecie Technicznym w Dortmundzie. Wcześniej już jako doktor ekonomii był zastępcą redaktora naczelnego „manager magazin”. Müller jest autorem wielu książek na temat gospodarki i polityki walutowej. Dla SPIEGEL ONLINE co tydzień dostarcza zwięzłych refleksji na temat najważniejszych wydarzeń gospodarczych tygodnia.

