Triumf populizmu. Czy każdy jest populistą? | Jan Tokarski (197/2026)

Populizm najbardziej zwycięski wydawał mi się mniej więcej rok temu, niedługo po drugiej turze wyborów prezydenckich. Przemożność jego triumfu – na którą reagowałem mieszaniną irytacji i przygnębienia – bynajmniej nie wynikała z tego, że głową państwa wybrano miłośnika kibolskich ustawek, a nie gościa, który zna francuski. Stało za tymi emocjami coś znacznie głębszego i poważniejszego niż tego rodzaju estetyczne,  inteligenckie przesądy. Deprymujące wydawało mi się to, że strona anty-populistyczna ulegała logice populizmu i – wbrew logice w normalnym sensie słowa – poważnie rozważała nieuznanie wyniku wyborów.

Dziennikarskie sławy czołowych stacji telewizyjnych i największych gazet z wysiłkiem godnym lepszej sprawy wyszukiwały „ekspertów” mających udowodnić, że doszło do nieprawidłowości lub wręcz, że wybory zostały sfałszowane. Mniejsza z tym, że po raz pierwszy w historii tego rodzaju sztuki dokonałaby partia niebędąca u władzy przeciwko tej, która ją posiadała. Rzeczywistość boleśnie rozczarowała anty-populistów, zawiodła ich żywione od dawna nadzieje, zniweczyła plany. Postanowili więc – w zgodzie z duchem populizmu – nie uznać jej. Oczywiście przesadzam – ostatecznie zachowali się inaczej. Ale pokusa była realna.

Chciałbym przypomnieć i przemyśleć ten moment. Być może bardziej niż w jakimkolwiek innym odsłoniła się w nim istota populizmu. A także jego siła – to, że przestał on być postawą „opozycyjną”; że nie jest już ruchem kontestacji status quo. Właśnie wtedy odczułem, że populizm stał się dominujący, że żyjemy w (anty)porządku populizmu.

Jakie były źródła wspomnianego (przejściowego) triumfu populistycznej logiki wśród anty-populistów? Być może stało za nim następujące samookreślenie, które należy rozumieć jako pewne stanowisko egzystencjalne: „Jesteśmy demokratycznymi przywódcami demokratycznego ludu”. Wynika stąd, że jako prawdziwie demokratyczni przywódcy prawdziwie demokratycznego ludu, wybierani jesteśmy w prawdziwie demokratycznych wyborach. Jeżeli więc nie zostaliśmy wybrani, oznaczać to może trzy rzeczy. Po pierwsze, że nie jesteśmy prawdziwie demokratycznymi przywódcami. Po drugie, że lud, który nas wybiera, nie jest prawdziwie demokratycznym ludem. Po trzecie, że wybory nie miały prawdziwie demokratycznego charakteru. Zarówno pierwsze, jak i drugie twierdzenie jest ontologiczną sprzecznością. Bo przecież właśnie jesteśmy prawdziwie demokratycznymi przywódcami, a lud jest prawdziwie demokratyczny! Jednego nie ma wszak bez drugiego, gdyby zaś któreś z tych twierdzeń okazało się fałszywe, rozpadłaby się cała nasza tożsamość. Prawdziwie musi więc być twierdzenie trzecie. Skoro przegraliśmy – wybory nie mogły być prawdziwie demokratyczne. A więc zostały sfałszowane. Skoro fakty nie odpowiadają „rzeczywistości” nie mogą zostać uznane. Pojęcie „rzeczywistości” biorę tu w cudzysłów, bo to, co jest rzeczywiste, a co nie, wynika w ramach opisywanegoparadygmatu wyłącznie z przyjętego samookreślenia. To tożsamość określa co jest (tzn. istnieje i musi istnieć), a co nie jest (nie istnieje i zaistnieć nie może).

Na tym właśnie polega, jak sądzę, istota populizmu. Dokładnie z tego powodu Donald Trump nie mógł przegrać wyborów w 2020 roku (jako kandydat „prawdziwych” Amerykanów, w przeciwieństwie do „nieprawdziwego” kandydata, Joe’go Bidena). Na tej samej zasadzie prezydent Lech Kaczyński nie mógł zginąć w katastrofie lotniczej (był wszak „wielkim mężem stanu”, a ci nie giną w wypadkach, ale śmiercią heroiczną, „zdradzeni o świcie”). Przykłady można by mnożyć. Wskazują one na rzecz o fundamentalnym znaczeniu. Otóż u swych najgłębszych źródeł populizm opiera się na podwójnym geście ustanowienia – przywódcy i ludu. Przywódca stanowi emanację „prawdziwego” ludu – w przeciwieństwie do tego „nieprawdziwego”, tj. w ten lub inny sposób zainfekowanego „obcymi” wpływami. Lud stanowi monolityczną jedność, która znajduje swoje odzwierciedlenie w „prawdziwym” przywódcy. Inni politycy okazują się w tej perspektywie agentami obcego wpływu, zdrajcami, i tak dalej. Ergo, nie są „prawdziwymi” przywódcami.

Populizm rodzi się wraz z ustanowieniem tej podwójnej fikcji – fikcji autentycznego lidera i autentycznego ludu. Oba elementy są ze sobą nierozerwalnie związane, czerpią bowiem od siebie nawzajem legitymację. Przywódca jest autentycznym przywódcą dzięki prawdziwemu ludowi, a lud jest autentycznym ludem dzięki prawdziwemu przywódcy. W momencie, w którym zakwestionowany zostanie jeden człon tego równania, upada również drugi. Upada – podkreślmy to wyraźnie – na poziomie ontologicznym, to znaczy na poziomie tego, czym jest jako byt. Niemożliwa wydaje się w takim przypadku rewizja dotychczasowej tożsamości, jakaś jej częściowa korekta czy odmienne ujęcie. Tożsamość rozpada się całkowicie, przestaje być tym, czym być pragnęła i czym wyobrażała sobie, że jest.

Prowadzi mnie to do ważnego wniosku – mianowicie, że populizm opiera się na innej niż liberalno-demokratyczna ontologii politycznej. Ujmując rzecz możliwie precyzyjnie, opiera się na polityce wcielenia, a nie na polityce reprezentacji. W ustrojach liberalnych wybierani na ważne urzędy politycy są przedstawicielami tych, którzy ich wybierają. Mają więc działać w ich imieniu, zabiegać o ich interesy. Ale nie są z nimi tożsami ani nigdy nie reprezentują całości społeczeństwa – wszystkich jego warstw czy wszystkich obecnych w nim światopoglądów. Dlatego właśnie ustroje te są z natury pluralistyczne. U samych swoich podstaw zakładają, że przedstawicielstwo jest zapośredniczeniem, a społeczeństwo stanowi wielość (nie tylko stricte numeryczną wielość ludzi, ale również wielość postaw, systemów wartości, wizji sprawiedliwego ustroju, etc.). Dlatego właśnie kluczowe znaczenie odgrywa w ustrojach liberalnych deliberacja – debata publiczna polegająca na ucieraniu stanowisk, wypracowywaniu wspólnych rozwiązań, zawieraniu bolesnych nieraz kompromisów. Dlatego takie ustroje przyjmują formę demokracji parlamentarnych (od francuskiego parler – rozmawiać). Polityka liberalna jest mediacją.

Inaczej populizm. Przywódca stanowi wcielenie ludu, ten zaś jest w swojej istocie jednolity. Wszelka mediacja staje się zatem zbędna. Wszelkie „neutralne” wobec możliwych konfliktów społecznych czy zaangażowanych w nie grup instytucje okazują się „obce”. Skoro lud jest monolitem, nie ma między czym a czym mediować ani zachowywać neutralności. Wszelkie prawo staje się ograniczeniem autentycznej woli wspólnoty, której jedynym wyrazicielem jest przywódca. Skuteczność jego oddziaływania w sferze publicznej nie polega zatem na perswazji (wymianie racjonalnych argumentów, przejrzystej prezentacji poglądów, itp.), ale na pewnej zdolności performatywnej. Przywódca musi umieć odzwierciedlać i projektować emocje – umiejętność ta przesądza o jego „tożsamości” z ludem. Z jednej strony musi więc umieć wyczuć panujące w zbiorowości emocje, z drugiej – potrafić narzucić jej członkom to, co sam czuje i co chce wyrażać. Rozchwianie tej tożsamości grozi zawaleniem się populistycznego obrazu świata – rozpadem polityki wcielenia i powrotem do polityki reprezentacji. Populistyczna polityka jest utożsamieniem.

Widać to szczególnie wyraźnie na poziomie najbardziej podstawowego narzędzia mediacji, jakim pozostaje język. Z punktu widzenia populistów debata publiczna to przestarzały rytuał, oparty na naiwnej wierze w racjonalną politykę. W ich przekonaniu ani rozum, ani język nie mają do odegrania żadnej mediującej roli. Populizm jest odrzuceniem wszelkiej rozumności i wszelkiej mediacji w polityce. Dlatego przypisywanie wypowiedziom czołowych populistów wartości logicznej czy też interpretowanie ich przez pryzmat przesłanek, na jakich są oparte (tudzież wniosków, do których prowadzą) oznacza poważne niezrozumienie natury „języka”, jakim się posługują. Czy też raczej sposobu, w jaki posługują się językiem.

Być może najlepiej widać to na przykładzie Donalda Trumpa, który w najpełniejszym chyba stopniu opanował populistyczną gramatykę. Jego wypowiedziami nie rządzą kryteria logicznej spójności, poprawnego wnioskowania, transparentnego przedstawiania przyjmowanych założeń, etc. Są przekaźnikami emocji, mają wywołać radość lub oburzenie, przede wszystkim jednak – utwierdzić na poziomie przeżycia jedność przywódcy i ludu. Należy je zatem interpretować jako akty potwierdzenia czy też odnowienia podwójnej populistycznej fikcji założycielskiej, o której pisałem wcześniej – tożsamości autentycznego przywódcy i autentycznego ludu (tożsamości podwójnej, czyli każdego z nich z osobna oraz obu ich ze sobą). Polityka wcielenia przekształca język z narzędzia mediacji w narzędzie utożsamienia. Chodzi o organizowanie emocji, a nie o treść; o przeżycie, a nie o myślenie; o zamanifestowanie jedności, a nie o wyrażenie wielości.

Nie ma jednej techniki czy przepisu, w jaki dokonuje się tego utożsamienia. Dość powiedzieć, że najczęściej krąży ono wokół pojęcia ofiary. Przywódca musi pokazać ludowi, że ten jest ofiarą oraz wskazać osoby lub grupy winne takiemu stanowi rzeczy. Lud jest więc wykorzystywany przez oderwane od niego elity, jest przedmiotem pogardy i bezwzględnej eksploatacji. Przywódca powinien natomiast przedstawić się jako ten, kto staje w jego obronie. Polityka wcielenia działa jednak najlepiej, gdy sam zajmuje pozycję symbolicznej ofiary, kiedy na własnych barkach dźwiga krzyż cierpień, których doświadcza lud. W świetle quasi-religijnych wyobrażeń, których pełno w środowiskach populistycznej prawicy, tego rodzaju nawiązanie do chrześcijaństwa wydaje się w pełni usprawiedliwione. Populiści chętnie sięgają zresztą po wielkie mity i pełne patosu symbole. Odrywają się w ten sposób od polityki mającej rozwiązywać przyziemne problemy obywateli; tworzą wrażenie grandeur; używają wielkich słów. Nic z tego nie jest jednak serio, wszystko obliczone jest na efekt mający oszołomić odbiorcę niczym wizualne tricki w kinowym blockbusterze. Można się na to krzywić, trudno nie zauważyć jednak, że paleta narzędzi, po jakie sięgają populiści okazuje się dzięki temu znacznie szersza – a przez to niejednokrotnie bardziej skuteczna – aniżeli ta, do jakiej ograniczają się „roztropni” liberalni pragmatycy.

Co sprawiło, że opisana wyżej zmiana stała się możliwa? W jaki sposób polityka wcielenia stała się przekonująca? A może to liberalna polityka mediacji podważyła samą siebie, a więc nadejście populizmu przygotował uprzedni upadek liberalnej polityki z jej postępującą, profesjonalizacją? Czy to nie ona przyczyniła się do nadania partiom wodzowskiego charakteru, dzięki czemu stały się bardziej skuteczne, ale zamarł w nich wewnętrzny dialog. Najważniejsze wydaje mi się jednak to, co szczególnie dobrze widać na polskim przykładzie. Mianowicie że wszystkie liczące się ugrupowania zaczęły definiować się poprzez wroga. Innymi słowy, zwyciężyła polityka resentymentu, jeżeli za jego dystynktywną cechę uznać określanie własnej tożsamości poprzez negatywne odniesienie do innego, do przeciwnika. Tym samym wszyscy – nie tylko populiści! – są „w opozycji” wobec kogoś, a destrukcja wroga okazuje się tożsama z utratą racji istnienia. W efekcie wszyscy są „w opozycji” również w innym znaczeniu tej kategorii: nikt nie rządzi (nawet jeżeli akurat sprawuje władzę). Rządzenie wyczerpuje się w nie-byciu-tymi-drugimi, a kluczowy argument, jaki skłonić ma wyborców do głosowania za dowolnym ugrupowaniem daje się streścić w słowach: „my nie jesteśmy nimi”.

Polityka znajduje się więc w rodzaju resentymentalnego klinczu, z którego nie ma prostego wyjścia i za sprawą którego jałowieje, staje się wyprana z treści. Taktyka partyjna nawet nie tyle przeważa nad strategią, ile całkowicie ją zastępuje. W Polsce – i nie tylko w Polsce zresztą – siły anty-populistyczne działają w ramach tej właśnie logiki (z rozmysłem nie nazywam ich więc „liberalnymi” czy „liberalno-demokratycznymi”). „Głosujcie na nas, bo nie jesteśmy naszymi oponentami” – tak mniej więcej podsumowałbym ich przekaz. Doraźnie może nawet okazać się skuteczny. W długim okresie to jednak woda na młyn populizmu. Lub innych, gorszych jeszcze sił, które mogą przyjść po nim.

Najgorsze wydaje mi się jednak, że oparta na resentymencie postawa znajduje się daleko od polityki mediacji, a blisko polityki wcielenia. Potwierdza to moim zdaniem, że moment, który opisałem na początku – owa chwila, gdy anty-populiści rozważali nieuznanie wyniku wyborów prezydenckich – nie była niczym przypadkowym. Naiwnością byłoby uważać, że populizm może zatriumfować jedynie wtedy, gdy do rządów dojdą populistyczne ugrupowania. Jego prawdziwym zwycięstwem byłoby moim zdaniem coś innego – narzucenie populistycznej logiki wszystkim stronom politycznej rywalizacji. Bo też o to właśnie – o „hegemonię”, a więc o zdolność bycia siłą tworzącą normy, określającą ramy, w jakich musi poruszać się dziś polityka – w istocie toczy się spór. Czy tak rozumiany triumf populizmu nie okazuje się niepokojąco bliski?

Jan Tokarski – historyk idei, członek redakcji „Przeglądu Politycznego”. Opublikował m.in. „W cieniu katastrofy. «Encounter»,Kongres Wolności Kultury i pamięć XX wieku” (2023), „Tocqueville. Biografia myśli” (2025), „Platon od nowa” (2026).

Tekst ukazał się w „Przeglądzie Politycznym” nr 197/2026.

Artykuł ukazał się w:
Przegląd Polityczny 197/2026

Skip to content