Śladem Tocqueville’a | Jan Tokarski, Wojciech P. Duda (PP 193/194)

Wojciech P. Duda: Latem tego roku spędziłeś kilka tygodni w Ameryce. Pojechałeś tam krótko po napisaniu książki o Tocqueville’u. Książka, jak wiem, jest próbą zmierzenia się z biografią i dziełem autora „O demokracji w Ameryce” i „Dawnego ustroju i rewolucji”. W jakim stopniu bohater twojej książki zainspirował cię do tej wyprawy?

Jan Tokarski: Prace nad tą książką spina klamra podróży – nie jednej, lecz dwóch. Pomysł napisania czegoś większego o Tocqueville’u zrodził się trzy lata temu. W lipcu 2022 roku wraz z rodziną spędziłem kilka tygodni we Francji. Odwiedziliśmy wówczas położony w Normandii Château de Tocqueville, skąd  wywodziła się arystokratyczna rodzina filozofa. Zamek przerobiono współcześnie na hotel, ale kilka pomieszczeń ma „muzealny” charakter. Mieliśmy pecha, bo w czasie naszej wizyty w château odbywała się akurat coroczna konferencja naukowa. Brali w niej udział między innymi  polski naukowiec i polityk – wybitny konserwatywny historyk z Krakowa, niekryjący swoich sympatii dla Prawa i Sprawiedliwości, oraz premier ówczesnego polskiego rządu (ten drugi, jak się później dowiedziałem, obecny był jedynie zdalnie). W jednej z sal dostrzegłem również udzielającego wywiadu Gari Kasparowa, kiedyś wielkiego mistrza szachowego, dziś – na emigracji – reprezentanta demokratycznej Rosji.

Na szczęście, mimo ograniczeń związanych z odbywającą się konferencją, udało nam się zwiedzić zamek. Nie wiem, jak inni, ale w moim odczuciu jego wnętrza są raczej stylizacją muzealną niż odzwierciedlają stan rzeczy , gdy mieszkał tam Tocqueville.

Z kolei wyjazd do Stanów Zjednoczonych był dla mnie dopełnieniem tamtej podróży (nie mówiąc już o tym, że dla Tocqueville`a podróże miały nieomal wymiar metody badawczej). A po za tym, przy wszystkich różnicach, jakie zachodzą pomiędzy dzisiejszą turystyką a podróżami, na które mogli sobie pozwolić przedstawiciele europejskiej arystokracji dwieście lat temu, chciałem  przyjrzeć się tej nowej, dzisiejszej Ameryce z bliska, niejako przez Tocqueville’owskie okulary.

Jan Tokarski, Tocqueville. Biografia myśli, Stowarzyszenie „Kolegium Gdańskie”, Gdańsk, 2025

– Czy etapy twojej podróży pokrywały się z trasą wyprawy Tocqueville`a?

– Poruszaliśmy się po wschodnim wybrzeżu, odwiedzając Nowy Jork, Boston, Filadelfię, Waszyngton. Tocqueville był w każdym z tych miast. Odwiedziwszy Nowy Jork, francuski filozof miał wrażenie, że wszyscy żyją tam w ogromnym pędzie, a namiętne dążenie do bogactwa jest czymś absolutnie powszechnym i bezwzględnie dominującym. Współczesny Manhattan to swoisty pomnik takiej filozofii życiowej. Drapacze chmur niemal dosłownie wbijają przechodnia w ziemię. Przy czym oszałamiające bogactwo, które symbolizuje choćby Trump Tower przy Piątej Alei, zderza się tu co krok ze skrajną nędzą – wychodząc z metra, od razu napotkasz osobę bezdomną. Oto kapitalizm w całej pełni.

Kiedy Tocqueville zawitał do Bostonu, zauważył, że miasto pod wieloma względami przypomina metropolie Europy, a jego mieszkańcy w stopniu znacznie większym od Nowojorczyków interesują się kulturą. Nie wiem, czy to sprawiedliwa ocena, zwłaszcza jeżeli weźmie się pod uwagę, jak ważnym centrum kulturalnym jest Nowy Jork. W jednej z bibliotek widzieliśmy wystawę poświęconą stuleciu New Yorkera, o czym pisaliśmy niedawno w PP. A jednak, kiedy chodzi się po ulicach obydwu miast, trudno oprzeć się wrażeniu, że w Bostonie jest coś z europejskiego ducha oraz że życie kulturalne jest tam ważnym elementem publicznej przestrzeni. Kiedy tam byliśmy, w Boston Common, najstarszym parku miejskim w całych Stanach Zjednoczonych, wieczorem, pod gołym niebem wystawiano Szekspira. Inna sprawa, że w mało porywającej interpretacji.

W Filadelfii widzieliśmy przemieniony na muzeum zakład penitencjarny Eastern State. Jak wiesz, zbadanie amerykańskiego systemu więziennictwa stanowiło oficjalny powód wyjazdu Tocqueville’a i Beaumonta do Stanów Zjednoczonych. Dziś zjawisko to wydaje się jeszcze bardziej istotne. Na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat liczba osób przebywających w zakładach karnych wzrosła z około 360 tysięcy na początku lat siedemdziesiątych do ponad dwóch milionów pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Od tego czasu liczba ta co prawda spada, ale USA wciąż mają jeden z najwyższych wskaźników inkarceracji na świecie. Gdy myślę o tym, dochodzę do wniosku, że ten stan rzeczy stanowi dziś być może lepszy klucz do zrozumienia specyfiki amerykańskiego społeczeństwa niż dwa stulecia temu.

Podczas naszej wyprawy bardzo chciałem nie tylko zobaczyć miasta, ale również zapuścić się w niedotknięte cywilizacją pustkowie, tak przejmująco opisane przez Tocqueville’a. Rejony stanu Michigan, które przemierzał przed dwoma wiekami, nie mają już charakteru  „matecznika”, choć niektóre obszary znajdują się pod ochroną. Aby dotknąć nieco tej pierwotnej przyrody, udaliśmy się więc na północ, do stanu Maine, gdzie położony jest park narodowy Acadia. Przeżyłem tam faktycznie coś zbliżonego do owego wstrząsu, jaki wywołać może w człowieku monumentalne piękno przyrody. Przemierzaliśmy prowadzący nad ocean szlak Ship Harbor, kiedy nad lasem opadła gęsta mgła. Widok na brzegu Atlantyku zapierał dech: skały przykryte mlecznym woalem sprawiały wrażenie, jak gdyby ledwo co wyłoniły się z nieistnienia. Można było odnieść wrażenie, że tak wyglądał świat w chwilę po stworzeniu.

– W naszym kraju Tocqueville jako przedmiot studiów to wybór wcale nieoczywisty. Choć już przed 1989 rokiem ukazał się podstawowy korpus jego dzieł, co pozostaje jedną z osobliwości PRL-u, nieliczni tylko wiedzieli, kim jest ten myśliciel zawieszony między Starym i  Nowym Światem. Również w pierwszych dekadach wolnej Polski, właściwie nie czytało się książek Tocqueville’a. Nadal lektura jego dzieł to wybór niewielu. Jak więc doszło do tego, że zainteresowałeś się tym filozofem?

– Ale to jest problem nie tylko nasz. Nie inaczej było nawet we Francji. W czasach młodości Raymonda Arona Tocqueville’a nie czytało się w ogóle na École Normale Supérieure czy na wydziale filozoficznym Sorbony. Podobnie było później, albo jeszcze gorzej. Zdaniem Bernarda-Henriego Léviego nieznajomość tego myśliciela była chyba największa na przełomie lat  sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy we francuskiej filozofii ostatnie słowo należało do Mao Zedonga. Zmianę przyniósł dopiero kres wielkich narracji dwudziestowiecznych, co wiązało się z upadkiem komunizmu i rozpadem Związku Sowieckiego. Przysłowiową kropkę nad i postawił po latach Lévi pisząc o Tocqueville’u: zaoszczędzilibyśmy wiele cennego czasu i uniknęli czczych sporów, gdybyśmy tylko wcześniej, jak François Furet i kilku innych, dostrzegli jego znaczenie.

Wracając do twojego pytania, moje pierwsze spotkanie z Tocqueville’m miało miejsce w uczelnianej bibliotece. Któryś z wykładowców musiał o nim wspomnieć, wziąłem więc do rąk O demokracji w Ameryce i… nie mogłem się oderwać. Zdarzają się czasami takie momenty olśnienia, kiedy jakiś autor otwiera przed nami nowe horyzonty, pokazuje inny sposób czytania rzeczywistości niż ten, do jakiego przywykliśmy. To, jak na kartach tej książki analizowane było nowoczesne społeczeństwo demokratyczne – oraz fakt, że jego anatomię zbadał młody Francuz po niezbyt długim (dziewięć miesięcy) pobycie w Stanach Zjednoczonych – wywarło na mnie ogromne wrażenie.

Ale było w tym „odkryciu Tocqueville’a” coś jeszcze. Od razu nabrałem mianowicie przekonania, że to „mój” gość; że prezentowany przez niego rodzaj wrażliwości jest mi bardzo bliski. Zafascynowało mnie więc nie tylko dzieło, ale również osobowość pisarza. Od tamtego czasu Tocqueville jest stale obecny w moim myśleniu. To filozof, do którego stale wracam, który wciąż pomaga mi więcej rozumieć z tego, co się dzieje na świecie.

Przed kilku laty została przetłumaczona na język polski klasyczna biografia Tocqueville`a pióra Andre`a Jardina (1984, pol. tłum. 2012). Czym różni się twoja książka od dzieła francuskiego historyka?

– Biografii Tocqueville’a, jak doskonale wiesz, było więcej. Nie tak dawno na łamach Przeglądu Politycznego omawialiśmy The Man Who Understood Democracy Oliviera Zunza. Niemal w chwili, gdy rozmawiamy, nakładem Gallimarda ukazuje się poświęcona życiu filozofa książka Françoise Mélonio, znawczyni jego twórczości związanej przez długie lata z École Normale Supĕrieure przy Rue d`Ulm. Nikt nie napisał jednak, o ile mi wiadomo, biografii myśli Tocqueville’a.

Mistrzem tej formy pisarskiej jest oczywiście Rüdiger Safranski. W przeciwieństwie do tradycyjnej biografii, w której nić narracji koncentruje się wokół wydarzeń z życia danej postaci, w biografii myśli to życie umysłu pozostaje na pierwszym planie. Zależało mi więc przede wszystkim na zbadaniu, jak rodziły się oraz ewoluowały kluczowe pojęcia filozofii politycznej Tocqueville’a. Co być może jeszcze ważniejsze, przyglądając się związkom życia i myślenia, chciałem pokazać jego filozofię jako żywą, pulsującą, zdolną do dialogu nie tylko z rzeczywistością połowy XIX wieku, ale również ze światem współczesnym.

Wreszcie, jako uzupełnienie formuły biografii myśli, niezmiernie ważne było dla mnie ukazanie spójności filozoficznego projektu autora O demokracji w Ameryce. Nawet ci, którzy doskonale znają jego dzieło widzą w nim zwykle badacza znakomicie opisującego dylematy nowoczesnego społeczeństwa demokratycznego. Tymczasem, moim zdaniem, Tocqueville’owi udało się coś znacznie ważniejszego – mianowicie stworzenie tego, co sam określał mianem „nowej nauki politycznej”. W epilogu książki staram się uwypuklić fundamentalny zwrot, jakiego francuski myśliciel dokonał w historii zachodniego myślenia o zagadnieniach politycznych. Główne pytanie teorii politycznej nie ma bowiem odtąd dotyczyć formy, sprawowania władzy, ale układu wzajemnych powiązań, które ożywiają i łączą w całość społeczeństwo.

– Czy w trakcie pisania książki zastanawiałeś się do kogo należy biografia jej bohatera? Co może historyk, co mu wolno, a czego nie wolno? W końcu ktoś, kto tak długo jak ty myślał z Tocquevillem, wie o nim niepomiernie więcej niż każdy inny, ale przecież nie wszystko. Co dla ciebie pozostaje największą zagadką w jego życiu: wybory polityczne (przyjęcie teki ministra spraw zagranicznych w rządzie Odilona Barota) czy raczej decyzje życiowe (małżeństwo z Maty Mottley), a może stan ducha (wiara, religijność)? Co budzi twoje wątpliwości?

– To bardzo trudne pytanie. Być może, paradoksalnie, najbardziej adekwatna będzie jednak prosta odpowiedź: każda biografia należy do jej bohatera. O tym, jak sądzę, powinien zawsze pamiętać historyk, bez względu na to, jaką postacią się zajmuje.

Z osobą, którą opisujemy można wejść w zażyłe relacje, można zaprzyjaźnić się z tym, co napisała (lub przeciwnie, prowadzić z nią ostry spór). Można wreszcie na podstawie takiego obcowania wyrobić sobie całkiem rzetelny ogląd na temat jej wrażliwości, sposobu patrzenia na świat. Nigdy jednak nie przenikniemy do najintymniejszej warstwy życia; do tego, co na najgłębszym poziomie porusza czyjąś duszę. Wyczucie tej granicy oraz uszanowanie jej wydaje mi się niezmiernie ważne.

Z tego właśnie względu bardzo irytują mnie interpretatorzy, którzy „wiedzą”, czy Tocqueville na łożu śmierci nawrócił się, czy też nie. W takich kwestiach możemy żywić pewne przypuszczenia (osobiście przekonują mnie opinie przyjaciół Alexisa, którzy twierdzili, że umarł z wątpliwościami, które towarzyszyły mu przez całe dorosłe życie), ale zawsze pozostaną one przypuszczeniami. Istnieje pewna sfera intymności, której po prostu nie da się wydobyć na światło dzienne, gdyż właśnie pod wpływem tego światła staje się ona czymś innym niż była wcześniej. Beaumont napisał zresztą, że przez kilkadziesiąt lat swojej przyjaźni z Tocqueville’m, o sprawach uczuć czy najgłębszych przekonań religijnych nie rozmawiali ani razu. To przemilczenie wydaje mi się wymowne.

– A co sądzisz o stosunku autora O demokracji w Ameryce do Napoleona Bonapartego, to postać wyłamująca się ze wszelkich schematów. W swojej książce przytaczasz pasjonujące rzeczy na ten temat.

– Z łatwością zapominamy dziś, jak wielki był cień rzucany przez tego człowieka na francuską politykę na początku XIX wieku, a więc na cały okres, w którym Tocqueville dorastał. Chateaubriand, którego trudno uznać za zaciekłego bonapartystę, twierdził, że po Bonapartem i Cesarstwie spaść do tego, co nastąpiło potem, to spaść z istnienia w nicość, ze szczytu góry w otchłań.

Jak Tocqueville oceniał Napoleona? Bez wątpienia widział w nim genialnego stratega wojskowego. Doceniał również jego talent polityczny – zwłaszcza umiejętność wykorzystania właściwej chwili, fenomenalne wyczucie tego, co Grecy określali słowem kairos. Napoleon potrafił również skutecznie zintegrować rozproszone wcześniej elementy władzy i uczynić z nich niezwykle sprawnie działającą maszynę państwową. Znacznie przeceniana była natomiast jego rola jako reformatora czy twórcy instytucji. System administracyjny Francji był dziełem Zgromadzenia Konstytucyjnego. Napoleon, przynajmniej zdaniem autora O demokracji w Ameryce, nie wniósł doń nic poza drugorzędnymi udoskonaleniami.

Znakomicie potrafił natomiast zbudować swój polityczny mit, za sprawą którego tak skutecznie oddziaływał na współczesnych, zyskując sobie przychylność szerokich mas oraz tłumiąc ewentualny sprzeciw elit. Skądinąd, zagadnienie tego, jak szeroko rozumiemy pojęcie władzy (czy ogranicza się ona do działalności aparatu państwa, czy też obejmuje również sferę symboli, a pośrednio – zdolność kształtowania społecznych wyobrażeń) może stanowić bardzo ważny przyczynek do zupełnie współczesnych dyskusji na temat kondycji liberalnej demokracji. Mam wrażenie, że liberałowie operują o wiele węższym rozumieniem wspomnianego terminu niż populiści, co może być jedną z przyczyn defensywnej postawy tych pierwszych oraz impetu tych drugich.

– Jest jeszcze jedna sprawa, która budzi moje wątpliwości – to motywy, jakie ostatecznie przesądziły o wyjeździe Tocqueville’a wraz z Beaumontem do Ameryki. Moment decyzji ukazuje człowieka jakby zawieszonego między Burbonami (obalonymi w wyniku rewolucji lipcowej 1830 roku) a książętami orleańskimi (Filipem wyniesionym na tron w rezultacie tej rebelii), a więc kogoś, kto wie, co robić, a jednocześnie nie jest pewien swych racji. Jak sądzisz, „Ameryka” to ucieczka, emigracja sposób na odroczenie ostatecznej decyzji? O co w tym chodzi?

– W chwili, gdy planuje swoją wyprawę do Stanów Zjednoczonych, Tocqueville ma dwadzieścia pięć lat. Skończył studia, rozpoczął pracę w magistracie. Przez jego kraj właśnie przetoczyła się kolejna rewolucja, a jako pracownik struktur państwowych zmuszony został do złożenia przysięgi wierności nowej władzy, co, nie bez oporów, uczynił. Naszym oczom ukazuje się więc młody człowiek na rozstaju dróg.

Przywykliśmy idealizować młodość, przez co zapominamy, że jest ona również (albo bywa) czasem głębokiego niepokoju. Młoda osoba nie wie jeszcze ani kim jest, ani kim powinna się stać. W momencie, o który pytasz, Tocqueville wydaje mi się rozdarty pomiędzy życiem, jakie zostało dla niego przygotowane przez arystokratyczny świat, do którego należał (i którym to życiem zachwiać mogły kolejne rewolucje), a głębszymi ambicjami, jakie targały jego sercem.

Jakie ambicje mam tu na myśli? Te same, którym dał wyraz w ostatnich fragmentach swoich zapisków z podróży do Sycylii, jaką ze swoim bratem Edwardem odbył w 1827 roku. Tocqueville pisał w nich o towarzyszącym mu podczas tej wyprawy głębokim i stanowczym pragnieniu poznania, które pozwalało znosić rozmaite niedogodności oraz wytrwale działać. Wspominał również, że w przyszłości bardzo chciałby w ten właśnie sposób pragnąć czegoś, co – w przeciwieństwie do młodzieńczego grand tour – byłoby celem wartym takiego pragnienia. Sądzę, że takim celem stała się dla niego Ameryka, i dlatego tak bardzo chciał zobaczyć ją na własne oczy.

– Pytam o ten moment, bo jeszcze przed wyjazdem Tocqueville widział w Ameryce „coś więcej niż samą Amerykę”. Jak sam przyznaje, „dopatrywał się w niej wizerunku demokracji, jako takiej, jej skłonności, jej charakteru, jej przesądów i jej namiętności”. W rezultacie zobaczył tam nie tylko Nowy Świat, ale i świt nowych czasów. „Wyjechałem do Ameryki jako rojalista, wróciłem jako zwolennik rządu reprezentacyjnego” – pisał w liście do Louisa de Kergolay w 1832 roku. Ty wylądowałeś w Ameryce dwieście lat później. Ciekaw jestem, w jakim stopniu twój wyjazd stał się okazją do konfrontacji wyobrażonej Ameryki Tocqueville`a z realną Ameryką Trumpa. Czy te dwie Ameryki jeszcze cokolwiek łączy?

– Zupełnie nic, wszystko lub chociaż znacznie więcej niż by się wydawało? Widzisz, problem z odpowiedzią na twoje pytanie polega na tym, że rozmyciu uległy kategorie, którymi się posłużyłeś. Co jest dzisiaj „realne”, a co „wyobrażone”?

Wiem, że brzmi to dość abstrakcyjnie, posłużę się więc przykładem. Kiedy byłem w Waszyngtonie, pod Kapitolem – nie zmyślam, mam zdjęcia! – widziałem grupkę ludzi w charakterystycznych czerwonych czapeczkach niosących wielki transparent: Proclaim Donald J. Trump for King. Keep America Trump. Czy ci obywatele żyją w świecie realnym czy wyobrażonym? A może swoimi wyobrażeniami zaczęli meblować nasz wspólny świat? Czy zawarte na tym transparencie hasło to wyraz całkowitego odklejenia od rzeczywistości (tak powiedziałbym jeszcze dziesięć lat temu), czy przeciwnie, zapowiedź czasów, które nadchodzą, zapowiedź niekoniecznie dosłowna, ale symbolicznie wytyczająca kierunek, w którym zmierzamy (do tej odpowiedzi się obecnie przychylam)?

Większość problemów dzisiejszej Ameryki daje się zrozumieć jedynie w perspektywie długiego trwania. W tym sensie niektóre przynajmniej obserwacje Tocqueville’a są niezwykle cenne, nie tyle do zrozumienia samego „trumpizmu”, ile warunków, które złożyły się na jego powstanie. Tocqueville opisywał przecież zagrożenia związane z władzą opinii publicznej. To on diagnozował charakterystyczny dla nowoczesnego społeczeństwa opartego na równości rodzaj konformizmu. To również on dostrzegał, jaką bombą z opóźnionym zapłonem podłożoną pod projekt amerykańskiej demokracji jest kwestia niewolnictwa – rażącej nierówności, na której zbudowano pomyślność the land of the free, the home of the brave. To na kartach O demokracji w Ameryce znajdziemy fragmenty mówiące o tym, jakim zagrożeniem może okazać się triumf ekonomii nad polityką, życia prywatnego nad publicznym, jednostki nad obywatelem. Wreszcie, to z przeprowadzonej przez Tocqueville’a w brawurowy sposób analizy opartego na równości układu społecznego wynika teza o odizolowanym indywiduum, chętnie uciekającym od wolności w ramiona opiekuńczej i sprawczej władzy.

Populizm w wydaniu Trumpa stanowi jakąś wersję takiej opiekuńczej polityki – zwłaszcza w aspekcie kulturowym, w wymiarze polityki tożsamości. Jest to polityka w znacznej mierze oparta na wyobrażeniach (hasło „wielkiej Ameryki”), stereotypach (strach przed imigrantami), najprostszych intelektualnych kliszach („realizm” mówiący, że w polityce liczy się tylko siła, a cała reszta to bujda na resorach). Nie ma w tym podejściu cienia zrozumienia dla znaczenia idei w polityce, zasad praworządności czy neutralności instytucji. Paradoks polega więc chyba na tym, że Donald Trump – medialny celebryta i polityk, rekin biznesu i prezydent – jest jednocześnie wyrazem czegoś par excellence amerykańskiego oraz całkowitym zaprzeczeniem ducha republiki Stanów Zjednoczonych.

– W eseju opublikowanym w „Przeglądzie Politycznym” kilka lat temu pytałeś „Kim Pan jest Panie Tocqueville?” Zastanawiam się, czy już wiesz, kim jest ten gość?

– Jedną z rzeczy, jakie odkryłem pisząc tę książkę, jest to, że łatwiej zrozumieć epokę historyczną niż pojedynczego człowieka. Aby zrozumieć jakiś okres dziejów czy jakieś społeczeństwo, możemy przyjrzeć się charakterystycznym dziełom kultury, poczuć smak epoki, poznać ożywiające ją idee. W przypadku jednostki docieramy natomiast każdorazowo do owej sfery intymnej, która, jak mówiłem wcześniej, pozostaje nieprzejrzysta. Fakt, że tak właśnie jest, wydaje mi się zresztą uspokajający. Oznacza bowiem, że ludzkiej niepowtarzalności nie da się nigdy do końca rozebrać na czynniki pierwsze ani zredukować do zewnętrznych uwarunkowań.

Mam poczucie, że przez te wszystkie lata zaprzyjaźniłem się z Alexisem de Tocqueville’m na tyle, na ile można zaprzyjaźnić się z cieniem. Ale czy to znaczy, że wiem, co to za gość, że nie ma w sobie żadnej tajemnicy, że niczym mnie już nie zaskoczy? Co to, to nie. Podobnie jak w przypadku przyjaźni z żywymi, przyjaźń z cieniem ma kres, ale nie ma końca. Kres wynika z naszej śmiertelności, ma wymiar czasowy. Lecz żaden koniec nie istnieje, bo dopóki żyjemy, przyjaźń zawsze może zostać pogłębiona, wzbogacona o nowy wymiar.

Jan Tokarski – historyk idei, członek redakcji „Przeglądu Politycznego”. Opublikował m.in. „Czy Liberalizm umarł?” (2021) i „W cieniu katastrofy. «Encounter», Kongres Wolności Kultury i pamięć XX wieku” (2023). Właśnie ukazała się w bibliotece „Przeglądu Politycznego” jego książka zatytułowana „Tocqueville. Biografia myśli”.

Wojciech P. Duda – historyk, współtwórca „Przeglądu Politycznego” i jego redaktor naczelny.

Książkę „Tocqueville. Biografia myśli” kupisz w naszej księgarni.

Rozmowa zostanie opublikowana w numerze (193/194) „Przeglądu Politycznego”.

Skip to content