fbpx

Znieść uczucie własnej kruchości – o Szczepanie Twardochu

Twardoch osładza czytelnikowi gorzką pigułkę rozliczania się z przeszłością, opakowując ją w tekst literacki trzymający w niezwykłym napięciu.

Kiedy po sukcesie „Morfiny” w 2013 roku wydawnictwa niemieckie zaczęły interesować się Szczepanem Twardochem, niezidentyfikowane głosy szeptały ostrzegawczo, że być może mamy tu do czynienia z prawicowo-konserwatywnym miłośnikiem broni, a niewykluczone, że nawet i antysemitą. Nie znalazłem wtedy jednak żadnych poszlak ku temu, by nie dopuścić do wydania jego pierwszej powieści po niemiecku. Było to wielkim szczęściem dla wszystkich zainteresowanych, a w szczególności jego niemieckich czytelników.

Na antysemitę Twardoch jest zbyt inteligentny. Historyczny (i w dalszym ciągu zajadły) antysemityzm w Polsce rzadko bywał opisywany dosadniej niż w „Królu” i „Królestwie”. Twardoch osładza czytelnikowi gorzką pigułkę rozliczania się z przeszłością, opakowując ją w tekst literacki trzymający w niezwykłym napięciu. Jednak jeśli bycie konserwatywnym oznacza niedostrzeganie linearnego postępu w historii oraz pojmowanie czasu, jak na przykład u starożytnych w okresie przedchrześcijańskim, jako ruchu kolistego, to Twardoch z pewnością jest konserwatystą kulturowym. W powieści „Wieczny Grunwald” okrutny bohater przez całe wieki odradza się na nowo, rzucany w zmieniające się sytuacje historyczne. Punktem wiecznego powrotu jest bitwa pod Grunwaldem, w której w 1410 roku wojska polsko-litewskie odniosły zwycięstwo nad Zakonem Krzyżackim.

Postrzeganie czasu jako ruchu kolistego zna również Ernst Jünger, będący autorem kultowym we Francji, w Niemczech natomiast w pewnych – decydujących – kręgach potępianym jako rzekomy prekursor narodowych socjalistów. Przed wieloma laty, podczas obiadu w willi Siegfrieda Unselda, inny żyjący polski autor pozwolił sobie na pytanie, czy wydawnictwo Suhrkamp publikuje również Jüngera. Szef wydawnictwa przerażony odparł: moi autorzy by mnie ukamieniowali. Kiedy później padło jeszcze nazwisko Céline, nieklejąca się rozmowa całkowicie zamarła. A przy tym wszystko tak dobrze się zaczęło, kiedy to Unseld, starając się o lekkość tonu, odwrócił się z fotela pasażera swego jaguara i kpiąco zapytał: „Taki samochód z pewnością chętnie by Pan ukradł, co?”.

Obiad ten był symptomatyczny pod wieloma względami. Podróżowanie z polskimi pisarzami po Niemczech zawsze jest także czymś w rodzaju ekspedycji. Jest jak papierek lakmusowy dla recepcji ich literatury, ale również dla wrażliwości międzykulturowych i stereotypów nie do wyplenienia, które, jak widać, grasują nawet w umysłach wspaniałych intelektualistów. Polonia, zawsze stanowiąca niezawodną część publiczności na wieczorach autorskich, nie wielbi swych autorów dlatego, że odczuwa szczególny podziw dla osób siedzących na podium lub że wręcz ich rozumie – lecz z tego powodu, że są to „jej” autorzy. Niemcy z kolei składają Polakom u stóp pewien rodzaj pozytywnej dyskryminacji, egzotyzując ich, perpetuując wizerunek słowiańskiego dzikusa i tendencyjnie izolując go jako Obcego, także w zakresie krytyki. Marcel Reich-Ranicki określił kiedyś tego rodzaju pochwały jako „poniżanie”. Z kolei polski autor wraca do domu i zastanawia się nad dobrodusznością gospodarzy, nad brakiem krytycznych pytań i tłumaczy to sobie być może zachodnioeuropejskim, przesyconym nudą dobrobytem – a więc kontrstereotypem.

Z Twardochem to tak nie funkcjonuje. Pisarz rozumie język, za dobrze zna kulturę niemiecką, kwerendy do swych powieści przeprowadza w niemieckich archiwach. Przez własną historię rodzinną głęboko uwikłany jest w niemieckość, pokazuje też czujne zainteresowanie otchłaniami historii idei oraz realnymi kataklizmami i rewolucjami. Inni polscy autorzy mają tu utrudniony dostęp z powodu braku znajomości języka – albo klapki na oczach.

Wiele lat później po wspomnianym obiedzie podróżowaliśmy z Twardochem mercedesem o mocy 510 koni mechanicznych do Wilflingen. Chcieliśmy zobaczyć dom Ernsta Jüngera. Z nieprzyzwoitą szybkością 180 km na godzinę zakłócaliśmy idyllę złoto-żółtego jesiennego krajobrazu Górnej Szwabii. Sportowy samochód był własnością Szczepana Twardocha, nie był kradziony. Prędkość wcisnęła mnie w wielokonturowy fotel pasażera, miałem wrażenie, że ryzykuję życiem. Nie było to uzasadnione, gdyż Twardoch nie miał kaca i sprawiał wrażenie zdrowego. Tym samochodem co jakiś czas trenował na torach wyścigowych, gdyż potwora o takiej mocy nie da się inaczej opanować. A ja, który przez całe życie patrzyłem na automobile z uśmieszkiem politowania, jeśli nie z niechęcią, dałem się zarazić dziecięcym zachwytem dla potężnej mechaniki i groźnego warkotu, gdy przełączał gałkę skrzyni biegów na „sport”.

Drogie samochody to nie jedyny powód do zawiści, ale to właśnie one w sposób emblematyczny uosabiają wszystko, czym Twardoch budzi ją w Polsce. Gdy został ambasadorem marki producenta samochodów ze Stuttgartu, polscy intelektualiści byli oburzeni, bo przecież pisarz nie sprzedaje się koncernom, a już na pewno nie niemieckim. Często obserwowałem mniej lub bardziej wyniosłe lekceważenie wyrażane wobec Twardocha w pewnych warszawskich kręgach. Ale poza tą bańką ludzie po prostu go czytają. A Twardoch radośnie ogłasza liczby sprzedanych książek na Facebooku („Król” osiągnął w Polsce 210 tys. sprzedanych egzemplarzy).

Koledzy-pisarze, tacy jak Jacek Dehnel, którzy właściwie powinni wiedzieć, czym jest estetyka kampu, gorszą się inscenizacjami Twardocha. A przecież ostentacyjność jest u niego zawsze tylko powierzchnią. Twardoch nigdy nie bywa jednoznaczny, nigdy płytki. To samo dotyczy jego tożsamości, nie tylko narodowej.

zdj. Zuza Krajewska

Dotyczy to również męskości, demonstrowanej wiedzą na temat broni i militariów, ekspedycji na Spitzbergen i uprawiania sztuk walki w klubie Górnika Zabrze. Jak Twardoch się w międzyczasie rozwinął i jakiej metamorfozie fizycznej uległ, zrozumieć można, gdy popatrzy się na jego zdjęcia z młodości, na których miał jeszcze bardziej miękkie rysy twarzy i był bardziej przy kości.

Cienki puch na twarzy młodego chłopaka najpierw ustąpił miejsca buntowniczemu trzydniowemu zarostowi. Później przez krótki czas można go było oglądać z podłużnym wąsikiem, który z angielską arogancją drgał w kąciku ust. Dziś pisarz prezentuje się z imponującą brodą hipstera. Już sama gorliwa zmiana tego dodatku wskazuje, że Twardoch świadomie wypróbowuje nowe role.

Dla wszystkich tych ról wspólna jest męskość. Narcystycznym fantazjom o władzy i przepełnionej tęsknotą za śmiercią radości życia Konstantego Willemanna w „Morfinie” mogliśmy jako czytelnicy oddać się z taką rozkoszą dlatego, gdyż czuliśmy się odciążeni i uprawnieni do tego przez krytyczną świadomość autora. Instancja ta – jak pewien rodzaj superego – wie doskonale, jak pusto jest za tą udowadniającą swoją wyższość męskością.

W powieści „Wieczny Grunwald”, która pod pewnymi względami stała się kalką interpretacyjną dla późniejszych dzieł, znajdziemy refleksje na temat tego, jako kogo wyobraża sobie siebie główny bohater i czego się obawia. Podziwia tego, który jest „męski, solarny, aktywny” i „władał swoim światem”. Tego, który światem porusza, a nie tego, który jest poruszany. Za tym kryje się jednak obawa, że mógłby być „ziemski, kobiecy, macierzysty, pasywny”.

Wobec tego tym, co dręczy bohaterów Twardocha, mógłby być niejasny strach przed kobiecością odczuwaną jako pasywną. Owo podwójne dno chroni wszystkich bohaterów o cechach macho przed jednowymiarowością. Również niewątpliwa wartość rozrywkowa jego powieści podszyta jest wielopoziomową refleksją. Ten fundament intelektualny Twardoch zawsze trzyma w gotowości, wyczarowuje go, siedząc na podium jak wirtuoz, stawiając tym samym tłumacza ustnego przed ogromnymi wyzwaniami.

Wraz z postacią dynamiczną, męsko-aktywną, Twardoch wprowadza do literatury polskiej nowy typ człowieka: kogoś, kto chciałby coś zrobić ze światem, aktywnie go kształtować – czy to jako wojownik, czy to jako osoba awansująca społecznie, jako przedsiębiorca czy też mafioso. W najnowszej literaturze polskiej postać ta była dotychczas słabo reprezentowana. Gdyby Marcel Reich-Ranicki mógł jeszcze poznać Twardocha, z pewnością nie widziałby powodu do skargi, że polska proza gloryfikuje prowincję i prymitywizm, pisząc „odwrócona plecami do współczesnego świata”.

Tak jak mężczyzna boi się kobiety, tak człowiek sukcesu boi się upadku. W swej najnowszej powieści „Pokora” Twardoch zdobywa się na odwagę, by zająć się tymi lękami w postaci Aloisa Pokory, awansującego z najbiedniejszego śląskiego środowiska górniczego. Nie bez powodu autor określa tę książkę jako „powieść bardzo intymną”. Gdyż na samym dole również i w autorze czai się strach, że własny sukces zbudowany jest z powietrza, że można by go zdemaskować jako hochsztaplera i ponownie zredukować do tego, kim jest naprawdę. Niezwykle ciekawa kwestia, do której Twardoch zbliża się w nowy sposób w każdej kolejnej książce, to: czym byłoby to prawdziwe ja?

Dlatego też nie może być dla nas zaskoczeniem, że Twardoch, przy całej przyjemności, którą czerpie z sukcesów medialnych i materialnych, posiada wrażliwe wyczucie różnic społecznych i dyskryminacji wynikających z pochodzenia. Eksperyment realnego socjalizmu nie był w Polsce w stanie wyplenić dawnej arogancji klas społecznych. Również wśród dzisiejszych intelektualistów jakiekolwiek pochodzenie szlacheckie natychmiast otwiera im drzwi na salony.

Podczas jednej z naszych długich podróży samochodem Twardoch polecił mi książkę J. D. Vance’a „Hillbilly Elegy” („Elegia dla bidoków”, wyd. pol. 2020). Jest to wciągająca relacja o utracie pozycji społecznej rodzin robotniczych w tak zwanym amerykańskim „pasie rdzy”. A jednocześnie historia mężczyzny, który dzięki pracy wyrwał się z diabelskiego kręgu depresji gospodarczej i psychicznej.

W tym znaczeniu Twardoch – by wrócić do podejrzenia sformułowanego na początku – w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia jest bardziej lewicowy od wielu innych, izolujących się dziś w swej progresywnej bańce filtrującej. Lewicowy nie w znaczeniu owych utopii, które w minionym wieku kosztowały życie miliony ludzi. Lewicowy raczej przez uwagę, którą, uwrażliwiony przez własne pochodzenie, kieruje na „zwykłego człowieka”. Twardoch pochodzi z rodziny chłopów i górników. Jego ojciec był pierwszym w rodzinie, który poszedł na studia. Jako jeden z niewielu prominentnych intelektualistów Twardoch zwraca uwagę na znaczenie świadczeń transferów socjalnych PiS. Na owe 500+, z którego dobrze zarabiający wyborcy PO potrafią się tylko śmiać. „Pogardę elity dla ludu” wymienia Twardoch jako jeden z powodów, przez który tak zwani liberałowie zrazili do siebie potencjalnych wyborców. Tym ostrzej krytykuje rząd Kaczyńskiego za jego nieporadną, przynoszącą efekt odwrotny do zamierzonego, politykę zagraniczną, a tym bardziej za jego pełną pogardy dla ludzi propagandę skierowaną przeciwko osobom LGBT.

Wyczucie kwestii społecznych nie powoduje jednak, że Twardoch jest „czułym narratorem”. Nie należy do tych, którzy „z mądrością serca” nachylają się „nad szarym losem ludzkim”. W tak złośliwych słowach Witold Gombrowicz drwił swego czasu z literatury okresu międzywojennego, zdominowanej przez kobiety.

Spojrzenie Twardocha na los mieszkańców Ziemi robi czasami wrażenie – również i w tym przypomina on Jüngera – zimnego i obojętnego. Ziemia jako narratorka w „Drachu” ukazuje losy ludzi w taki sposób, jakby byli hasającymi po jej skorupie pasożytami.

Ale Twardoch jest jak najbardziej czuły w drugim tego słowa znaczeniu – posiada niemal sejsmograficzną wrażliwość. Dziennik „Wieloryby i ćmy” pokazał, że jego autor to dużo bardziej złożony, subtelniejszy charakter niż jego bohaterowie macho. Być może potrzebuje takich awatarów, być może ktoś taki jak on musi opancerzać się karoseriami, hartować swoje ciało boksem i mieszanymi sztukami walk, by być w stanie znieść uczucie własnej kruchości.

Z niemieckiego przełożyła Agnieszka Grzybkowska

Olaf Kühl pisarz, tłumacz, od 1996 r. w Kancelarii Senatu Berlina odpowiedzialny za kontakty polityczne z Rosją; jego trzecia powieść, thriller polityczny „Letztes Spiel Berlin”, ukazała się w 2019 r. w wydawnictwie Rowohlt Berlin; nagrodzony jako tłumacz książek m.in. Doroty Masłowskiej, Andrzeja Stasiuka i Szczepana Twardocha.

Magazyn Polsko-Niemiecki
DIALOG
134/2021