Przestrogi dla Polski Stanisława Staszica są pomnikiem literatury politycznej schyłku I Rzeczpospolitej. Tytuł tego dzieła pamięta ze szkoły wielu. Nieliczni wiedzą, co dokładniej Przestrogi kryją, jaką diagnozę stawiają, przed czym przestrzegają. Powstały w latach Sejmu Czteroletniego. W stanie politycznej gorączki. Niedługo przed uchwaleniem Konstytucji 3 maja. Między pierwszym a drugim zaborem. W okresie krótkiego „odrodzenia w upadku”, jak to potem określano. Są niewątpliwie jedną z najprzenikliwszych analiz jego genezy. Ukazują „upadanie Polski” w finale długiego procesu. Są obrazem zarejestrowanym przez jeden z najwnikliwszych umysłów tamtej doby.
Był Staszic zwolennikiem gruntownej reformy naszego społeczeństwa i państwa. Zwolennikiem Oświecenia. Obie reformy – społeczną i ustrojową – traktował łącznie. Chciał naprawy ustroju państwa. I chciał „odmienienia” Polaka. Jego moralnego i cywilizacyjnego podniesienia. Wyrwania „z dziczy” zarówno tych na górze, jak i i tych na dole. – Kończy się wiek XVIII – pisał – a my jesteśmy wciąż w XV stuleciu ! Dla szybko zmieniającego się świata staliśmy się „pośmiewiskiem”. Do zguby prowadzi kraj szlachecka niechęć do oświaty, do zmiany, nowych wyzwań, do nowoczesności, której towarzyszą: samolubstwo i samochwalstwo. Praprzyczynę wszystkich naszych nieszczęść jest ciemnota – odpowiedzialną nie tylko za chroniczną niezdolność do kompromisu, swarliwość, ale i za upodlenie przez szlachtę ludności wiejskiej i wzgardę żywioną wobec poniżanych miast. Za ciemnotę winił jezuitów, którzy zdominowali system szkolny i „absolutność” egoistycznej szlachty nie zainteresowanej ani zmianą stosunków społecznych, ani instytucji państwa. Szlachty wychowanej na panegirykach, kalendarzach i Nowych Atenach Chmielowskiego (to z niej pochodzi słynne zdanie: koń, jaki jest każdy widzi). Stał Staszic po stronie Stanisława Augusta Poniatowskiego, jednego z autorów Konstytucji 3 maja 1791 roku i jednego – o czym nie wszyscy Polacy wiedzą – z najlepiej wykształconych ludzi tamtych czasów. Podziwianego „od obcych”. Postponowanego od swoich.
Polska za Staszica – według jego własnych rachunków – w finale upadku liczyła „najmniej 7 milionów” ludzi z czego 100 tys. stanowiła drobna w większości, szaraczkowa szlachta. Kraj potrzebował budżetu na poziomie 70 mln złotych rocznie i armii na poziomie 100 tys. wojska. Miał w budżecie około 1 mln złotych, a w koszarach niespełna 20 tys. żołnierza. Tyle że za właściwy naród uważało się zaledwie tych 100 tysięcy uprzywilejowanych, herbowych – „przezacny stan szlachecki” – pisał o nim z ironią – zróżnicowany wewnętrznie, podzielony na magnackie kliki , nieskłonny do płacenia podatków, niechętny aukcji wojska. W większości ciemny, nierozumiejący skąd płynie bogactwo narodów, I na każdą próbę zrównania go w prawach z resztą społeczeństwa odpowiadający, że nie pozwoli, aby ktoś „nasze córki i żony obrócił w chłopianki”.
Dostrzegł też Staszic, że od dwudziestu lat, od końca czasów saskich mamy w kraju dwa przeciwstawne obozy noszące na dodatek to samo „patriotyczne” imię. Że jest obóz reformatorski, oświeceniowy, na którego czele stoją Czartoryscy (wujowie króla Poniatowskiego, którego matka była z Czartoryskich) i obóz „republikański” Radziwiłłów, który broni liberum veto, wolnej elekcji, prawa do wypowiedzenia posłuszeństwa królowi i przywilejów fiskalnych. Po śmierci ostatniego z Sasów dochodzi między obozami do wojny. Ponieważ siły są wyrównane ostatecznie oba zwracają się do oświeconej carycy Katarzyny z prośbą o interwencję (co już za Sasów dwa razy Rosja czyniła). Caryca zaś – po konsultacjach z równie oświeconym królem pruskim, Fryderykiem II – wysuwa kandydaturę Stanisława Poniatowskiego, czym zaskakuje obie strony (bo Czartoryscy stawiali zrazu na Sasa). Caryca natenczas woli „oświeconego”.
W czasie, gdy Staszic pisze Przestrogi królowi na co dzień wzgardę okazują nie tylko kolejni ambasadorowie Rosji, ale i „królewięta kresowi”. Największe w Rzeczpospolitej nazwiska nie podają ręki Poniatowskiemu (herbu „Ciołek”). Nie kryją też , co myślą o jego oświeceniowych zwolennikach, Czartoryskich i Potockich – całej tej „familii” pończoszników, masonów, cudzoziemców, Francuzów i zdrajców. Na ich czele stoi pijak nad pijakami i bałwan nad bałwanami, Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, który ma całkiem sporą prywatna armię umundurowaną na wzór albański. I jest najpopularniejszym człowiekiem w kraju.
Najpopularniejszy człowiek w kraju najchętniej pokazuje się w kontuszu, którego król nie nosi. W kontuszu paradują też zwolennicy Radziwiłła. Są widoczni, hałaśliwi. Stronnictwo królewskie nie ma raczej złudzeń, po której stronie jest przewaga. Niektóre więc sprawy publiczne utajnia, roztrząsa się je w zamkniętych masońskich lożach. Omawia dyskretnie. Chodzi o to, żeby za wcześnie nie dowiedziała się o nich szaraczkowa, „republikańska” szlachta. We frontalnym starciu z kontuszem „pończosznicy” od początku stoją na straconej pozycji.
Staszic – pamiętajmy – nie jest szlachcicem, lecz mieszczaninem z odległej od Warszawy Piły. Nie należy do żadnej ze szlacheckich fakcji. Nie stoi za nim silniejsze środowisko. Wstawia się za upośledzonymi miastami. Chce „uobywatelnienia chłopa”, domaga się naprawy skarbu państwa i tych zmian ustrojowych, które zapowie majowa konstytucja. Marzy mu się , aby ogół szlachty przypominał nowoczesną szlachtę angielską. Popiera wszystkie inicjatywy edukacyjne i oświatowe. Nie jest historykiem. Zdanie, że Polska z powodu zapóźnienia jest w XV wieku wypowiada zgodnie z panującym wśród oświeconych przekonaniem, że średniowiecze, to wieki „ciemne”. Wierzy, że historia ludzkości zmierza ku postępowi i światłu „ – Jakżesz opodal” – pisał – stoi od tej drogi Polska!
Od historii w obozie stanisławowskim był uczestnik czwartkowych obiadów, biskup smoleński i łucki, oświecony jezuita, Adam Naruszewicz, zwany ojcem naszej nowożytnej historiografii. Naruszewicz swoje najgłośniejsze dzieło Historię narodu polskiego ogłosił ostatecznie w 1788 roku, a ostatni , siódmy tom zakończył zaślubinami Jadwigi i Jagiełły. Nie pisał więc wprost o „upadaniu Polski”, ale kreśląc rozmaite strony jej historii – pisał także o „smutnym słabości wizerunku” i rozmaitych kryzysach. „Właściwa” Polska zaczynała się dla niego od przyjęcia chrześcijaństwa. Chwalił ustrój państwa za wczesnych Piastów, a rodzime przedpiastowe gminowładztwo uważał za formę niedojrzałą i prymitywną. Naruszewicz był monarchistą. Gdy monarcha był silny – twierdził – panowały prawa. Gdy wskutek rozbicia dzielnicowego władza zwierzchnia osłabła – zaczął się rozstrój wywołany przez „oligarchię”. Choć przyznaje, że sporo w dziejach wzięliśmy od „polerowańszych” od nas narodów, to kolonizacji niemieckiej, mieszania się w nasze sprawy , nie pochwala. Argumentem „pierwiastkowym” wziętym z historii i przeniesionym do bieżącej polityki była dlań myśl o powrocie do ustroju monarchicznego za pierwszych władców. Intencję ogólną łatwo odczytać: najlepszym dla nas ustrojem był (i jest) monarchizm, najlepszą polityką – trzymanie się własnych sprawdzonych doświadczeń bez zamykania się wszakże na doświadczenia innych krajów i narodów. Od kiedy zatem zaczęliśmy upadać? Początek końca nastąpił wraz ze śmiercią ostatniego na tronie Piasta. A pod względem ustrojowym wraz z przywilejem koszyckim Ludwika Węgierskiego (z 1374 roku) rozszerzającym uprawnienia szlachty i ograniczającym rolę króla.
Gdy w 1796 roku Naruszewicz umierał, Polski, o którą tak się troszczył na mapie już nie było. Kołłątaj i Staszic żyli dłużej i umarli w następnym wieku. Dla nich początek końca, którego byli świadkami nastąpił wraz z wygaśnięciem Jagiellonów. Dodajmy, że dogmatem dla oświeconych było rozejście się w modelu państwa Polski z krajami leżącymi na zachód od nas. Dziedzictwem przeszłości zaś – myślenie o historii w kategoriach dynastii.
Nie dało się przewidzieć, jak po tragedii rozbiorów ułoży się polskie życie. Najpierw Księstwo Warszawskie utworzone przez Napoleona, a następnie Królestwo Polskie utworzone na kongresie wiedeńskim (z carem Aleksandrem I jako królem Polski) pozwalały jeszcze przez trzy dekady żywić złudzenia, że Polska całkowicie z mapy nie zniknie. Po powstaniu listopadowym (1830 roku) iluzje te mocno zwietrzały, choć za sprawą Wielkiej Emigracji, Hotelu Lambert, Adama Czartoryskiego, Joachima Lelewela, Adama Mickiewicza i gromady utalentowanych działaczy, którzy się na obczyźnie znaleźli, raz po raz odżywały.
W odmienionych warunkach najpierw w kraju, a potem na emigracji wzeszła gwiazda Joachima Lelewela (1786 – 1861), wychowanka pijarów, polihistora, profesora uniwersytetu w Wilnie i w Warszawie. Podczas powstania listopadowego wciągnięty do Rady Administracyjnej, a następnie Rządu Tymczasowego stał się Lelewel idolem studiującej młodzieży sławionym popularnym wierszykiem: Na świętym dziejopisa widniejesz urzędzie, mówisz nam co było, co jest i co będzie, co wypada uznać za akt strzelistej wiary w nieziemskie moce historyka. Stworzył Lelewel nie tylko podstawy nauk pomocniczych historii (a nawet początki jej metodologii), ale i wielce sugestywną wizję dziejów, opowiadając ją zarówno „potocznym sposobem”, jak i w dwóch, a nawet w 20 tomach. Szybko też znalazł naśladowców wśród historyków i zagorzałych zwolenników wśród wielu pokoleń rodaków, do dziś jeszcze mówiących „ Lelewelem”, przeważnie zresztą wcale o tym nie wiedząc.
Wyjaśnijmy, że Lelewel, to w istocie anty – Naruszewicz, to wizja przeszłości biorąca rozbrat z Oświeceniem, z europejskim światem uniwersalizmu. To naukowy wyraz romantyzmu. Świat różny od poprzedniego, polemizujący z nim nieustannie. Nie podobieństwa i nie powszechne trendy historii są teraz ważne lecz różnice, odrębność, indywidualizm, a nawet narcystyczne rysy oblicza. Spór z Naruszewiczem zaczyna się już od rozumienia czasów przedpiastowych, do których – zdaniem Lelewela – form ducha powinniśmy wrócić, kończy się zaś ów spór interpretacją etapów „upadania” kraju i genezy rozbiorów (ze wskazaniem winnych tego nieszczęścia). Warto pamiętać, że największe swe dzieła pisze Lelewel pod olbrzymim ciśnieniem porozbiorowej traumy, w samotności, na obczyźnie, pod świeżym wrażeniem klęski powstania listopadowego. Dla rodaków ma więc nie surowe przestrogi lecz słowa otuchy, zachęty do hartu i siły do przetrwania. We wczesnym gminowładztwie rodacy mają zobaczyć nie „barbarię” czy „dzicz”, lecz formę polskiego ducha nacechowanego wolnością i równością, ducha chroniącego nas przed kaprysami despotyzmu. Zdruzgotanych klęską zapewnia, że w niejednym przypominamy starożytnych Greków. Że wolność (uosobiona we wspomnianym gminowładztwie) towarzyszyła nam od zarania dziejów – od gminowładztwa „pierwotnego” , przez obce nam z ducha monarchiczne samowładztwo, po gminowładztwo „szlacheckie”, – wyprzedzające dziewiętnastowieczną demokrację angielską. Król u nas był właściwie strażnikiem rodzimego porządku, z gminowładztwa wyprowadzaliśmy też wszystkie wolności i prawa, którymi cieszyła się szlachta – procentowo zresztą liczniejsza w społeczeństwie niż uprawnieni do głosowania Anglicy po reformach czartystów w XIX wieku. W XVII wieku „gminowładztwo szlacheckie” uległo wprawdzie „zawichrzeniu”. Ale próbowaliśmy się z tego stanu wydobyć, wszczęto reformy, choć ostatecznie, w starciu z bezwzględnym absolutyzmem sąsiadów, upadliśmy, będąc ofiarą ich „pożądliwości”. Lelewela wielu zrozumiało tak, że jako państwo upadliśmy dlatego, ponieważ jako naród wyprzedziliśmy innych,. I że to wyprzedzenie – choć straszliwie okupione- winno nas moralnie wzmacniać i napełniać dumą. Do mesjanizmu był stąd tylko krok, choć to nie Lelewel go postawił. Kiedy jednak zaczęło się nasze „upadanie”?. Zaczęło się od „monarchicznego samowładztwa”, które oznaczało przyjęcie obcych urządzeń i wzorców. Skutkiem tego błędu popadliśmy w „anomalię”. Skutkiem zaś anomalii były rozbiory.
Odwróconą względem naruszewiczowskiej koncepcję „anomalii” jeden z późniejszych krytyków Lelewela ironicznie nazwał „wstecznym prekursorstwem”. Ogół długo sądził inaczej : Bóg chciał mieć narody jako ludzi osobowymi, aby przez nie działać na ludzkość. Wśród tych „osobowych narodów” Polakom, obolałym i pozbawionym własnego państwa, miało przypaść szczególne miejsce. Zapewniał o tym Lelewel. Mówili poeci. Anomalia jako skutek zapożyczenia się u innych tkwi w naszych głowach do dziś.
Po powstaniu styczniowym zapanowała żałoba nieporównywalna z żadną inną. Nad Królestwem, pod rosyjskim zaborem, zapadła noc. Nie było mowy o autonomii. Wielu powstańców potraciło majątki, wielu nie przeżyło zsyłek. Nastąpiła rusyfikacja szkolnictwa i urzędów. W polityce europejskiej Rosja zbliżyła się do Prus. W Prusach wielką karierę rozpoczynał Bismarck. Trudno było o czarniejszy scenariusz.
Tymczasem znośne warunki dla rozwoju polskiej myśli zapanowały w pokonanej przez Prusy Austrii – od 1867 roku w Austro – Węgrzech, monarchii dualistycznej, wielonarodowościowej, w której Galicji udało się wywalczyć szeroką autonomię. Była sukcesem polityki realnej. Wynikiem lojalizmu. Kalkulacji politycznej. Przyjęcia reguł gry, jakie oferował zaborca. Była odrzuceniem polityki romantycznej. Głębokim przewrotem w myśleniu. I stanowczą rozprawą z naszą przeszłością. Z bolesną mocą powróciło pytanie: dlaczego upadliśmy i dlaczego – mimo zrywów powstańczych – nie możemy się podnieść z upadku? Dlaczego przegraliśmy i dlaczego przegrywamy? Co z nami ? Co takiego w nas?
Druga połowa XIX wieku, to w historii nie tylko wiek pary, ale i wiek historii. Dyfuzjonizm, wiara w przenikanie się kultur, osłabiał myślenie w kategoriach romantycznej „swoistości”, oznaczał powrót do oświeceniowego okcydentalizmu. Był istotną częścią filozofii pozytywizmu. Sławę zdobywały niemieckie seminaria historyczne. Wysoko postawiono erudycję. Zapanował perfekcjonizm. Historyk , badając dzieje, miał nie tyle już przypominać pisarza, ile „naturalistę śledzącego przeobrażenia owada”. Jeśli więc obsesją naszej myśli historycznej była „anomalia” rozwojowa – jak słusznie kiedyś zauważył profesor Andrzej Wierzbicki – to anomalia powróciła w nowej odsłonie. Jeden z antenatów szkoły krakowskiej, niedoceniany K. B. Hoffman za anomalię uznał konstytucję Nihil novi (z 1505 roku) uchwaloną w Radomiu za panowania Jagiellończyka dramatycznie ograniczającą kompetencje króla. W efekcie wiązało się to z niewolą ludu i zepchnięciem w dół stanu mieszczańskiego, który gdzie indziej stał się podporą sprawnych rządów, elementem społecznego ładu. Jeśli Hoffman i Bobrzyński, do którego jeszcze wrócimy, skupiali się na defekcie ustrojowym pogłębionym przez wolne elekcje, to ks. Walerian Kalinka, uchodzący za ojca krakowskiej szkoły historycznej za anomalię uznał dewiację naszego charakteru narodowego, jego widoczne zaburzenie przechodzące w „fazę patologiczną” za panowania Wazów i Sasów, kiedy to zupełnie postradaliśmy ‘”zmysł posłuszeństwa”.
Wielką zasługą Józefa Szujskiego, koryfeusza krakowskiej szkoły historycznej, było powiązanie historii z polityką, uchwycenie zależności między „fałszywą historią”, a „fałszywą” polityką”. Jeśli bowiem przyznamy, że upadliśmy z własnej winy, to liczmy, że powstaniemy własną pracą i rozumem, a nie za sprawa innych. Jeśli pokonamy liberum veto, „anarchiczność” naszej natury przecinającą systematycznie społeczeństwo na dwa światy , a także takie nasze przywary, jak wzgardę wobec rządu, niewolę ludu, słabość do „rokoszanów” i sykofanctwo, to sami zdołamy utworzyć rząd i naprawić społeczeństwo. – Obłędzie – opuść naszą ziemię – wołał pompatycznie Szujski i do wokabularza polityki polskiej wprowadził pojęcie liberum conspiro na określenie nieustannej wojny domowej, zapamiętałej kłótni i lekkomyślnej konspiracji. Liberum veto zniszczyło kiedyś nasze państwo. Liberum conspiro wyrosłe z tego samego pnia wyniszcza teraz naród, ostrzegał Szujski.
Diagnoza Kalinki i Szujskiego była gorzka, chłodna, a nawet brutalna. Lelewel opowiadał o mordzie obcych na naszym królestwie. I o naszych moralnych przewagach nad innymi. Kalinka i Szujski przekonywali, że było to samobójstwo. I że o żadnych zbawczych przewagach nie ma mowy. Lelewel koił, uspokajał nerwy i goił rany. Kalinka i Szujski irytowali i budzili sprzeciw.
Ale nikt tego sprzeciwu nie budził bardziej niż Michał Bobrzyński, autor Dziejów Polski w zarysie, książki, która najbardziej wstrząsnęła czytelnikami i do dziś historyków dzieli, budząc prawie po równo podziw i niechęć. Bobrzyński postawił Lelewela na głowie. Czerpał z niego przez przeciwstawienie. Na pierwszym planie umieścił rząd i państwo. Naród natomiast uznał za „dziwnie ospały”, nieskory do „wewnętrznych zapasów”. Dezawuował lelewelowskie gminowładztwo, pochwalał „absolutyzm pierwszych Bolesławów”, gloryfikował Polskę XIV wieku i z królów elekcyjnych wyróżniał jedynie Batorego (Zygmunta Augusta nazywając Hamletem naszych dziejów). Był katolikiem, ale wykluczał interwencję boską w bieg historii. Naród poddawał bezwzględnym prawom walki o byt – uznając ją za główny motor dziejów. Nie zachwycał się tolerancją religijną – efektem nierozstrzygniętej walki dwóch obozów (szlachty i magnaterii). Wolałby zwycięstwo jednej ze stron (co nie wykluczało tryumfu protestantyzmu), jeśliby tylko wzmocnieniu uległa przez to władza zwierzchnia. Brakowało mu u nas „silnych charakterów”.
Dzieje Polski Bobrzyńskiego kończą się Uwagami poświęconymi przyczynom upadku. Upadek – dowodził – wynikał z anormalnego biegu naszych dziejów. Zaczęła się ta dewiacja w XVI wieku, kiedy to rozeszły się drogi Polski z Zachodem. Polegało to na tym, że gdy gdzie indziej władza królewska ulegała wzmocnieniu, u nas systematycznie słabła. Gdy gdzie indziej podstawa społeczna państwa ulegała poszerzaniu (przez wzrost aktywności miast), u nas (przez zwiększenie obciążeń chłopa) ulegała zawężeniu. Na dodatek mieliśmy unię z Litwą, która jednocześnie nas wzmacniała (demograficznie) i osłabiała, rozpraszając siły i wciągając w konflikty na wschodzie. Unia była – błędnym kołem naszego upadku.
Wskazując główną przyczynę sprawczą, przyczynę wszystkich przyczyn, ujął ją Bobrzyński w często później przytaczanych słowach: Nie mieliśmy silnego rządu i ta jest jedna jedyna upadku naszego przyczyna. Pogląd był mocny i jasny. Hierarchizował nasze słabości i zaniechania. Odpowiadamy za wszystkie anomalie. Upadku winniśmy sami. Bijmy się więc w pierś własną.
Głos Bobrzyńskiego był głosem historyka – pozytywisty i jednocześnie polityka – konserwatysty związanego ze „stańczykami”, których nazwa wzięła się od słynnej Teki, cyklu satyrycznych artykułów ogłaszanych na łamach Przeglądu Polskiego. Był głosem, który wywołał burzę. Miały być Dzieje „manifestem historycznym” danym Tece i całemu gronu jej prominentnych autorów (ze Stanisławem Tarnowskim, Józefem Szujskim i Stanisławem Koźmianem na czele). Miały służyć „polityce realnej”, pogardzać romantyzmem. Uzasadniać kompromis z austriackim zaborcą. Usprawiedliwiać własne, świetne kariery i płaski konformizm. W opinii największych przeciwników Bobrzyńskiego i szkoły historycznej krakowskiej – Dzieje były linią ogólnej „kapitulacji” i oddaniem Polski „za misę soczewicy” .
Pod koniec XIX wieku w monarchii habsburskiej były już „polskie rządy”, „polskie konstelacje”, a także ministerstwo spraw zagranicznych i skarb Austrii (a wkrótce nawet wspólny) w polskich rękach. Przyszedł czas, gdy wpływ, jaki wywierała książka Bobrzyńskiego widziano w twórczości Adama Asnyka, Jana Matejki i Stanisława Wyspiańskiego, nazywając tego ostatniego „kwiatem szkoły krakowskiej”. Przez kilka dekad stańczycy rządzili Galicją, a Bobrzyński został namiestnikiem Galicji, a potem austriackim ministrem.
Jednocześnie w Warszawie pojawiła się grupa zdolnych historyków, która – trzymając się naukowych zasad i dysponując już dobrym warsztatem – wystąpiła w obronie teorii gminowładczych Lelewela i jego koncepcji niezawinionego upadku. Upadaliśmy, ale i powstawaliśmy, a nawet odrodziliśmy się w upadku – jak to ujął najwybitniejszy jej przedstawiciel Tadeusz Korzon. Nie jesteśmy w żadnym razie winni katastrofy rozbiorów. Winni są ci, którzy nas rozebrali. Nie mylmy ofiary ze sprawcą. Wolności z przemocą. Absolutyzmu z demokracją. Zwolennicy szkoły warszawskiej rekrutowali się spośród ludzi przywiązanych do tradycji sarmatyzmu, budujących opowieści o naszej dawnej świetności, potędze, wyjątkowości, doznanych krzywdach, przewagach, jeśli nie militarnych, to moralnych, odwracających pojęcie anomalii rozwojowych i obojętnych na ideały Oświecenia. Im zresztą do wojny światowej było bliżej, tym było ich więcej. Stańczykowsko – organicznikowski pragmatyzm przegrywał z urokiem czynu zbrojnego, z nowymi emocjami, z młodszymi generacjami i olbrzymimi nadziejami na przyszłość.
Pytanie, dlaczego upadliśmy – fundamentalne przez dekady – ustępowało przed pytaniem, kiedy, jak i w jakich dziejowych warunkach powstaniemy ? W jakim kształcie? Z czyją pomocą czy zgoła bez niej ? Gdy w 1918 roku Polska powstawała zasadniczo pytanie było już tylko jedno: kto do jej powstania („wskrzeszenia”) najwięcej się przyczynił , co było odmianą pytania: komu się ona należy i kto teraz słusznie powinien w niej rządzić. Dawne spory powróciły. Pojawiły się znów dwie Polski, dwa obozy „patriotyczne”, dwa wykluczające się sposoby widzenia organizacji politycznej państwa i narodu oraz jego miejsca w świecie, dwie samooceny tego, jacy byliśmy, jesteśmy i jacy powinniśmy być w przyszłości. W ten czy inny sposób do głosu doszły nasze znane „anomalie”. W różnych sporach jedni – przeważnie wcale o tym nie wiedząc – znów mówili Lelewelem, drudzy Bobrzyńskim czy Szujskim. Od historii nie można było się odciąć ani z nią uporać. I Rzeczpospolita oglądała uprowadzenie ostatniego króla i próbę jego zabójstwa. II Rzeczpospolita zobaczyła zabójstwo swego pierwszego prezydenta.
II Rzeczpospolita – mimo stulecia rozbiorów – dźwigała bagaż poprzedniczki.
Waldemar Łazuga – historyk, profesor dziejów XIX i XX wieku. Opublikował m.in. „Kalkulować… Polacy na szczytach C.K. monarchii” (2013), „Uwikłani w przeszłość” (2023).

