O epistolografii, edytorstwie i archiwach korespondencyjnych w Maisons-Laffitte i w Stawisku rozmawiają Piotr Kłoczowski, Piotr Mitzner, Żaneta Nalewajk i Robert Papieski
Robert Papieski: Spotykamy się w Muzeum imienia Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku, by rozmawiać o listach przechowywanych w archiwach Maisons-Laffitte i w Stawisku. Rok temu Piotr Mitzner zaproponował mi udział w roli autora w numerze „Tekstualiów” poświęconym epistolografii[1]; od razu powiem, że ten numer jest rewelacyjny. Uderzyło mnie w tym, co mówił Piotr Mitzner, zarysowując koncepcję numeru, i mile zaskoczyło, zestawienie Stawiska z Maisons-Laffitte jako dwóch kulturotwórczych, postawionych na równi ośrodków archiwalnych, ale zarazem prężnych centrów, generujących bardzo ważne dla kultury polskiej listy i archiwalia. Ja nigdy tak o Stawisku nie myślałem, być może dlatego, że długo tu pracuję i straciłem właściwą perspektywę. Ale skoro tak mówi Piotr Mitzner i zapewne tak myśli Piotr Kłoczowski, to tak jest.
Piotr Mitzner: Myślę, że Konstanty Jeleński też by się z nami zgodził.
Robert Papieski: Piotr Mitzner połączył te dwa ośrodki we wstępie do „Tekstualiów”[2], i zrobił to znakomicie, na pewno rozwinie tę myśl, natomiast ja w swoim tekście skupiłem się na Stawisku i mojej roli w stawiskim archiwum[3]. Niezwykle ciekawy, wręcz fascynujący, jest wywiad z Piotrem Kłoczowskim[4], który czytałem dwukrotnie i nie wiem, czy skończę na drugim razie, bo to jest arcyciekawa rozmowa, pokazująca od innej strony, dla mnie nieoczekiwanej, rolę Jerzego Giedroycia, o co będę chciał za chwilę zapytać Piotra Kłoczowskiego. Zanim to nastąpi, może Żaneta Nalewajk powie o zawartości reszty numeru. Jak zrodził się pomysł na numer poświęcony epistolografii?
Żaneta Nalewajk: Pomysłodawcą był Piotr Mitzner, który jest członkiem naszej rady redakcyjnej. Moja odpowiedź była natychmiastowa: jak najbardziej, ale ty musisz ten numer zrobić, bo do tego potrzebny jest ktoś z dużym doświadczeniem edytorskim, a także z doświadczeniem w badaniach w różnych ośrodkach związanych z epistolografią. Zamiar był taki, żeby z jednej strony przyjrzeć się listowi od strony historycznej, listowi rozumianemu nie tylko jako portret nadawcy czy adresata, lecz także jako medium, w którym ogniskuje się nasza wiedza o wydarzeniach w rozmaitych środowiskach i o relacjach międzyludzkich, z drugiej strony – przyjrzeć się temu, co działo się z listem jako gatunkiem na przestrzeni epok, szczególnie w ostatnich dwudziestu, trzydziestu latach, kiedy pojawiły się media elektroniczne i nowe formy komunikowania. Chcieliśmy zastanowić się nad tym, jakie jest miejsce epistolografii dziś i jak zmienia się ta forma przekazu.
Oczywiście centralne dla nas dzisiaj są dwa ośrodki: jeden związany z Jerzym Giedroyciem i „Kulturą” w Maisons-Laffitte, drugi – związany z Jarosławem Iwaszkiewiczem i Stawiskiem. Ale numer buduje szerszy kontekst i pokazuje różne sposoby myślenia o korespondencji. Mamy rozmowę z Anitą Całek[5], kontynuatorką badań Stefanii Skwarczyńskiej nad teorią listu, a zarazem badaczką współczesnych form korespondencji. Jest znakomita rozmowa z Piotrem Kłoczowskim Za zasłoną. Lafickie księstwo listów, w której sporo miejsca zajmuje kwestia sprawczości listu, to, że za pomocą listów można pewne sprawy społeczne, kulturowe, środowiskowe w określony sposób modelować i ogniskować energię intelektualną pochodzącą z różnych źródeł. Mamy też w numerze kilka spojrzeń wstecz: refleksję o korespondencji Zygmunta Krasińskiego[6], namysł nad listami Cypriana Norwida do kobiet[7], bardzo ciekawy tekst Aleksandra Wójtowicza poświęcony korespondencji Kazimierza Andrzeja Jaworskiego, redaktora naczelnego „Kameny”[8]. Jest również próba Katarzyny Gędas spojrzenia na dedykacje książkowe jak na formę listu[9], przedmiotem refleksji stała się także korespondencja Kantora[10] oraz epistolografia i jej nowe funkcje w mediach elektronicznych[11]. Jest wspaniały esej literaturoznawczy Roberta Papieskiego, w formie listu adresowanego do Piotra Mitznera, o listach Jarosława Iwaszkiewicza, pracy nad nimi i korespondencji przechowywanej w Stawisku. Ponadto w numerze znalazły się tłumaczenia listów Daniiła Charmsa[12], przekłady listów Borysa Pasternaka do Niny i Tycjana Tabidzów[13], wreszcie – tekst Pawła Bema o tym, co edytor powinien przemyśleć, gdy pracuje nad wydaniem korespondencji[14]. A zatem list jako forma przekazu zorientowana dialogowo, jako portret podmiotu piszącego, jako portret adresata i jako forma, za której pośrednictwem toczy się życie emigracyjne, które inspiruje literaturę.
Robert Papieski: Wrócę do pytania skierowanego do Piotra Mitznera: co pana skłoniło do zestawienia tych dwóch miejsc: Maisons-Laffitte i Stawiska?
Piotr Mitzner: Przyczyny były osobiste i intuicyjne. Osobiste, ponieważ wychowywałem się w Podkowie Leśnej, a więc nie tak daleko od Stawiska, znałem gospodarzy, później tu pracowałem w archiwum. Poza tym Iwaszkiewicz jako pisarz jest dla mnie niesłychanie ważny. Zawsze zdawałem sobie sprawę z jego roli. Poza pisarstwem to nie tylko redaktor naczelny „Twórczości”, prezes Związku Literatów Polskich, to także – wytarte, ale celne określenie – człowiek instytucja. Jest jeszcze jeden termin, który pojawia się w jego twórczości, jest może wyrwany z kontekstu i brzmi trochę pretensjonalnie, ale jest ważny: gospodarstwo. To znaczy też gospodarstwo literatury polskiej. Iwaszkiewicz uważa się za gospodarza i w związku z tym sądzi, że wie lepiej. I nie będą mu opozycjoniści przeszkadzać, bo psują jego strategie, nie będą mu emigranci wtrącać się w polskie sprawy. Takie nastawienie brało się z zaangażowania.
Z drugiej strony jest Maisons-Laffitte, miejsce, w którym już jako dojrzały człowiek, działający w drugim obiegu, zacząłem bywać i rozmawiać z Redaktorem. Wcześniej oczywiście czytałem „Kulturę”, co mnie też ukształtowało. Wpływ na mnie miały więc w zasadzie nie tyle sobie obce, co najeżone względem siebie ośrodki. Chciałem to jakoś ugryźć i pomyślałem, że te dwa centra są do siebie podobne, jeszcze nie wiem dokładnie w jakim planie, ale na pewno coś jest na rzeczy. Próbuję to rozpoznać intuicyjnie, z osobistej potrzeby. Wydaje mi się, że jeszcze pełnej odpowiedzi na to nie ma, bo o ile wiem, nie udało się jeszcze ściągnąć całej korespondencji wychodzącej ze Stawiska; jest tu masa listów przychodzących, a nie ma wszystkich tych, które pisał Iwaszkiewicz – bo niestety na ogół pisał ręcznie i nie przez kalkę, podczas gdy prawie wszystkie listy Giedroycia mamy w kopiach, które zostały w jego archiwum. Obaj mieli świadomość znaczenia listu, nie tylko jako świadectwa własnej roli, ale także jako dokumentu historycznego, dlatego na Stawisku niczego się nie wyrzucało, podobnie jak w Maisons-Laffitte, zwłaszcza że trauma wojny, podczas której tyle rękopisów, listów, dokumentów się spaliło, była bardzo silna. Więc jeszcze nie znamy wszystkich listów Iwaszkiewicza, a kiedy je poznamy, będziemy mogli nazwać proporcje: na ile pisał o sobie, na ile pisał o innych, na ile o sprawach „Twórczości” i Związku Literatów.
Robert Papieski: Mam pytanie do Piotra Kłoczowskiego. Bardzo mnie zafrapowało to, co powiedziałeś o Giedroyciu, nazywając go Księciem i pięknie rozwijając tę myśl. Czy dałoby się – szukając linii łączących Maisons-Laffitte i Stawisko, Giedroycia z Iwaszkiewiczem – taką linię poprowadzić od słowa „książę”, stojącego przy Giedroyciu, do słowa „król”, stojącego przy Iwaszkiewiczu, który sam siebie w dzienniku tak określił po wizycie w Stawisku królowej Belgii Elżbiety? Co można rozumieć przez słowo „książę”? Czy arystokratyzm ducha, który wiele wyjaśnia w biografii Giedroycia? W tym, co pisał Iwaszkiewicz w Dziennikach, też jest rodzaj królewskiego dostojeństwa. Czy dałoby się taką linię między tymi postaciami poprowadzić na płaszczyźnie książęcości i królewskości?
Piotr Kłoczowski: Trochę karkołomne pytanie.
Robert Papieski: Innych nie będę stawiał.
Piotr Kłoczowski: Może wróciłbym do kwestii domu. Zarówno Maisons-Laffitte, jak i Stawisko to były domy zamieszkane przez gospodarzy przez całe lata i stały się po ich śmierci miejscem bardzo ważnych archiwów literackich, ale pozostały – Stawisko szczególnie, ale Maisons-Laffitte również – domami, to znaczy wchodząc do Stawiska czy będąc w Maisons-Laffitte, odnosimy wrażenie, jakby gospodarz na chwilę wyszedł, archiwa są umieszczone w oddzielnym miejscu, a wnętrza zachowały wystrój nadany im przez właścicieli. Formułę tych domów bardzo ciekawie i szerzej ujął Wojciech Karpiński, który pisał, że w powojennej Polsce, pozbawionej suwerenności politycznej, było kilka domów, które miały w swojej idei utrzymanie złożonej ciągłości kultury polskiej, i wskazywał, że takim domem jest Stawisko Iwaszkiewicza, Maisons-Laffitte Giedroycia, takim domem była redakcja „Tygodnika Powszechnego” na ulicy Wiślnej w Krakowie i takim domem – ja się z tym zgadzam, bo chodzi też o całe środowisko – był dom Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Lidii Croce, willa Ruffo w Neapolu, miejsce promieniujące i ważne. To, że w tych domach utrzymano bardzo świadomie ciągłość związaną z ludźmi, pamięcią, książkami, korespondencją miało olbrzymie znaczenie dla powojennej Polski i pojałtańskiej Europy. Mówię o tym, bo chciałem zobaczyć te domy w szerszym kontekście.
Zacząłem tutaj krążyć wokół kwestii księcia. Giedroyc sam nie używał takich sformułowań i nie lubił, kiedy ktoś się tak do niego zwracał. Był bardzo świadomy, tak jak Czapski, całej złożoności genealogii, to znaczy procesu degradacji takich rodzin: on, co prawda, z senatorskiej rodziny Rzeczypospolitej, ale ojciec był już tylko aptekarzem. Zbyt dobrze znali złożoność historii, żeby przywiązywać wagę do arystokratycznej tytulatury. Jeśli w wypadku Giedroycia czy Czapskiego było coś z przywiązania do własnej genealogii, jako wyrazu przynależności do formacji społecznej, to było poczucie, że szlachectwo jest zobowiązaniem: jeżeli zachodzi taki przypadek, że przychodzimy na świat w rodzinie o uprzywilejowanym statusie społecznym, to dla nas wypływa z tego faktu jedynie rodzaj powinności i służby. Natomiast człowiek jest, jaki jest, i często jemu samemu się wydaje, że ma inny rodzaj świadomości, a i ludzie wokół zdają sobie sprawę z tego, że mają do czynienia z kimś o wielkim promieniowaniu, pewnej pańskości, którą się ma we krwi. W tym znaczeniu Giedroyc sprawiał takie wrażenie, Iwaszkiewicz również – choć inaczej. Przy całym skomplikowaniu jego własnym i rodzinnym, jego obecności w kulturze i własnej genealogii, którą zbudował i z której wyrastał – z Elizawetgradem, z rodziną Szymanowskich, z pianistą i pedagogiem Henrykiem Neuhausem, ważną postacią w muzyce XX wieku – na pewno miał poczucie, że był uformowany przez bardzo elitarne środowisko w Rosji przedbolszewickiej.
Ale wracam jeszcze do tych domów, Stawiska i Maisons-Laffitte, bo wydają mi się istotniejsze od kwestii „księcia”. Z jednej strony – olbrzymia niechęć Giedroycia do Iwaszkiewicza, prawie demonstracyjna; z drugiej strony – dla kogoś tak bliskiego „Kulturze”, jak Czesław Miłosz, Iwaszkiewicz był niezwykle ważną postacią – wydany przez Barbarę Toruńczyk tom listów Miłosza z Iwaszkiewiczem jest tego wielkim świadectwem[15]. Druga osoba, młodsza, dla której Iwaszkiewicz był bardzo ważny, także w prywatnych relacjach, to Konstanty Jeleński. Więc mamy taką złożoność jak w życiu, że jakiś kuzyn przez jednych jest nielubiany, a przez innych uwielbiany. Może na razie tyle, może do tego księcia uda się jeszcze wrócić.
Piotr Mitzner: Mnie się wydaje, że potocznie, w warszawskim środowisku przez pewien czas mówiło się o Giedroyciu „Książę”, a potem to zniknęło, potem był Redaktor i tak zostało. To widać dziennikach i w korespondencji Wiktora Woroszylskiego, najpierw jest Książę, a później ten tytuł zanika.
Żaneta Nalewajk: Można zastanowić się nad statusem korespondencji w biografii Giedroycia i w biografii Iwaszkiewicza. Czy on jest taki sam?
Robert Papieski: Gdybym odpowiadał na to pytanie przed przeczytaniem rozmowy z Piotrem Kłoczowskim, to wiedziałbym, co odpowiedzieć, a teraz to zagadnienie mi się skomplikowało, bo Piotr Kłoczowski mówi, że listy Jerzego Giedroycia sytuują go jako nie tyle epistolografa, co wręcz pisarza.
Żaneta Nalewajk: Właśnie ta wypowiedź skłoniła mnie do zadania tego pytania. Piotr Kłoczowski w rozmowie zaproponował takie ujęcie sprawy, że Giedroyc to pisarz, którego gatunkiem jest właśnie list, i gdyby zabrać mu listy to tak, jakby go ogołocić z całej energii twórczej, prawda?
Robert Papieski: Tak, jeśli zgodzimy się z takim postrzeganiem Giedroycia, to sytuuje się on jako pisarz obok Iwaszkiewicza pisarza. Jeszcze tydzień temu powiedziałbym, że Giedroyc, pisząc listy, załatwiał sprawy redakcyjne i wydawnicze, był politykiem i dyplomatą, i nie połączyłbym tego z aktywnością pisarską, choć na pewno znam słabiej listy Giedroycia niż Piotr Kłoczowski. Natomiast dla Iwaszkiewicza list był formą w pełnym tego słowa znaczeniu literacką, a czasami tylko użytkową, więc jeszcze niedawno umieściłbym listy obu naszych bohaterów w dwóch różnych kategoriach, ale teraz nie jestem tego pewny.
Piotr Mitzner: Ja myślę, że obaj są pisarzami epistolografami, ale jest to zupełnie inna literatura. Jednak Iwaszkiewicz to jest literatura wyznania, w listach pisze bardzo dużo o sobie. Tu nie chodzi o pychę czy kult własnej osoby, po prostu pisze o swoim życiu, przywołuje wspomnienia, oczywiście łącząc je ze współczesnością, „pamiętam, jak…” – i w tym sensie listy są przedłużeniem dziennika Iwaszkiewicza. U Giedroycia też to można znaleźć, ale o wiele rzadziej, jemu szkoda było czasu na to, żeby się rozgadywać. W ogóle my wciąż mało wiemy o Giedroyciu, Autobiografia na cztery ręce[16] jest w zasadzie suchym raportem wojskowym: zrobiłem to, wydaliśmy to, działaliśmy na odcinku. Ale pewne napięcia emocjonalne, pewne podteksty trzeba czytać trochę między wierszami. Taki psychologiczny portret Giedroycia da się namalować na podstawie listów. Oczywiście są też tacy adresaci, wobec których był bardzo otwarty i emocjonalny, na przykład w listach do Bobkowskiego[17].
Piotr Kłoczowski: Chcę przywołać celne spostrzeżenie Andrzeja Stanisława Kowalczyka, też dzisiaj obecnego, któremu zawdzięczamy wspaniałą formułę „rzeczypospolitej epistolarnej” Giedroycia. Bardzo wcześnie, bo w 2006 roku, wychodzi ta świetna książka Od Bukaresztu do Laffitów[18], która wyznacza terytorium listów Giedroycia, i tam jest spostrzeżenie, że czasami zbiory listów można czytać jak powieść. To mi przypomina świetną myśl Konstantego Jeleńskiego, że dziennik Gombrowicza jest nowoczesną powieścią, a on sam – niezwykle tajemniczym jej narratorem. Jeleński porównał narratora dziennika Gombrowicza z narratorem Prousta, obaj są tak samo zagadkowi. Niektóre zespoły listów rzeczywiście można czytać jak powieść, na przykład trzy tomy korespondencji Giedroycia z Miłoszem, które opracował Marek Kornat[19]. Jeżeli mamy dwóch takich protagonistów i ich rozmowa jest rozłożona na lata, od lat pięćdziesiątych XX wieku do śmierci Giedroycia w 2000 roku, czyli obejmuje całą epokę historyczną w Polsce i w Europie, to można czytać ją jak powieść rozłożoną na dwa głosy.
U Giedroycia uderza mnie to, że jest on korespondentem, który poprzez listy buduje „Kulturę” oraz Instytut Literacki. Dla niego punktem wyjścia są zawsze konkretne sprawy, które chce rozwiązać, uprawia rodzaj sprawczości poprzez listy. Można powiedzieć, że pragmatyczna strona listów stanowi pewne ograniczenie, ale zobaczyłbym to jako regułę. Tak jak istnieje reguła sonetów, sprawiająca, że nie można pisać dowolnie o wszystkim, tak tu jest reguła pragmatyczna, dzięki której pojawiają się w listach zdania, fragmenty, akapity pierwszorzędne jako skrót myślowy, jako sposób zapanowania nad adresatem. Uderzające jest dzisiaj, z perspektywy lat, obserwowanie dynamiki wszystkich sporów w tych listach, na przykład awantury, na granicy zerwania, z Gombrowiczem[20], który miał pretensje do Giedroycia, że źle mu ułożył dziennik, że to, co miało być na początku, wydrukował na końcu albo że w ogóle pominął stronę – spokój i opanowanie Giedroycia są imponujące i dzisiaj widzimy, że za każdym razem właściwie ma rację; histeryczność Gombrowicza przegrywa z pewną, że tak powiem, pańskością Giedroycia. To samo jest w korespondencji z Miłoszem, tam jest zresztą bardziej złożona sprawa, za każdym razem jest jednak w listach Giedroycia coś z takiego dobrego osadzenia w sobie, co przejawia się w relacjach z ludźmi, przy wszystkich przywarach Giedroycia, który potrafił być okrutny wobec ludzi. Więc nagle zobaczyłem, i zacząłem w tej perspektywie czytać jego listy, że w nich jest pewna jednolitość stylu, spójność retoryki, a zarazem niezwykła elastyczność, to znaczy za każdym razem musiał dostosować swoją argumentację, swój styl do tego, do kogo pisał. Można sobie wyobrazić taki ranek – Paweł Bem o to pytał – kiedy Giedroyc pisze trzy strony do Jerzego Stempowskiego, dwie strony do Gombrowicza, list na pięć stron do Miłosza – wybitne indywidualności, każda z innym światem, z innymi sprawami łączącymi ją z Redaktorem – i Giedroyc potrafi w jedno przedpołudnie ułożyć całą strategię, całą taktykę relacji z nimi – to jest imponujące. I w tym wszystkim jest pisarzem, ponieważ te listy są nie do pomylenia z innymi – gdybyśmy znaleźli się w takiej archiwistycznej sytuacji, że mamy przed sobą listy Miłosza pomieszane z listami Giedroycia, to jakbyśmy wyjęli dowolny list, od razu poznamy, że to nie jest Miłosz, tylko Giedroyc, jego listy są rozpoznawalne stylistycznie.

Piotr Mitzner: Tak, myślę, że w listach Giedroycia są genialne momenty odsłon szczerości. Powiedziałeś o tym, że on jest czasami okrutny, to prawda – ale jest taki niewydrukowany jeszcze chyba list do Ewy Berberyusz, w którym Giedroyc pisze: „I tak chodzę sobie, i mówię: bądź brutalny, bądź brutalny”. Zarówno w korespondencji Iwaszkiewicza, jak i w korespondencji Giedroycia widać troskę o sprawy ludzkie, tu dla kogoś potrzebne lekarstwa, tu – jeśli chodzi o Iwaszkiewicza – kogoś wyrzucają z pracy i trzeba coś wymyślić – słowem obaj są dla wielu ludzi rodzajem pogotowia ratunkowego. Działają w innych warunkach, w innej sytuacji, ale to ich łączy.
Piotr Kłoczowski: Można jeszcze dodać do przybliżeń, które robimy w tej rozmowie, to, jak bardzo liczyli się z opinią Iwaszkiewicza twórcy z kręgu Giedroycia. Pierwszy raz zobaczyłem to w relacji Gombrowicza z Iwaszkiewiczem, któremu wysłał maszynopis Ślubu. Pornografię wysłał do dwóch ludzi, do Konstantego Jeleńskiego i do Iwaszkiewicza. Czekał na opinię Iwaszkiewicza, to znaczy, że szalenie się z nią liczył. Uważał, że sąd pisarski Iwaszkiewicza będzie decydujący. I jak usłyszał od niego, że Pornografia jest w dziesiątkę, odetchnął. To samo było parokrotnie z Miłoszem. Nie znaczy to, że Gombrowicz czy Miłosz nie mieli poczucia własnej wartości, ale potwierdzenie ze strony Iwaszkiewicza było dla nich bardzo ważne. Zawsze mnie uderzało, że dotyczy to takich gigantów jak Gombrowicz i Miłosz. Relacje Miłosza i Iwaszkiewicza, niekiedy dramatyczne, to rzeczywiście niezwykła powieść. Na przykład jak Miłosz poznaje opinię Iwaszkiewicza o poemacie Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada – Julia Hartwig przesłała Miłoszowi fragment listu Iwaszkiewicza do Artura Międzyrzeckiego, w którym pisał, że poemat Miłosza to jest największa rzecz, jaką czytał w poezji polskiej XX wieku – nie powiedział mu wprost, ale pochwała dotarła do Miłosza. A drugą taką pochwałę dostał Miłosz od Giedroycia, mimo że to był okres wielkich napięć między nimi. Ten fragment listu państwu przeczytam: „Mój Drogi – pisze Giedroyc do Miłosza – dziękuję za list, który dziś otrzymałem. […] Lauda[21] mnie zachwyciła, zarówno od strony językowej, jak i sentymentalnej. Ostatecznie można sobie na to pozwolić, gdy Polska staje się coraz bardziej «piastowską» i chłopską”[22]. I jeszcze jeden: „Myślę, że to jedna z najlepszych Twoich rzeczy i bardzo gratuluję. Bardzo często doprowadzasz mnie do cichej furii (jakże słusznej), ale takie poematy są związane z paruset latami odpustu”[23]. Edytor musiałby się zastanowić, ile do tego pierwszego fragmentu trzeba zrobić przypisów, żeby zrozumieć, o co chodzi Giedroyciowi. Bo co to znaczy, że Polska staje się coraz bardziej chłopska i piastowska, a co znaczy, że Miłosz i ten poemat to jest inna Polska? W każdym razie te relacje listowne dotyczą niezwykle ważnych spraw życiowych i twórczych. Wyobraźmy sobie osamotnienie Miłosza w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku w Kalifornii, gdzie miał właściwie jednego korespondenta, czyli Jeleńskiego, więc kiedy dochodzi do niego taki fragment listu z opinią Iwaszkiewicza, to rzeczywiście jest coś. Iwaszkiewicz bardzo szybko rozpoznał, że ma do czynienia z kimś niepowtarzalnym, że raz na sto lat zdarza się ktoś taki jak Miłosz. To świadczy o klasie Iwaszkiewicza. Goethe mówił, że wielkość człowieka poznaje się po tym, że potrafi rozpoznać wielkość drugiego. Coś z klasy goetheańskiej miał w sobie Iwaszkiewicz na pewno.
Robert Papieski: List – czy będziemy go rozumieć jako tekst literacki, czy jako dokument – jest formą szczególną, o czym także mówi Piotr Kłoczowski w rozmowie z Pawłem Bemem i z czym chyba wszyscy się zgodzimy. List jest specjalnym gatunkiem, który ściśle łączy literaturę z życiem. Jeżeli zajmuję się literaturą, to dlatego, że chcę poprzez nią zrozumieć coś więcej z życia. List najlepiej odpowiada moim oczekiwaniom wysuwanym wobec literatury, bo jest formą literatury, a zarazem formą życia. Ten splot czyni dla mnie korespondencję między dwiema osobami szczególnie ważną. Mam pytanie do Piotra Mitznera: skoro list łączy literaturę i życie i skoro już tyle listów Iwaszkiewicza ukazało się od jego śmierci, to czy zmieniły one obraz autora Brzeziny w pana oczach? Czy kolejne tomy korespondencji Iwaszkiewicza wpływają na pana sąd o nim jako pisarzu i człowieku?
Piotr Mitzner: Na pewno tak. Czasami odsłaniają się zupełnie niespodziewanie i w sposób migawkowy bardzo ważne sprawy. Zostają nazwane. Na przykład w jednym z listów do Jerzego Lisowskiego[24] – pisanym w czasie, kiedy Iwaszkiewicz czuł, że jest pod pręgierzem opinii społecznej, że trochę go szczypią, skubią, mają mu różne rzeczy za złe – pisze: „Ale ja przecież chcę być pożyteczny”. To niesłychanie ważne słowo, którego sam bym nie wymyślił na określenie jego roli gospodarza: „chcę być pożyteczny”. Więc tak, to jest portret ruchomy i o tyle fascynujący, że co pewien czas natrafiamy na coś, co przeczy wcześniejszemu rozpoznaniu. W wypadku Iwaszkiewicza mamy do czynienia – nie w sensie medycznym, ale psychologicznym – z osobowością dwubiegunową: jest tak i jest inaczej. Nawet w ocenie własnej twórczości znajdziemy u niego sprzeczne opinie: jestem geniuszem – nie nadaję się do niczego. Cały świat Iwaszkiewicza odznacza się taką dwubiegunowością. Jeśli chodzi o Giedroycia, to też odsłaniają się rozmaite cechy osobiste. Kiedyś trzeba będzie zrobić katalog pomysłów Giedroycia i jego szalonych wizji, zdecydowanie niebezpiecznych albo wręcz nie do zrealizowania, do których on usiłuje w listach namówić różnych ludzi. Michaiłowi Hellerowi proponuje, żeby zajął się agitacją antysowiecką wśród narodów muzułmańskich Kaukazu, w tym celu – jak instruuje Hellera w liście[25] – trzeba wydrukować dziesiątki egzemplarzy Koranu i dostarczyć je na Kaukaz – i Heller ma to załatwić. Inny pomysł: jeśli w czasie stanu wojennego powstanie w Polsce partyzantka, to Josif Brodski z Natalią Gorbaniewską pojadą stanowić rosyjski legion. Ale każdy taki pomysł odsłania tor myśli Giedroycia i to nie jest tak, moim zdaniem, że on naprawdę chciał, aby ta czy inna jego wizja została koniecznie zrealizowana. Kiedy do mnie pisał, że mam wspólnie z panią Józefą Hennelową załatwić dostawę węgla na Litwę, bo tak brakowało opału, to nie o to mu chodziło, że mam to rzeczywiście zrobić – on rzucał pewien problem, który miał zaprzątnąć moją głowę, przestawić moje myślenie. Według innego projektu Giedroycia miałem załatwić, żeby Andrzej Drawicz został szefem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i zmienił nazwę na Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Rosyjskiej. I tak dalej. I ciągle wyłania się z udostępnianych listów coś nowego. My, edytorzy, lubimy to, bo to dla nas ważne i ciekawe źródło wiedzy, którym możemy podzielić się z czytelnikami.
Żaneta Nalewajk: To, że udało nam się tu spotkać, wynika z tego, że – jak powiedział Robert Papieski – łączy nas pewien konsensus, to znaczy uważamy epistolografię za ważną. Ale ten konsensus jest niewypowiedziany. Więc zapytajmy najprościej: dlaczego w ogóle refleksja nad korespondencją jest ważna, do czego jest potrzebna?
Robert Papieski: To może ja zacznę, bo mówiłem o bliskości literatury i życia. Dla mnie korespondencja jest ważna – i pożyteczna, używając słowa Iwaszkiewicza – ponieważ pracy nad nią, to znaczy opracowywaniu listów, najwięcej zawdzięczam jako człowiek i jako historyk literatury. Praca edytora nauczyła mnie wielu umiejętności: szukania informacji, empatycznego wnikania w tekst, dogłębnego jego zrozumienia, znajdowania kontekstów, które tłumaczą to, co czytam, a co ma pewien wąski sens: jest jasne dla partnerów epistolarnego dialogu, ale już nie dla kogoś, kto ich listy czyta po dekadach. Jeśli jakieś porównanie jest tylko rzucone, jak w tym liście Giedroycia do Miłosza, wspomnianym przez Piotra Kłoczowskiego, to żeby czytelnik je zrozumiał, muszę jako edytor wytłumaczyć je w przypisie. Albo temu zadaniu sprostam, albo nie, ale mierzenie się z zadaniem rozwija mnie; opracowywanie korespondencji jest dla mnie pracą kształcącą, niekiedy nawet twórczą.
Skoro trzeba zrobić przypis, pojawia się pytanie, jaką powinien mieć formę. W „Tekstualiach” jest poświęcony temu zagadnieniu tekst Pawła Bema, który czytałem z wielką uwagą, z tym większą, że niemal z każdym zdaniem tego tekstu się nie zgadzam, pewnie z Pawłem Bemem porozmawiamy nie raz na ten temat. Jak robić przypisy? Jak obszerne? Co objaśniać, a co pozostawić bez objaśnienia? To jest za każdym razem decyzja edytora. Można pewną szkołę stworzyć, pewne oczekiwania wytworzyć wobec edytorów, ale w konkretnym przypadku pozostaje na końcu decyzja konkretnego edytora. W jednym zgadzam się bez wątpienia z Pawłem Bemem: minął czas robienia długich przypisów biograficznych, jakie sporządzała na przykład Hanna Kirchner do dzienników Zofii Nałkowskiej. Dzisiaj można bez trudu znaleźć w Internecie biogramy postaci, które występują w listach, natomiast moim zdaniem trzeba robić obszerne przypisy kontekstowe. Świetny przykład przywołał Piotr Kłoczowski: nic się w zasadzie nie rozumie z tego krótkiego fragmentu listu Giedroycia do Miłosza, nawet kiedy się sporo wie o Miłoszu i Giedroyciu. W takich sytuacjach oczekuję od edytora, aby na dole strony czy na końcu książki zamieścił objaśnienie. Sam jako edytor czuję potrzebę ukierunkowania myśli czytelnika, bo kiedy objaśniam kontekst, to trochę wpływam na kierunek myślenia odbiorcy. Jeśli mam przekonanie, że moja myśl o tekście jest trafna, to dlaczego mam z niej zrezygnować, dlaczego mam pozbawić przypis tej myśli? Oczywiście jeżeli ktoś nie chce czytać przypisów, może ich nie czytać. To jest wybór czytelnika. Ale są czytelnicy – spotykam się z takimi – którzy mówią, że czytają tylko przypisy, bo chcą szybko dotrzeć do wiedzy faktograficznej, typ encyklopedystów, którzy kiedyś czytali encyklopedię strona po stronie, a teraz czytają przypisy jeden po drugim. Spotkałem w Stawisku czytelnika, który powiedział, że najpierw czytał dziennik Iwaszkiewicza, pomijając przypisy, a potem zaczął czytać same przypisy i to była zupełnie inna lektura, jego zdaniem równie ciekawa jak tekst Iwaszkiewicza, bo czytał przypisy w taki sposób, żeby towarzyszyć autorowi. Kiedy Iwaszkiewicz rzuca jakąś aluzję literacką czy muzyczną, nie podając konkretnie, co czytał czy czego słuchał, to przypis może czytelnikowi tej wiedzy dostarczyć. Czytelnik, o którym mówię, zaczynał słuchać danego utworu albo oglądać w Internecie wspomniany przez Iwaszkiewicza obraz, słowem: odtwarzał drogę kulturową Iwaszkiewicza – tak ją nazwijmy – dzięki przypisom. Gdyby ich nie miał, gdyby obcował z czystym tekstem Iwaszkiewicza, który jako diarysta często jest enigmatyczny, mógłby zatrzymać się w rozumieniu tekstu na poziomie emocji, których u Iwaszkiewicza nie brakuje. Emocje wszyscy rozumiemy, jeżeli ktoś napisze, że jest zły, to wiemy, co to znaczy, ale kiedy odsyła do jakiegoś zjawiska kultury, a robi to mgliście, to nie wiemy. Wtedy nie bardzo wiadomo, o czym się czyta, więc kwestia zawartości przypisów jest ważna. I jeszcze jedna rzecz – skoro już zacząłem polemizować z Pawłem Bemem… Bardzo się z Pawłem Bemem lubimy, ale chyba rozmijamy się w podejściu do ustalania postaci tekstu. Chodzi mi o interpunkcję, bo zdaniem Pawła Bema należy zostawić taką, jaką stosuje autor; moim zdaniem nie, trzeba postawić przecinki tak, jak powinny stać. Ta różnica, która chyba jednak istnieje między nami, wynika z podejścia do listu, uznania go raczej za tekst literacki albo raczej za dokument. Paweł Bem twierdzi – tak rozumiem – że to jest przede wszystkim dokument. Dla mnie list jest tekstem literackim, a skoro tak, to jako edytor tekstu autora nieżyjącego staję się również jego redaktorem. Toteż nie widzę za bardzo sensu zostawiania interpunkcji błędnej. Przecinek lub jego brak może zmieniać sens tekstu i rolą edytora jest postawić go tam, gdzie – zgodnie z jego najlepszą wiedzą – spełni on funkcję przekazania sensu, o jaki chodzi autorowi. Kim byłbym, gdybym tylko przepisał tekst? Zresztą odczytywanie rękopisu, zwłaszcza nieczytelnego, bywa zarazem ustaleniem tekstu – poprzez podejmowanie decyzji, czy to jest takie słowo czy inne albo czy przecinek – jeśli autor go nie postawił – powinien stać tu czy tam, żeby zdanie miało sens zgodny z intencją autora. Wiemy, że odczytanie rękopisu to złożona sztuka.
Piotr Mitzner: Dobrym przykładem jest Józef Czapski.
Robert Papieski: Tak, no właśnie. Moim zdaniem edytor jest kimś, kto powinien zrozumieć to, co czyta. Wiem, że jeżeli stawiam przecinek tu lub gdzie indziej, jeśli go nie ma w ogóle, to decyduję o sensie, ale od tego jest edytor, żeby – korzystając ze swojej wiedzy, intuicji, znajomości życia i twórczości autora oraz kontekstu historycznego – ułatwić lekturę czytelnikowi. To jest jedno moich z głównych zadań jako edytora: ułatwić rozumiejącą, a przy tym nienatrafiającą na zbyteczne przeszkody lekturę. Dlatego jeszcze w jednej kwestii nie zgadzam się z Pawłem Bemem: chodzi o datowanie listów. Przepraszam, że wchodzę w takie szczegóły, ale są one ważne i dla edytorów, i dla czytelników. Otóż moim zdaniem warto w edycji stawiać – w nawiasach kwadratowych oznaczających ingerencję edytorską – datę roczną przy dacie dziennej i miesięcznej, jeżeli daty rocznej autor nie postawił. Paweł Bem twierdzi, że inteligentny czytelnik szybko się zorientuje, o jaki rok chodzi. Ja się tak szybko nie orientuję i chyba nie tylko ja. Weźmy do ręki dziennik Zygmunta Mycielskiego albo listy, które są pisane przez kogoś co kilka lat – jeżeli w poprzednim liście mieliśmy rok 1970, to nie znaczy, że następny list będzie z 1970. Może być z 1975, ale skąd mam to wiedzieć, skoro list nie ma daty rocznej, a edytor jej nie postawił? Kiedy czytam dziennik Mycielskiego, irytuję się, bo muszę wiele stronic przerzucić, tracąc czas, żeby dotrzeć do informacji, z jakiego roku pochodzi zapis, a często jako edytor szukam konkretnej daty. Jeśli szukam w różnych dziennikach i edycjach listów sierpnia 1958 roku i bez dodatkowych trudności znajduję, błogosławię tego, kto mi to ułatwił. Myślę, że moja rozmowa z Pawłem Bemem będzie się jeszcze toczyła i będzie dla nas obu bardzo owocna i twórcza. Jako edytorzy stajemy przed problemami, które każdy z nas – jak widać – rozwiązuje czasami inaczej. Ostatecznie czytelnik dostaje tekst z interpunkcją niepoprawioną i bez dat albo poprawiony i z datami. Te przykłady można mnożyć, bo Paweł Bem dziesięć takich punktów zanalizował, być może w dwóch się zgadzamy.
Piotr Mitzner: Ale to jest odpowiedź na pytanie: dlaczego warto się tym zajmować. Tak samo jest z poetyką przypisów. Bohater moich zainteresowań, Leon Gomolicki, w latach sześćdziesiątych XX wieku stwierdził – przytaczam w przybliżeniu – „zauważyłem, że w niektórych nudnych książkach najciekawsze są przypisy, napiszę taką powieść, gdzie banalna akcja będzie w tekście zasadniczym, a to, co najważniejsze, będzie się rozgrywało w przypisach” – niestety nie zrealizował tego pomysłu. Ale jest jeszcze coś: kiedy stajemy przed zagadką, pojawia się jakaś postać, która jak cień gdzieś przemyka, i w końcu udaje nam się czegoś o niej dowiedzieć – co nie jest proste, bo czasem kończy się siła Internetu i trzeba poczytać stare gazety – i nagle ta postać z nicości się wyłania, to jest radość. Jedną z takich przygód miałem w Stawisku. Kiedy zacząłem tu pracować, Katarzyna Fejcher, moja koleżanka z Londynu, napisała: „potrzebuję przypisu o człowieku, który się nazywał Hans Effenberger-Śliwiński, nie ma daty urodzenia, nie ma daty śmierci, muzyk” – no i się zaczęło. Ten Śliwiński od czterdziestu lat chodzi za mną i ciągle coś znajduję, zapisuję kolejne wersje jego biografii, fascynującej. W ten sposób z jednego przypisu wyrosła cała biografia człowieka[26], którego dokumenty i biblioteka zachowały się w Stawisku.
Piotr Kłoczowski: Odpowiadając na pytanie, z czego bierze się waga listów, przywołam zdanie z listu Miłosza do Aleksandra Wata z początku lat sześćdziesiątych, w którym napisał, że listy będą jednym z najważniejszych segmentów literatury polskiej XX wieku, i to się staje coraz bardziej prawdą. Dopiero listy ujawniają całą dramatyczność historyczną wyborów, przed którymi stali ich autorzy. Dlatego można powiedzieć, że listy są równoległą wielką powieścią literatury polskiej XX wieku. Na przykład – żeby sobie uświadomić całą dramatyczność wyboru Iwaszkiewicza w powojennej a niesuwerennej politycznie Polsce – było tylko dwóch ludzi, którzy mogli wprost z nim o tym rozmawiać, to był Mycielski i Paweł Hertz i tylko z tymi dwoma zdaniami się liczył. Oni jedyni potrafili zwrócić uwagę Iwaszkiewiczowi, że przekracza pewną możliwą granicę współpracy z władzą. I tylko w tych dwóch korespondencjach możemy uchwycić dramatyczność tej sytuacji, która inaczej byłaby dla nas prawie nieczytelna[27]. Listy są najbliżej realiów politycznych. Miłosz mówił, że zostaje garść wierszy i listy. I rzeczywiście. Przykład, który mi teraz przyszedł do głowy: Listy do pani Z. Kazimierza Brandysa są casusem swoistej mistyfikacji i złej wiary, to jest niedobre po prostu, i dopiero jak czytamy kilka listów o tym, w jakiej Brandys był pułapce, ujawnia się dramatyczność tych złych Listów do pani Z. i staje się ciekawa. To jest fenomen czasu – o tym też mówię Pawłowi Bemowi w rozmowie – jesteśmy w sytuacji wyjątkowej, która polega na tym, że mamy dostęp do tych listów, natomiast współcześni Iwaszkiewiczowi nie mieli. Listy między Iwaszkiewiczem a Miłoszem to była rzeczywistość tylko między nimi dwoma, czasami Miłosz pokazywał jakiś list Jeleńskiemu. My dziś po raz pierwszy jesteśmy w takiej sytuacji poznawczej, że możemy zobaczyć w jednym czasie korespondencję Giedroycia ze Stempowskim[28], dzięki Andrzejowi Stanisławowi Kowalczykowi, czy korespondencję Redaktora z Miłoszem. Nikt z protagonistów tych listów nie miał takiego oglądu. My dopiero z drugiego brzegu rzeki możemy oceniać wiele spraw. Czasami nam się wydaje, że to są sprawy – jak w listach Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów[29] – absolutnie prywatne. Czasem jakiś list był posłany do Hertza, ale zasadniczo wszystko było zamknięte w prywatnej sferze. I nagle to staje się publiczne. Oczywiście stoi za tym rewolucja socjologiczna, to, że nie mamy żadnych oporów; jeszcze dla takich ludzi jak Jeleński czy Gombrowicz było jasne, że nie wszystko się ujawnia, nie o wszystkim się pisze. Więc sytuacja, jaką dziś mamy, wydaje mi się bardzo ciekawa i jeżeli traktujemy listy jako źródło historyczne, to i nam, i historykom myśli politycznej dopiero dostęp do listów Giedroycia dał możliwość rozpoznania całej jego idei. Dużo już wiemy, ale kolejne zespoły listów zmieniają naszą perspektywę. Trwa praca nad trzytomową edycją korespondencji Czapskiego z Giedroyciem[30]. Kto wie, ile nowego wprowadzą ich listy w tę całą niezwykłą sprawę dla literatury XX wieku, jaką było spotkanie tych dwóch ludzi: Giedroycia i Czapskiego.
Chciałbym powiedzieć o jeszcze jednej perspektywie, która jest bliska zarówno Stawisku, jak i Maisons-Laffitte – to jest kwestia Ukrainy. Wydaje mi się, że jesteśmy dzisiaj w szczególnym momencie, w którym dziedzictwo relacji Ukrainy z Polską, w całej złożoności historycznej i indywidualnej w biografiach obu bohaterów naszej rozmowy, ma niezwykły come back. Sto lat temu była sprawa Ukrainy, relacji Piłsudskiego z Petlurą, która była matecznikiem emocjonalnym dla Giedroycia. W tekście Wacława Zbyszewskiego, opublikowanym po śmierci Giedroycia, a napisanym trzydzieści lat wcześniej, Niedoszły polski „Lawrence of Arabia”, jest wspaniałe zdanie, że być adiutantem Piłsudskiego i zginąć w wyprawie kijowskiej w 1920 roku to był prawdziwy ideał Giedroycia. Wszystko, co robił później, było substytutem. Wydaje mi się, że teraz, kiedy Ukraina, Polska, Europa stają wobec zupełnie innego myślenia o sytuacji swojej i sąsiadów, kiedy będzie nowa Europa, w której Ukraina będzie Zachodem – już jest dla nas Zachodem, nie Wschodem – zaistnieje nowa relacja z Rosją i nie wiadomo, co z tą Rosją będzie, wszystko, co ci ludzie przemyśleli na początku podziału Europy, na początku XX wieku, wróci z wielką świeżością i z wielką siłą. Iwaszkiewicz jest szczególnym świadkiem złożoności tych relacji ukraińskich. Mam poczucie, że to, co zajmuje nas jako edytorów i wydawałoby się niekiedy dalekie, budząc czasem wielkie, ciche furie, jak przed chwilą sprawa interpunkcji – ale to tylko furie wśród specjalistów – ma jednak szersze znaczenie; tak naprawdę to jagiellońskie dziedzictwo, w sensie wielonarodowej Rzeczypospolitej, agresja Rosji na Ukrainę, wsparcie Europy składają się na niezwykły moment, którego nie było od stu lat. Pomyślcie o osamotnieniu Petlury w 1920 roku, o osamotnieniu powstańców warszawskich, kiedy nikt nie kiwnął palcem. Więc to jest jakiś fenomen, musimy to sobie uświadomić, i tacy ludzie jak Miłosz, Giedroyc, Iwaszkiewicz są dla nas bardzo ważnymi drogowskazami. Ich myślenie o tej złożonej sytuacji, w jakiej znalazła się Polska, jest dla nas skarbem i wkrótce stanie się jeszcze ważniejsze.
Paweł Kądziela (z sali): Na początku dyskusji była mowa o domach, które przywołał Wojciech Karpiński jako ważne ośrodki w powojennej Polsce. Warto dodać Koziniec i Zakopane z Muzeum Tatrzańskim, które do lat czterdziestych było prywatnym muzeum i zgromadziło około ośmiu tysięcy jednostek epistolarnych rozmaitych autorów: historyków literatury, artystów. Mnie się wydaje, że w naturze formacji inteligenckiej było to, że pisano listy, odpowiadano na nie. W XXI wieku pisanie listów właściwie zanikło. Drugie spostrzeżenie jest takie: historycy literatury od pewnego momentu traktowali listy jako część dorobku pisarza. Korespondencje dawniejszych pisarzy są zwykle ich autorskimi książkami – Kasprowicza, Norwida. To, co nowego się pojawiło – nie wiem, czy tu nie była prekursorska seria Archiwum „Kultury”, dzięki temu, że Giedroyc pisał przez kalkę i archiwizował listy – to dwugłos. Wydaje się niemal wyłącznie dwugłosy: Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk, Ewa Cieślak wydają dwugłosy z udziałem Iwaszkiewicza. Wyobraźmy sobie korespondencję Iwaszkiewicza czy Giedroycia ułożoną chronologicznie, a nie w dwugłosach – to stwarza zupełnie inną sytuację lekturową i do innych wniosków może prowadzić.
Piotr Mitzner: Na pierwsze tomy Archiwum „Kultury” składały się wybory listów dokonywane przez Giedroycia, ale pamiętajmy, że Iwaszkiewicz też przygotowywał do wydania korespondencję z żoną, tylko Anna Iwaszkiewiczowa nie pozwoliła na edycję. On w latach siedemdziesiątych dał do przepisania listy i sporządził trochę komentarzy.
Piotr Kłoczowski: Bardzo dobrze, że Paweł Kądziela przypomniał Koziniec Pawlikowskich, bo to jest wielka część kultury Lwowa przeniesiona na Koziniec. Dodajmy jeszcze jedno miejsce: La Combe w Sabaudii, czyli dom Stanisława Vincenza, dokąd z kolei zostało przeniesione dziedzictwo huculskie. Miłosz pisze: iluż z nas pielgrzymowało do La Combe jak do domu, szczególnego domu w Europie.
Już na koniec – ciekawa kwestia: mamy wspaniałe listy, które są dziedzictwem narodowym: listy Słowackiego do matki czy Krasińskiego do Delfiny Potockiej, ale nie mamy listów Delfiny Potockiej i nie mamy listów matki Słowackiego. W ostatnim czytelnikowskim wydaniu Dzieł Mickiewicza są dopiero listy do Mickiewicza, które będą interesowały tylko badaczy, więc to, że możemy czytać korespondencję w obie strony, jest fenomenem dosyć późnym. Warto przy tym mieć w pamięci dwie wielkie europejskie edycje listów: całą korespondencję Prousta, którą przygotował w ciągu dwudziestu lat Philip Kolb, oraz dziesięć tomów listów Henry’ego Jamesa. Mamy listy Kafki do Felicji Bauer i Kafki do Mileny, ale to są listy tylko w jedną stronę – gdybyśmy mieli listy w obie strony, mogłoby to zmienić nasz ogląd. Nad tymi paradoksami i zagadkami zostawimy państwa, żeby był zaczątek myśli na przyszłość.
Stawisko, 20 listopada 2022
Opracowała Agnieszka Papieska
_____________
Piotr Kłoczowski – krytyk i historyk literatury, edytor, kurator wystaw.
Piotr Mitzner – teatrolog, poeta, eseista, pisarz.
Żaneta Nalewajk – historyk literatury, komparatystka, edytorka, krytyczka literacka, animatorka kultury.
Robert Papieski – tłumacz, krytyk literacki i eseista.
_____________
[1] „Tekstualia” 2022, nr 2(69), numer zatytułowany Epistolografia (dawniej i dziś).
[2] Piotr Mitzner, Epistolografia dawniej i dziś, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[3] Robert Papieski, O listach Jarosława Iwaszkiewicza. List do Piotra Mitznera, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[4] Za zasłoną. Lafickie księstwo listów. Z Piotrem Kłoczowskim, edytorem, kuratorem Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, rozmawia Paweł Bem, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[5] Spotkania we wspólnej przestrzeni. O Nowej teorii listu z Anitą Całek rozmawia Lucyna Marzec, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[6] Ewa Szczeglacka-Pawłowska, Dzieło sztuki brulionowej. O korespondencji Zygmunta Krasińskiego (w świetle kilku listów z Bad Wildungen), „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[7] Ewangelina Skalińska, Norwida listy do kobiet, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[8] Aleksander Wójtowicz, Zza biurka. Korespondencja z archiwum Kazimierza Andrzeja Jaworskiego, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[9] Katarzyna Gędas, Listy dedykacyjne na książkach ofiarowanych Jarosławowi Iwaszkiewiczowi, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[10] Paweł Stangret, Tadeusz Kantor w listach do Galerii Foksal, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[11] Franciszek Drąg, E-pistolografia. Nowe drogi komunikacji listownej w dobie mediów elektronicznych, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[12] Daniił Charms, Dwa listy do Kapitoliny Pugaczowej, przełożył i opracował Piotr Mitzner, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[13] Borys Pasternak, Listy do Niny i Tycjana Tabidzów, przełożył Seweryn Pollak, podała do druku Ewangelina Skalińska, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[14] Paweł Bem, W dużym kwadratowym. Dziesięć refleksji o edytorskim opracowywaniu korespondencji, „Tekstualia” 2022, nr 2(69).
[15] Czesław Miłosz, Jarosław Iwaszkiewicz, Portret podwójny, wybór tekstów, ich układ i redakcja Barbara Toruńczyk, opracował i przypisami opatrzył Robert Papieski, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2011.
[16] Jerzy Giedroyc, Autobiografia na cztery ręce, opracował i posłowiem opatrzył Krzysztof Pomian, Archiwum „Kultury” t. 2, Czytelnik, Warszawa 1994. Książka w nowej szacie graficznej ukazała się nakładem Instytutu Europy Środkowej i Instytutu Literackiego Kultura, Lublin–Paryż 2025.
[17] Jerzy Giedroyc, Andrzej Bobkowski, Listy 1946–1961, wybrał, opracował i wstępem opatrzył Jan Zieliński, Archiwum „Kultury” t. 4, Czytelnik, Warszawa 1997.
[18] Andrzej Stanisław Kowalczyk, Od Bukaresztu do Laffitów. Jerzego Giedroycia rzeczpospolita epistolarna, Pogranicze, Sejny 2006.
[19] Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Listy 1952–1963, opracował i wstępem opatrzył Marek Kornat, Archiwum „Kultury” t. 10, Czytelnik, Warszawa 2008; J. Giedroyc, C. Miłosz, Listy 1964–1972, opracował M. Kornat, Archiwum „Kultury” t. 11, Czytelnik, Warszawa 2011; J. Giedroyc, C. Miłosz, Listy 1973–2000, opracował M. Kornat, Archiwum „Kultury” t. 12, Czytelnik, Warszawa 2012.
[20] Jerzy Giedroyc, Witold Gombrowicz, Listy 1950–1969, wybrał, wstępem i przypisami opatrzył Andrzej Stanisław Kowalczyk, Czytelnik, Warszawa 1993 (wyd. drugie rozszerzone 2006). Tom wydany w 1993 roku zainicjował serię Archiwum „Kultury”, której kuratorem jest Piotr Kłoczowski.
[21] Lauda – tytuł jednej z części poematu Miłosza Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada.
[22] List Giedroycia do Miłosza z 29 maja 1972, w: J. Giedroyc, C. Miłosz, Listy 1964–1972, dz. cyt., s. 518.
[23] List Giedroycia do Miłosza z 1 grudnia 1971, w: J. Giedroyc, C. Miłosz, Listy 1964–1972, dz. cyt., s. 488.
[24] Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, Jerzy Lisowski, Listy 1947–1979, t. 1–2, opracowanie i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy, wstępem opatrzył Robert Papieski, Wydawnictwo Akademickie Sedno, Warszawa 2020.
[25] Jerzy Giedroyc, Michaił Heller, Listy 1969–1996, opracował, przełożył z rosyjskiego, wstępem i przypisami opatrzył Wojciech Stanisławski, Wydawnictwo Naukowe UKSW, Warszawa 2022.
[26] Piotr Mitzner, Hans wieczny tułacz, w: tenże, Gabinet cieni, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2007.
[27] Paweł Hertz, Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, Korespondencja, t. 1–2, opracowanie i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2015.
[28] Jerzy Giedroyc, Jerzy Stempowski, Listy 1946–1949, cz. 1–2, wybrał, wstępem i przypisami opatrzył Andrzej Stanisław Kowalczyk, Archiwum „Kultury” t. 5, Czytelnik, Warszawa 1998.
[29] Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, Listy 1922–1926, opracowanie Małgorzata Bojanowska, Ewa Cieślak, wstępem poprzedził Tomasz Burek, Czytelnik Warszawa 1998; A. i J. Iwaszkiewiczowie, Listy 1927–1931, opracowanie M. Bojanowska i E. Cieślak, przypisy muzyczne Alicja Matracka-Kościelny, Czytelnik, Warszawa 2012; A. i J. Iwaszkiewiczowie, Listy 1932–1939, opracowanie M. Bojanowska i E. Cieślak, Czytelnik, Warszawa 2014. Korespondencja powojenna Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w opracowaniu Ewy Cieślak, Tomasza Cieślaka, Agnieszki Kozyry, Krystyny Pietrych i Jerzego Wiśniewskiego ukazuje się nakładem Wydawnictwa Akademickiego Sedno w edycji zaplanowanej na sześć tomów (Listy 1944–1949 i Listy 1950–1955 ukazały się w 2024 roku, Listy 1956–1960 – w 2025).
[30] Jerzy Giedroyc, Józef Czapski, Listy 1943–1948, opracował, wstępem i przypisami opatrzył Rafał Habielski, Archiwum „Kultury” t. 26, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską. Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Association Institut Littéraire „Kultura”, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2023; J. Giedroyc, J. Czapski, Listy 1949–1951, opracował Rafał Habielski, Archiwum „Kultury” t. 28, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską. Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Association Institut Littéraire „Kultura”, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2025. Tom trzeci w przygotowaniu.
