Jesienią 2024 roku austriackie portale kulturalne i niektóre wiedeńskie gazety donosiły o serii wykładów w Instytucie Nauk o Człowieku: Znana historyczka Maria Todorova wygłosi w Wiedniu serię wykładów zatytułowanych „Bałkany: Mission Possible”, podczas której przedstawi nowe spojrzenie na złożoną historię i kulturę Bałkanów. Wykłady, będące częścią cyklu IWM „Lectures in Human Sciences”, podważą powszechne stereotypy i podkreślą dynamikę oraz bogactwo kulturowe tego regionu.
Todorova, autorka jednej z ważniejszych i bardziej znanych książek historycznych ostatnich dziesięcioleci (w Polsce Bałkany wyobrażone ukazały się dwukrotnie: w 2008 i 2014 roku), postanowiła wrócić do sprawdzonej formuły i zastanowić się, jak jej rozpoznania sprzed lat wytrzymują konfrontację z rzeczywistością. Opublikowany w Przeglądzie Politycznym (190-192/2025) cykl wykładów nie w każdym miejscu przekonuje, że było warto. Chodzenie po własnych śladach to zasadniczo zajęcie repetytywne i niesprzyjające oryginalnym pomysłom. Są w tych wykładach jednak fragmenty ważne, mądre i warte zastanowienia nie tylko w kontekście Bałkanów. Takie, w których rozsądne i krytyczne spojrzenie historyczki pomaga uporządkować myśli i nieco szerzej spojrzeć na to, co dzieje się dziś z historią.
Koniunktury
Analizując zachodnie spojrzenie na Bałkany z perspektywy czasu, Maria Todorova dostrzega pewien paradoks. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy ukazało się Imagining the Balkans, stereotyp Bałkanów kształtowało świeże doświadczenie wojny w byłej Jugosławii. Ożywiało i wzmacniało stare narracje, w których etniczny chaos i endemiczna przemoc zajmowały centralne miejsca. Todorova zidentyfikowała ten stereotyp i podsunęła go pod nos zachodnim czytelnikom, uświadamiając im, jak głęboko tkwią w świecie hierarchicznych wyobrażeń. Trzydzieści lat później negatywny stereotyp Bałkanów jakby osłabł, ale cena, jaką za to zapłacono, jest wysoka. Jest to generalny spadek zainteresowania tą częścią Europy, odbijający się na cięciach w budżetach instytucji, likwidacji kierunków studiów i kryzysie wschodnioeuropejskich i bałkańskich area studies.
Ten upadek wydaje się tym bardziej bolesny, że przecież poprzedzały go fazy dynamicznego rozwoju i wzrostu zarówno w dziedzinie międzynarodowych badań nad historią Bałkanów, jak i nad Europą Środkowo-Wschodnią. Co charakterystyczne i nieprzypadkowe, oba regiony przechodziły te fazy synchronicznie. Todorova pisze o potężnym impulsie, wychodzącym z naukowych elit państw tego regionu w okresie międzywojennym, kiedy tacy uczeni jak Jovan Cvijić, Nicolae Iorga czy Iwan Sziszmanow wyznaczali standardy badań regionalnych, obejmujących całe Bałkany. Rozwijało się także zaplecze instytucjonalne: instytuty badawcze, czasopisma, towarzystwa naukowe. To samo da się powiedzieć o większości młodych państw Europy Środkowo-Wschodniej, włącznie z Polską. Postacie takie, jak Marceli Handelsman w Polsce czy Josef Šusta w Czechosłowacji nie tylko tworzyły własne szkoły badawcze, ale także odgrywały coraz większą rolę w międzynarodowym środowisku historyków. Widocznym świadectwem nowego układu sił stał się udział badaczy ze wschodu Europy w międzynarodowych kongresach nauk historycznych. Punkt kulminacyjny nadszedł w 1933 roku, kiedy po raz pierwszy kongres CISH (Międzynarodowego Komitetu Nauk Historycznych) zorganizowano w tej części świata, w Warszawie.
Druga wojna światowa przerwała ten proces i bezlitośnie przetrzebiła intelektualne elity, które za nim stały. Straty były tym boleśniejsze, że dotknęły postaci kluczowych. Pozostając przy wymienionych powyżej: Iorga został zamordowany przez rumuńskich faszystów w 1939 roku, Handelsman, zadenuncjowany przez polską skrajną prawicę, zmarł w 1945 w obozie koncentracyjnym, a Šusta, oskarżany przez rodaków o kolaborację z Niemcami, popełnił samobójstwo wkrótce po wyzwoleniu Czechosłowacji. Sziszmanow i Cvijić zmarli wcześniej. Dekapitacja środowiska historyków niewątpliwie ułatwiła proces stalinizacji w latach pięćdziesiątych. A jednak w kolejnej dekadzie zarówno Bałkany, jak i Europa Środkowo-Wschodnia doświadczyły kolejnego wzrostu znaczenia międzynarodowego. Tym razem kluczem do sukcesu stała się bliska współpraca z historykami z drugiego pokolenia kręgu Annales. Także w tym wypadku można wskazać momenty o symbolicznym znaczeniu, takie jak na przykład kongres CISH w Bukareszcie w 1980 roku. Jeszcze dobitniejszym świadectwem wydają się jednak głosy najbardziej uznanych naukowców tego czasu, jak Fernanda Braudela, który w 1967 roku opowiadał o tym, jak wielki wpływ na Francuzów i Niemców wywarły pionierskie badania z historii gospodarczej, prowadzone przez Franciszka Bujaka. Pod koniec lat sześćdziesiątych stan gospodarki i swobód obywatelskich za żelazną kurtyną nie bardzo dawały się porównać z zachodem, podróżowanie było reglamentowane, a diety (na których i tak oszczędzano) biedne. Mimo to cała kohorta intelektualistów grała w lidze mistrzów idei.
Todorova dostarcza zatem argumentów na poparcie tezy, zgodnie z którą historiografie Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów przeżywały swój największy rozkwit w XX wieku, w dwóch pasmach czasowych, mówiąc obrazowo, po klęsce Kaisera i po śmierci Stalina. Czytelnik standardowych prac z historii światowej historiografii może tej koniunktury nie zauważyć, bo indeksy nazwisk odnotowują zwykle tylko nielicznych przedstawicieli fachu spoza Europy Zachodniej i USA, jednak ani wcześniej, ani później sytuacja nie była bardziej sprzyjająca dla naszej części świata. Bez wielkiego ryzyka można powiedzieć, że po 1989 roku nie pojawiła się w naszej części świata żadna nowa grupa naukowców, która dorównywałaby Witoldowi Kuli, Bronisławowi Geremkowi, Istvánowi Hajnálowi czy Péterowi Hanákowi (żeby wspomnieć nazwiska, które czasami do indeksów trafiają) pod względem międzynarodowego uznania i wpływu na społeczeństwo.
Historia historiografii to dobry wskaźnik regionalnej koniunktury. Pokazuje kto jest aktualnie przy glosie, co budzi największe zainteresowanie, gdzie rodzą się nowe trendy badawcze. W Europie Środkowo-Wschodniej przełom 1989 roku zamyka pod tym względem pewną epokę. Jak pisze Todorova, podobny punkt na Bałkanach nadszedł niedługo później, po rozpadzie Jugosławii. W tej nowej rzeczywistości wschodnie peryferia Europy przestały inspirować i ciekawić. Nawet ich negatywny obraz, zapisany w stereotypie Bałkanów o którym trzydzieści lat temu pisała amerykańska historyczka, stracił ostrość.
Historia globalna, ale bez nas
Jedną z przyczyn dekoniunktury na Europę Wschodnią jest rozwój historii globalnej, inspirowanej postkolonializmem. Sven Beckert, autor klasycznej książki Empire of Cotton, oraz Dominic Sachsenmeier, specjalizujący się w historii Chin, doskonale ilustrują ten mechanizm. W tomie esejów poświęconych historii globalnej krytykują eurocentryzm tradycyjnej historiografii i definiują historię globalną jako: explores the complex and fascinating ways that the global and the local entwine and entangle, and it sees in these entanglements the constitutive elements of both the global and the local.[1] (bada złożone i fascynujące powiązania tego, co globalne z tym, co lokalne I w tych powiązaniach dostrzega najważniejsze elementy jednego i drugiego).
Po tym wstępie następuje seria artykułów poświęconych różnym powiązaniom między szeroko pojętym światem a „północno-zachodnią Europą”. Obszar położony pomiędzy Azją a Londynem lub Paryżem nie pojawia się w tym tomie w ogóle. Nie jest to przypadek odosobniony. Todorova przywołuje innych klasyków historii globalnej, Jo Guldiego i Davida Armitage’a, autorów The History Manifesto (2014), których idea otwartej historii, integrującej zdobycze digital humanities i badań kwantytatywnych, opiera się na podobnej mapie mentalnej: Jednak podane przykłady mówią nam coś o hierarchii znaczenia. Pochodzą one wyłącznie z historii Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Francji. Krótki przegląd indeksu pokazuje, że 96 razy pojawia się wzmianka o Ameryce, 33 razy o Stanach Zjednoczonych, 42 razy o Wielkiej Brytanii, 35 razy o Brytyjczykach, 23 razy o Francuzach, 14 razy o Francji i 14 razy o Niemczech. Australia pojawia się 12 razy, Afryka 11, Azja 7, Chiny 13, Indie 16, a pozostałe kraje w liczbie jednocyfrowej: Włochy 2, Szwecja 1, Austria 1, Japonia 1, Rosja 4, Brazylia 3, Meksyk, Peru i inne kraje Ameryki Łacińskiej – 1. Wygląda na to, że nie jest to podejście eurocentryczne, a raczej euroatlantyckie.
Dlaczego historia globalna, w teorii otwarta na wspólnoty pozbawione dotąd głosu, przechodzi ponad Europą Środkowo-Wschodnią i Bałkanami, praktycznie jej nie zauważając? Powodów jest kilka. Oba powyższe przykłady sugerują, że deklarowana otwartość nowego kierunku ma swoje ograniczenia, wynikające zarówno z kompetencji historyków, jak i z ich światopoglądu. Historycy amerykańscy i brytyjscy, nawet pełni najlepszych chęci, na ogół piszą o tym, o czym coś wiedzą. Dlatego otwarcie na wspólnoty podporządkowane albo obiekty kolonialnej dominacji nie oznacza w praktyce historii naprawdę globalnej, tylko raczej obraz bipolarny, w którym dominująca narracja imperialnych centrów została skonfrontowana z perspektywą kolonialnych poddanych. Bałkany i Europa Środkowo-Wschodnia nie były oczywiście ani jednym, ani drugim. Pomimo godnych pochwały intencji teoria postkolonialna jest głęboko zakorzeniona w światopoglądzie, który jasno definiuje imperialne centra i peryferie. W konsekwencji perspektywa globalna koncentruje się na powiązaniach między tymi biegunami. Nawet w tym ujęciu niewiele jest miejsca na różne odcienie pośredniości. Jakąś rolę odgrywają zapewne także stereotypy. W Bałkanach wyobrażonych Todorova pisała o specyficznej pozycji regionu: obcego, ale nie w pełni egzotycznego, definiowanego w dużej mierze przez cywilizacyjne deficyty. Larry Wolff w Wynalezieniu Europy Wschodniej. Mapie cywilizacji w dobie Oświecenia (1994, polskie wydanie 2020) także pokazał, że Europa Środkowo-Wschodnia nie kwalifikuje się wprawdzie jako Zachód, nie jest też jednak wystarczająco egzotyczna, aby skorzystać z perspektywy postkolonialnej. Region chyba nie za bardzo do takiego schematu przystaje.
Czasami mapy mentalne wydają się tak mocno osadzone, że wygrywają konfrontację z faktami. W 2020 roku Aaron Sheehan-Dean, znakomity historyk i znany ekspert w dziedzinie historii wojny secesyjnej, opublikował książkę zatytułowaną Reckoning with Rebellion: War and Sovereignty in the Nineteenth Century. Jest to rekonstrukcja wizerunku Konfederatów i tego, jak byli postrzegani przez innych, w porównaniu z współczesnymi powstaniami Sipajów w Indiach, Tajpingów w Chinach i powstaniem styczniowym w Królestwie Polskim. Te trzy rebelie – powiada Sheehan-Dean – łączyło rozumienie prawa międzynarodowego i podobne interpretacje medialne. Samo sformułowanie tematu budzi ciekawość i uznanie; można też przypuszczać, że dobór case studies musi być zyskiem dla historii Europy Środkowo-Wschodniej, ponieważ wprowadza ten region do kontekstu globalnego. Jednak podczas lektury książki staje się jasne, że z punktu widzenia autora wszystkie trzy powstania są interpretowane jako całkowicie równoważne wydarzenia medialne: newsy, które w opinii publicznej USA i Europy Zachodniej zajmowały tyle samo miejsca. Teza, która na pierwszy rzut oka wydaje się rozsądna, sprawiedliwa i inkluzywna, nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Jako czytelnik tych samych amerykańskich i zachodnioeuropejskich tytułów prasowych z drugiej połowy XIX wieku, na których swoją analizę oparł Sheehan-Dean, muszę zgłosić sprzeciw. Z historycznego punktu widzenia dwa azjatyckie powstania miały zupełnie inną skalę niż powstanie polskie. W Azji zginęły miliony ludzi, podczas gdy na terenie zaboru rosyjskiego miały miejsce jedynie niewielkie potyczki partyzanckie i bolesne, ale ograniczone represje. Obecność mediów i symboliczna rola tych wydarzeń to jednak zupełnie inna historia. Z różnych powodów: czasu i przestrzeni potrzebnej, aby wiadomości z Azji i Europy dotarły do Ameryki, podobieństw kulturowych, latentnego rasizmu, to Polska wyraźnie dominowała w relacjach z poświęconych zbrojnym powstaniom w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Co więcej, na próżno szukać w gazetach Południa Stanów Zjednoczonych artykułów o powstaniach Sipajów lub Tajpingów. Z drugiej strony dziennikarze konfederaci bardzo chętnie ogrzewali się w cieple polskiej walki narodowo-wyzwoleńczej, porównując własna sprawę do walki toczonej nad Wisłą i Niemnem. Sheehan-Dean ewidentnie stracił z oczu rzeczywistość medialną drugiej połowy XIX wieku, tworząc obraz, owszem, globalny i sprawiedliwy, ale za to nieprawdziwy.
Nasza niewielka historia globalna
Obrażanie się na ignorancję przekonanych o własnej otwartości twórców spod sztandaru historii globalnej nie ma wiele sensu. Rozsądniejsze wydaje mi się pytanie, na ile za taki stan rzeczy odpowiadamy sami, a na ile jesteśmy ofiarami procesów, na które nie mamy wpływu. Todorova zauważa trzeźwo, że w odróżnieniu od teorii systemów-światów postkolonializm nie przyjął się ani na Bałkanach, ani w Europie Środkowo-Wschodniej z przyczyn historycznych. Owszem, mieszkańcy naszej części świata podlegali obcej władzy. Nie była to jednak władza kolonialna ani tez oni sami jej tak nie postrzegali. Mówienie o kolonializmie rosyjskim na ziemiach polskich zostałoby uznane za absurd zarówno przez polskich socjalistów, jak i endeków, nie wspominając o konserwatystach. Na Bałkanach jedyny kolonializm, o którym rzeczywiście mówiono i pisano sporo, wiązał się z polityką zachodnich mocarstw wobec imperium osmańskiego. Tureckiej władzy nikt w tych kategoriach nie postrzegał.
Pośrednim potwierdzeniem takiej diagnozy mogą być wciąż niezbyt liczne publikacje, które podejmują wyzwanie i starają się włączyć Europę Środkowo-Wschodnią w narrację postkolonialną. Typową konkluzją takich prac jest fundamentalna niejednoznaczność polskiego, czeskiego, węgierskiego czy serbskiego doświadczenia kolonialnego. Dotyczy to czeskich misjonarzy w Ameryce Łacińskiej w XVII wieku, podobnie jak polskich właścicieli ziemnskich na Ukrainie, polskich legionistów walczących na Haiti oraz rolników skolonizowanych przez Prusy we wschodniej części imperium. Chociaż prawdą jest, że elity wschodnioeuropejskie czasami można postrzegać jako odpowiednik zachodnich kolonizatorów, nie jest to cała prawda. Z drugiej strony nie oznacza to, że można ich postrzegać wyłącznie jako ofiary. Zajmują miejsce pośrednie, czasem bardziej, czasem mniej istotne dla funkcjonowania systemu zależności, ale rzadko na którymś z jego krańców. Najczęściej nie są bowiem ani kolonizatorami, ani kolonizowanymi, tylko jakimś rodzajem pośredników między jednymi a drugimi.
Teoretycznie szklanka jest w połowie pełna: półperyferyjny status regionu oznacza, że lokalne zjawiska są postrzegane jako ogniwa łączące centrum z peryferiami. Jak pisze polska historyczka Marta Grzechnik: Poland’s place in postcolonial studies lies at the intersection of a number of paths within the field, which makes it both interesting and challenging.[2] (W badaniach postkolonialnych Polska zajmuje pozycję na przecięciu kilku szlaków wiodących przez to pole badawcze, co czyni ją przypadkiem ciekawym, ale i wyzwaniem). Dynamika regionalnych związków z kolonializmem to wyzwanie, z powodzeniem podejmowane w inspirujących pracach naukowców, takich jak Lenny Ureña Valerio, Justyna Aniceta Turkowska, Piotr Puchalski, Jawad Daheur i Maria Rhode. Najczęściej przedstawiają oni przypadki, w których różni polscy aktorzy chociaż na krótką chwilę wcielili się w rolę kolonizatorów lub kolonizowanych, zastępując grupy, które zazwyczaj zajmują te pozycje w historii globalnej, od brytyjskich lordów, pruskich junkrów po Irokezów w Ameryce. Ten paradygmat badawczy ma jednak swoje ograniczenia. Lokalne kolonializmy, manifestujące się na przykład w marzeniach o polskiej strefie wpływów w Afryce, to w najlepszym przypadku krótkie epizody historii, a najczęściej ćwiczenia z historii idei nigdy nie zrealizowanych. Historia Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów w szerszym i dłuższym wymiarze wymaga innych narzędzi niż teoria postkolonializmu.
Postkolonializm po naszemu
To ostatnie stwierdzenie wymaga doprecyzowania. W rzeczywistości bowiem istnieje całkiem spora grupa historyków i intelektualistów, którzy by się z nią nie zgodzili. Już pod koniec lat osiemdziesiątych za sprawą takich autorów jak Ewa Thompson, postkolonializm zawitał do Europy Środkowo-Wschodniej w specyficznym wariancie, opartym na utożsamieniu kolonializmu z imperializmem. W takiej perspektywie, piszą na przykład Henry F. Carey i Rafał Raciborski[3], Związek Radziecki w oczywisty sposób skolonizował państwa bloku wschodniego, włącznie z Albanią i Jugosławią. Dziś utożsamienie kolonializmu z imperializmem toruje drogę do nowych interpretacji historii Ukrainy jako ofiary rosyjskiej agresji kolonialnej, poczynając już od wieku XVII.
To właśnie słowo „ofiara” stanowi klucz do zrozumienia powodzenia takich reinterpretacji przeszłości w Europie Środkowo-Wschodniej i na Bałkanach. Teoria postkolonialna okazuje się bowiem bardzo poręcznym i jednocześnie problematycznym narzędziem do nowego odczytywania historii narodowej. Już w latach dziewięćdziesiątych w dyskursie prawicy stała się elementem strategii narodowej autowiktymizacji. Z tej perspektywy Polacy, Ukraińcy, Litwini i inne narody są od zawsze ofiarami. W wymiarze historycznym jesteśmy ofiarami imperialnej i narodowej przemocy ze strony Zachodu oraz Wschodu, dążących do narzucenia nam swojej kolonialnej dominacji. Współcześnie także jesteśmy ofiarami, ponieważ reguły europejskiej poprawności politycznej, przy których ustanawianiu nikt nas nie pytał o zdanie, narzucają nam odpowiedzialność za cudze winy. To krzycząca niesprawiedliwość skoro, jak widać, to my jesteśmy ofiarami, którym należałoby zadośćuczynić. Ten ostatni zarzut bardzo klarownie sformułował Andrzej Nowak: Now, the West is there to remember its own shame vis-à-vis the non-European, formerly colonized communities. What is reserved for Eastern Europe, still in the process of Western construction since the time of Voltaire and Rousseau to the present day, is just … “humiliated silence”, brought about by a particular kind of collective shame.[4] (A teraz pojawił się Zachód I jego pamięć o własnym wstydzie wobec pierwotnie skolonizowanych społeczeństw pozaeuropejskich. Dla Europy Wschodniej, wciąż jeszcze, od czasów Woltera i Rousseau konstruowanej przez Zachód […] pozostaje tylko pełna upokorzenia cisza, wywołana szczególnym rodzajem wspólnej winy).
Prawicowy postkolonializm jest atrakcyjny, ponieważ oferuje proste, zrozumiałe i miłe dla narodowych ego wyjaśnienia skomplikowanych procesów historycznych i – co ważniejsze – używa do tego także emocji. Świetnie nadaje się zatem jako materiał polityki historycznej. Działalność filii Instytutu Pileckiego w Berlinie to doskonały przykład funkcjonowania takiej polityki w praktyce. Powodzenie jego działań w środowisku liberalnych niemieckich intelektualistów nie powinno być więc dla nas zaskoczeniem. Postkolonializm w Niemczech jest popularny i ma uzasadnienie w historii kraju, który niewątpliwie był potęgą kolonialną i do dziś nie rozliczył się ze wszystkich krzywd, które wyrządził ludom kolonizowanym. Narracje mieszczące się w granicach tego paradygmatu mają zatem szanse, jeśli nie na życzliwe przyjęcie, to w każdym razie ma przyjęcie do wiadomości.
Problem postkolonializmu w wersji prawicowej polega na tym, że fałszuje historię. Owszem, sześćdziesiąt lat temu Sławomir Mrożek powiedział, że Polacy to też Murzyni, z tym że całkiem biali, ale to był żart. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że przynajmniej część nie tylko polskich prawicowych intelektualistów naprawdę tak właśnie uważa. Nie jest to jednak jedyny deficyt prawicowego postkolonializmu. Z punktu widzenia efektywności (a chyba o to przede wszystkim chodzi jego twórcom i propagatorom) jest to też wysiłek na dłuższą metę daremny. Nawet najbardziej tytaniczne wysiłki polityki historycznej, muzea martyrologii i kosztowne działania zagranicą nie sprawią, że Europa Środkowo-Wschodnia zajmie w schemacie kolonialnych zależności miejsce Afryki czy Azji. Ten wyścig o to, kto zostanie ostatecznie uznany za ofiarę, jest nie do wygrania. Co gorsza, ponieważ prawicowa narracja powiela tradycyjne nacjonalistyczne ujęcia historii narodowych, pozostaje zamknięta na idee, które pozwalałyby myśleć i uprawiać historię w szerszych, regionalnych kategoriach. Szansa, że na takim gruncie pojawią się badacze nawiązujący do Handelsmana, Iorgi czy Witolda Kuli, są znikome. Zamiast budzić zainteresowanie, domagamy się uznania własnej wyjątkowości. Trudno się dziwić, że reakcją bywa wzruszenie ramion.
Nieobecność Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów w historii globalnej, ma zatem dwie główne przyczyny. Po pierwsze – region kiepsko pasuje do schematu, który powstał w zupełnie innym kontekście geograficznym i rozwija się w znacznej mierze w oderwaniu od badań nad naszą częścią świata. Po drugie – filozofia postkolonialna, która legła u podstaw zwrotu ku historii globalnej, stała się w Europie Środkowo-Wschodniej i na Bałkanach zakładniczką prawicowych dyskursów, które często w nowoczesnej formie przekazują bardzo tradycyjny obraz narodowych martyrologii.
Czy tak już zostanie i historia globalna poradzi sobie bez wschodnioeuropejskich peryferii? Nie byłoby to nic szczególnie nowego. Leopolod Ranke postrzegał historię jako pole współzawodnictwa pomiędzy narodami romańskimi i germańskimi i ten redukcjonizm nie zmniejszył jego wpływu na światową historiografię. Nie ma powodu sądzić, że współcześni historycy przewyższają go wyobraźnią czy szerokością horyzontów. Jeśli już jednak szukać nowych perspektyw, należałoby patrzeć w dwóch kierunkach. Jeden to realizowany we wciąż jeszcze niszowych regionalnych badaniach nad historią globalną postulat wyrażony między innymi przez Martę Grzechnik. Skoro Europa Środkowo-Wschodnia i Bałkany nie pasują do schematu kolonialnej zależności, trzeba spróbować opisać ich specyficzne miejsce w tym układzie sił. Taka refleksja byłaby w pewnym sensie nowym odczytaniem tekstów z lat dziewięćdziesiątych, Wolffa i Todorovej, piszących o tej części świata jako o nie do końca obcej Zachodowi, ale też nie należącej doń.
Drugi kierunek ma tę fundamentalną wadę, że istnieje wyłącznie jako postulat. Przytoczony wyżej przykład książki Aarona Sheehan-Deana sygnalizuje wciąż słabo rozpoznany potencjał badań nad Europą Środkowo-Wschodnią i Bałkanami. Ich peryferyjność, zwłaszcza w kontekście historii globalnej, to fakt, z którym trudno dyskutować. Zdarzało się jednak, że mimo znikomej bądź żadnej politycznej sprawczości, ten region dostarczał słów i wyobrażeń służących do zrozumienia globalnych zależności. W czasie powstania styczniowego paralele z Polską zajmowały znacznie więcej miejsca w wyobraźni zwaśnionych unionistów i konfederatów niż w polityce zagranicznej Południa i Północy. Podobnych przykładów, kiedy wyobrażenia, narracje medialne i stereotypy wykształcone na wschodzie Europy dyktowały sposób rozumienia świata, można znaleźć więcej. „Macedońska sałatka” nieprzypadkowo wciąż jeszcze pojawia się w języku angielskim jako metafora skomplikowanych stosunków etnicznych, debaty o pułapce zacofania nieuchronnie prowadzą ku krajom, w których po raz pierwszy zdiagnozowano trwałe blokady wzrostu gospodarczego itd., itp. Być może globalne znaczenie Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów polega nie tyle na współtworzeniu kolonialnego systemu, ile raczej na dostarczaniu narzędzi intelektualnych do opisu globalnych zależności. Oczywiście czasem te narzędzia okazywały się krzywdzącymi stereotypami (o których pisała trzydzieści lat temu Maria Todorova). Ostatecznie jednak karykatura bywa lepsza niż biała plama.
Maciej Górny – historyk, doktor habilitowany nauk humanistycznych, pracuje w IH PAN. Zajmuje się historią Europy Środkowej i Wschodniej w XIX i XX wieku.
[1] Sven Beckert, Dominic Sachsenmaier, Introduction, w: Global History, Globally: Research and Practice around the World, red. Sven Beckert, Dominic Sachsenmaier, New York 2018, s. 4.
[2] Marta Grzechnik, The Missing Second World: On Poland and Postcolonial Studies, Interventions: International Journal of Postcolonial Studies 21 (2019), 7, s. 998-1014, tu s. 1014.
[3] Henry F. Carey, Rafał Raciborski, Postcolonialism: A Valid Paradigm for the Former Sovietized States and Yugoslavia?, East European Politics and Societies 18 (2004), 2, s. 191-235.
[4] Andrzej Nowak, Political Correctness and Memories Constructed for ‘Eastern Europe’, w: Memory and Change in Europe: Eastern Perspectives, red. Joanna Wawrzyniak, Małgorzata Pakier, s. 38-57, tu s. 45.

