To chyba Nietzsche powiedział, że rzeczy, która posiada historię nie da się zdefiniować. Ewoluujące w czasie pojęcie staje się niejednoznaczne, mieni się rozmaitymi barwami. To, co kiedyś stanowiło samą jego istotę nowy moment dziejowy może przemienić w cechę marginalną. Kolejne znaczenia nakładają się na siebie niczym warstwy ziemi. W efekcie, aby zrozumieć drzemiący w nich sens, konieczna okazuje się swego rodzaju geologia pojęć. „Zachód” niewątpliwie jest jedną z idei, które posiadają historię. Co właściwie kryje się pod tym terminem? Od kiedy zaczęto się nim posługiwać i co pod nim rozumiano? Wreszcie, jakie może być jego znaczenie dzisiaj, w momencie zwrotnym, w którym – jak się zdaje – nic innego, jak właśnie Zachód ulega erozji, rozpada się na naszych oczach?

Na te pytania w obszernej pracy zatytułowanej The West. The History of an Idea (Zachód. Historia idei) poszukuje odpowiedzi Georgios Varouxakis, grecki politolog i historyk myśli politycznej, wykładający na londyńskim Queen Mary University. Książka trafia w czas. Na początku stulecia znaczenie słowa „Zachód” zdawało się jasne, u kresu pierwszej ćwiartki XXI wieku już takie nie jest. W okolicach roku 2000 wśród zachodnich elit panował konsensus, że demokracja liberalna stanowi warty obrony, a być może wręcz najlepszy z realnie dostępnych nowoczesnym społeczeństwom ustrojów politycznych. Skupieni w administracji George’a Busha juniora tzw. „neokonserwatyści” byli wręcz gotowi eksportować ten ustrój daleko poza granice historycznego Zachodu, nie zważając na szerokość geograficzną ani obyczaje kraju, w którym miałby zostać zainstalowany. Dziś ten konsensus – a wraz z nim optymizm odnośnie możliwości eksportu zachodnich wartości – wyparował. Prezydent Donald Trump w swojej nowej strategii bezpieczeństwa narodowego USA otwarcie deklaruje skupienie się amerykańskiego supermocarstwa na zachodniej (nomen omen) półkuli. W polityce wewnętrznej, bez cienia hipokryzji i przy burzy oklasków ze strony prawicowo-populistycznej międzynarodówki, podważa najbardziej elementarne reguły liberalno-demokratycznego porządku prawnego, czego najbardziej jaskrawym (acz niejedynym) przykładem działania ICE w Minneapolis. Trudno o bardziej wymowny zwrot.
Narodziny pojęcia
Kiedy jednak narodziło się pojęcie Zachodu? Varouxakis uważa za błąd rzutowanie go zbyt głęboko w przeszłość i pokazuje, że w bliskim do obecnego znaczeniu narodziło się w pierwszej połowie XIX wieku. Jego początki wiążą się z kilkoma zdarzeniami. Po pierwsze, z sekularyzacją, za sprawą której nie można już mówić o dotkniętej nią cywilizacji jako przestrzeni jednorodnie chrześcijańskiej. Po drugie, z rosnącą rolą Stanów Zjednoczonych, która powoduje, że również pojęcie „Europy” przestaje być wystarczające dla opisania wspólnoty, o którą chodzi. Wreszcie, po trzecie (i najważniejsze) z pojawieniem się po Kongresie Wiedeńskim 1815 roku Rosji jako kluczowego mocarstwa na kontynencie. To właśnie wtedy, podkreśla Varouxakis, Zachód staje się pojęciem w pełni wykrystalizowanym, bo oto odpowiadać zaczyna mu „Wschód” – również wyrosła na gruncie chrześcijańskim, usytuowana (przynajmniej częściowo) w Europie, a mimo to bardzo wyraźnie odmienna imperialna potęga.
Chociaż przyzwyczajeni jesteśmy myśleć o Zachodzie jako anglosaskim konstrukcie, na kartach The West Varouxakis pokazuje, że pierwsze skrzypce w jego tworzeniu odegrali autorzy francuscy. Markiz de Custine, publikując zapiski ze swojej podróży do Rosji z końca lat 30-tych XIX wieku, w sposób dobitny podkreślał diametralną różnicę pomiędzy zachodnim światem politycznych wolności oraz wschodnią rzeczywistością opartego na przemocy despotyzmu. Podobnie czynił zapomniany dziś Gustave d’Eichthal, autor opublikowanych w 1836 roku Dwóch światów (Les Deux Mondes), określając Wschód jako siłę kontynentalną, a Zachód – morską. Jak przekonywał, w tym pierwszym decydującą rolę odgrywała rasa, a miejsce człowieka w społeczeństwie w pełni determinowało urodzenie. Na Zachodzie natomiast wierzono w zdolność jednostki do niezależnego kształtowania własnego życia oraz samorozwoju. Wschód dzielił ludzi na kasty i klasy, Zachód uznawał ich jednakową naturę. Na Wschodzie najważniejsze było podporządkowanie się wymogom społeczeństwa oraz nieuchronności losu, na Zachodzie – tworzenie cywilizacji, w której człowiek staje się panem swojego otoczenia oraz może korzystać z materialnych udogodnień i wysokiej kultury, jakie ona z sobą przynosi. Innymi słowy, jak to dobitnie określał przywoływany przez Varouxakisa ksiądz Dominique de Pradt, dominacja Rosji była największym zagrożeniem dla zachodniej tożsamości. Nie bez istotnego wpływu polskiej emigracji w Paryżu, owa tożsamość rodziła się zatem w cieniu wielkiego Innego. Być może nawet nie byłoby Zachodu gdyby nie ów pierwszy „Zachód porwany” – Rzeczpospolita?
Dwie twarze „Zachodu”
Jeżeli jednak idea Zachodu posiada jakiegoś ojca-założyciela, to zdaniem Georgiosa Varouxakisa byłby nim Auguste Comte. Twórca pozytywizmu był zdaniem autora The West pierwszym myślicielem politycznym, który nakreślił w pełni rozwiniętą i całościową ideę społeczno-polityczną Zachodu. To on dostrzegł ponadnarodową jedność kulturową łączącą poszczególne wspólnoty i opierającą się na wspólnych źródłach tkwiących głęboko w przeszłości (Grecja, Rzym, chrześcijaństwo). To on opisał ową jedność jako awangardę ludzkości, kreśląc śmiałe wizje przeobrażenia innych kultur czy cywilizacji na podobieństwo „zachodniej republiki”. Tu jednak rodzi się pytanie o rewers tego prometejskiego z ducha marzenia. Czy mianowicie od samego początku był to projekt hegemonistyczny, a postać Kurtza z Jądra ciemności Josepha Conrada należy uznać za człowieka zachodniego par excellence?
Pytanie nie jest błahe. Jak pokazuje Varouxakis, pojęcie Zachodu bywało zarówno definiowane, jak i wykorzystywane na wiele sposobów, w tym jako uzasadnienie ekspansji kolonialnej europejskich mocarstw w połowie XIX wieku. Dokonywano jej pod hasłami „niesienia cywilizacji barbarzyńcom”, „postępu”, „brzemienia białego człowieka”. Rasizm był w owym czasie zjawiskiem szeroko rozpowszechnionym w całym świecie zachodnim, a o morderczym potencjale takich metafor jak „niższe formy ludzkości” czy „budowanie zdrowego społeczeństwa” nigdy dość przypominać.
Mimo tego, u samych swoich źródeł idea Zachodu nie stanowiła uzasadnienia imperialnej polityki, ale – dokładnie przeciwnie – była jej zdecydowanym odrzuceniem. U Comte’a projekt nowego porządku światowego polegał, między innymi, ma porzuceniu imperialnych podbojów i zbudowaniu wspomnianej „republiki zachodniej”, która zreformowałaby najbardziej zaawansowaną część świata od wewnątrz. Miałoby to decydujący wpływ dla sposobu, w jaki odnosiłaby się do pozostałych cywilizacji, włączając je w orbitę swoich wpływów jedynie za ich przyzwoleniem i zgodą. „Jestem zatem przekonany – stwierdza z emfazą Varouxakis – że <Zachód> jako samoświadoma, mający polityczny charakter propozycja, zrodził się z projektu jednoznacznie anty-imperialistycznego, którego celem było odejście od europejskich mocarstw i zastąpienie ich altruistycznie zorientowaną <republiką zachodnią>”.
Praktyka niewątpliwie odbiegała od opisanych górnolotnych deklaracji czy zamierzeń Comte’a. Zachód przeprowadził brutalną ekspansję, bezwzględnie podporządkowując sobie rasy, które uznawał za „niższe”. Przekonany o własnej wielkości i prawie do panowania, nie wahał się sięgać po radykalne środki. Ich istotę Joseph Conrad w swojej powieści zredukował do tyleż krótkiej, co porażającej frazy: „Wytępić całe to bydło”. Przekonanie o własnym prawie do panowania, całkowita nieczułość na los ras uznanych za „nie w pełni ludzkie”, praktyki ludobójcze oraz techniki ich ideologicznego uzasadniania – wszystko to stworzył Zachód w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku, na długo zanim pewien niespełniony malarz doszedł w Niemczech do władzy. W tym sensie Varouxakisa obrona zajmującego nas pojęcia wydaje mi się zbyt powierzchowna i nieprzekonująca.
Grecki autor ma jednak w pełni rację przekonując, że nie należy wylewać dziecka z kąpielą. Historia Zachodu pełna jest zatrważających potworności, ale nazwać je jako takie można trzymając się intelektualnego instrumentarium wypracowanego właśnie w ramach cywilizacji zachodniej. A zatem to sam Zachód – skuteczniej i w bardziej przekonujący sposób niż ktokolwiek spoza Zachodu – zdolny jest postawić swe własne niechlubne praktyki na ławie oskarżonych i rozliczyć się z nimi. Wyjątkowość naszej cywilizacji, jak przekonywał choćby Leszek Kołakowski w znakomitym eseju o szukaniu barbarzyńcy, polega właśnie na tym, że jest wobec swoich własnych zasad i praktyk nieustająco krytyczna. Całkowite odrzucenie Zachodu oznacza zatem odrzucenie intelektualnych narzędzi, przy pomocy których krytykować można tegoż Zachodu wypaczenia i zbrodnie. Albo, ujmując to samo dosadniej i w świadomie prowokacyjny sposób: cancel culture stanowi niezamierzoną kontynuację najgorszych zachodnich praktyk, które jakoby krytykuje. W samej swojej istocie jest najnowszym wcieleniem idei całkowitego oczyszczenia rzeczywistości z wszystkich tych elementów, które oświecona świadomość uznaje za brudne czy niepożądane. Paradoksalnie, również do niej pasuje zatem wspomniane już hasło z Jądra ciemności: exterminate all the brutes.
Połączyć potęgę i wartości
Koniec nieposkromionej ekspansji Zachodu przyniosła ze sobą I wojna światowa. W pewnym sensie była to wojna domowa zachodniej cywilizacji rozgrywająca się – za sprawą jej ekspansji na przestrzeni XIX stulecia – w globalnej skali. Co więcej, to właśnie w efekcie rozwoju techniki konflikt zbrojny okazał się rzezią o niespotykanej skali.
Reakcje na tę traumę były różnorodne i zaowocowały rozmaitymi nowymi interpretacjami pojęcia Zachodu. Wszyscy pamiętają zapewne w tym kontekście Oswalda Spenglera oraz jego tezę, że Zachód wszedł w fazę starczego uwiądu i przemienił się w statyczną, pozbawioną życiowej energii cywilizację. Varouxakis przypomina nie tylko ten głos, ale również wypowiedzi zapomnianych postaci, takich jak choćby Walter Lippmann, urodzony w 1889 roku amerykański dziennikarz i działacz polityczny, współzałożyciel magazynu The New Republic. W swojej wydanej w 1915 roku książce The Stakes of Diplomacy (Stawka dyplomacji), Lippmann odnotowywał, że mniej więcej od początku XX stulecia, ludzie czuli się częścią coraz szerszych zbiorowości, przekraczających granice nowoczesnej identyfikacji narodowej. Wynikało to nie tylko z faktu, że za sprawą rozwoju technicznego świat stopniowo się globalizował, ale również z racjonalnej oceny sytuacji podpowiadającej, że żadne pojedyncze państwo narodowe nie jest już w stanie zagwarantować swoim obywatelom bezpieczeństwa w pojedynkę. To właśnie Lippmann ukuł pojęcie „wspólnoty atlantyckiej” (Atlantic community), które stanie się później – choćby w okresie zimnej wojny – innym określeniem Zachodu i wywrze niebagatelny wpływ na wyobraźnię polityczną amerykańskich elit. (Lippmann, jak trafnie podkreśla Varioxakis, był prawdziwą szarą eminencją; to nieznany dziś człowiek, który znał wszystkich znanych do dziś ludzi.)
Innym z przywoływanych często prze Varouxakisa autorów jest francuski socjolog Raymond Aron, który w swoich książkach i wykładach z lat 40-tych i 50-tych wypowiadał się w bardzo podobnym, co Lippmann duchu. Aron był przekonany, że jeżeli Zachód miał sprostać wyzwaniom zimnowojennej epoki, musiał stać się porozumieniem nowego typu. Zachodnia ententa (entente occidentale), jak ją określał, wymagała koordynacji działań pomiędzy państwami na poziomie dyplomatycznym oraz zacieśnienia gospodarczej współpracy. Jak połączyć potęgę i wartości? Jak uniknąć naiwnego idealizmu z jednej strony, a bałwochwalstwa siły z drugiej? Oto kluczowe pytania, jakie Aron stawiał w Pour l’alliance de l’Occident (Na rzecz sojuszu Zachodu) – ważnym eseju z 1944 roku. Dekadę później, w swoim klasycznym już Opium intelektualistów, podkreślał kulturową wyjątkowość człowieka zachodniego, która opierała się jego zdaniem na krytycznym oglądzie rzeczywistości. Dlatego właśnie stanowił zdaniem francuskiego socjologa najpewniejszą tamę przeciwko prawdziwemu zagrożeniu epoki – nowoczesnym ideologiom, oferującym swoim wyznawcom niezachwianą pewność poznawczą i moralną.
Sceptycyzm rodzi jednak często rozchwianie. Nic dziwnego więc, że nie wszyscy bronili w czasie zimnej wojny idei Zachodu w opisanym wyżej, pluralistycznym duchu. James Burnham, amerykański publicysta i socjolog, w opublikowanej w 1964 roku książce The Suicide of the West (Samobójstwo Zachodu) stawiał tezę, że cywilizacja zachodnia stopniowo traciła wpływy nie wskutek osłabienia w sferze gospodarczej czy militarnej, ale w związku z erozją poczucia własnej tożsamości. Przyczyny wewnętrzne, jakościowe, a nie ilościowe, sprawiały, że Zachód tracił wolę przetrwania, nie potrafiąc bronić istoty tego, czym był. Zdaniem Burnhama u źródeł tego zjawiska stał liberalizm, będący w jego ocenie „ideologią zachodniego samobójstwa”. Jak sądzę, Varouxakis nieprzypadkowo wydobył ten esej z zapomnienia, ponieważ podobne diagnozy słyszymy również współcześnie z ust prawicowych i populistycznych obrońców tradycyjnych zachodnich wartości. Mechanizm krytyki wydaje się ten sam, co w przypadku Burnhama: auto-krytycyzm nie jest źródłem siły Zachodu ani częścią jego tożsamości, ale przejawem dekadencji; dowodem na to, że fundamentalne wartości uległy skruszeniu. Przynależność do Zachodu nie oznacza z perspektywy tego rodzaju krytyków konieczności stałego konfrontowania ideałów z rzeczywistością, ani uzgadniania ze sobą rozmaitych wartości. Przeciwnie, sprowadza się do przyjęcia tradycjonalistycznego zestawu poglądów jako jedynej dopuszczalnej formy w jaką może przyoblec się nasza kultura. Jeżeli post-kolonialna lewica lekkomyślnie odrzuca całość zachodniej tradycji, to populistyczna prawica bezkrytycznie afirmuje ją jako konserwatywną ideologię.
Pochwała dyskomfortu
Nie ma jednego Zachodu. Pojęcie to do pewnego stopnia stanowi konstrukt, tak samo jak konstruktami są inne historycznie ukształtowane formy zbiorowej tożsamości, np. narodowe. W jakiejś mierze okazuje się więc przedmiotem wolnego wyboru: możemy zdecydować, czy chcemy być „Zachodem” oraz co właściwie ma się kryć pod tym pojęciem.
Jak przekonuje Georgios Varouxakis, tego rodzaju wybory mają dalekosiężne konsekwencje. Nazwy, którymi posługujemy się, by opisać to, kim jesteśmy lub za kogo się uważamy, nie są kwestią politycznie neutralną. Owszem, interesy bywają nieodparte, ale to, jak je definiujemy zależy od naszych wyobrażeń, te zaś są kształtowane przez bardziej ogólne idee. U źródeł pojęcia Zachodu leży przekonanie, że nie jest ono tylko zawoalowaną formą władzy; pojęciem-wytrychem, przy pomocy którego jedni ludzie mają uzasadnić swoje prawo do panowania nad innymi. Przeciwnie, sama idea, zgodnie z którą może istnieć coś takiego, jak uniwersalna kultura, stanowi pomysł Zachodu. Każda realnie istniejąca forma, w jaką się przyoblecze, z definicji nie będzie więc tym Zachodem, którym być powinna. Oto kultura, która nie jest w stanie wyrzec się swoich roszczeń do powszechnej ważności, a jednocześnie pozostaje świadoma swojej partykularności, tj. uwikłania w historię; tego, że zrodziła się w określonym czasie oraz ewoluowała w określony sposób. Być może zatem wyjątkowość Zachodu polega na tym, że może istnieć jedynie w owym napięciu pomiędzy tym, co uniwersalne, a tym, co geograficznie czy czasowo relatywne, podczas gdy pozostałe cywilizacje tego rodzaju napięcia nie wytwarzają? Czy zatem bycie człowiekiem Zachodu nie sprowadza się do dostrzegania wartości rzeczonego napięcia oraz akceptacji związanego z nim dyskomfortu?
Jan Tokarski – historyk idei, członek redakcji Przeglądu Politycznego. Opublikował m.in. Czy Liberalizm umarł? (2021) i W cieniu katastrofy. «Encounter», Kongres Wolności Kultury i pamięć XX wieku (2023). Niedawno ukazała się w bibliotece „Przeglądu Politycznego” jego książka zatytułowana Tocqueville. Biografia myśli (2025).

