Jako biografowi przystoi mi ze wszech miar bezpośrednie nazywanie rzeczy po imieniu i stwierdzenie po prostu pewnych psychicznych faktów, które wywarły wpływ na przedstawiane przeze mnie koleje życia.
Tomasz Mann, Doktor Faustus (przeł. Maria Kurecka i Witold Wirpsza)
Tomasz Mann swój esej Goethe i demokracja zaczął konstatacją z pozoru niemal oczywistą: Dwieście lat po narodzinach Goethego, sto siedemnaście po jego śmierci mądrze uczyni ten, kto wykład o nim rozpocznie słowami: „Nie mam Państwu do powiedzenia nic nowego”. To cudowne, wielkie i błogosławione życie było, niemal od momentu swojego zgaśnięcia, a potem przez całe dziesięciolecia przedmiotem studiów, zostało rozświetlone i opisane po ostatni swój zakamarek, wspaniałe dzieło skomentowane, uczczone, filologicznie przeorane i przeanalizowane duchowo dogłębniej niż życie i dzieło któregokolwiek ze śmiertelnych, przeto aż nazbyt uzasadnione jest uczucie, że ze wszystkim, co chciałoby się opowiedzieć o tym fenomenie, przychodzi się za późno. „Tout est dit”.
Dokładnie to samo dałoby się powiedzieć o życiu i dziele Tomasza Manna. Już na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku pierwszy tom bibliografii opracowań do jego twórczości liczył ponad 900 stron. A od tego czasu pewnie przybyło parę nowych. Tout est dit? To wcale nie takie pewne. Tak jak wciąż pisze się o Goethem, tak wciąż pisze się o Tomaszu Mannie, „Goethem XX wieku”. Bo też wciąż odkrywa się w ich biografiach nowe fakty, czasem przeoczone, a czasem… celowo ukrywane. Zresztą: każde pokolenie ma prawo inaczej rozłożyć akcenty w opowieściach o życiu swoich „wieszczów” i odczytywać ich dzieło odmiennie niż pokolenia wcześniejsze – wytyczać nowe wejścia na „ośmiotysięczniki literatury”.
Wydana w maju tego roku – roku jubileuszowego (w czerwcu przypadła 150. rocznica urodzin pisarza) – biografia Tomasza Manna pióra Tilmanna Lahme (Thomas Mann. Ein Leben, dtv 2025) dowodzi, że o autorze Czarodziejskiej góry wciąż można powiedzieć „coś nowego”. I to niemało!
…ty mnie nie maluj na klęczkach!
Biografowie często popełniają ten sam błąd, który popełnił kiedyś Jan Styka, malując obraz przedstawiający Boga Ojca: tworzą swoje dzieła na klęczkach. Ponoć Bóg, gdy tylko przybrał na płótnie rozpoznawalny kontur, ofuknął artystę-dewota: „Ty mnie nie maluj na klęczkach, ty mnie maluj porządnie” – napomnienie, które winni wziąć sobie do serca także autorzy biografii. Lahme jednak go nie potrzebuje – swojego bohatera z całą pewnością nie maluje na klęczkach, maluje go tak, jak go malować należy: barwnie, wyraziście, z należnym podziwem dla bezdyskusyjnej wielkości dzieła, ale bez upiększania wizerunku twórcy.
Książka nie jest klasyczną biografią w stylu biografii naszych Trzech Wieszczów pióra Zbigniewa Sudolskiego – drobiazgowych kalendariów, rejestrujących beznamiętnie wszystkie podróże bohatera, jego spotkania, miłostki, przyjaźnie i utwory. Takich biografii Manna jest już sporo i dokładanie nowej byłoby chyba przedsięwzięciem zbędnym. Książka Lahmego daje się opisać raczej jako esej biograficzny, a ściślej: zbiór takich esejów, ułożonych mniej więcej chronologicznie, ale przecież właściwie niezależnych całości – to jakby osobne koraliki nanizane na jeden sznurek. A jeszcze inaczej: ciąg powiększeń drobnych z pozoru epizodów i wątków, zwłaszcza tych często pomijanych albo – jak się okazuje – wręcz z premedytacją ukrywanych.
Nie tylko w fotografii artystycznej, także w biografistyce, też przecież będącej pewną formą obrazowania, obowiązuje zasada: „szczegół powie czasem więcej niż całość”. Taka koncentracja na drobnych z pozoru epizodach i okruchach prowokuje do postawienia niebanalnych pytań, na pierwszy rzut oka sprawiających wrażenie naiwnych. Choćby takiego: dlaczego właściwie Tomasz Mann został pisarzem? Z pozoru niewiele go do tego predestynowało. I nie chodzi nawet o to, że uczniem był mniej niż przeciętnym – historia zna wielu geniuszy, którym w szkole nie wiodło się najlepiej. Autor Józefa i jego braci nie miał nawet matury. Brak formalnego wykształcenia jednak trochę mu doskwierał. W każdym razie gdy w 1919 roku uniwersytet w Bonn nadał mu godność doktora honoris causa, pisarz nie posiadał się z radości, natychmiast też sporządził sobie wizytówki i papier listowy z nowym tytułem – dyskretnie opuszczając, obowiązkowe w takich wypadkach, literki h.c.
Ojciec, co prawda kupiec, był człowiekiem o niemałej kulturze literackiej, ale nie zachęcał synów do aktywności pisarskiej, przeciwnie – w testamencie zaznaczył z naciskiem, że matka winna uczynić wszystko, co w jej mocy, by najstarszemu synowi, Heinrichowi, wybić z głowy „tak zwaną działalność literacką”, albowiem brak mu po temu wszelkich „predyspozycji”, studiów, obszernej wiedzy etc. Tymczasem także młodszy brat, Tomasz, już w październiku 1889 roku – a więc w wieku lat czternastu – w liście do niani podpisał się: To Mann, poeta liryczno-dramatyczny. Skąd bierze się ta coraz powszechniejsza fascynacja profesją pisarza? – pyta Lahme. Czy to jakiś pęd wewnętrzny? A może tym, co pociąga, jest rola jako taka. Jej szczególność, wyjątkowość?

Emanuel Geibel, o którym dziś mało kto pamięta, jest w czasach młodości synów kupca Manna w Lubece powszechnie podziwianym poetą, otoczonym czcią i przez jednego z mecenasów obdarowanym dożywotnią pensją. Jego wiersze przetwarzają na muzykę wielcy kompozytorzy jak Schumann, Brahms czy Mendelssohn-Bartholdy, a każdy zna jego pieśń wędrowców „Nadszedł maj”. Zostać nowym Geiblem to zatem perspektywa nader pociągająca. Nie tylko Heinrich i Tomasz Mannowie, również ich najlepsi przyjaciele Ludwig Ewers i Otto Grautoff dążą w tym kierunku. Chcą uprawiać literaturę, pisać sztuki teatralne i lirykę albo przynajmniej zostać prozaikami. Nie wszystkim się to uda, ale braciom Mann owszem. Tomasz Mann chce zostać pisarzem, sławnym artystą. I jest pewny, że posiada ku temu środki i uzdolnienia – stylistyczną sprawność pióra, którą daje komuś „dobry, bardzo dobry Bóg”, jak rzecz nazywa jego przyjaciel, Otto Grautoff. Co ciekawe, ta niebywała „sprawność pióra” pojawia się u autora Czarodziejskiej góry już we wczesnych opowiadaniach i właściwie potem pozostaje constans.
Początkujący autor jest przy tym niebywale zdeterminowany i wie, czego chce. Ktoś ma mu za złe, że pisze jedynie krótkie listy? „Jestem coraz bardziej przekonany – wyznaje Grautoffowi – że aktywność piśmienniczą winienem podejmować tylko po to, by stać się sławnym i zarabiać pieniądze. Listy długie na cztery arkusze człowiek pisze dopóty, dopóki nikt go nie drukuje”. Okazuje się zatem, że już sama wola, by pisać i znaleźć się w katalogu targowym, pociąg do płodzenia ksiąg, objawiający się zazwyczaj wraz z pierwszym zarostem, z których swego czasu natrząsał się Georg Christoph Lichtenberg, owocują niekiedy takimi gigantami literatury jak bracia Henryk i Tomasz Mannowie. Świat jest pełen niespodzianek.
Swojego bohatera przy tym nie oszczędza. W 1929 roku Mann jest jednym z bardzo realnych kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. Ale kandydatem mającym nie mniejsze szanse jest poeta i dramatopisarz Arno Holz. Gdyby to na niego padł wybór Komitetu Noblowskiego, perspektywa otrzymania nagrody przez kolejnego pisarza z Niemiec oddaliłaby się na całe lata. Co robić? Mann pisze do Gerharta Hauptmanna, noblisty z roku 1912. Oburza się na klikę belfrów, którzy podejmują starania na rzecz Holza, a przecież przyznanie mu tego wyróżnienia byłoby absurdalne i skandaliczne. Już lepiej, gdyby otrzymała je Ricarda Huch, jej „życzy tego z całego serca”. Ale Holz?! Toż to byłaby jawna granda, dlatego należy podjąć jakieś przeciwdziałania. Hauptmann, którego Mann sportretował w mało pochlebny sposób w drugim tomie Czarodziejskiej góry i który przyjął to – najdelikatniej mówiąc – bez entuzjazmu, wie oczywiście, o co chodzi, ale też nie cierpi Holza, więc pisze do Komitetu stosowny list. Mann tymczasem próbuje wpłynąć na dziennikarza planującego artykuł o Holzu w szwedzkim dzienniku „Dagens Nyheter”, by również zapobiegł pewnemu głupstwu, które nie ma prawa się wydarzyć. Wkrótce problem rozwiązuje się sam: schorowany Holz umiera, a 12 listopada Tomasz Mann otrzymuje ze Sztokholmu tak wytęsknioną depeszę. I to jest właściwy wybór! „Poczucie geniuszu”, zapisze kilka lat później w dzienniku po ukazaniu się pierwszego tomu Józefa. „Nur die Lumpen sind bescheiden”, mawiał wszak jego ukochany Goethe.
Ale przecież na to radosne wydarzenie kładzie się, jak wyznaje w jednym z wywiadów, cień melancholii: Czyż to nie właśnie Arno Holz miał prawo do tej nagrody? Jego śmierć w takim momencie wywołuje we mnie podwójny ból. To fakty znane od dawna, ale nie każdy biograf uważa je za godne wzmianki – Hermann Kurzke na przykład nie. Cóż, Tomasz Mann nadaje się doskonale na autora lektur szkolnych, na bohatera szkolnych czytanek już znacznie gorzej.
Psy w suterenie
Homoerotyczne skłonności Tomasza Manna nigdy nie były tajemnicą. W ostatnich latach stały się też tematem ważnej powieści biograficznej Hansa Pleschinskiego Königsallee, wystylizowanej nieco na Lottę w Weimarze, opowieści o powtórnym spotkaniu Manna z Karlem Heuserem, jedną z jego wielkich miłości sprzed lat (prawdopodobnie zresztą nieodwzajemnioną – mimo homoseksualizmu samego Heusera). Jednak powieść biograficzna to coś zupełnie innego niż biografia sensu stricto, nawet taka, która chce być „tylko” esejem. Konwencja fikcji literackiej zwalnia z wielu obowiązków ciążących na biografie.
Z różnych przyczyn biografowie, wydawcy i historycy literatury starali się wszakże homoseksualizm Manna bagatelizować czy rozmywać. Lahme rozprawia się z nimi i ich próbami cenzurowania dzienników pisarza, wyśmiewa podejmowane przez nich wysiłki, by tę jednoznaczną „inwersję seksualną”, jak wówczas za Freudem nazywano homoseksualizm, interpretować w kategoriach biseksualizmu czy wręcz… narcyzmu. Ich zdaniem lepszy już narcyz niż gej. Samodzielnie bierze pod lupę Dzienniki, zwłaszcza te fragmenty, które ich wydawcy dyskretnie pominęli w swoich edycjach. Gromadzi te wyimki na osobnej wklejce, drukowanej – właściwie dlaczego? – białymi czcionkami na czarnym tle. Lektura to dość przytłaczająca: „1.4.1919: […] Płciowość to złośliwy żywioł. 31.7.1919: […] Płciowość to przerażający krzyż […] Co zrobić, by nie mieć polucji? 20.1.1920: Aktywność autoerotyczna. 8.3.1920: Nocą masturbacja. 24.3.1934: Podniecenie seksualne wczoraj i rozładowanie we śnie, które kosztowało mnie przedpołudnie, ponieważ nic nie byłem w stanie ruszyć, ani z pracą, ani z korespondencją”. Do tego dochodzą wzmianki o dolegliwościach hemoroidalnych i urologicznych, egzemach okołoodbytniczych, udanych i nieudanych próbach zbliżeń z K., ejakulacjach ante portas – pozostańmy przy łagodniejszych cytatach.
Bezlitosne są też opisy życia rodzinnego Mannów (Lahme jest nota bene autorem trzech książek o rodzinie Mannów). Z pozoru to wzorowa wręcz rodzina mieszczańska, żyjąca na bardzo wysokim poziomie, wielodzietna. Tomasz Mann nałożył sobie życiowy gorset, który ma mu pomóc utrzymać w ryzach jego homoseksualizm. Składnikami tego gorsetu są uregulowany porządek dnia, dostatecznie wiele snu, spacery, zimne prysznice, jasno określone pory pracy i odpoczynku. Na zewnątrz sprawia to wrażenie żywota niezwykle uporządkowanego, przemyślanego, zdyscyplinowanego, nudnawego. „Straszny bubek”, pisze raz o nim teściowa. Za tą fasadą życie Tomasza Manna pozostaje tańcem na skraju wulkanu. Katia wie o jego homoerotycznych fascynacjach, toleruje je bez sprzeciwów, tym bardziej że podobnie fasadowy żywot wiedzie jej brat bliźniak, Klaus, ojciec trójki dzieci, ale przecież również homoseksualista. Życie erotyczne w małżeństwie to dla Manna prawdziwa udręka, „krzyż”, a to przez pragnienia skierowane w inną stronę – notuje w dzienniku. Zachwyca go widok nagiego ciała 13-letniego syna Klausa – chłopiec jest przerażająco piękny. Pobrzmiewa w tym przymiotniku pewien niepokój, ale przecież ostatecznie pisarz dochodzi do wniosku: „Uważam to za całkiem naturalne, że zakochuję się w swoim synu”. Ta fascynacja wprawia go co prawda w pomieszanie. Ale: Dwa dni później Tomasz Mann czyta opowiadanie napisane przez Klausa i poddaje je krytyce „przy jego łóżku wśród czułości, które – jak sądzę – go cieszą”.
Nasuwa się tu nieuchronnie pytanie: Jak daleko ma prawo posunąć się biograf? Czy wolno mu aż tak głęboko wnikać, a właściwie wdzierać się w intymną sferę człowieka, o którym pisze? Zwłaszcza że nie pisze tylko o nim, pisze także o osobach „postronnych”, rodzinie, przyjaciołach. Strzała przestaje należeć do strzelca, gdy tylko oderwie się od cięciwy łuku, słowo zaś przestaje być własnością tego, który je wypowiedział, gdy tylko spłynie z jego warg, a cóż dopiero gdy zwielokrotnione zostało za sprawą prasy drukarskiej, pisał Heinrich Heine. Czy to samo dotyczy życia autora, także tego najbardziej intymnego? Czy także ono staje się wraz ze „słowem” własnością publiczną? To pytanie bez dobrej odpowiedzi, więcej: pytanie bez sensu. Nie da się dociekliwości biografów zakreślić jednoznacznej granicy. Wszelkie zakazy czy regulacje w tej materii będą i tak bezskuteczne. Jeśli chce się zrozumieć „słowo”, trzeba zajrzeć w głąb biografii, czasem w jej najtajniejsze zakamarki. Można oczywiście odlać postać Wielkiego Pisarza w szacownym brązie, ale wiadomo, że zawsze pojawi się ktoś o temperamencie Boya-Żeleńskiego i cały trud „brązowników” pójdzie na marne.
Zainteresowanie erotycznymi wątkami życia pisarzy niesie ze sobą wszakże jeszcze inne ryzyko – trąci poszukiwaniem taniej sensacji, swoistym voyeuryzmem, przybranym w szaty analiz historycznoliterackich. Albo równie tanią „poprawnością” polityczną, rehabilitującą dziś, bywa, że z zapałem trochę neofickim, wszelką „nieheteronormatywność”. Co więcej, nawet gdy tego rodzaju poszukiwania wolne są od podobnych ciągot, mogą stwarzać wrażenie pewnego nadmiernego przechyłu, by nie rzec obsesji. Takie wrażenie ma choćby czytelnik Der verworfene Stein (Odrzuconego kamienia) Wolfganga von Wangenheima (2005), skądinąd świetnie napisanej biografii Johanna Joachima Winckelmanna. Zapewne Winckelmanna trudno zrozumieć bez uwzględnienia jego skłonności do „greckiej przyjaźni”, jak rzecz dyplomatycznie nazywał Herder: Do Rzymu ciągnęła go w końcu nie tylko fascynacja antykiem, ale i, paradoksalnie, nadzieja – i to wcale nie płonna – że będzie miał tam większe niż w Niemczech szanse żyć w zgodzie ze swoją seksualną tożsamością. Mimo to lektura całości staje się od pewnego momentu nużąca, właśnie przez koncentrację opowieści na jednym tylko wątku.
Czy takie samo znużenie wywołuje podobnie rozkładająca akcenty biografia innej wielkiej, a „nieheteronormatywnej” postaci w dziejach kultury niemieckiej, autora Czarodziejskiej góry? Otóż nie! Rzecz bowiem w tym, że Tomasz Mann nie tylko jest homoseksualistą, ale również swój homoseksualizm przeżywa – inaczej niż Winckelmann – jako przekleństwo, ułomność spychającą go niejako na margines człowieczeństwa. Jest pod tym względem dzieckiem swojej generacji, która tak właśnie postrzegała „nieheteronormatywność” – zupełnie inaczej niż pokolenie jego dzieci, Eriki, Golo i Klausa, którzy swoją orientację seksualną traktują już jako neutralną cechę osobowości, nieodbierającą im szansy na realizowanie się takimi, jakimi są. Ich ojciec uważa się raczej za „pasierba natury” – zgodnie ze sformułowaniem ukutym przez ówczesnego badacza ludzkiej seksualności, Richarda von Kraffta-Ebinga w jego Psychopathia sexualis, książce, którą Mann doskonale zna.
Nawet jeśli pisarz nie żywi wstrętu do samego siebie, to przecież sam czuje się zmuszony, jak to formułuje, oddzielić podbrzusze od miłości. To czyni go poniekąd homoseksualistą homofobicznym, a własną seksualność każe metaforyzować w obrazie groźnych psów w suterenie – to sformułowanie nawiązujące do Zaratustry Nietzschego, gdzie w rozdziale „O drzewie na wzgórzu” mowa o dzikich psach pragnących wyrwać się z piwnicy na wolność, które trzeba nieustannie trzymać na uwięzi. Wszystkie jego erotyczne fascynacje to prawdopodobnie fascynacje niespełnione. Nie pozostaje to, rzecz jasna, bez wpływu na jego pisarstwo, które jest nie tylko „życiowym pomysłem na siebie”, ale i czymś więcej. Gdy drukiem ukazuje się Mały pan Friedemann, opowieść o głęboko upośledzonym mężczyźnie potraktowanym przez naturę jak pasierb przez macochę i odtrąconym przez kobietę, w której nierozsądnie się zakochuje, Mann wyznaje: Teraz wreszcie jestem w stanie znaleźć dyskretne formy i maski, w których z moimi przeżyciami będę mógł wyjść do ludzi, podczas gdy kiedyś, gdy chciałem zwierzyć się samemu sobie, potrzebowałem tajemnego dziennika.
No właśnie: „tajemny dziennik”. To osobny rozdział. Jego pierwsze tomy Mann zniszczył, przypuszczalnie przerażony ich zawartością. Losy kolejnych dają do myślenia. Gdy w 1933 roku pisarz decyduje się pozostać za granicą, syn Golo ma przesłać mu zeszyty dzienników pozostawione w monachijskim domu. Przesyłka zostaje jednak z jakichś powodów zatrzymana na granicy. Mann jest przerażony i bliski załamania nerwowego, wie przecież, jaki użytek mogą z jego zapisków uczynić nowi władcy Niemiec: Moje obawy dotyczą w pierwszym rzędzie i niemal wyłącznie tego zamachu na tajemnice mojego życia. Są one ciężkie i głębokie. Może wydarzyć się coś strasznego, ba, zabójczego.
Niespełna dwadzieścia lat później w jego myśleniu zachodzi wszakże istotna zmiana. 25 sierpnia 1950 roku, po powrocie z podróży do Europy, Mann sporządza w dzienniku bardzo intymną notatkę zawierającą wspomnienie o młodym kelnerze szwajcarskim. Nie mogę tego zapomnieć, oczy, Hermesowe nogi, la forza d’un bel viso. Po czym dodaje: Dlaczego to wszystko piszę? By wszystko zniszczyć w stosownym czasie przed śmiercią? A może chcę, by świat mnie znał? Sądzę, że i tak przynajmniej znawcy wiedzą o mnie więcej, niż to przede mną przyznają. Dwa miesiące później, 13 października 1950 roku, zastanawiając się nad konsekwencjami sprzedaży papierów, które po nim pozostaną, uniwersytetowi Yale, dodaje: Włączone byłyby w to także dzienniki, poczynając od roku 1933, które zostałyby zapieczętowane i udostępnione badaczom dopiero dwadzieścia albo dwadzieścia pięć lat po mojej śmierci. A wtedy radosnych odkryć, w imię Boże! Niech świat mnie zna, ale dopiero wówczas, gdy wszyscy będą już martwi. To – pisze Inge Jens – podjęta przez twórcę świadomego swej rangi i swoich słabości decyzja oddania się do dyspozycji świata. A zatem i carte blanche dla biografów.
Rozbrajanie niewypału
„Niech świat mnie zna” to w rzeczywistości ukryty cytat. Pochodzi z wiersza innego sławnego geja literatury niemieckiej, Augusta von Platena. U niego fraza ta ma zresztą swój ciąg dalszy: „Aby mi wybaczył”. W czasach Platena było to pragnienie zrozumiałe, w późnych latach Tomasza Manna już mniej (choć pamiętajmy: przytoczone wyżej zapisy w dzienniku powstały na dwa lata przed procesem Alana Turinga), dziś brzmi zgoła osobliwie – „świat” na pewno nie musi wybaczać Tomaszowi Mannowi jego „seksualnej inwersji”. Ale „świat” ma przecież z Tomaszem Mannem swoje rachunki, a „znajomość” treści jego dzienników może pomóc w ich zamknięciu.
Wkrótce po wybuchu pierwszej wojny światowej, w listopadzie 1914 roku Tomasz Mann publikuje w „Neue Rundschau” zaskakujący artykuł, zatytułowany Myśli w czas wojny. To wielka pieśń pochwalna na cześć Niemiec, kraju tradycyjnej „kultury”, rycersko walczącego z zachodnią, zepsutą, zbrodniczą, pozbawioną zasad „cywilizacją”, a uosobieniem tych sił dobra i zła są Fryderyk Wielki i Voltaire. Gdy czyta się ten złożony z płaskich, wiernopoddańczych, szowinistycznych sloganów tekst, tekst do tego nieznośnie egzaltowany, niemal trudno uwierzyć, że wyszedł spod tego samego pióra, spod którego dekadę później wyjdzie Czarodziejska góra. Może się w nim skądinąd przejrzeć niczym w zwierciadle – i to wcale nie krzywym – także nasza „polityka historyczna”: Niemcy są nieustannie obiektem agresji sąsiadów i niesprawiedliwych potępień oraz ofiarą złej woli reszty świata, sami jednak nigdy nie splamili się żadną zbrodnią czy niegodziwością – brzmi znajomo, prawda? Tą państwowotwórczą manifestacją stroniącego dotąd od polityki pisarza zdumieni są przyjaciele i rodzina – to wówczas dochodzi do jego zerwania z bratem Heinrichem – ale Tomasz Mann obłąkańczo brnie dalej.
Ostatecznym owocem tego jego narodowego „wzmożenia” będą osławione Wyznania człowieka niepolitycznego, obezwładniająco rozwlekły i rozgadany esej-gigant, którego autor nie zawaha się usprawiedliwić nawet barbarzyńskiego zatopienia „Lusitanii”, z satysfakcją i dumą konstatując, że naród niemiecki zaakceptował zniszczenie bezczelnego symbolu angielskiego panowania na morzu oraz wciąż jeszcze komfortowej cywilizacji, stawiając czoła wrzaskowi wypełniającej świat hipokryzji. Oraz że nie tylko zaakceptował nieograniczoną wojnę u-bootów, ale krzyczał wręcz o nią, opierając się aż po granice buntu przywódcom, którzy zwlekali z jej rozpoczęciem (cyt. za: Thomas Mann, Rozważania człowieka apolitycznego, przeł. Wojciech Kunicki, Kraków 2022). Taki tytuł znalazł się na okładce, choć tłumacz w posłowiu wyjaśnia obszernie, dlaczego zdecydował się na wersję „Rozważania człowieka niepolitycznego”, nie zaś apolitycznego. Tytuł oryginału to: Betrachtungen eines Unpolitischen. W języku niemieckim istnieje również przymiotnik apolitisch, jednak Mann go nie użył, co zasadniczo rozstrzyga tę osobliwą kontrowersję między wydawcą a autorem przekładu.
Rozważania odegrały w życiu i recepcji Tomasza Manna rolę niebagatelną – większą, niż mogło być to wiadome jemu samemu. W 1929 roku pisarz miał, mimo całej radości i satysfakcji, niejakie pretensje do Komitetu Noblowskiego, który uhonorował go przede wszystkim za Buddenbrooków, przemilczając niemal całkowicie Czarodziejską górę. Z ujawnionych niedawno dokumentów wynika coś jeszcze: dla decyzji niezwykle konserwatywnego Komitetu wielkie znaczenie miał fakt, że Mann był autorem właśnie Rozważań człowieka niepolitycznego – obrachunku z demokratycznym antypatriotyzmem. Gdy osiemnastoosobowa komisja rozstrzyga na korzyść Tomasza Manna – pisze Lahme – oficjalnie chce uczcić autora „Buddenbrooków”. Nieoficjalnie, co daje się zauważyć jedynie w aktach, wyróżnia Tomasza Manna reakcyjnego i antydemokratycznego, którego uważa za tego najbardziej prawdziwego.
A tak niewiele brakowało, by Rozważania w ogóle nie ujrzały światła dziennego! Książka miała ukazać się jesienią 1918 roku. Wiadomo już wówczas, że wojna na pewno nie zakończy się nieuchronnym zwycięstwem Niemiec, które Mann zapowiedział w Myślach w czas wojny, że w tych okolicznościach okaże się spóźnionym niewybuchem, nijak mającym się do realiów nowej sytuacji. 6 października nie może zasnąć, nad ranem przed piątą idzie do żony i długo się z nią naradza. Kilka godzin później wysyła telegram do Wydawnictwa S. Fischer: wydanie książki należy wstrzymać. Odpowiedź nadchodzi następnego dnia: „Rozważania człowieka niepolitycznego” wprowadzono już do obrotu księgarskiego. Od tej pory książka żyje własnym życiem, choć jej autor już kilka lat później otwarcie porzuci pozycje w niej bronione. Ale, przypomnijmy: Strzała przestaje należeć do strzelca, gdy tylko oderwie się od cięciwy łuku. Co więcej, to dzieło, jak zapewnia w posłowiu jego polski tłumacz Wojciech Kunicki, wciąż aktualne.
I trudno się z nim nie zgodzić. Dodajmy: aktualne w podwójnym sensie. Aktualne, bo wciąż dostarcza natchnienia tym wszystkim w Europie, którzy chcieliby społeczeństwo wziąć za twarz w imię „narodu”, „kultury” i oczywiście „wolności prawdziwej”, tak różnej od „liberalnego dogmatyzmu” – krótko mówiąc, jeden z tekstów świętych „rewolucji konserwatywnej”. Natchnienia dostarcza także tym – a jest ich nie tak mało – którzy w Rosji chcą widzieć sojuszniczkę w walce o „prawdziwe wartości duchowe” Europy, zagrożone przez zachodnią „cywilizację śmierci”: Jakież podobieństwo w stosunku obydwu dusz narodowych do Europy, do „Zachodu”, do „cywilizacji”, do polityki, do demokracji […] Skoro sfera emocjonalna i duchowa służyć ma i może jako usprawiedliwienie mocarstwowych sojuszy, to Niemcy i Rosja stanowią jednię: ich porozumienie dla dnia dzisiejszego, ich sojusz dla przyszłości jest od początku wojny życzeniem i marzeniem mojego serca, a nawet czymś więcej niż życzeniem: globalno-duchową koniecznością (cyt. za Rozważania…). Tak jak dziś sojusz taki jest „życzeniem i marzeniem” AfD i pokrewnych jej sił na całym świecie, Polski nie wyłączając. Rozważania to wciąż nierozbrojony do końca niewypał z czasów pierwszej wojny światowej.
Ale Rozważania aktualne są także dlatego, że wciąż aktualne – dziś bardziej niż jeszcze przed paru laty – pozostaje pytanie, co sprawia, że intelektualista, od którego można i należałoby wymagać nieco więcej nie tylko empatii, ale także zdolności krytycznego myślenia (krytycznego także wobec własnego narodu), nie tylko odwraca się od gnanego do okopów „człowieka prostego”, lecz jest gotów wejść w alianse z „królami”, którzy go do tych okopów pędzą. Mało tego, gotów nawet w swoim patriotycznym uniesieniu zrobić z siebie pośmiewisko. Oto ktoś, komu dzięki wpływom teściowej udało się uniknąć służby na froncie, przedstawia się w przedmowie jako inwalida wojenny (Kriegsbeschädigter – określenie używane najczęściej do inwalidów wojennych, ale dosłownie oznaczające bardziej ogólnie „poszkodowanego przez wojnę”), a swoją umysłową służbę z bronią, odbywaną w ciepłym gabinecie przy biurku, opisuje tak: Stoję tu w strużkach ziemi, gradzie żelaza, żółtym dymie duszącym, w eksplozji bomby z trującymi gazami i nie wiem, czy jeszcze żyję (cyt. za Rozważania…). Co sprawia, że subtelny stylista i myśliciel gotów jest popaść w tak tanią egzaltację, zejść do poziomu propagandowej agitki?
W afektowanych wywodach Myśli w czas wojny przewija się pewien znamienny motyw: niemiecka „kultura”, bliska naturalnemu człowieczeństwu, autentyczna i prawdziwa, demoniczna, ale i sprzyjająca „geniuszowi”, przeciwstawiona załganej, zepsutej „cywilizacji” francuskiej – to domena mężczyzn, podczas gdy ta druga, niosąca ze sobą rozum, oświecenie, złagodnienie, umoralnianie, narastanie sceptycyzmu, rozluźnienie, skażona jest budzącą politowanie zniewieściałością. I to – uwaga, uwaga! – chociaż kultura może zawierać w sobie […] pederastię. Wojna to rzecz męska: dopiero czas wojny, zwierza się Ernstowi Bertramowi, wykuł ze mnie mężczyznę. Wojna daje szansę popisania się własną męskością, przynależnością do owej „męskiej kultury” – nawet jeśli jest się tylko „żołnierzem pióra”, co tym bardziej trzeba nadrobić, podnosząc głos, czasem na poziom histerycznego krzyku. W tym kierunku popychają go także, zauważa Lahme, skierowane przeciwko niemu ataki, które nieustannie jego męskość kwestionują i których autorzy podejrzewają go o mięczakowatość, zniewieścienie i homoseksualizm. Liberalny pacyfista René Schickele wprost natrząsa się z niegarnącego się przesadnie do służby liniowej piewcy wojennego patriotyzmu, rycerza Tomasza Manna, pędzącego w damskim siodle między śmiercią a diabłem.
Właśnie dlatego narzędzi do rozbrojenia owego niewypału Rozważań należy szukać pośród ukrytych w Dzienniku „ciężkich i głębokich tajemnic”, które pisarz zdecydował się jednak przed światem odsłonić. I tam też można je znaleźć: pod datą 17 września 1919 roku Tomasz Mann zapisuje: „Dla mnie nie ulega wątpliwości, że »Rozważania« także są wyrazem mojej seksualnej inwersji” (tłum. Irena i Egon Naganowscy). Wyznanie zdolne zapewne wstrząsnąć niejednym „konserwatywnym rewolucjonistą”.
Tadeusz Zatorski – germanista, tłumacz, publicysta, stały współpracownik „Przeglądu Politycznego”. Autor bloga brulionbezlinii.net

