Zaczęło się od teatru.
Zaczęło albo i nie zaczęło. W pracach historyków, w podręcznikach akademickich, w niezliczonych edycjach pamiętników, wspomnień i innych źródeł – na temat wsi, chłopów, poddaństwa, folwarku szlacheckiego i wielowiekowego wyzysku można znaleźć naprawdę bardzo wiele informacji. Prawda, są to w dużej części prace uczone, nieco hermetyczne, niekoniecznie przeznaczone dla szerokiej publiczności. Ale już Pamiętniki chłopów opublikowane w 1935 roku okazały się sensacją wydawniczą, podobnie jak Młode pokolenie chłopów Chałasińskiego z 1938 roku. Nie jest więc tak, by ta problematyka była szczególnie upośledzona; można raczej mówić o przypływach i odpływach.
Ostatnich kilkanaście lat to niewątpliwie pora przypływu. Książki historyków poświęcone dziejom wsi nie tylko powstają w wielkiej liczbie, ale – jak dowodzi komercyjny sukces Chłopek Joanny Kuciel-Frydryszak – po prostu budzą zainteresowanie, są czytane. Tłumaczy to się najczęściej jako reakcję na przesadne akcentowanie szlacheckiego rodowodu naszej kultury w pierwszych latach Trzeciej Rzeczypospolitej, co z kolei stanowić by miało odpowiedź na klasowe ujęcie kwestii chłopskiej w historiografii PRL. Czytelnicy mówią też o potrzebie odnalezienia własnych korzeni, chęci odtworzenia własnej genealogii. Czasem jest to kolejny element wielkiej lamentacji na temat chłopskiej niedoli, czasem – i to wydaje się ciekawsze – przywołanie buntu.
A to rzeczywiście zaczęło się w teatrze. W warszawskim Teatrze Dramatycznym, gdzie w 2011 roku wszedł na scenę spektakl Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego W imię Jakuba S. Spektakl – zresztą świetny – z historycznym Szelą związek miał dosyć luźny: zbudowany był na paraleli między wyzyskiem chłopów pańszczyźnianych a pułapką, w jakiej się znaleźli dzisiejsi kredytobiorcy. Paralela jak paralela; myślę jednak, że nikt z widzów tamtego przedstawienia nie zapomni Krzysztofa Dracza rąbiącego z wściekłością zakrwawione ochłapy mięsa. Metafora buntu, zaciekłości, okrucieństwa; jedna scena za cały wykład. Można było w tę metaforę wpisać własny gniew, własne poczucie krzywdy, własne pragnienie zemsty.
Jakub Szela istotnie jawił się najczęściej jako uosobienie rebelii, rabacji, bezrozumnego zniszczenia. Taki obraz utrwalił się przede wszystkim dzięki Wyspiańskiemu – zdanie mego dziadka piłą rżnęli jest nie do wyparcia. Nie jest to jednak, wbrew potocznemu przekonaniu, obraz jedyny.
W książce Panów piłą Ryszard Jamka poddaje analizie, zgodnie z podtytułem, aż trzy opowieści dotyczące Jakuba Szeli, każda o innym obszarze oddziaływania. Taki jest właściwy temat tej książki: nie badanie „jak było naprawdę”, ale analiza tego, co z pierwotnych wydarzeń przetrwało w różnych grupach odbiorców i jaką ewentualnie pełni funkcję. Nie chodzi więc o „prawdziwego” Szelę, lecz – za Halbwachsem – o „zbiorową pamięć” o nim. A właściwie – o trzy różne zbiory i trzy różne pamięci.
Owszem, o tym, „jak było naprawdę”, też jest mowa. Tylko że „naprawdę” nie ma. O „naprawdę” pisał w 2013 roku Tomasz Szubert, którego prace autor Panów piłą ceni wysoko. Szubert zdołał ustalić „najbardziej prawdopodobne” daty urodzin i śmierci Szeli (1787-1860), nadal jednak wątpliwości budzi liczba jego żon i droga, jaką doszedł do posiadania stosunkowo dużego kawałka ziemi. No i nie wiadomo – bagatela – czy osobiście uczestniczył w mordowaniu szlachty. Wiadomo natomiast, że był plenipotentem gromady w długim sporze prawnym z rodziną Boguszów, którzy są najbardziej znanymi ofiarami rzezi.
„Naprawdę” to także w miarę udokumentowany przebieg wydarzeń. Planowane w zimie 1846 roku kolejne powstanie (w Galicji i Wielkopolsce) zostało zduszone w zarodku, między innymi przez polskich chłopów podburzonych przez Austriaków. Edward Dembowski nie zdołał ich przyciągnąć do powstania obietnicą zniesienia pańszczyzny; zresztą zginął w Podgórzu 27 lutego 1846 roku, gdy wojska austriackie ostrzelały procesję patriotyczną, której przewodził. Powstańcy na krótko opanowali Kraków (kłania się Wiosna narodów w Cichym Zakątku Adolfa Nowaczyńskiego), ale już wyprawa na Tarnów skończyła się klęską. Nazajutrz po klęsce szlacheckiej wyprawy na Tarnów chłopi ruszyli na dwory (s. 69; cytaty z Panów siłą, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą z tej pracy).

Najpierw rabowali, potem zaczęli mordować. Rabacja trwała raptem kilka dni (18-21 lutego 1846), ale rozlała się na sąsiednie powiaty, gdzie już ogłoszono (fałszywie) zniesienie pańszczyzny i gdzie chłopi wyłapywali powstańców, aby ich oddać w ręce Austriaków. Stefan Kieniewicz doliczył się około tysiąca stu ofiar rzezi. Niszczono wszystko, co stanowiło dowód szlacheckiej kultury materialnej – zwierciadła, fortepiany, biblioteki, ubrania, sprzęty domowe i gospodarskie (s. 71); Chłopi zabijali zarówno znanych tyranów pańszczyźnianych, jak i dobrodziejów ludu (s. 73). Zamęt pogłębił austriacki urzędnik Joseph Breinl von Wallerstern, który rządził cyrkułem tarnowskim; on to miał płacić za pojmanych i zabitych ziemian. Mówiono nawet, że ustanowił stałą taksę.
Po ustaniu zamieszek chłopi odmówili powrotu na pańskie. Rozpoczęła się renitencja, czyli odmowa pańszczyzny, której przywódcą miał zostać Szela (s. 86). Objął zarząd majątkiem pomordowanych Boguszów, zorganizował chłopów. Z sąsiednich gromad przychodziły do niego deputacje z pytaniami prawnymi. Ale pańszczyznę niedługo przywrócono, Szelę aresztowano, a w 1847 roku ewakuowano go na Bukowinę ku przerażeniu tamtejszych ziemian.
Powtórzyłam tu w skrócie informacje z książki Jamki, niezbędne do zrozumienia dalszego ciągu. Bo dalej będzie mowa już nie o faktach, lecz o legendach: czarnej, białej i czerwonej.
Czarna legenda znana jest najlepiej – przynajmniej oczytanej inteligencji, która nie tylko może zacytować dwa wiersze z Wesela, ale nawet wie, skąd pochodzi zdanie inni szatani tam byli czynni (czyli Austriacy podżegający chłopów do rzezi). Ze względu na niepiśmienność chłopów świat dowiedział się o rabacji od jej ofiar, czyli szlachty (s. 101) – przypomina Ryszard Jamka. A ściślej – od Ludwiki z Boguszów Gorayskiej, która w rabacji straciła ojca, trzech braci, bratanka i kilku dalszych krewnych. Oskarżenia i skargi składane przez rodzinę Boguszów nie były tajemnicą. Wcześnie przeciekły też do prasy w postaci „życiorysów-paszkwili”, które dały początek czarnej legendzie Szeli. Pierwszy taki tekst ukazał się już 21 kwietnia 1846 w Gazecie Wielkiego Xięstwa Poznańskiego, za nim poszły dalsze. Szeli dorobiono bandyckie dzieciństwo, palce obcięte dla uniknięcia poboru, podpalenia i inne grzechy, zestawiane z łaskami (rzekomo) otrzymanymi od Boguszów. Przypisano mu także rolę szpicla wobec powstańców listopadowych ukrywających się w Galicji oraz akty pedofilii i żonobójstwo. W dyskusję o Szeli wdał się nawet Aleksander hrabia Wielopolski, oskarżając cesarza Austrii o sprowokowanie rabacji przez mącenie chłopom w głowach.
I oczywiście literatura. Lista jest długa, autor Panów piłą ze smakiem cytuje co bardziej wyraziste oskarżenia pod adresem Szeli i buntowników: on wszystek kupion zostaje od wroga (Trentowski, 1847), Gdy z nich mieli zdzierać łupy / Chłopi – Żydzi kaci (Krasiński 1848), niewinne dziatki / Wypruwałem z matek łona (Anczyc 1848) – i podobne. Temat był atrakcyjny, pod pozorami świętego oburzenia (o tym już autor książki nie pisze) można było bezkarnie opowiadać największe okropności. Zainteresowanie wracało falami; na przełomie wieków swoją wersję opublikował Adam Bogusz, opierając się na pamiętniku ciotki Ludwiki, no a w 1901 roku Wyspiański napisał Wesele i tak Szela na stałe wszedł do kanonu szkolnych lektur. A jako zwieńczenie tej listy mogę dodać całkiem już niedawną powieść Stanisława Aleksandra Nowaka Galicyanie (2016), w której z dziewięciuset prawie stron przynajmniej sto poświęcone jest rabacji; tamże realistyczny opis rżnięcia piłą dziedzica razem z fotelem.
Atrakcyjny temat doczekał się również wizualizacji. Jamka pisze, że w latach 1846-1848 ukazało się około dwóch tysięcy litografii, akwafort i medalionów z podobiznami Szeli jako „herszta rzezi”. Ukoronowaniem tej aktywności był sporządzony przez rzeźbiarza Henryka Dmochowskiego medalion z profilowymi portretami Szeli i Metternicha; medalion miał kształt spluwaczki i tak też był wykorzystywany.
Natomiast biała legenda Szeli – legenda ludowa – jest znacznie mniej znana, a może najciekawsza. Powstawała też inaczej niż ta szlachecko-inteligencka. Co wieś naprawdę myślała – tego oczywiście nie wiadomo, bo wieś nie umiała pisać. Zanotowane świadectwa mamy więc nieliczne; trzeba sięgać do pieśni, do wspomnień, do pamiętników, w których odnotowano relacje przodków lub przodków przodków. I zawsze istnieje możliwość, że utrwalono tam nie pamięć chłopów i chłopską legendę, tylko pamięć wyemancypowanych synów chłopskich – albo wręcz wytwór kultury masowej.
Jak wynika z książki Ryszarda Jamki, postać Szeli pojawia się przede wszystkim na obrzeżu pamięci o pańszczyźnie. Albo nawet wyrasta z tej pamięci. A jest to pamięć bardzo dobrze ugruntowana. Najwcześniejsze zachowane świadectwo, przywołane w Panów piłą, pozostawił Jan Rak z Husowa pod Łańcutem, urodzony w 1820 lub 1830 roku, więc współczesny rabacji. Parobek, ale i poeta-samouk pisał o tej ciężkiej, diablej pańszczyźnie i o okrutnych karbowych: istny szatan… postawa dzika, wzrok zbójcy, ruchy tygrysa. Idzie zagon od zagona, wali i wali… Niechajże za tę krzywdę z piekła głowy nie wykłada (s. 176-177). Podobne świadectwo pozostawił o pokolenie młodszy Jan Słomka, wójt Dzikowa: Jak starsi mówili, którzy pańszczyznę odrabiali i zapamiętali, to nie trzeba większej kary na ludzi, jak była pańszczyzna, że człowiek gorzej wtedy był traktowany niż teraz to bydlę, które jest uparte (s. 177). Autorem najbardziej znanej opowieści o stosunkach pańszczyźnianych, tym razem w Kaliskiem, był, jak wiadomo, Kazimierz Deczyński, którego wspomnienia spożytkował po latach Kruczkowski w Kordianie i chamie; Deczyński urodzony w 1800 roku tak opisywał powrót z dworu swego ojca, mającego wyrwane długie włosy z głowy, podbite oczy, nie rachując kułaków w boki, pięścią lub nogą odebranych (s. 179). Takich opowieści można wskazać więcej; inna rzecz, że mogła tu wchodzić w grę pewna konwencja, a zdarzenia wielokrotnie przetworzone potworniały z relacji na relację. Łącznie z powtarzającym się zawołaniem: Ten pan był dobry, to go wolniutko rżnijcie. Jak było, tak było; faktem jest natomiast, że przechowane opisy rabacji zwykle poprzedzane były przykładami okrucieństwa ze strony ziemian. W tym świetle rewolta stawała się usprawiedliwionym aktem odwetu. Na gardziołku siendę, flaków wydobendę, / Na miejscu ślachcica sam ślachcicem bendę – śpiewali chłopi w Tarnowskiem; Oj ,niedługo się skończy / nasze mordowanie, / jak Jakubek z chłopami / zrobi szlachcie pranie – można było usłyszeć aż na Kielecczyźnie. Miejsce rabusiów i sadystów z czarnej legendy – w tej ludowej zajmowali mściciele.
Autor Panów piłą zwraca przy tym uwagę na paradoks: w miarę rozwoju oświaty na wsi biała legenda cokolwiek bladła, zderzona z niezwykle bogatym przekazem czarnej. Wcześniej czarną głosił chłopom tylko proboszcz; z alfabetyzacją dotarły na wieś gazety i inne źródła pisane, wszystkie mniej lub bardziej oparte na relacji Ludwiki Gorayskiej. Nie podważyło to mitu, lecz doprowadziło do zmiany akcentów: miejsce anioła zemsty zajął teraz trybun ludowy, przywódca chłopów, działający w świetle prawa bohater, który przyczynił się do zniesienia pańszczyzny (s. 188). I takim go przyjął w swoje szeregi rodzący się w Galicji ruch ludowy.
W przeciwieństwie do innych zaborów Galicja od lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku cieszyła się znaczną autonomią. Konstytucja 1867 roku gwarantowała równość praw wszystkich mieszkańców, także chłopów; konsekwencją była polityczna emancypacja chłopstwa i narodziny masowego ruchu ludowego. Ryszard Jamka przypomina historię tego ruchu od poczynań księdza Stanisława Stojałowskiego z lat 1875-1895 po premierostwo Wincentego Witosa (a niechby i Mikołajczyka); opowiada o rozłamach i zjednoczeniach, o strajkach chłopskich, prasie ludowej, a przede wszystkim o wieloletnim procesie włączania polskich chłopów do narodu (co – zdaniem autora książki – dokonało się dopiero w wyniku drugiej wojny światowej). Wspomnienie o rebelii początkowo mogło w procesie polonizacji wsi wydawać się przeszkodą: ksiądz Stojałowski pisał o Szeli jako o herszcie sodomskim, a Witos jeszcze w 1912 roku protestował przeciw wywlekaniu widm z roku 1846 (s. 199). Stopniowo jednak działacze uświadamiali sobie, że pamięć wsi jest całkiem inna: najstarsi chłopi szczycili się osobistą znajomością z Szelą, powszechnie zaś widziano w nim przywódcę słusznej walki, coraz częściej też negowano jego bezpośredni udział w rzezi. I ludowcy musieli się dostosować. Zofia Solarzowa odnotowała, że na Uniwersytecie Ludowym w Gaci w latach trzydziestych ubiegłego wieku sprawę Szeli omawiano na wykładach ze słuchaczami i dyskutowano wśród wiciowych działaczy ze szczególną troską o ustalenie w stosunku do Szeli opinii opartej na prawdzie historycznej w oświetleniu nowym, rewolucyjnym wobec fałszywych sądów „pańskich” (s. 211). Dementowano różne fragmenty czarnej legendy na podstawie nieznanych wcześniej archiwaliów, a młodzi wiciowcy widzieli w nim bohatera o obudzonej świadomości klasowej (s. 219). Szela coraz częściej zaczął też pojawiać się jako bohater literacki. W ostatnich latach Drugiej Rzeczypospolitej – podsumowuje autor – nastąpiło ustabilizowanie się białej legendy w jej apoteozującym kształcie (s. 227).
I nie była to tylko opowieść wnoszona przez rodzącą się wiejską inteligencję. Poparcie dla swojej tezy o Szeli pamiętanym jako bohater ludowy Ryszard Jamka znajduje w znacznie późniejszych badaniach terenowych z 1950 roku. Opowieść o tych badaniach zaczyna się jak bajka: w Instytucie Socjologii na Uniwersytecie Warszawskim stała sobie stara szafa. Wypełniona papierami, do których przez pół wieku nikt nie zaglądał. Dopiero w końcu lat dziewięćdziesiątych ówczesny dyrektor Instytutu Antoni Sułek wydobył z dna szafy dokumentację badań nad pamięcią o Jakubie Szeli w jego stronach rodzinnych. Lista osób uczestniczących w tych badaniach może przyprawić o zawrót głowy; organizatorami byli Stanisław Ossowski i Stefan Nowakowski, wśród ankieterów zaś znaleźli się między innymi Barbara Plewniak (później Szacka), Jerzy Szacki, Jan Strzelecki, Andrzej Siciński. Zebrano sto sześć wywiadów. Pytano o historię wsi, o pańszczyznę, a także o sytuację chłopów w dwudziestoleciu międzywojennym i o ich stosunek do reformy rolnej. I właśnie o Szelę. Respondenci byli dość nieufni, niemniej tylko siedem procent pytanych nie znało tego nazwiska. W Siedliskach-Boguszu i w rodzinnej wsi Szeli, Smarzowej, pamięć o rabacji była najżywsza i raczej pozytywna: chłopom ulżyło, że walczył z tym uciskiem (s. 299), dobrze zrobił, ulgę przyniósł narodowi (tamże). Powtarzały się też skargi na okropności pańszczyzny, często w postaci wcześniej uformowanych anegdot. Znajomość czarnej legendy była dość powszechna; nie znaczy to jednak, by ją przyjmowano; bardziej wiarygodny był przekaz rodzinny: ojciec tłumaczył mi, że tak jak w książkach nie było (s. 311).
Niewykluczone – pisze Ryszard Jamka – że badania Ossowskiego uchwyciły moment, w którym do wsi zaczęła docierać ostatnia legenda: ta czerwona. Teraz Szelą można się było chwalić. Władza ludowa potraktowała go życzliwie, dostrzegając w rabacji walkę klasową. Był po temu pretekst: sam Marks cenił krakowskie powstanie 1846 roku, widząc w nim utożsamienie sprawy narodowej ze sprawą demokracji i walką o wyzwolenie klasy uciśnionej. Toteż już w 1941 roku Roman Werfel w lwowskich Nowych Widnokręgach przypisał buntowi Szeli charakter klasowy; ta interpretacja miała obowiązywać do roku 1956.
Ale czerwona legenda zaczęła się właściwie wcześniej. W 1926 roku Bruno Jasieński wystąpił z poematem Słowo o Jakóbie Szeli; w komentarzu autorskim wskazywał, że Szela był pierwszym świadomym reprezentantem idei klasowej, wyrosłym z łona samego ludu (s. 207). Jasieński zaakcentował także rolę Szeli w buncie przeciw odrabianiu pańszczyzny, do którego doszło już po rabacji; tu motyw klasowy istotnie można było łatwiej wypatrzyć. Poemat jednak nie spotkał się ze zrozumieniem. Sfery kościelno-endeckie oskarżyły Jasieńskiego o gloryfikację zbrodniarza, a co gorsza z podobnymi zastrzeżeniami wystąpili także ludzie lewicy: Broniewski, Tuwim, Stawar. Nie spodobała się ani treść, ani forma – Jasieńskiemu zarzucano między innymi, że bezkrytycznie naśladuje poetów radzieckich. Znalazł natomiast uznanie wśród współczesnych mu twórców teatrów amatorskich (a także – mogę dodać – jeszcze w latach siedemdziesiątych Słowo o Jakubie Szeli inscenizowały teatry studenckie).
Dwadzieścia lat po poemacie Jasieńskiego implementacja Jakuba Szeli do panteonu narodowego okazała się politycznie łatwiejsza. Aczkolwiek – podkreśla autor Panów piłą – nie obyło się bez walki. W 1946 roku, w setną rocznicę rabacji, zderzyły się ze sobą wszystkie trzy legendy: marksistowska, katolicka i ludowa. Stronę marksistowską nadal reprezentował Werfel; Twórczość in extenso przedrukowała jego lwowski artykuł z 1941 roku, a naśladowcy szli tym samym torem. Z kolei Dyzma Gałaj, polityk koncesjonowanego Stronnictwa Ludowego i późniejszy marszałek sejmu PRL, na łamach Wsi rabację przedstawiał wprawdzie jako dziki odruch klasowy (s. 240), ale już sam Szela był dla niego świadomym mścicielem krzywd chłopskich i żadnych pieniędzy od Austriaków nie brał (s. 241). Wreszcie Tygodnikowi Powszechnemu przypadła rola obrońcy czarnej legendy, przy czym instrumentarium użyte w tej obronie było – jak zauważa Jamka – stricte marksistowskie. Marks, można było przeczytać, za ruch rewolucyjny uważał nie rabację, lecz powstanie krakowskie; rabacja zatem była po prostu kontrrewolucją. Wedle najbardziej ortodoksyjnej taktyki rewolucyjnej – pisał publicysta Tygodnika – narodowe ruchy wyzwoleńcze były wówczas ruchami rewolucyjnymi, gdyż osłabiały główną ostoję reakcji, jaką był absolutyzm (s. 249). No a Szela nie dość, że mordował ziemian, to jeszcze kolaborował z cesarzem.
Dyskusja trwała jakiś czas, angażując między innymi kolejne odłamy ruchu ludowego. Jakub Szela w 1946 roku, roku referendum, i wobec perspektywy nieodległych wyborów nie był jednak bohaterem zbyt wygodnym dla nowej władzy. Trudno zwłaszcza było się w nim dopatrzyć symbolu pojednania narodowego. Przeciw stuleciu rabacji rządzący zorganizowali więc obchody dwustulecia urodzin Kościuszki, ogłaszając się spadkobiercami testamentu politycznego zwycięzcy spod Racławic. Kościuszkę czczono, rzecz prosta, od dawna i z różnych powodów; tym razem posłużył komunistom do uprawomocnienia swojego programu. Lekki posmak nacjonalistyczny i antyrosyjski tej decyzji to był tylko dodatkowy bonus.
Jak wiadomo, wszelkie dyskusje miały się niedługo skończyć. Problem Szeli z publicystyki przeniósł się na biurka zawodowych historyków, którzy właśnie wprowadzali w życie nową metodologię na wzór radziecki. Z niejakim trudem zresztą; autorytet przedwojennych uczonych był nadal mocny. Dobrze ilustruje to przykład zaproszonych na zjazd w Otwocku [1951/1952] historyków radzieckich mających wesprzeć polskich komunistów – pisze Jamka. – Zamiast uznania dla Celiny Bobińskiej czy Żanny Kormanowej okazywali je Aleksandrowi Gieysztorowi i Tadeuszowi Manteufflowi (s. 269-270). Opór polskich historyków wobec stalinowskich pomysłów metodologicznych to zresztą osobny rozdział; dość wspomnieć, że zarówno Gieysztor i Manteuffel, jak Witold Kula, Stanisław Herbst, Kazimierz Kumaniecki i jeszcze wielu innych to był w czasie wojny krąg Biura Informacji i Propagandy AK.
Nie znaczy to jednak, że nowej metodologii badań dało się w ogóle uniknąć. Wymagało to pewnej ekwilibrystyki i właściwego słownictwa. Za przykład autorowi Panów piłą posłużyły prace Stefana Kieniewicza poświęcone wydarzeniom galicyjskim. Przyczynę rzezi historyk ten upatrywał początkowo w prowokacji austriackiej i częściowo w agitacji powstańców; co do przebiegu rabacji – w zasadzie powtarzał tezy czarnej legendy. W kolejnej pracy jednak, zauważa Jamka, Szela zyskiwał u Kieniewicza świadomość klasową; był już nie przywódcą morderców, lecz świadomym bojownikiem sprawy chłopskiej. W późniejszej zaś monografii Kieniewicza Ruch chłopski w Galicji w 1846 roku (1951) ocena całości wydarzeń pozostawała wprawdzie krytyczna, ale chłopska rebelia traktowana była już z pełnym zrozumieniem.
Niedostateczna jednoznaczność sądów Kieniewicza sprowokowała ostrą polemikę: między innymi w 1953 roku Marian Żychowski sformułował całą listę zarzutów. Że Kieniewicz nie wskazał winowajców chłopskiej nędzy; że nie potrafił wpisać chłopskiej rabacji w walkę o niepodległość; że nie docenił autonomiczności tego ruchu, a przecenił wpływ urzędników austriackich i agitacji demokratycznej. I że używał słowa „rabacja’, które jest deprecjonujące.
Skarcony Kieniewicz w tak zwanej „Makiecie” (prototyp podręcznika historii Polski przygotowywanego do użytku akademickiego przez kilka lat i wielu autorów. Przezwisko dobrze oddawało charakter tego przedsięwzięcia) podążył za zaleceniami recenzentów i spróbował nadać wydarzeniom 1846 roku kształt zgodny z wytycznymi materializmu historycznego: powstanie chłopskie podważyło fundamenty feudalizmu, a Szela był jego świadomym przywódcą. Niezależnie jednak od tych igraszek ideologicznych – stwierdza na koniec Jamka – prace Kieniewicza po siedemdziesięciu latach nie straciły wartości, inaczej niż teksty jego polemistów.
Po roku 1956 przygasł problem miejsca Szeli w procesie emancypacji proletariatu wiejskiego, ale też wszystkie trzy legendy chyba straciły wigor. Zainteresowanie Szelą odrodziło się przeszło pół wieku później, na fali fascynacji wsią i historią chłopów (choć właśnie w 2014 roku odebrano Szeli ulicę we Wrocławiu, przyznaną mu w 1948). Ale kogo właściwie dotyczy dzisiejsze zainteresowanie? Autor Panów piłą odrzuca analogie z malowniczością Robin Hooda i podobnych mu „bandytów społecznych”, ze sceptycyzmem traktuje też wizję Szeli jako uogólnionego mściciela uciśnionych lub ich reprezentanta. Bardzo trzeźwo odnosi się również do tak zwanego zwrotu ludowego w dzisiejszej kulturze, widzi w nim nadal wiele z inteligenckiej protekcjonalności (pisze gdzieś nawet, że chłopomania ma w sobie nie mniej pogardy niż chamofobia). Zafascynowani ludowością autorzy nie doceniają stratyfikacji wsi, znacznego zróżnicowania pozycji jej mieszkańców, wreszcie oczywistych różnic majątkowych. Z ich perspektywy nadal chłop to chłop, a lud to lud. Mimo wszystkich zastrzeżeń.
Decyduje więc nadal inteligenckie spojrzenie. Od przeszło stu lat, od 1918 roku – powiada Jamka – żyjemy w polskiej republice inteligenckiej; to inteligencja w czasach zaborów zapewniła sobie rząd dusz i to ona zadecydowała o kształcie nowego państwa. Zniosła wprawdzie tytuły i przywileje, zrównując włościan z dawnymi ich panami, W 1918 roku włościanie zostali włączeni w kategorię narodu i symbolicznie uszlachceni, czy tego chcieli, czy nie (s. 31). Zarazem proces unarodowienia czy polonizacji chłopstwa dopiero się zaczynał, wieczne zmartwienie dziewiętnastowiecznych reformatorów nie straciło na aktualności.
Co gorsze, nie traci jej chyba i dziś. Na nic tu się nie zdadzą zachęty, by sięgać do swoich wiejskich korzeni, uznać je i przepracować, bo to przeważnie fanaberia intelektualistów. Gdy publicysta Krytyki Politycznej wzywa do wypłaty odszkodowań za pańszczyznę, zauważa autor Panów piłą, wówczas nie różni się wiele od Pana Młodego z „Wesela” nakładającego na siebie chłopską sukmanę (s. 33). Szela z białej legendy wykracza jednak poza ten schemat, stanowi próbę rozbicia panteonu szlachecko-inteligenckich bohaterów narodowych. Jest elementem mozolnych negocjacji polskiego modelu obywatelstwa z przedstawicielami warstwy najliczniejszej, czyli potomków chłopów pańszczyźnianych. Upiora nie wpuszczono do izby weselnej Włodzimierza Tetmajera w 1900 roku, lecz współcześnie raz jeszcze żąda on udziału przy biesiadnym stole. Tym razem na innych warunkach (s. 36) – pisze Jamka.
Tak czy inaczej bez Wesela się nie obędzie.
Małgorzata Szpakowska

