Czy Kafka nadaje się do scrollowania? | Łukasz Musiał (PP 193/194)

W wywiadzie przeprowadzonym z Agnieszką Holland dla Gazety Wyborczej, jeszcze w trakcie zdjęć do jej filmu o Franzu Kafce, padło pytanie, w jaki sposób zamierza ona ukazać życie pisarza. Reżyserka odpowiedziała bez wahania: Szczerze mówiąc, nie wiem. Nasz pomysł był taki, żeby powstawanie scenariusza, a potem filmu było twórczym procesem; że w jego trakcie różne sensy będą się nam ukazywać. I że w finale te puzzle złożą się w całość, której teraz nie potrafimy przewidzieć. Eksperymentujemy.

Nic nie mogło uradować mnie bardziej. Przecież w ten sam sposób powstawały utwory samego Kafki, który pracując w rytmie chimerycznej weny, prawie nigdy nie potrafił przewidzieć, dokąd go poniesie pisząca ręka. Najczęściej zresztą rwący strumień natchnienia po pewnym czasie słabł, by któregoś dnia wyschnąć całkowicie i zostawić Kafkę z poczuciem kolejnej literackiej klęski. Pisarz przeżył ich w swoim przekonaniu mnóstwo. A jednak późniejsi czytelnicy to właśnie w jego nieukończonych utworach odnaleźli portret świata bliski im samym, świata fragmentarycznego, dotkniętego jakby zaburzeniami dysocjacji. Takiego, który wciąż ucieka od usiłujących opisać go słów.

Toteż eksperyment, którego podjęła się Holland, miał wszelkie szanse powodzenia. Niestety w moim przekonaniu wyszło inaczej: aby poszczególne elementy układanki złożyły się w całość, trzeba było mieć nie tyle nawet talent Kafki, co jego pokorę w stosunku do świata. I to właśnie jej zabrakło reżyserce – znanej skądinąd ze swojej olbrzymiej pewności siebie – w największym stopniu. Rezultat? Puzzle, tak. Eksperyment, owszem. Ale niestety przede wszystkim historia, która kokietując zwłaszcza młodszą część widowni, kreśli portret pisarza kreską zdecydowanie zbyt grubą. Czy też po prostu bezceremonialnie „scrolluje” jego życie. Trudno mi się zgodzić z opinią powtarzaną w wielu recenzjach, jakoby film Holland był nowatorskim eksperymentem formalnym: wszystkie kluczowe fakty biograficzne są przewijane reżyserskim palcem w stylu i tempie bardziej odpowiednimi dla „filmików” umieszczanych w mediach społecznościowych niż dla ekranów kinowych. Gdzie tu nowatorstwo? W pamięci pozostała mi efekciarska gonitwa obrazów, dziwaczna modulacja języka, po amatorsku udającego niemczyznę czasów Kafki, groteskowe miny strojone przez postacie do kamery czy neurotyczne wymachiwanie rękami, mające najwyraźniej zastąpić solidną grę aktorską. Wbrew oczekiwaniom Holland nie powstała z tego żadna przekonująca całość.

Niechętnie piszę o swoich rozczarowaniach. Wolę, gdy niesie mnie poczucie zaintrygowania, ciekawości, a najlepiej zachwytu. Na film dotykający biografii autora tak mi bliskiego czekałem niecierpliwie i z ogromną nadzieją. Byłem przekonany, że Agnieszka Holland, podnosząc sobie poprzeczkę tak wysoko, wykona to zadanie w olśniewającym stylu, na miarę wielu innych swoich dokonań artystycznych, które niezwykle cenię. Jednak w moim przekonaniu Franz Kafka jest porażką, i to nawet nie ambitną. Porażką jako film o Kafce oraz porażką po prostu jako film. A raczej właśnie „filmik” w wyżej przywołanym znaczeniu. Stwierdzam to z ogromnym żalem.

Holland i jej zespół wyszli z wątpliwego założenia, że biografię twórcy takiego jak Kafka można opowiedzieć z nonszalanckim pominięciem wszystkiego, co o nim opowiedziano już wcześniej. W licznych wywiadach, ale także podczas spotkań z publicznością, do których dochodziło przy okazji premiery filmu, reżyserka wzgardliwie wyrażała się o dorobku ostatnich stu lat „kafkologii”. Wszystkie niemal prace, które powstały na temat tej twórczości lub dla których twórczość Kafki była punktem odniesienia, z lekceważącym machnięciem ręki przyrównywała do zbędnego „balastu”, do „gruzu”. Nie wyłączając ujęć biograficznych. Dla zrozumienia życia i twórczości pisarza nic z nich zdaniem reżyserki nie wynika. Przeciwnie, życie i twórczość należy „odgruzować”, by pod rumowiskiem zbędnych słów odkryć Kafkę „prawdziwego”.

Trudno zaprzeczyć, że wokół życia i twórczości Kafki narósł w ostatnim stuleciu gigantyczny wprost śmietnik informacyjny. Jednak potępiać wszystko bez różnicy, to wylewać dziecko z kąpielą. Wszystko bowiem, co wiemy ciekawego o tym właśnie życiu oraz o tej twórczości, wiemy dlatego, że od stu lat próbujemy je zgłębić. Próbujemy metodą prób i metodą błędów, te ostatnie – właśnie w swym „błądzeniu” – często stanowią przecież konieczny etap procesu zrozumienia pisarza tak enigmatycznego jak Kafka. Inna rzecz, że „odgruzowywania” czyjejś biografii można dokonywać tylko przy założeniu, że dysponuje się jakimś rodzajem alternatywnych źródeł, tych rzekomo „prawdziwych”. Tylko gdzie Holland je znajduje, skoro nie ma do dyspozycji żadnych innych informacji niż te, które traktuje jak „gruz”?

Dochodzimy do sedna: otóż reżyserka tak naprawdę nie może uciec od  wiedzy, którą publicznie ma za nic. Nie licząc kilku kuriozalnych wymysłów scenariuszowych (na przykład ukazujących pisarza, który stosuje przemoc fizyczną wobec innych ludzi), Holland tak naprawdę wcale nie wychodzi poza najbardziej obiegowe ustalenia współczesnych biografów. A więc na przykład przedstawia Kafkę całkiem słusznie jako człowieka, który wbrew obiegowym stereotypom, nakazującym widzieć w nim największego „ponuraka” w historii literatury dwudziestego wieku, potrafił żartować, śmiać się, cieszyć życiem. Złożenie tego wszystkiego w „filmik” do scrollowania mogłoby nawet przynieść ciekawe efekty artystyczne, gdyby reżyserka i jej zespół najpierw gruntownie zaznajomili się z metodami tej formy przekazu. Lecz swojej lekcji ewidentnie nie odrobili, wychodząc z mylnego chyba założenia, że nie ma się tu czego uczyć. Bo wystarczy rzekomo, że będzie „szybko”, że aktorzy porobią trochę min, trochę pomachają rękami, trochę pobiegają. I że w tle puści się energetyczną muzykę postpunkowej kapeli Trupa Trupa. Ale to tak nie działa. O czym świadczą puste sale kinowe. Nawet jeśli scrollowanie jest już teraz powszechnym nawykiem społecznym, do kina chodzi się jednak nie po to.

Słaba frekwencja ma też inną przyczynę. Idąc na film zatytułowany Franz Kafka oczekujemy, chyba nie całkiem bezzasadnie, że będzie on dotyczył… Franza Kafki. A więc człowieka, o którym powszechnie wiadomo, że swoje życie utożsamiał bezwzględnie z literaturą. Który twierdził, niechby nawet odrobinę pretensjonalnie, że niczym innym jak literaturą być nie chce i nie potrafi. Tylko dlaczego Kafka tak właśnie uważał i dlaczego pisanie było dla niego najważniejszą sprawą w życiu, na to pytanie Holland nie tylko nie udziela żadnej odpowiedzi, ale wręcz uchyla samą kwestię jako całkiem nieistotną. Po raz kolejny usiłując kokietować młodsze pokolenie widzów, kreśli portret człowieka, którego językiem współczesnej psychologii trzeba by określić jako „atypowego” czy też „nienormatywnego”.

Zjawisku „nienormatywności” – z całą pewnością dzisiaj pokoleniowemu, stanowiącemu punkt odniesienia dla współczesnych debat tożsamościowych – nie odmawiam ważności. Lecz jestem przekonany, że to stanowczo za mało, by opowiedzieć historię autora o tak niebywałej sile oddziaływania jak Kafka. Holland ukazuje człowieka pogrążonego w dziwactwach już to komicznych, już to irytujących, a jednocześnie takiego, który równie dobrze mógłby nie pisać w ogóle, tylko zajmować się zupełnie czymś innym, na przykład sprzedażą galanterii odzieżowej jak jego rodzice. Dziwny to zabieg reżyserski, skoro przecież mamy do czynienia z kimś, powtórzę, kto potrafił żyć tylko wtedy, gdy pisał.

Zmierzam do tego, że Kafka Agnieszki Holland jest przy wszystkich swoich osobliwościach i całej swej „nienormatywności” (potraktowanej zresztą nazbyt jaskrawo, plakatowo) wyzbyty prawie wszystkich cech, które w oczach osób znających Kafkę realnego czyniły go kimś absolutnie wyjątkowym. Wyjątkowym jako człowieka i jako pisarza. Prawdziwy Kafka nie „stroił min” i nie „machał rękami”, był cichy, dyskretny, powściągliwy, prawie niewidzialny, wiemy to ponad wszelką wątpliwość z relacji bardzo licznych i godnych zaufania. Przy tym wszystkim równocześnie emanował ogromną charyzmą, którą doskonale pamiętano jeszcze wiele lat po jego śmierci. Kafka Idana Weissa, aktora wcielającego się na ekranie w pisarza, owszem, jest „atypowy”, „nienormatywny” czy jaki tam jeszcze. Ale wyjątkowy i charyzmatyczny już nie. Chyba że porównamy go z pozostałymi aktorami, którzy prawie bez wyjątku odgrywają swoje role na jednej nucie. Tak manierycznie, jak gdyby przed chwilą zeszli z desek teatru dziewiętnastowiecznego.

Na dodatek nie wiadomo – to również powtórzę – rzeczy absolutnie kluczowej: dlaczego główna postać to pisarz? Pisarz tak nam bliski? Tanie doprawdy szyderstwa Holland z Kafki jako popkulturowego emblematu, współczesnego praskiego „gadżetu” i „brandu” nie załatwiają sprawy. Ten ważny wątek filmu zresztą również mógłby okazać się niezwykle ciekawy, gdyby tylko reżyserka zdecydowała się wyjść poza łopatologiczne klisze, w jakie go pochwyciła. Z rozmysłem dobieram swoje krytyczne słowa. Naśmiewać się z turystów bezrefleksyjnie pielgrzymujących do Złotej Uliczki, gdzie Kafka spędził kilka najpłodniejszych pisarsko miesięcy swojego życia, jest bardzo łatwo. Z podobną łatwością można rechotać nad „kafkoburgerem” czy akademicką „makulaturą”, wystawianą w Muzeum Franza Kafki w Pradze. Jednak po reżyserce, która uchodzi za czołową intelektualistkę polskiego kina, należy spodziewać się więcej. Refleksji, która wykracza poza łopatologię. Porządnego research’u. Czy wspomnianej wcześniej pokory. Brak tego wszystkiego w filmie jest wręcz uderzający. Rezultatem są mielizny przywoływane jako przykład już wcześniej, ale też wiele innych rozwiązań wątpliwej jakości. Jak choćby niechlujnie przełożone fragmenty utworów pisarza. Albo twardy północnoniemiecki akcent, którym posługują się aktorzy – to tak, jakby nakręcono film o przedwojennym Wilnie i występującym w nim postaciom kazano mówić z akcentem śląskim (a wystarczyło posłuchać dostępnych w internecie wywiadów z Maxem Brodem, by poznać urocze melodyjne brzmienie praskiej niemczyzny w czasach Kafki). Dorzućmy do tej listy płasko nakreślone relacje uczuciowe, niemal wszystkie. Albo kiczowate sceny, ilustrujące opowiadanie „Kolonia karna” (także tej lekcji Holland nie odrobiła: nie od dzisiaj wiadomo, że dosłowność jest zwodniczą metodą, gdy chce się przenieść utwory pisarza na scenę lub do filmu). Wymienić wszystkie przykłady, mijałoby się z celem. Jest ich po prostu za dużo.

Tylko ludzie wyjątkowi mają moc wytwarzania wokół siebie owej szczególnej aury bliskości, która czyni ich naszymi pobratymcami nawet długo po ich śmierci. Albo nawet „braćmi”. Dla Agnieszki Holland Kafka podobno także jest „bratem”, przypomina ona o tym w wywiadach nieustannie. Szkoda tylko, że wybrała tak niefortunny sposób, by dać wyraz swoim „siostrzanym” uczuciom. Może jednak należało wcześniej poświęcić trochę więcej uwagi temu, co napisano o Kafce? Żeby na przykład spróbować dowiedzieć się, jaki związek miała wyjątkowa osobowość Kafki z jego stosunkiem do literatury i do życia? Tylko bowiem tą drogą można szukać odpowiedzi na pytanie kluczowe: jak to się stało, że Kafka okazał się twórcą tak dla nas ważnym? Pomijając te fundamentalne kwestie, reżyserka pomija wszystko, co najistotniejsze w historii Kafki i w naszym do niego stosunku. Dlatego w moim przekonaniu Franz Kafka wcale nie jest historią… Franza Kafki. Ani też historią nas samych, sięgających po twórczość Kafki z takim uporem już od ponad stu lat.

Tak naprawdę to nie mam bladego pojęcia, o czym jest Franz Kafka.

Łukasz Musiał

Artykuł ukazał się w:
Przegląd Polityczny 193/194 2025

Skip to content