Dom | Kamila Łabno-Hajduk (PP 197/2026)

„Dom KULTURY” – nazwa będzie inna, bo tak to brzmi zbyt po sowiecku.

Jerzy Giedroyc do Anieli Mieczysławskiej, list z 31 lipca 1954 r.

Było piękne, upalne lato. Tamtego dnia wspinałam się na Awentyn – jedno z siedmiu rzymskich wzgórz. Moim celem była Piazza Remuria, dokąd prowadziła urocza, zielona aleja via Aventina, do dziś doskonale ją pamiętam. Biegnie niedaleko imponujących term Karakali i monumentalnego Circo Massimo, gdzie starożytni urządzali wyścigi rydwanów. Jerzy Giedroyc nie należał do wielkich admiratorów Rzymu – ani tego antycznego, ani równie widowiskowego Rzymu epok późniejszych, z jego kościołami i muzeami. Jego stosunek do Wiecznego Miasta ocieplić miała, choć i to w niewielkim stopniu, dopiero lektura Passegiaty Jana Bielatowicza, książki, która w 1947 roku ukazała się nakładem Instytutu Literackiego. Nie nauczył się też włoskiego. Na uroki Italii pozostał więc obojętny. Zofia Hertz pokpiwała pisze Sławomir M. Nowinowski – że po trzech latach pobytu w Italii, oprócz sakramentalnego „caffè nero”, używał tylko (i to pod jej adresem!) przyswojonego podczas seansu filmowego wyrażenia: „serpente velenoso” (Jerzy Giedroyc w 1946 roku, Gdańsk 2018). A jednak Rzym – na chwilę – stał się domem.

Kiedy przyjechałam tam po raz pierwszy w 2015 roku Europa mierzyła się z jednym z najpoważniejszych kryzysów uchodźczych od zakończenia drugiej wojny światowej. Jego źródłem były wojny, prześladowania i niestabilność w regionach sąsiadujących ze starym kontynentem – przede wszystkim w Syrii i Iraku, ale także w części krajów Afryki. Miliony ludzi zostały zmuszone do opuszczenia swoich domów w poszukiwaniu bezpieczeństwa i godnego życia. Przez Włochy przechodziły wtedy setki tysięcy migrantów – ludzi w drodze, często bez pewności, dokąd właściwie zmierzają. Szczególnie odczuwalne było to właśnie w Rzymie.

Z nieba lał się skwar, a ja szukałam rzymskiego adresu Kultury. Była akurat sjesta, więc ulice zupełnie puste, nie miałam nawet kogo zapytać o drogę. Kiedy stanęłam pod numerem 2a, zobaczyłam kamienną bramę z górującym nad nią napisem Pontificium Collegium Polonorum. Po chwili wahania postanowiłam zadzwonić, licząc, że być może uda mi się wejść do środka. Chciałam zobaczyć miejsce, w którym – kilka dekad wcześniej – narodziła się Kultura. Odezwał się głos z domofonu. Ktoś po drugiej stronie powiedział, że od dawna tu mieszka, ale nic takiego nie pamięta i o niczym takim nie wie. Odeszłam z niczym.

Instytut Literacki został założony w 1946 roku w Rzymie, decyzją władz 2. Korpusu Polskiego. Tworzył go niewielki zespół skupiony wokół Jerzego Giedroycia: Zofia i Zygmunt Hertzowie, Gustaw Herling-Grudziński, Tadeusz Siuta, Władysław Wąchała i inni. Gdzieś pomiędzy codziennością powojennego miasta a wojskowym drylem wykuwały się początki tej ważnej dla Polski działalności. Pierwsza siedziba mieściła się właśnie tutaj – przy Piazza Remuria 2a. Było to jednak przede wszystkim miejsce pracy. Życie prywatne toczyło się gdzie indziej. Przychodzili do biura, ale mieszkali w rozproszeniu, w różnych częściach miasta. Dzień pracy podporządkowany był rytmowi Południa, z kilkugodzinną przerwą na sjestę. Już w tamtych latach działalność Instytutu nabrała intensywnego tempa. Książki przygotowywane były właściwie w biegu – jak chociażby Legiony Henryka Sienkiewicza, składane i poprawiane niemal do ostatniej chwili przed oddaniem do druku. Z listów Zofii Hertz do Redaktora z tego okresu wyłania się obraz pracy prowadzonej w zawrotnym tempie i podporządkowanej bieżącym potrzebom – coś w rodzaju wydawniczej gorączki. Na dorobek tego okresu złożyło się dwadzieścia sześć książek, a powstała w 1947 roku Kultura miała być początkowo jedynie dodatkiem do tej działalności, a nie jej centralnym elementem. I choć Giedroyć uważał, że powojenne Włochy nie są najlepszym miejscem dla takiego przedsięwzięcia, jednak to właśnie tutaj ukazał się pierwszy numer Kultury.

Rzym okazał się domem tymczasowym. Zmieniające się warunki polityczne i likwidacja zaplecza 2. Korpusu w Italii z przenosinami do Wielkiej Brytanii sprawiły, że dalsze funkcjonowanie Instytutu w dotychczasowym kształcie stawało się bardzo trudne. Decyzja o wyjeździe dojrzewała stopniowo. Przeprowadzka do Francji oznaczała coś więcej niż tylko zmianę adresu. W podparyskim Maisons-Laffitte po raz pierwszy praca i życie znalazły się w jednym miejscu, pod jednym dachem. Instytut przestał być tylko biurem – stawał się przestrzenią wspólną, w której wszystko działo się równocześnie. To właśnie tam, na „Korneju” słowo „dom” w kontekście Kultury zaczęło nabierać nowego, wyjątkowego znaczenia. Zespół został wówczas zredukowany do niezbędnego minimum: nad Sekwanę przeprowadzili się Zofia i Zygmunt Hertzowie, Jerzy Giedroyc. Z czasem pod tym samym dachem zamieszkali także Józef Czapski ze swoją siostrą Marią.

Po rzymskim słońcu i włoskim dolce vita Paryż wydał się im miastem szarym. Przez pierwsze tygodnie Hertzowie gnieździli się w ciasnym hotelowym pokoju, a większość dobytku pozostawała zamknięta w podnajętym wagonie kolejowym. Znalezienie odpowiedniego lokalu było kłopotliwe. Pomoc przyszła ze strony dobrze ustosunkowanego Józefa Czapskiego, który ułatwił wynajęcie willi przy avenue Corneille 1 w Maisons-Laffitte, z której wcześniej korzystał 2. Korpus. Pierwsze oględziny nie nastrajały optymistycznie. Dom nosił wyraźne ślady wojny: powyrywane futryny, wszechobecny brud, ślady po rozpalanych w salonie ogniskach; część pomieszczeń była w zupełnej w ruinie. Załamaliśmy na jego widok ręce – wspominała po latach Zofia Hertz. Mimo to zdecydowali się zostać – zakasaliśmy rękawy i zabraliśmy się do sprzątania (I. Chruślińska, Była raz KULTURA… Rozmowy z Zofią Hertz, Lublin 2003). Do nowego – a pierwszego we Francji – lokum wprowadzili się jesienią 1947 roku. Przez długi czas bardziej przypominało ono plac budowy niż dom. Pierwszą noc spędzili na porządkowaniu zaniedbanych wnętrz, a skala zniszczeń była tak duża, że dopiero po kilku miesiącach odkryto, iż w budynku znajduje się kuchnia. Stopniowo kolejne miejsca odzyskiwały swoje funkcje. Na parterze urządzono bibliotekę, biuro i pracownię Józefa Czapskiego, wyżej znajdowały się pokoje mieszkalne. W jednym miejscu skupiono to, co wcześniej pozostawało rozproszone: pracę redakcyjną, życie codzienne, spotkania i niekończące się rozmowy. To właśnie tutaj zaczął się kształtować charakterystyczny dla Kultury modus vivendi, gdzie granica między domem a instytucją pozostawała płynna. Po przeprowadzce do Paryża działalność wydawnicza skoncentrowała się przede wszystkim na Kulturze, przekształconej w miesięcznik. Po latach Zofia Hertz wspominała pierwszą paryską siedzibę Instytutu już z wyraźną sympatią. Trudno się temu dziwić. Dom był wprawdzie ruiną, w zimie w większości pomieszczeń panował chłód, a mieszkańcom dokuczały nieustanne przeziębienia, ale – jak pisała do Juliusza Mieroszewskiego – ponieważ zrobiliśmy go z niczego byliśmy do niego bardzo przywiązani. Najchętniej wracała pamięcią do ogromnego, nieco zaniedbanego ogrodu i ciszy panującej wokół willi. Tam było jak w lesie. Cisza, drzewa i ptaszki – czasem jakiś samochód z oddali (list z 7 stycznia 1955 roku).

Po niemalże dekadzie spędzonej w willi na „Korneju”, w 1954 roku, jej mieszkańcy stanęli wobec perspektywy utraty lokum, o które tak pieczołowicie dbali, doprowadzając je własnym wysiłkiem do stanu używalności. Właściciel nieruchomości regularnie podnosił czynsz. Widmo wyprowadzki stawało się coraz bardziej realne. Dla mieszkańców – od 1952 roku do tego grona dołączył także Henryk Giedroyc, brat Redaktora – oznaczało to nie tylko konieczność znalezienia nowej siedziby, lecz także przeniesienie pęczniejącej biblioteki, archiwum, magazynu książek i całego rozrastającego się zaplecza oficyny. Jesienią 1954 roku Zofia Hertz pisała: wszyscy powoli tracimy nerwy i jeżeli to się szybko, ale za to pomyślnie nie skończy, to już sama nie wiem co będzie (list do Jerzego Stempowskiego z 28 października 1954 roku). Do największych sceptyków należał Czapski, który wyobrażał sobie raczej przeprowadzkę pod któryś z mostów Paryża, niż szczęśliwe rozwiązanie całej sprawy. Jerzy Giedroyc reagował inaczej. Im bardziej sytuacja wydawała się beznadziejna, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że Kultura potrzebuje domu na własność. Uparłem się, że będę miał swój Hôtel Lambert i muszę na swoim postawić. Całe życie ostatecznie przebijałem mury głową, może i to się uda, pisał do Anieli Mieczysławskiej (list z 23 czerwca 1954 roku). Zaczął przygotowywać szeroko zakrojoną akcję zbierania funduszy. W korespondencji z Mieczysławską powracał pomysł wielkiego apelu do czytelników, a jesienią 1954 roku informował już o wprowadzeniu specjalnych „cegiełek” o wartości tysiąca franków. Nie ukrywał przy tym swoich obaw: liczył na wzruszające dowody sympatii, ale nie miał pewności, czy wystarczą one do uratowania całego przedsięwzięcia. We wrześniowym numerze Kultury z apelem o pomoc wystąpił Czapski, prosząc czytelników o wsparcie w MIARĘ WASZYCH MOŻLIWOŚCI (Kultura 1954, nr 9), w zeszycie kolejnym głos zabrał Mieroszewski, podkreślając znaczenie niezależnej prasy emigracyjnej i rolę, jaką Kultura już wtedy odgrywała w życiu intelektualnym powojennej emigracji. Październikowy numer zamykała nawet otwarta odezwa do przyjaciół i czytelników miesięcznika: Musimy kupić dom. Potrzeba nam 10 milionów franków (Kultura 1954, nr 10). Giedroyc przyznawał w tym samym czasie, że traktuje całą tę akcję jako swoisty plebiscyt pisma – próbę odpowiedzi na pytanie, czy ludzie są gotowi wesprzeć Kulturę nie tylko słowami uznania, ale także wysiłkiem finansowym. Walka o nową siedzibę stała się sprawdzianem siły środowiska skupionego wokół pisma.

Potrzebną kwotę udało się zgromadzić zaskakująco szybko. Za każdą pożyczką i każdą deklaracją pomocy stali konkretni ludzie, gotowi poręczyć za Giedroycia i jego współpracowników własnym nazwiskiem. Szczególną rolę odegrało tu wsparcie Stefana Zamoyskiego. Brakującą część środków w formie wieloletniej, nieoprocentowanej pożyczki przekazał Artur Lopez, argentyński przedsiębiorca regularnie bywający w Paryżu. Kiedy przyszło do podpisania umowy, Zamoyski stanął na wysokości zadania. Ręczę, że to są uczciwi ludzie, na pewno zwrócą, ale gdyby z jakiegoś powodu po prostu nie mogli zwrócić, to ja gwarantuję, że pan nie będzie musiał mi płacić komornego (z rozmowy Zofii Hertz z Teresą Torańską). Redaktor relacjonował kolejne etapy starań Mieroszewskiemu, a życzliwość, z jaką spotykały się jego prośby musiała robić na nim wrażenie, skoro w którymś momencie zanotował nawet: może nasza praca naprawdę ma sens? (J. Giedroyc, J. Mieroszewski, Listy 1949–1956, t. 1, dz. cyt., s. 396).

Gdy udało się zgromadzić środki na zakup nowej siedziby, rozpoczął się kolejny etap – poszukiwanie odpowiedniego domu. Oglądano jedną nieruchomość po drugiej. Jedne kusiły położeniem, inne liczbą pokoi albo wielkością ogrodu, niemal każda miała jednak jakąś istotną wadę: wymagała remontu, przekraczała możliwości finansowe Instytutu albo nie nadawała się do połączenia funkcji mieszkalnych i wydawniczych. Zygmunt Hertz relacjonował te poszukiwania w listach do żony. O jednej z willi pisał: rezydencja nie dom. Duduś zachwycony, on lubi […] reprezentację i pałace. Z czasem o sprawie wiedzieli już nie tylko przyjaciele i czytelnicy Kultury, ale właściwie całe Maisons-Laffitte. Jak wspominała Zofia Hertz, któregoś ranka w drzwiach na „Korneju” stanął młody pracownik miejscowej rzeźni z informacją o domu wystawionym na sprzedaż. Niemal równocześnie wiadomość o tej samej nieruchomości nadesłała Zofia Romanowiczowa, która natrafiła na ogłoszenie w Le Figaro. Tym razem trop okazał się właściwy. Choć cena początkowo znacznie przekraczała możliwości Instytutu, po negocjacjach udało się ją obniżyć, a w grudniu 1954 roku dopełniono formalności zakupu nowej siedziby przy avenue de Poissy 91.

Nowy dom różnił się od poprzedniego niemal pod każdym względem. Nie znajdował się już pośród parkowej ciszy, lecz przy ruchliwej drodze, w typowo paryskim banlieue, jak pisała Zofia Hertz. To właśnie tutaj jednak miała powstać siedziba Instytutu Literackiego, która przetrwała kolejne dekady i do dziś pozostaje symbolem Kultury. Dom przede wszystkim był w swoim czasie wybudowany przez Anglika i przez Anglików zamieszkały – styl normandzki […] jest cudny hall z kominkiem i schody z dębowego drzewa na 1-sze piętro. Czegoś podobnego nigdy by nie zrobili Francuzi, bo tego nie lubią. Na dole jest poza tym biblioteka, biuro Jerzego, biuro moje i biuro Zygmunta i małego Giedroycia (czyli Dudka) – 5 pokoi, poza tym kuchnia i obok tzw. maleńki office, w którym jemy, oraz też na dole jest duża – olbrzymia oszklona weranda, w której zrobiliśmy czytelnię periodyków (i książek – jak kto woli) – ogrzana. Ogrzewanie centralne i ciepła woda – rozkosze, których nie znamy od bez mała 8-miu lat! Na 1-szym piętrze mieszkamy, każdy ma swój pokój (my z Zygmuntem jeden), jest gościnny i ew. drugi gościnny mały i Czapski tamże mieszka. Na drugim piętrze mieszka Marynia Czapska, ma tam swoją kuchnię itp. Na Corneille’u pokoje były większe, ale tu jest ich więcej. Poza tym 2 łazienki i pokój szafowy (na 1-szym). Poprzednicy zostawili dom w idealnej czystości, nic nie trzeba było malować ani odświeżać, ale masę drobnych rzeczy zrobić: kontakty, urządzenia w łazienkach, zaopatrzenie okien i drzwi, bo wiało jak cholera. Tylko 2-gie piętro wymagało remontu i pewnych zmian (List do Mieroszewskiego z 7 stycznia 1955 roku). Giedroyc zwracał uwagę na jeszcze jeden szczegół: obok domu znajdował się też duży budynek gospodarczy, który przeznaczono na magazyn książek i archiwum. Nie było to przypadkowe. Od samego początku zdawano sobie sprawę, że Instytut wydaje nie tylko książki i miesięcznik, ale także gromadzi dokumentację życia emigracyjnego – staje się depozytariuszem polskiej pamięci. W kolejnych latach przez avenue de Poissy przewinęły się setki gości, szczególnie wyczekiwani byli przyjezdni z kraju, a dom zaczął żyć własnym, bujnym życiem. To z nim najczęściej kojarzona jest dziś Kultura – nie z „Remurią” czy „Kornejem”.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że przy avenue de Poissy powstawały nie tylko kolejne numery Kultury Zeszytów Historycznych i tomy Biblioteki Kultury, ale nade wszystko właśnie tam kształtowała się wspólnota intelektualna, obejmująca autorów rozproszonych po kilku kontynentach, tam publikowano teksty zakwestionowane przez cenzurę komunistyczną i tam formułowano idee, które z czasem weszły do głównego nurtu myślenia o Europie Wschodniej. Przez ten dom prowadziły drogi Marka Hłaski, Czesława Miłosza, Leszka Kołakowskiego, Krzysztofa Pomiana, Józefa Czapskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i wielu innych. Stamtąd wspierano opozycję demokratyczną w Polsce, dokumentowano działalność KOR-u, komentowano narodziny „Solidarności” i budowano dialog z przedstawicielami innych narodów Europy Wschodniej. Dom Kultury był miejscem, w którym emigracyjne doświadczenie zostało przekute w jeden z najważniejszych projektów intelektualnych powojennej Europy.

Za wielkim przedsięwzięciem stała nieliczna grupa ludzi, którzy wspólnie nie tylko pracowali, ale także żyli. Jak zauważył Konstanty A. Jeleński: wewnętrzna organizacja zespołu Instytutu Literackiego do dziś przypomina organizację kibucu lub falansteru. Mieszkanie i jedzenie opłacane jest z wspólnych pieniędzy, a redaktor naczelny i jego troje współpracowników otrzymują takie same pensje, bliskie najniższym płacom francuskim (K.A. Jeleński, „Kultura”: Polska na wygnaniu, Warszawa 2005). Za wspólnotowym modelem życia kryła się jednak także ogromna ilość niewidocznej pracy. O tym, co pozostawało poza kadrem, przypomniał po latach Czesław Miłosz: Ci, którzy biorą do ręki roczniki „Kultury” i książki wydane przez Instytut Literacki, i ci którzy będą je brać do ręki w przyszłości, powinni pomyśleć chwilę o garnkach kuchennych, o przygotowywaniu śniadania, obiadu i kolacji przez te tam trzy-cztery osoby odpowiedzialne za redakcję, korekty i ekspedycję, o zmywaniu, o zakupach, na szczęście we Francji łatwych, i pomnożyć liczbę tych i podobnych zajęć domowych przez liczbę dni, miesięcy i lat. A także o sznurkach, papierze pakowym, o dźwiganiu, noszeniu, nadawaniu przesyłek na poczcie (Kultura 1980, nr 3 (390)).

Była późna jesień, gdy 22 listopada 2014 roku przyjechałam do Paryża. Dwa dni później po raz pierwszy przekroczyłam próg domu przy avenue de Poissy. Wysiadłam na stacji kolejowej w Maisons-Laffitte i intuicja podpowiedziała mi w którym kierunku iść. Nigdy nie wymieniłam listu z Zofią Hertz, nie rozmawiałam z Jerzym Giedroyciem, nie poznałam Henryka Giedroycia. Dla mnie była to więc znajomość od samego początku z umarłymi. Znajomość ta – wśród archiwaliów, korespondencji i pozostawionych przez nich papierów – trwa do dziś.

Kamila Łabno-Hajduk – historyczka, adiunkt w Katederze Historii Najnowszej Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, autorka biografii „Zofia Hertz. Życie na miarę Kultury” (2003)

Artykuł ukazał się w:
Przegląd Polityczny 197/2026

Skip to content