Piotr Leszczyński: Dlaczego piszesz książki o pierwszych operacjach transplantologicznych? O poszukiwaniu adrenaliny? Albo, jak teraz, o tym, jak usiłowano leczyć osoby chore psychicznie, nim na początku lat 50. XX wieku pojawiły się pierwsze leki przeciwpsychotyczne?
Anna Mateja: Zajmuję się takimi tematami, bo 14 lutego 2007 roku ówczesny minister sprawiedliwości pokazał na specjalnie dla tego celu zwołanej konferencji prasowej nagranie z zatrzymania przez funkcjonariuszy CBA Mirosława G., ordynatora Kliniki Kardiochirurgii szpitala MSWiA w Warszawie. Kto zapomniał, temu przypomnę, że to jest ten sam minister, który dzisiaj chce uniknąć odpowiedzialności, m.in. za popełnienie gigantycznych nieprawidłowości przy rozdziale środków z Funduszu Sprawiedliwości. Podczas wspomnianej konferencji widzowie zobaczyli lekarza w kajdankach i jego mieszkanie przeszukiwane dla znalezienia dowodów korupcji. Minister i prokurator generalny jednocześnie, Zbigniew Ziobro, zapewniał, że „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Szef CBA, Mariusz Kamiński, informował o możliwości postawienia lekarzowi nawet pięćdziesięciu zarzutów przez prokuraturę.
Wszyscy wstrzymali oddech, bo tak wiarygodnie przedstawiono tę historię, ale redaktor Tomasz Fiałkowski, wicenaczelny „Tygodnika Powszechnego”, gdzie byłam wówczas dziennikarką, zachował normalny oddech i miarowe tętno. Zapytał, czy nie zrobiłabym wywiadu z prof. Andrzejem Bochenkiem, wówczas szefem Kliniki Kardiochirurgii w Katowicach-Ochojcu, uczniem prof. Religi i – o czym się przekonałam po zadaniu mu pierwszego pytania – znakomitym rozmówcą. Nie rozmawialiśmy o sprawie doktora G. ani o działaniach ministra, na to było za wcześnie, ale o kardiochirurgii w Polsce: jak fantastyczne daje możliwości leczenia i ratowania pacjentów, kim są kardiochirurdzy, na ile organizacja opieki nad pacjentami może sprzyjać nadużyciom. I to było o wiele ciekawsze od pełnej emocji konferencji prasowej, po której – dzisiaj możemy to już powiedzieć – nie został nawet kurz.
– Coś tam jednak zostało.
– Racja. Wyroki uniewinniające, w tym od zarzutu najcięższego: doprowadzenia, w zamiarze ewentualnym, przez doktora G. do śmierci pacjenta. Sprawę zakończyło orzeczenie Sądu Najwyższego, wydane 2 października 2024 roku, czyli po ponad osiemnastu latach przesłuchań, rozpraw i apelacji. Zbigniew Ziobro, który rozpętał to piekło, nigdy nie poniósł odpowiedzialności za bezpodstawne zarzuty ani za efekty społeczne ich publicznego stawiania. Minister sugerował bowiem, że skorumpowany lekarz miał m.in. doprowadzić do śmierci pacjenta, by pobrać jego serce dla innego chorego. Ludzie odebrali te nigdy nie potwierdzone rewelacje, jako dowód na istnienie w Polsce pokątnego rynku handlu narządami, w którym uczestniczą lekarze. W efekcie nie zgadzali się na pobranie narządów od zmarłych bliskich, pytani o taką możliwość przez lekarzy-koordynatorów, czyli tych, którzy organizują procedurę przygotowującą transplantację. Jedna konferencja prasowa, podczas której urzędnik państwowy przedstawił niepotwierdzone zarzuty, które mocno uderzały w służbę zdrowia, obniżając zaufanie pacjentów do lekarzy, doprowadziła do drastycznego obniżenia dawstwa narządów. Ten stan trwał wiele miesięcy.
To już historia, ale chyba ciekawa, prawda? Zwłaszcza, że całkiem zgrabnie zapętla się z teraźniejszością. I pana Ziobry, bo znowu robi wszystko, żeby uniknąć odpowiedzialności za działania – jak twierdzą organy ścigania – niezgodne z prawem. I moją, bo na skutek kilku wywiadów z lekarzami, jakie przeprowadziłam dla „Tygodnika” po tym, który już wspomniałam, zgłosiło się do mnie wydawnictwo z pewnym medycznym pomysłem. A potem przyszły kolejne już od innych wydawców i od tej tamtej pory, co jakiś czas, opisuję nieznane historie medyczne, np. jak w przypadku ostatniej książki – psychiatryczne.
– Książkę rozpoczynasz opisem walki z zabobonem na ziemiach polskich pod zaborami, którego ofiarami często padały osoby chore psychicznie. Wspominasz m.in. sprawę Barbary Ubrykówny, karmelitanki z krakowskiego klasztoru, którą zamknięto w celi na wiele lat, bo uznano jej chorobę psychiczną za opętanie. Uratowana została przez medyka sądowego, Leona Blumenstocka, a sprawą żył nie tylko Kraków. Pewnie podczas kwerendy do tego rozdziału natrafiałaś na nie mniej poruszające sprawy.
– Historii Barbary Ubrykówny poświęciłam w książce bodaj trzy zdania – więcej nie trzeba, bo została opowiedziana przez innych tak wszechstronnie, że jest obecna nawet w popkulturze. W książce przedstawiam historie osób, o których istnieniu i zmaganiach albo nie pamięta już nikt (tak jest w przypadku pacjentów), albo jedynie historycy medycyny (jeśli chodzi o opisywanych lekarzy).
Nie było moim zamiarem, przyznaję, znajdywanie poruszających historii, które wywoływałyby w czytelnikach li tylko ekscytację, „jak to kiedyś było strasznie”. Teraz też bywa niewesoło, choćby dlatego, że – jak wynika ze statystyk – jeden psychiatra dziecięcy przypada w Polsce na ponad 12 tys. dzieci i młodzieży poniżej 18. roku życia, więc na wizytę u lekarza, o ile ma się odbyć w ramach ubezpieczenia NFZ, czeka się wiele miesięcy. Podczas kwerendy szukałam historii ludzi, którzy niezależnie od tego, w jak trudnych warunkach przyszło im działać, starali się zrobić, co było możliwe, by pomóc chorym psychicznie pacjentom albo swoim bliskim. Nas dzisiaj może szokować, np. zaszywanie włosa pod skórą, by wywołane w ten sposób zakażenie odwracało uwagę histeryków od ich obsesji. Ciepłe okłady działały bardziej relaksująco, niż leczniczo. Psychiczne efekty sztucznego obniżania poziomu glukozy we krwi też wydają się nam dyskusyjne. Mimo takich opisów, ta książka nie dostarcza łatwych emocji, ponieważ moim zamiarem było nie tylko przypomnienie innego świata. Przeznaczyłam sporo miejsca na opisanie ludzi i miejsc, zakładając, że jeśli poznamy okoliczności, przestaniemy się dziwić, a – być może – zaczniemy rozumieć.
– Co pozwoliła nam zrozumieć historia Andrzeja Igielskiego, którego ciało, powieszone na kracie w umywalni, detalicznie opisał medyk sądowy Blumenstock?
– Jak duże znaczenie ma precyzja i cierpliwość. Nie jest to odkrywcze, ale że przyswajanie tego rodzaju kompetencji nie przychodzi łatwo, nie zaszkodzi powtórzyć. W tej historii miały one znaczenie nie tylko przy opisywaniu ciała pacjenta, który na skutek zbyt małej liczby pielęgniarzy na oddziale psychiatrycznym Szpitala św. Ducha w Krakowie zdołał niepostrzeżenie wymknąć się do umywalni i odebrać sobie życie. Liczyły się także w organizowaniu pracy na tymże oddziale przez Gustawa Neussera, szefa wspomnianego szpitala od 1870 roku, który niedługo po wspomnianym zdarzeniu usiłował przekształcić miejsce przypominające „areszt dla wariatów” w szpital. Łatwo nie było, co pokażę na przykładzie pomieszczenia, które nazwaliśmy umywalnią. Otóż był to ciasny czworobok ze zlewem na pomyje, małym oknem zabezpieczonym kratą i dwoma dołami kloacznymi. Opróżniano je raz na dwa tygodnie, w środku dnia, więc atmosferę oddziału cały czas przenikał zapach mocznika.
Problemów, i to dużo poważniejszych, było bez liku. Neusser zmierzył się z nimi, bo uważał, że chorzy psychicznie, przede wszystkim niezamożni, których rodzin nie było stać na ulokowanie chorego krewnego zagranicą, gdzie szpitali było więcej i były zorganizowane bardziej humanitarnie, zasługuje na godziwą opiekę. W desperacji pisał do krakowskich urzędników, że miasto, które słynie „z pięćdziesięciu kościołów, klasztorów, konwentów, i które nie szczędzi grosza na odbudowanie pamiątek historycznych”, również opiece nad „waryatami” powinno przyznać większy budżet. Czy aby nie słyszeliśmy już o tym? Jak najbardziej. To stały motyw chyba każdej ekipy rządzącej pod tą szerokością geograficzną, która fundusze przeznaczane na zdrowie obywateli traktuje nie jak inwestycję, tylko jako koszt. No a koszty, zdaniem niektórych, trzeba przede wszystkim ciąć.
– W książce opisujesz m.in. Szpital św. Jana Bożego w Warszawie, którego dwustuletnie dzieje zakończyło Powstanie Warszawskie. Opowiedz proszę historię tej lecznicy.
– Równie dobrze mógłbyś mnie poprosić o połknięcie słonia – tak wielkie byłoby to przedsięwzięcie. Szpital, choć powstał w połowie XVIII stulecia, od 1795 roku zajmował się wyłącznie pacjentami psychiatrycznymi. Z kolejnych 150 lat zaczerpnęłam zaledwie kilka epizodów. Zakładam, że ciekawych, więc może warto zajrzeć do książki. Zwłaszcza, że Szpital św. Jana Bożego był instytucją istotną w historii polskiej psychiatrii o tyle, że do momentu otwarcia szpitala w Tworkach w 1891 roku – po ponad dwudziestu latach rozlicznych o to starań! – był to jedyny szpital psychiatryczny na terenie dawnego Królestwa Polskiego. W latach siedemdziesiątych XIX wieku, kiedy liczba jego ludności zbliżała się do pięciu milionów, Józef Rothe, szef tej lecznicy, dysponował miejscem dla zaledwie stu sześćdziesięciu pacjentów. Poza tym sto dwadzieścia łóżek posiadał Oddział Psychiatryczny Szpitala Dzieciątka Jezus (również w Warszawie). Pięćdziesiąt było w szpitalu żydowskim i jeszcze jakieś skromne zasoby pomniejszych placówek poza Warszawą. Na tym koniec. W tym samym czasie w Belgii, której liczba ludności była niewiele mniejsza od liczby mieszkańców Kraju Nadwiślańskiego, istniało ponad pięćdziesiąt placówek psychiatrycznych dostępnych w różnych regionach państwa.
– Inne miejsce, które mnie szczególnie zaciekawiło, to sanatorium doktora Ludwiga Jekelsa w Bystrej. Bywali tam: Julian Fałat, Maria Konopnicka, Maria i Józef Piłsudscy, Gabriela Zapolska. Imponująca lista gości. Postać Jekelsa wydaje się nietuzinkowa i jeszcze ta jego fascynacja Freudem.
– W sanatorium Jekelsa nie było się gościem, raczej pacjentem. Nie wszystkie wymienione przez ciebie osoby przyjeżdżały do niego, by leczyć się z „newroz” czy innych „obłędów” za pomocą psychoanalizy. Fałat leczył się co prawda z neurastenii, ale narzekał także na „zleniwienie jelit i żołądka”. Z kolei Zapolska, borykająca się z jadłowstrętem, w listach do przyjaciół zwierzała się, że lekarzom nie ufa, a Jekelsa wprost nienawidzi. Zresztą i on po paru latach prowadzenia sanatorium miał serdecznie dosyć swoich pacjentów. Zwłaszcza tych, którzy nie wymagali leczenia psychoanalizą, bo jego w pewnym momencie interesowała tylko ta metoda.
Przedstawiam dość szczegółowo w książce kilkoro jego pacjentów (zupełnie nieznanych), ponieważ Jekels był pierwszym lekarzem na ziemiach polskich, który w procesie leczenia problemów psychicznych zaczął stosować psychoanalizę. Był 1905 rok, kiedy poznał Freuda, zabiegając u niego o rozpropagowanie swojego sanatorium. Po wysłuchaniu kilku wykładów ojca psychoanalizy doszedł do wniosku, że chce w swoim sanatorium robić coś więcej, niż do tej pory. Świat, który poznał podczas tamtych spotkań, był mu „kompletnie nieznany”, jak napisze wiele lat później we wspomnieniach, ale okazał się fascynujący, o czym Jekels opowiedział w 1909 roku podczas I zjazdu psychiatrów, psychologów i neurologów polskich. Nie u wszystkich obudził entuzjazm, czy choćby zaciekawienie. Ziarno zostało jednak rzucone, dzięki czemu psychoanaliza szybko znalazła miejsce w polskiej psychiatrii. I była w niej mocno obecna do 1939 roku, kiedy najpierw faszyści, a potem komuniści – z powodów wyłącznie ideologicznych – usunęli ją z medycyny.
– Poruszasz sprawę lobotomii w Polsce, której stosowania zakazano, gdy w medycynie pojawiły się pierwsze leki przeciwpsychotyczne. Przypomnę, że siostrę JFK, Rosemary Kennedy, w wieku 23 lat na prośbę jej ojca poddano lobotomii. Bliscy mieli nadzieję na poprawę nastroju i zachowania dziewczyny, tymczasem operacja doprowadziła ją do trwałej niepełnosprawności umysłowej i fizycznej. Do końca życia, a zmarła w 2005 roku, potrzebowała stałej opieki. Jak to wyglądało w Polsce?
– Paradoksalnie uratował nas pawłowowski dogmat, czyli obowiązująca w radzieckiej psychiatrii doktryna Iwana Pawłowa, a właściwie jej bardzo uproszczona wersja, na gruncie której funkcjonowanie ludzkiego mózgu sprowadzono do czynności odruchowych. Te z kolei miały zależeć od warunków życia jednostki. Wystarczyło je zmienić, by wpłynąć na myślenie i stan świadomości człowieka. Psychochirurgia w żaden sposób w takim dogmacie się nie mieściła. Jej metody dyskredytowało też niewłaściwe pochodzenie: leczenie chorób psychicznych polegające na przecinaniu odpowiednich połączeń w mózgowiu opracowano przecież w Portugalii. Szybko jednak metoda zyskała zwolenników w USA, Wielkiej Brytanii i innych krajach Zachodu.
– A że w latach stalinowskich ideologicznym wytycznym podporządkowano całość życia, także psychiatrię…
– …psychiatrzy w Polsce mieli porzucić zachodnią naukę (np. genetykę) i tam powstałe metody terapii (w tym psychoanalizę) na rzecz osiągnięć nauki radzieckiej. We wrześniu 1952 roku przyjechał do kraju Andriej Snieżniewski – szef katedry psychiatrii w Centralnym Instytucie Doskonalenia Lekarzy w Związku Radzieckim – by ocenić postępy. Wypadły dużo poniżej oczekiwań. Rodzimi psychiatrzy w większości przypadków nie okazali się oportunistami, a nowe prądy wzięli na przeczekanie. Na szczęście całe to ideologiczne zamieszanie skończyło się po zaledwie paru latach, kiedy po śmierci Stalina polityczna odwilż obejmowała kolejne dziedziny wcześniej pętane ideologicznym łańcuchem.
Ewa Broszkiewiczowa – lekarka z Kliniki Psychiatrycznej Akademii Medycznej w Krakowie – w latach stalinowskich wydawała się wierzyć w dogmat nauki Pawłowa i z tego punktu widzenia krytykowała gmeranie narzędziami psychochirurgii w ludzkim mózgowiu. Następnie przebadała jednak ponad stu sześćdziesięciu pacjentów, których poddano leukotomii i lobotomii w Polsce. Dotarła do ich rodzin. Większość osób leczonych psychochirurgicznie nie opuściła szpitala. Wśród tych, którym jednak było dane wrócić do domu, Broszkiewiczowa nie znalazła ani jednej osoby wyleczonej. Nie potrzeba było kolejnych argumentów, by dowieść nieskuteczności metody, która nie leczyła, ale okaleczała.
– Druga wojna światowa mocno dotknęła środowisko polskich psychiatrów. Niemal połowa z nich zginęła bądź pozostała na emigracji. Poruszają znajdujące się w książce opisy zorganizowanej eksterminacji ich pacjentów, uważanych przez nazistów za zbędnych. Ale, nie zdawałem sobie dotąd sprawy, że podobny los spotkał też tych chorych, którzy zostali po wschodniej stronie okupowanej Polski, i znaleźli się pod reżimem radzieckim.
– Różnica polegała na tym, że naziści zorganizowali system mordowania osób chorych psychicznie lub obciążonych niepełnosprawnością intelektualną, uważając, że istnienie takich osób to „życie nie warte życia”. No i spore obciążenie finansowe dla społeczeństwa, które było na etapie wojny z całym światem, więc musiało oszczędzać, np. na utrzymaniu osób uważanych za nieproduktywne. W ZSRR nikt nie zakładał metodycznego mordowania osób chorych psychicznie. Jeżeli jednak zdecydowano o wywiezieniu w środku mroźnej zimy 1940/1941 pacjentów szpitala psychiatrycznego w Choroszczy na Białostocczyźnie w głąb Związku Radzieckiego, chyba jednak zakładano, że część z nich może tej podróży nie przeżyć. Ci, którzy dotarli na miejsce, umierali z głodu, od chorób, z braku opieki. Cała operacja została przeprowadzona na polecenie NKWD, które zdecydowało, że budynek szpitala (była to jedna z zaledwie trzech nowych lecznic wybudowanych w międzywojennej Polsce) przydałby się wojsku. Wychodziło więc na to samo: wojna i bieżące potrzeby okazywały się ważniejsze od życia i dobrostanu chorych psychicznie – osób, które są przecież w pełni zależne od innych.
Zabrzmi to demagogicznie, ale już trudno: co dzisiaj jest dla nas ważniejsze, jeśli mamy świadomość skali problemów psychicznych, np. wśród dzieci i młodzieży, a opieka na jaką mogą liczyć daleka jest od oczekiwanej? Na to pytanie niech każdy odpowie sam.
*Statystyki zdrowia psychicznego w Polsce za 2025 rok udostępnione przez: Centrum Psychoterapii Pokonaj Lęk.
Anna Mateja – dziennikarka i autorka książek, wydała m.in.: „Poznawanie Kępińskiego. Biografia psychiatry” (2019) oraz „Recepta na adrenalinę. Napoleon Cybulski i krakowska szkoła fizjologów” (2020), za którą otrzymała Nagrodę im. Jana Jędrzejewicza na najlepszą książkę popularnonaukową, przyznawaną przez Komitet Historii Nauki i Techniki PAN oraz miasto Płońsk. Opracowała trzytomową edycję „Pism wybranych” Jerzego Turowicza (2013). Ostatnio wydała: „Psychiatria w Polsce. Nieznane historie” (2025).
Piotr Leszczyński – redaktor i wydawca „Przeglądu Politycznego”

