To, że Bobkowski wyemigrował do Ameryki Południowej, powszechnie wiadomo, ale o tym, że przez kilka lat był mieszkańcem Katowic, wiedzą nieliczni. Sądzę nadto, że nie zajmują się tym humaniści z Uniwersytetu Śląskiego, gdyż w przeciwnym wypadku już dawno temu odbyłaby się stosowna sesja naukowa na uczelni. Nie mówię o tym z żalem, stwierdzam jedynie niewiedzę, a nie – obojętność. Być może to moje pisanie przyniesie zmianę – Bobkowskiemu to się należy. Kiedy jesienią 2024 roku kończono prace nad wydaniem monografii Kolonii Urzędniczej w katowickiej dzielnicy Ligota, zapytałem w redakcji oficyny „Śląsk” czy w indeksie nazwisk jest Bobkowski – kiedy usłyszałem, że nie, odetchnąłem. Gdyby było inaczej, pewno ten rozdział by nie powstał.
Pokusa systematycznego przedstawienia postaci Andrzeja Bobkowskiego – chronologicznie, z opisem związków rodzinnych, listą dzieł i tematyką artykułów, podziałem na istotne okresy życia (nauka, studia, praca, emigracja) – jest wielka na tyle, że… postanowiłem z niej zrezygnować. Powód? Istnieje obszerna i rzetelna literatura jemu poświęcona pióra wybitnych badaczy, pośród których wymienię Krzysztofa Ćwiklińskiego, Andrzeja Stanisława Kowalczyka, Joannę Podolską, Macieja Nowaka i Macieja Urbanowskiego. Nikt z tej profesorskiej listy nie pochodzi z Katowic. Zakładam, że wszyscy i tak tu przybędą, kiedy uniwersytet wspólnie z miastem zorganizuje sympozjum poświęcone pisarzowi. Jako nazwę spotkania już teraz proponuję „Andrzej wraca” – po śląsku będzie to Anyj wroco. To drugie słowo dźwięcznie współgra z hiszpańskim tytułem zbioru opowiadań i szkiców Bobkowskiego Coco de Oro. Pasuje również do niego słowo Querido z tytułu pożegnalnego tekstu Czapskiego napisanego dla „Kultury” po śmierci Bobkowskiego w 1961 roku. Querido Bob – tak zwykli mówić o nim jego mali podopieczni, amatorzy modelarstwa. Skoro Bobkowski jako emigrant – rzecz przyziemna – żył z uczenia innych sztuki unoszenia się nad ziemią, przyfrunie i do Katowic. Tak samo jak w 1954 roku przyleciał z swoją grupą na zawody modelarskie do Stanów. W tym samym roku w USA zmarł kompozytor Charles Yves, którego dzieła wysłuchałem w Katowicach. W tymże roku przyszedłem na świat w domu położonym w pobliżu pierwszego katowickiego adresu Bobkowskiego. Mój był na ulicy Poniatowskiego, jego – na Powstańców. Odstęp między nimi, jeśli liczyć w krokach, odpowiadał kilkuminutowemu spacerowi, zaś wedle kart kalendarza – kilkunastu latom.
Jak to się stało, że Bobkowski tu trafił? Ukończył studia ekonomiczne w Warszawie, rodzice mieszkali wtedy w Krakowie, dlaczegóż więc Śląsk? Odpowiedź jest nie tyle prosta, co przekonująca: tutaj, gdzie było wiele spółek o mieszanym kapitale, ale z udziałem Skarbu Państwa, mógł dostać pracę. Oczywiście nie jako taką pracę biurową, ale porządnie płatny etat. Tak samo jak w czasie studiów, gdy – jak sam pisał – za „protegą” odbył praktykę w warszawskim banku („Rydz przez Koca wkręcił mnie do Banku Polskiego na praktykę. Były dobrze płatne i trudno było się dostać”). W uzupełnieniu: Rydz i Koc to czołowi politycy sanacji, zaś jego stryj, Aleksander Bobkowski, był nie tylko wiceministrem komunikacji, ale i zięciem prezydenta Mościckiego. Co by nie mówić, rodzinne umocowanie otwierało drzwi. Uprzedzając fakty już teraz dodam, że w przyszłości to ono stanie się źródłem kłopotów.
Oddajmy teraz głos naszemu bohaterowi, magistrowi ekonomii po obronie pracy dyplomowej poświęconej samowystarczalności żywnościowej Niemiec. W jednym z listów napisał, że po ukończeniu Szkoły Głównej Handlowej dostał posadę w Syndykacie Hut Żelaza z pensją 250 złotych. Wcześniej jednak musiał odbyć praktykę „[…] pracowałem w Hucie Pokój w Nowym Bytomiu trzy miesiące za 150 zł. Przetyrałem na wszystkich działach, na wielkich piecach, na wsypie, zatrułem się siarką, ale potem wiedziałem, co to jest stal, jakie są stale, jaki skład chemiczny”. Dodaję niewielkie sprostowanie – nie trzy, ale dwa miesiące. To żaden błąd, gdyż Bobkowski pisał o tym po wielu latach, a moje uściślenie opiera się na archiwaliach.
Po wstępie („W okresie tym zatrudniony był p. mgr Bobkowski w następujących wydziałach, zapoznając się ogólnie z ich pracami”) biegnie spis dni i przydziałów. Najpierw wrzesień 1937 roku: 1–2 („ogólne zapoznanie się z hutą”), 3–9 („wielkie piece”), 10–16 („stalownia”), 17–22 („koksownia”), 23–29 („walcownia blachy cienkiej”). Potem październik 1937 roku: do 6 („walcownia blachy grubej”), 7–13 („walcownie bruzdowe”), 14–16 („wykończalnia walcowni bruzdowych”), 17–20 („młotownia”), 21–23 („dział odbiorczy”), 23–29 („zarząd wytworów i ekspedycja”). I podsumowanie: „P. mgr. Bobkowski powierzone mu prace wykonywał zawsze sumiennie, wykazując dużo zainteresowania i pilności”.
Zarząd huty mieścił się w Katowicach przy ulicy Zamkowej numer 3 – to również okolice przywołanego na wstępie Spodka. Wymieniam tę ulicę, gdyż Bobkowski musiał tam często bywać. Tę starą nazwą nosiła jeszcze czas jakiś po wojnie (potem została Armii Czerwonej), zaś resztki zamku (dokładniej dworu) przetrwały do roku 1970 roku. Może to być pomocne przy tworzeniu przyszłej ścieżki Bobkowskiego w Katowicach, która bez wątpienia kiedyś tu powstanie. Zadba o to – nie ma wszak innego wyjścia – uniwersytecki Wydział Humanistyczny, którego budynki stoją nie dalej niż pół kilometra od nieistniejącego numeru 3 nieistniejącej ulicy Zamkowej.
Powróćmy do kariery zawodowej Bobkowskiego. Wiemy od niego, że jako praktykant w hucie „Pokój” zarabiał 150 zł miesięcznie. Dużo to czy mało? Mam przed sobą przedwojenny słownik statystyczny. Wedle jednej z tabel stawka godzinowa hutnika na Śląsku w 1937 roku wynosiła około 1,40 złotego, co w przeliczeniu na dniówkę daje circa 11 złotych, miesięcznie zaś – blisko 230 złotych. Były to jednak najwyższe stawki robotniczych płac w ówczesnej Polsce, inni pracownicy fizyczni otrzymywali pobory ledwo w granicach połowy tej kwoty.
Kolejnym adresem Bobkowskiego była ulica Lompy. To środek Katowic – w pobliżu wznoszą się wielkie budynki Urzędu Wojewódzkiego, które powstały dekadę przed przybyciem naszego bohatera. Ktoś, kto dzisiaj obejrzy to miejsce, zobaczy dokładnie to samo, co Bobkowski za swoich czasów. Jest tylko jedna różnica – dziś stoją tam, i to dość blisko siebie, pomniki dwóch ludzi, których wówczas wiele od siebie dzieliło. Pierwszy to pomnik Korfantego, drugi – Piłsudskiego. Nie miejsce tu, by wchodzić w opis dawnych historycznych sporów, i tego nie uczynię. Wskażę jednak na pewien architektoniczny konkret, który musiał przemawiać do Bobkowskiego jako obywatela przedwojennej Polski – i to bardziej niż do nas, w Polsce XXI wieku.
Mowa o domu Wojciecha Korfantego na ulicy Powstańców, blisko biura Bobkowskiego. Otóż referent prasowy hutniczego syndykatu Andrzej Bobkowski, ilekroć spieszył do roboty tąż ulicą, przy której początku mieszkał, musiał zawsze mijać dom Korfantego. I cóż z tego? Ano to, że w tym czasie szef śląskiej chadecji był od kilku lat na emigracji – rzecz była powszechnie znana i nieukrywana. Również to, że w 1938 zmarł w Katowicach syn Korfantego, na którego pogrzeb nie pozwolono ojcu przyjechać mimo obietnicy wydania listu żelaznego. Bobkowski musiał o tym wszystkim doskonale wiedzieć (pewno w ramach obowiązków służbowych czytał katowicką „Polonię”). Nic nam jednak nie wiadomo, by te śląskie sprawy wspominał. Był to dla niego czas szykowania się do ślubu, częstych pobytów w Krakowie, także szukania nowego mieszkania.
Starania o nowe lokum powiodły się bez większego trudu – wtedy również byli odpowiednicy dzisiejszych deweloperów. Otóż na początku lat trzydziestych, w dobrze mi znanej dzielnicy Ligota – stamtąd pochodzi moja żona, tam mieszkaliśmy kilka lat po ślubie – wydzielony został teren do zabudowy. Wedle początkowych zamiarów inwestorem miało być województwo śląskie, ale kryzys gospodarczy wymusił zmianę planów – rola władz sprowadziła się do planistyki i robót przygotowawczych, natomiast wznoszenie willi odbywało się na koszt zainteresowanych. W sierpniu 1938 roku do jednego z nowych budynków, w oparciu o umowę najmu części domu (zapewne tylko pokoju), przeprowadził się Bobkowski.
[…]
Powoli zbliżamy się do zakończenia katowickiego okresu życia Bobkowskiego. Dopiero po nim nastąpi etap francuski (do 1948 roku), a po nim, aż do śmierci w 1961 roku – ostatni, gwatemalski. Skupimy się na tym, który – jak i szczegóły jego zakończenia – pozostaje najmniej znany. To, że kiedyś je poznamy, jest pewne – archiwistyka w dobie internetu zyskała narzędzie porównywalne z wynalazkiem mikroskopu: widać więcej, głębiej i dokładniej. Jednym z niewielkich „odkryć” było dowiedzenie się, że Bobkowski, wbrew powtarzaniu w wielu tekstach, nie pracował w Hucie „Laura” w Siemianowicach. To moja mama przez lata pracowała w tym mieście, ale nie Bobkowski. A teraz spójrzmy z uwagą na to, co znawcy pisali o jego rozstaniu ze Śląskiem.
Zaczynam od słów jego znajomego, Jacka Stwory, znanego polskiego reportażysty: „Andrzej wyemigrował, a raczej pojechał do Francji w podróż poślubną w 1939 roku”. Zgadza się tylko rok i kierunek wyjazdu.
Przechodzę do ważnego tekstu profesor Janiny Podolskiej, opublikowanego w „Tygodniku Powszechnym”: „Wydarzyło się coś, co zmusiło go do szybkiego wyjazdu z Polski. Krewni milczą o rodzinnym skandalu”. Tamże: „Podobno wplątał się w jakieś nieczyste interesy i groziła mu odpowiedzialność karna”. Wszystko pasuje, lecz nadal niewiele wiemy.
Teraz przypis w jednym ze zbiorów korespondencji Bobkowskiego: „[…] wpadł w tarapaty na Śląsku i musiał szybko opuścić Polskę, by nie wybuchł skandal kompromitujący rodzinę. Chodziło o jakiś głupi żart wobec kolegi z pracy, który obrócił się przeciwko Andrzejowi. By afera ucichła, Bobkowscy mieli wyjechać na placówkę handlową do Argentyny”. Mamy szybkość, mamy skandal, mamy też „głupi żart”, ale wciąż nie wiemy, na czym polegał. Nie wyjaśnił go ani ów tajemniczy i nieznany kolega, ani Bobkowski.
Sam zainteresowany o sobie: „W marcu 1939 roku wyjechał do Francji nie mogąc wytrzymać w rodzimym środowisku i zrobiwszy wszystko, co w jego mocy, aby środowisko nie mogło wytrzymać z nim, co mu się absolutnie udało”. Początkowo odczytałem te słowa jako ironię. Teraz czytam je jako oddające prawdziwy, choć ogólny, stan rzeczy.
Marian Sworzeń – pisarz i eseista, prawnik. Opublikował m.in. „Dezyderata. Dzieje utworu, który stał się legendą” (2004, wyd. II 2026), „Opis krainy Gog” (2011, Nagroda Literacka Gdynia 2012), „Czarną ikonę – Biełomor. Kanał Białomorski. Dzieje, ludzie, słowa” (2017).

