Upadanie Polski | Waldemar Łazuga (PP 195/2026)

Przestrogi dla Polski Stanisława Staszica są   pomnikiem literatury politycznej schyłku I Rzeczpospolitej. Tytuł  tego dzieła pamięta ze szkoły wielu. Nieliczni wiedzą, co dokładniej Przestrogi  kryją,  jaką diagnozę stawiają,  przed czym przestrzegają.  Powstały w latach Sejmu Czteroletniego. W stanie politycznej gorączki.  Niedługo przed uchwaleniem Konstytucji 3 maja. Między pierwszym a drugim zaborem. W okresie krótkiego „odrodzenia w upadku”, jak to potem określano.  Są niewątpliwie jedną z najprzenikliwszych analiz jego genezy.  Ukazują „upadanie Polski” w finale  długiego procesu.  Są obrazem zarejestrowanym przez jeden z najwnikliwszych  umysłów tamtej doby.

Był Staszic zwolennikiem gruntownej reformy naszego społeczeństwa i państwa. Zwolennikiem Oświecenia.  Obie reformy – społeczną i ustrojową – traktował łącznie. Chciał naprawy ustroju państwa.  I  chciał  „odmienienia” Polaka.  Jego  moralnego i cywilizacyjnego podniesienia.  Wyrwania „z dziczy”  zarówno  tych na górze, jak i  i tych na dole.  – Kończy się wiek XVIII – pisał –  a my jesteśmy wciąż   w XV stuleciu ! Dla szybko  zmieniającego się świata   staliśmy się  „pośmiewiskiem”.   Do zguby prowadzi kraj szlachecka  niechęć do oświaty, do zmiany, nowych wyzwań, do nowoczesności, której towarzyszą:     samolubstwo  i samochwalstwo. Praprzyczynę wszystkich  naszych nieszczęść jest  ciemnota  – odpowiedzialną nie tylko za chroniczną niezdolność do kompromisu, swarliwość,  ale i za upodlenie przez szlachtę ludności wiejskiej i wzgardę żywioną  wobec poniżanych miast. Za ciemnotę winił  jezuitów, którzy zdominowali system szkolny  i „absolutność”  egoistycznej    szlachty nie zainteresowanej ani zmianą stosunków społecznych, ani  instytucji państwa. Szlachty wychowanej na panegirykach, kalendarzach i Nowych Atenach Chmielowskiego (to z niej pochodzi słynne zdanie: koń, jaki jest każdy widzi).   Stał Staszic po stronie Stanisława Augusta Poniatowskiego, jednego z autorów Konstytucji 3 maja 1791 roku i jednego – o czym nie wszyscy Polacy wiedzą – z najlepiej wykształconych ludzi tamtych  czasów. Podziwianego „od obcych”. Postponowanego od swoich.

Polska za Staszica  – według jego własnych rachunków –  w finale upadku liczyła „najmniej 7 milionów” ludzi  z czego 100 tys. stanowiła drobna w większości, szaraczkowa  szlachta.  Kraj potrzebował  budżetu na poziomie 70 mln złotych rocznie i armii na poziomie 100 tys. wojska.  Miał w budżecie około 1 mln złotych, a w koszarach  niespełna  20 tys. żołnierza. Tyle że  za właściwy naród uważało się zaledwie tych 100 tysięcy uprzywilejowanych, herbowych   –  „przezacny stan szlachecki” – pisał o nim  z ironią  – zróżnicowany wewnętrznie,  podzielony na magnackie  kliki , nieskłonny do płacenia podatków,  niechętny  aukcji wojska. W większości  ciemny,  nierozumiejący skąd  płynie bogactwo narodów,   I   na każdą  próbę  zrównania go  w prawach z resztą społeczeństwa odpowiadający, że nie pozwoli, aby  ktoś  „nasze córki i żony obrócił w chłopianki”.

Dostrzegł też Staszic, że od dwudziestu lat,  od końca czasów saskich mamy  w kraju dwa przeciwstawne obozy noszące na dodatek  to samo „patriotyczne” imię. Że jest obóz reformatorski, oświeceniowy, na którego czele stoją Czartoryscy (wujowie  króla Poniatowskiego, którego matka była z Czartoryskich) i  obóz „republikański”   Radziwiłłów, który broni liberum veto, wolnej elekcji, prawa do wypowiedzenia posłuszeństwa królowi i przywilejów fiskalnych. Po śmierci ostatniego z Sasów  dochodzi między  obozami do wojny. Ponieważ siły są wyrównane ostatecznie oba zwracają się do oświeconej carycy Katarzyny  z prośbą o interwencję  (co już za Sasów dwa razy Rosja czyniła). Caryca zaś   – po konsultacjach  z równie oświeconym królem pruskim, Fryderykiem II – wysuwa kandydaturę Stanisława Poniatowskiego, czym zaskakuje obie strony (bo Czartoryscy stawiali zrazu na Sasa).    Caryca  natenczas woli  „oświeconego”.

W czasie, gdy  Staszic pisze Przestrogi królowi na co dzień wzgardę okazują nie tylko   kolejni ambasadorowie Rosji, ale  i   „królewięta kresowi”. Największe w Rzeczpospolitej nazwiska  nie podają  ręki Poniatowskiemu (herbu „Ciołek”).  Nie kryją też , co myślą o jego oświeceniowych zwolennikach, Czartoryskich i Potockich – całej tej  „familii”    pończoszników, masonów, cudzoziemców, Francuzów  i zdrajców.  Na ich  czele  stoi  pijak nad pijakami i   bałwan nad bałwanami,   Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, który ma całkiem sporą prywatna armię umundurowaną na wzór albański. I jest najpopularniejszym człowiekiem w kraju.

Najpopularniejszy człowiek w kraju najchętniej  pokazuje się  w kontuszu, którego król nie nosi.   W kontuszu  paradują też   zwolennicy Radziwiłła. Są widoczni, hałaśliwi. Stronnictwo królewskie  nie ma raczej złudzeń, po której stronie jest przewaga.  Niektóre więc sprawy publiczne utajnia,  roztrząsa się je  w zamkniętych masońskich lożach.  Omawia dyskretnie. Chodzi o to, żeby za wcześnie   nie dowiedziała się o nich  szaraczkowa, „republikańska”  szlachta.  We frontalnym  starciu z kontuszem „pończosznicy”  od początku  stoją  na straconej pozycji.

Staszic – pamiętajmy – nie jest szlachcicem, lecz mieszczaninem z odległej od Warszawy Piły.    Nie należy do żadnej ze szlacheckich fakcji. Nie stoi za nim silniejsze  środowisko.  Wstawia się za upośledzonymi miastami. Chce „uobywatelnienia chłopa”, domaga się  naprawy skarbu państwa  i tych zmian ustrojowych, które zapowie majowa konstytucja.  Marzy mu się , aby ogół  szlachty przypominał nowoczesną szlachtę  angielską.  Popiera wszystkie inicjatywy edukacyjne i oświatowe.  Nie jest historykiem.  Zdanie, że Polska  z powodu  zapóźnienia jest w XV wieku wypowiada zgodnie z panującym wśród oświeconych przekonaniem, że   średniowiecze, to wieki „ciemne”. Wierzy, że  historia  ludzkości  zmierza  ku postępowi i światłu  „ – Jakżesz opodal”  – pisał –  stoi od tej drogi   Polska!

Od historii w obozie stanisławowskim był  uczestnik czwartkowych obiadów, biskup smoleński i łucki, oświecony jezuita, Adam Naruszewicz, zwany  ojcem naszej nowożytnej historiografii.  Naruszewicz swoje najgłośniejsze dzieło Historię narodu polskiego ogłosił ostatecznie w 1788 roku, a ostatni , siódmy  tom zakończył zaślubinami Jadwigi i Jagiełły. Nie pisał więc wprost o „upadaniu Polski”,   ale kreśląc rozmaite strony jej historii – pisał także o  „smutnym słabości wizerunku”  i  rozmaitych kryzysach.  „Właściwa”    Polska zaczynała  się dla niego od przyjęcia chrześcijaństwa.  Chwalił ustrój państwa za wczesnych Piastów, a  rodzime przedpiastowe gminowładztwo uważał za formę  niedojrzałą i prymitywną. Naruszewicz był monarchistą.  Gdy monarcha był silny – twierdził – panowały prawa. Gdy wskutek rozbicia dzielnicowego władza zwierzchnia osłabła – zaczął się rozstrój wywołany przez „oligarchię”.  Choć przyznaje, że sporo w dziejach wzięliśmy od „polerowańszych”  od nas narodów,   to kolonizacji niemieckiej, mieszania się w nasze sprawy ,  nie pochwala. Argumentem „pierwiastkowym” wziętym z historii i przeniesionym do bieżącej polityki była dlań myśl o powrocie  do ustroju monarchicznego za pierwszych  władców. Intencję ogólną    łatwo odczytać: najlepszym dla nas ustrojem  był (i jest)  monarchizm, najlepszą polityką – trzymanie się własnych sprawdzonych doświadczeń bez zamykania się wszakże na doświadczenia innych krajów i narodów. Od kiedy zatem zaczęliśmy upadać? Początek końca nastąpił wraz ze śmiercią ostatniego na tronie Piasta. A pod względem ustrojowym wraz z przywilejem koszyckim Ludwika Węgierskiego (z 1374 roku) rozszerzającym uprawnienia szlachty i ograniczającym rolę króla.

Gdy w 1796 roku Naruszewicz umierał, Polski, o którą tak się troszczył  na mapie już nie było. Kołłątaj i Staszic żyli dłużej i umarli w następnym wieku.  Dla nich początek końca, którego byli świadkami  nastąpił wraz z wygaśnięciem Jagiellonów. Dodajmy, że dogmatem dla oświeconych było  rozejście  się w modelu państwa  Polski z krajami leżącymi na zachód od nas.  Dziedzictwem przeszłości zaś –    myślenie o historii  w kategoriach  dynastii.

Nie dało się przewidzieć,  jak  po tragedii rozbiorów   ułoży się polskie życie.  Najpierw Księstwo Warszawskie utworzone przez Napoleona, a następnie Królestwo Polskie utworzone na kongresie wiedeńskim (z carem  Aleksandrem I jako królem Polski) pozwalały jeszcze przez trzy dekady żywić złudzenia, że  Polska  całkowicie z mapy nie zniknie.  Po powstaniu listopadowym (1830 roku)  iluzje te mocno zwietrzały,  choć za sprawą Wielkiej Emigracji, Hotelu Lambert, Adama Czartoryskiego, Joachima Lelewela, Adama  Mickiewicza i gromady utalentowanych  działaczy, którzy się na obczyźnie  znaleźli,  raz po raz odżywały.

W   odmienionych warunkach najpierw  w kraju, a potem na emigracji   wzeszła gwiazda Joachima  Lelewela (1786 – 1861), wychowanka pijarów, polihistora, profesora uniwersytetu w Wilnie i w Warszawie. Podczas  powstania listopadowego wciągnięty do Rady Administracyjnej, a następnie Rządu Tymczasowego stał się Lelewel   idolem studiującej młodzieży sławionym  popularnym wierszykiem: Na świętym dziejopisa widniejesz  urzędzie,  mówisz nam co było, co jest i co będzie, co wypada uznać za akt  strzelistej  wiary w nieziemskie moce historyka.  Stworzył Lelewel nie tylko podstawy nauk pomocniczych historii (a nawet początki jej metodologii),  ale i wielce sugestywną wizję dziejów,   opowiadając ją   zarówno „potocznym sposobem”, jak i w dwóch, a nawet w 20 tomach.  Szybko też znalazł   naśladowców wśród historyków i zagorzałych zwolenników wśród   wielu pokoleń rodaków,   do dziś  jeszcze mówiących   „ Lelewelem”,  przeważnie zresztą wcale o tym nie wiedząc.

Wyjaśnijmy, że  Lelewel, to w istocie anty – Naruszewicz, to  wizja  przeszłości biorąca  rozbrat z Oświeceniem, z europejskim   światem  uniwersalizmu. To naukowy wyraz  romantyzmu.  Świat różny od poprzedniego,  polemizujący z nim nieustannie.  Nie podobieństwa i nie powszechne  trendy   historii  są teraz   ważne   lecz różnice,    odrębność, indywidualizm, a nawet narcystyczne rysy oblicza.  Spór  z Naruszewiczem zaczyna się  już  od rozumienia czasów przedpiastowych, do których – zdaniem Lelewela – form ducha powinniśmy wrócić,    kończy się  zaś   ów spór interpretacją etapów  „upadania” kraju  i  genezy  rozbiorów (ze wskazaniem winnych  tego nieszczęścia).  Warto pamiętać,  że największe swe dzieła  pisze Lelewel pod olbrzymim ciśnieniem porozbiorowej traumy, w samotności, na obczyźnie,  pod świeżym wrażeniem klęski powstania listopadowego. Dla rodaków ma więc   nie surowe przestrogi   lecz słowa otuchy,   zachęty  do hartu i siły do   przetrwania.    We wczesnym gminowładztwie rodacy mają   zobaczyć  nie „barbarię” czy  „dzicz”, lecz formę polskiego  ducha  nacechowanego   wolnością  i równością, ducha  chroniącego   nas przed kaprysami despotyzmu. Zdruzgotanych klęską  zapewnia, że w niejednym  przypominamy starożytnych Greków. Że wolność  (uosobiona  we wspomnianym  gminowładztwie) towarzyszyła  nam od zarania dziejów – od  gminowładztwa  „pierwotnego” , przez obce nam z ducha monarchiczne samowładztwo, po  gminowładztwo    „szlacheckie”,  – wyprzedzające dziewiętnastowieczną   demokrację angielską.  Król u nas był właściwie  strażnikiem rodzimego  porządku,  z gminowładztwa wyprowadzaliśmy też wszystkie wolności i prawa, którymi cieszyła się szlachta –   procentowo  zresztą liczniejsza w społeczeństwie niż   uprawnieni  do głosowania Anglicy  po reformach czartystów w XIX wieku.   W XVII wieku „gminowładztwo szlacheckie”  uległo wprawdzie  „zawichrzeniu”. Ale próbowaliśmy się z tego stanu wydobyć,   wszczęto  reformy, choć  ostatecznie,  w starciu z bezwzględnym  absolutyzmem sąsiadów, upadliśmy,  będąc  ofiarą ich „pożądliwości”.   Lelewela wielu zrozumiało tak,  że  jako państwo  upadliśmy dlatego, ponieważ  jako naród wyprzedziliśmy innych,.  I że to wyprzedzenie –  choć straszliwie okupione-  winno nas  moralnie wzmacniać  i napełniać  dumą.   Do mesjanizmu był   stąd  tylko  krok, choć to nie Lelewel go postawił.  Kiedy jednak  zaczęło  się nasze „upadanie”?. Zaczęło się  od   „monarchicznego samowładztwa”, które oznaczało przyjęcie obcych  urządzeń  i  wzorców.  Skutkiem tego  błędu popadliśmy w    „anomalię”.  Skutkiem zaś anomalii  były rozbiory.

Odwróconą względem naruszewiczowskiej  koncepcję „anomalii”  jeden z późniejszych   krytyków Lelewela  ironicznie nazwał „wstecznym prekursorstwem”.   Ogół długo sądził  inaczej : Bóg chciał mieć narody jako ludzi osobowymi, aby przez nie działać na ludzkość. Wśród  tych „osobowych narodów” Polakom, obolałym i pozbawionym własnego państwa,  miało przypaść  szczególne miejsce.  Zapewniał o tym Lelewel. Mówili poeci.  Anomalia jako skutek zapożyczenia się u innych tkwi w naszych głowach do dziś.

Po powstaniu styczniowym zapanowała  żałoba nieporównywalna z żadną inną. Nad Królestwem, pod rosyjskim zaborem,  zapadła noc. Nie było mowy o  autonomii.  Wielu powstańców  potraciło majątki, wielu nie przeżyło  zsyłek. Nastąpiła rusyfikacja szkolnictwa i urzędów.  W polityce europejskiej Rosja zbliżyła się do Prus. W Prusach wielką karierę rozpoczynał Bismarck.  Trudno było o czarniejszy scenariusz.

Tymczasem znośne warunki dla rozwoju polskiej myśli zapanowały  w pokonanej przez Prusy Austrii – od 1867 roku w Austro – Węgrzech, monarchii dualistycznej, wielonarodowościowej, w której Galicji udało się wywalczyć szeroką autonomię. Była  sukcesem polityki realnej. Wynikiem lojalizmu. Kalkulacji politycznej.  Przyjęcia reguł gry, jakie oferował zaborca. Była odrzuceniem polityki romantycznej. Głębokim przewrotem w myśleniu. I stanowczą   rozprawą  z naszą przeszłością.  Z bolesną mocą powróciło pytanie: dlaczego upadliśmy i dlaczego – mimo zrywów powstańczych – nie możemy się podnieść z  upadku? Dlaczego przegraliśmy i dlaczego przegrywamy? Co z nami ? Co takiego w nas?

Druga połowa XIX wieku, to w historii nie tylko wiek pary, ale i wiek  historii. Dyfuzjonizm,  wiara w  przenikanie się kultur,   osłabiał myślenie w kategoriach romantycznej „swoistości”, oznaczał powrót do oświeceniowego okcydentalizmu. Był istotną częścią filozofii pozytywizmu.  Sławę zdobywały niemieckie seminaria historyczne. Wysoko postawiono erudycję. Zapanował perfekcjonizm. Historyk , badając dzieje, miał nie tyle już przypominać pisarza, ile  „naturalistę śledzącego przeobrażenia owada”. Jeśli więc obsesją naszej myśli historycznej była „anomalia” rozwojowa – jak słusznie kiedyś zauważył profesor Andrzej Wierzbicki – to  anomalia  powróciła  w nowej odsłonie.  Jeden z antenatów  szkoły krakowskiej, niedoceniany K. B. Hoffman   za anomalię uznał konstytucję Nihil novi (z 1505 roku) uchwaloną w Radomiu za panowania Jagiellończyka dramatycznie ograniczającą kompetencje  króla. W efekcie wiązało się to z niewolą ludu i zepchnięciem w dół stanu mieszczańskiego, który gdzie indziej stał się podporą sprawnych rządów,  elementem społecznego ładu.  Jeśli Hoffman i Bobrzyński, do którego jeszcze wrócimy, skupiali się na  defekcie ustrojowym pogłębionym przez wolne elekcje, to ks. Walerian Kalinka, uchodzący za ojca krakowskiej szkoły historycznej za anomalię uznał dewiację  naszego charakteru narodowego,   jego widoczne zaburzenie przechodzące w „fazę patologiczną” za panowania Wazów i Sasów,  kiedy to zupełnie postradaliśmy ‘”zmysł posłuszeństwa”.

Wielką zasługą Józefa Szujskiego, koryfeusza  krakowskiej szkoły historycznej, było powiązanie historii z polityką, uchwycenie zależności między  „fałszywą historią”, a  „fałszywą” polityką”.  Jeśli bowiem  przyznamy, że  upadliśmy z własnej winy, to liczmy, że  powstaniemy  własną pracą i rozumem, a nie za sprawa innych.  Jeśli pokonamy  liberum veto,  „anarchiczność” naszej natury  przecinającą systematycznie społeczeństwo na dwa światy , a także takie nasze przywary, jak wzgardę wobec rządu, niewolę  ludu,  słabość do „rokoszanów” i sykofanctwo,  to sami zdołamy utworzyć rząd i naprawić  społeczeństwo.  – Obłędzie – opuść naszą ziemię – wołał pompatycznie Szujski  i do wokabularza polityki polskiej wprowadził pojęcie liberum conspiro na określenie nieustannej wojny  domowej, zapamiętałej kłótni i lekkomyślnej konspiracji.   Liberum veto zniszczyło  kiedyś nasze państwo. Liberum conspiro wyrosłe z tego samego pnia  wyniszcza teraz  naród, ostrzegał Szujski.

Diagnoza Kalinki i Szujskiego była gorzka,  chłodna, a nawet brutalna. Lelewel opowiadał o mordzie obcych  na naszym królestwie. I o naszych moralnych przewagach nad innymi. Kalinka i Szujski przekonywali, że było to  samobójstwo.  I że o żadnych zbawczych  przewagach nie ma mowy. Lelewel koił, uspokajał nerwy  i goił rany.   Kalinka i Szujski irytowali i budzili sprzeciw.

Ale nikt tego sprzeciwu nie budził bardziej niż Michał Bobrzyński, autor Dziejów  Polski w zarysie, książki, która najbardziej wstrząsnęła czytelnikami i do dziś historyków dzieli, budząc prawie po równo podziw i niechęć. Bobrzyński  postawił Lelewela na głowie.  Czerpał z niego przez  przeciwstawienie. Na pierwszym planie umieścił  rząd i państwo.  Naród natomiast uznał za „dziwnie ospały”, nieskory do „wewnętrznych zapasów”.  Dezawuował  lelewelowskie gminowładztwo, pochwalał „absolutyzm pierwszych Bolesławów”, gloryfikował Polskę XIV wieku i z królów elekcyjnych wyróżniał jedynie Batorego  (Zygmunta Augusta nazywając Hamletem naszych dziejów).  Był katolikiem, ale wykluczał interwencję boską w bieg historii.  Naród poddawał bezwzględnym prawom walki o byt –  uznając ją za  główny motor dziejów. Nie zachwycał się tolerancją religijną – efektem nierozstrzygniętej walki dwóch obozów (szlachty i magnaterii). Wolałby zwycięstwo jednej ze stron (co nie wykluczało tryumfu protestantyzmu), jeśliby tylko wzmocnieniu uległa przez to   władza zwierzchnia. Brakowało mu u nas „silnych charakterów”.

Dzieje Polski  Bobrzyńskiego kończą się Uwagami   poświęconymi przyczynom upadku. Upadek  – dowodził – wynikał z  anormalnego biegu naszych dziejów. Zaczęła się ta dewiacja w XVI wieku, kiedy to rozeszły się drogi Polski z Zachodem. Polegało to   na tym, że gdy gdzie indziej władza królewska ulegała wzmocnieniu, u nas systematycznie słabła. Gdy gdzie indziej podstawa społeczna państwa ulegała poszerzaniu (przez wzrost aktywności miast), u nas (przez zwiększenie obciążeń chłopa) ulegała zawężeniu.   Na dodatek  mieliśmy unię z Litwą, która  jednocześnie nas wzmacniała (demograficznie)  i osłabiała, rozpraszając  siły i wciągając w konflikty na wschodzie. Unia była  – błędnym  kołem naszego upadku.

Wskazując główną przyczynę sprawczą, przyczynę wszystkich przyczyn, ujął ją Bobrzyński  w często później przytaczanych słowach: Nie mieliśmy silnego rządu i ta jest jedna jedyna upadku naszego przyczyna.  Pogląd  był mocny i jasny. Hierarchizował nasze słabości i zaniechania.  Odpowiadamy za wszystkie anomalie. Upadku  winniśmy sami.  Bijmy się  więc  w pierś własną.

Głos Bobrzyńskiego był głosem  historyka – pozytywisty i jednocześnie polityka – konserwatysty związanego ze „stańczykami”, których nazwa wzięła się od słynnej Teki, cyklu satyrycznych artykułów ogłaszanych na łamach Przeglądu Polskiego. Był głosem, który wywołał burzę.     Miały  być  Dzieje „manifestem historycznym” danym Tece i całemu gronu jej prominentnych autorów (ze Stanisławem Tarnowskim, Józefem Szujskim i Stanisławem Koźmianem na czele).  Miały służyć „polityce realnej”, pogardzać romantyzmem.   Uzasadniać kompromis z austriackim zaborcą. Usprawiedliwiać własne,  świetne kariery i płaski konformizm. W opinii największych przeciwników Bobrzyńskiego i szkoły historycznej krakowskiej – Dzieje były linią ogólnej „kapitulacji” i oddaniem  Polski „za misę soczewicy” .

Pod koniec XIX wieku w monarchii habsburskiej były już „polskie rządy”,  „polskie konstelacje”, a także ministerstwo spraw zagranicznych  i skarb  Austrii (a wkrótce nawet wspólny)  w polskich rękach. Przyszedł  czas, gdy wpływ, jaki wywierała  książka Bobrzyńskiego widziano  w twórczości Adama Asnyka, Jana Matejki i Stanisława Wyspiańskiego, nazywając tego ostatniego  „kwiatem szkoły krakowskiej”. Przez kilka dekad stańczycy  rządzili Galicją, a Bobrzyński został namiestnikiem Galicji, a potem austriackim ministrem.

Jednocześnie w Warszawie pojawiła się grupa zdolnych historyków, która – trzymając się naukowych zasad i dysponując już dobrym  warsztatem – wystąpiła w obronie teorii gminowładczych Lelewela i jego koncepcji niezawinionego upadku.  Upadaliśmy, ale i powstawaliśmy, a nawet odrodziliśmy się w upadku – jak to ujął najwybitniejszy jej przedstawiciel Tadeusz Korzon.  Nie jesteśmy w żadnym razie winni katastrofy rozbiorów.  Winni są ci, którzy nas rozebrali. Nie mylmy  ofiary ze sprawcą. Wolności z przemocą. Absolutyzmu z demokracją.   Zwolennicy szkoły warszawskiej rekrutowali się spośród   ludzi przywiązanych do tradycji  sarmatyzmu, budujących  opowieści o naszej  dawnej świetności, potędze, wyjątkowości, doznanych krzywdach, przewagach, jeśli nie militarnych, to moralnych,  odwracających pojęcie anomalii rozwojowych i  obojętnych na ideały Oświecenia. Im zresztą do wojny światowej było bliżej, tym było ich więcej.  Stańczykowsko – organicznikowski pragmatyzm przegrywał z urokiem  czynu zbrojnego, z nowymi emocjami,  z młodszymi  generacjami  i olbrzymimi  nadziejami na przyszłość.

Pytanie, dlaczego upadliśmy – fundamentalne przez dekady – ustępowało przed pytaniem,  kiedy, jak   i w jakich dziejowych warunkach powstaniemy ? W jakim kształcie? Z czyją pomocą czy zgoła bez niej ?  Gdy w 1918 roku Polska  powstawała  zasadniczo pytanie było już tylko  jedno: kto do jej powstania  („wskrzeszenia”) najwięcej się przyczynił  , co było  odmianą  pytania: komu się ona należy i kto teraz  słusznie powinien w niej rządzić. Dawne  spory powróciły.  Pojawiły się znów dwie Polski, dwa obozy „patriotyczne”, dwa wykluczające się sposoby widzenia  organizacji politycznej państwa i narodu oraz jego miejsca w świecie,   dwie samooceny tego, jacy byliśmy,  jesteśmy i  jacy powinniśmy być w przyszłości.  W ten czy inny sposób do głosu doszły nasze znane „anomalie”. W różnych sporach jedni – przeważnie wcale o tym nie wiedząc – znów mówili Lelewelem, drudzy Bobrzyńskim czy Szujskim. Od historii nie można było się odciąć ani  z nią uporać.   I Rzeczpospolita  oglądała uprowadzenie ostatniego króla i próbę jego zabójstwa. II Rzeczpospolita zobaczyła zabójstwo swego pierwszego prezydenta.

II Rzeczpospolita – mimo stulecia rozbiorów – dźwigała bagaż poprzedniczki.

Waldemar Łazuga – historyk, profesor dziejów XIX i XX wieku. Opublikował m.in.  „Kalkulować… Polacy na szczytach C.K. monarchii” (2013), „Uwikłani w przeszłość” (2023).                             

Artykuł ukazał się w:
Przegląd Polityczny 195/2026

Skip to content