Pięćdziesiąt lat temu, 4 grudnia 1975 roku, odeszła Hannah Arendt. Jej książki, pojedyncze artykuły i eseje okazują się wciąż aktualne. A po wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w 2016 roku sprzedaż „Korzeni totalitaryzmu” wzrosła tysiąckrotnie.
Na łamach tegorocznych wydań „Przeglądu Politycznego” powracaliśmy na wiele sposobów do myśli i dzieła Arendt. Z tej okazji opublikowaliśmy trzy teksty: (1) Jacka Gutorowa — Wygnanie i przyjaźń z przygotowywanego do druku i zamykającego ten rok numeru „PP” (193/94) oraz jego rozmowę z Lyndsey Stonebridge (2), autorką We Are Free to Change the World. Hannah Arendt’s Lessons in Love and Disobedience.
Prezentujemy także znakomity esej (3) Ewy Rzanny Hannah Arendt. Das Nachleben z numeru „PP” (139/40) z 2016 roku. Zapraszamy do lektury!
Jacek Gutorow: Jak sądzisz, dlaczego warto dzisiaj wracać do Arendt?
Lyndsey Stonebridge: Żyjemy w czasach dominacji ludzi, których Arendt nazywała twórcami obrazów (image makers). Ona sama była jedną z pierwszych osób, które zrozumiały, że z ideologicznymi kłamstwami mamy do czynienia nie tylko w systemach totalitarnych, ale i w kapitalistycznych społeczeństwach konsumpcyjnych. A przecież najbardziej zależało jej na opisywaniu ludzkiego doświadczenia i tworzeniu polityki możliwie jak najlepiej dostosowanej do kondycji ludzkiej. Arendt bardzo wcześnie zdała sobie sprawę z faktu, że sprzeciw wobec prawicowego populizmu nie może polegać wyłącznie na wytykaniu kłamstw i głoszeniu nadziei na lepszą przyszłość. Dlatego optowała za polityką responsywną, wychodzącą od złożonych realiów pluralizmu i zmiany. W tak rozumianej polityce nie chodzi o zdobycie władzy i narzucenie światu jednego sposobu myślenia, lecz o otwarcie szerokiej przestrzeni dla myślenia i sądzenia, dla miłości, życia prywatnego, działań zbiorowych, przede wszystkim zaś dla wyobraźni. Arendt jako jedna z pierwszych wyraźnie dostrzegła, że technologia, choć sama w sobie nie jest niczym złym, może przyczynić się do stworzenia nowych form zniewolenia. W jej czasach państwa narodowe rozsadzał plemienny nacjonalizm. W naszych czasach oprócz nacjonalizmu plemiennego mamy jeszcze feudalizm technologiczny.
Niewykluczone zresztą, że istotniejsza dzisiaj dla nas jest metoda myślenia Arendt, a nie to, o czym pisała. Zdecydowanie sprzeciwiała się dogmatom, myśleniu grupowemu, konformizmowi społecznemu, jałowemu środowisku akademickiemu i techno-biurokracji. Stąd jej (dla wielu osób irytujący) sposób myślenia, w którym najważniejsze jest zaczynanie wciąż od nowa, dociekliwość i przekraczanie granic. Nie wierzyła w proste odpowiedzi i może właśnie jej upodobanie do komplikacji – a także gotowość do przyznania, że się nie wie – jest nam teraz potrzebne? Przypomnijmy jej słynne słowa: Moja propozycja jest bardzo prosta: chodzi jedynie o to, byśmy pomyśleli nad tym, co robimy (Kondycja ludzka, tłum. Anna Łagodzka).
Przeczytaj też:
Wygnanie i przyjaźń (PP 193–194/2025)
– Pamiętasz swoje pierwsze spotkania z myślą Arendt?
– Pierwszą książką Arendt, jaką przeczytałam, była Kondycja ludzka. Byłam w trakcie studiów magisterskich, kończyły się lata osiemdziesiąte. Arendt nie była wówczas popularna. Czytało się wtedy książki dotyczące psychoanalizy, feminizmu czy poststrukturalizmu. Wszystko to było jej obce, żadna z tych szkół krytycznych nie była też specjalnie zainteresowana myślą Arendt. Co do Kondycji –nigdy wcześniej nie czytałam czegoś takiego. Nic w mojej akademickiej edukacji nie przygotowało mnie na taki język, na poły poetycki, na poły filozoficzny. Jej powściągliwa proza otwierała nowy świat doświadczeń. Czułam się zahipnotyzowana.
Drugą bardzo ważną dla mnie książką był Eichmann w Jerozolimie. Przeczytałam ją ponownie w trakcie wojny w Iraku. Okres bezpośrednio po 11 września charakteryzował się na Zachodzie ogromną histerią, bezmyślną przemocą i jawnym powrotem kłamstwa politycznego w dyskursie publicznym, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Stanach Zjednoczonych. W książce o Eichmannie podobało mi się zwłaszcza to, że Arendt odrzuca wizję targanej emocjami, wojowniczej sprawiedliwości; ujęły mnie jej apele o zrozumienie, jak dalece Holokaust przyczynił się do zniszczenia podstawowych zasad moralnych i prawnych, a także teza o kluczowej roli, jaką odgrywa odpowiedzialność moralna. Jako historyczka byłam pod wrażeniem jej umiejętności relacjonowania procesu i sprawnego syntetyzowania tak wielu materiałów historycznych i prawnych – napisała tę książkę w sześć tygodni. Możemy nie zgadzać się z tezą zawartą w tej książce, ale trudno mi uwierzyć, że po jej lekturze ktoś jest jeszcze w stanie ignorować zawarte w niej prorocze analizy genealogii przemocy, z którą mamy do czynienia w dzisiejszym świecie.
– „Eichmann w Jerozolimie” to bez wątpienia najbardziej kontrowersyjna książka Arendt. Myślisz, że ona sama mogła po latach żałować, że podjęła ten temat? W końcu straciła wielu przyjaciół i została nieledwie wykluczona z amerykańskiej społeczności żydowskiej.
– Warto pamiętać, że Arendt była jedną z pierwszych osób, które dowiedziały się, że obozy koncentracyjne były w istocie „fabrykami zwłok” (to jej własne sformułowanie). Wiedziała o tym już w 1943 roku i jeśli w tym kontekście czyta się Korzenie totalitaryzmu, widać, że próbuje w tej książce dojść do ładu z wszystkimi zdobytymi informacjami. Kiedy pisała Eichmanna w 1961 roku, czyniła to z perspektywy osoby, która miała już świadomość horroru obozów koncentracyjnych. Natomiast nie przewidziała, jaką traumą będzie proces Eichmanna dla innych, w Stanach Zjednoczonych i nie tylko. Nie tak łatwo przyjąć do wiadomości ogrom nazistowskich zbrodni. Pamiętajmy, że milczenie na temat Holokaustu trwało właściwie aż do końca lat pięćdziesiątych. Arendt nie doceniła tego. Jeszcze bardziej nie doceniła kwestii tonu. Ludzie nie potrafili zrozumieć jej chłodnej ironii, choć moim zdaniem tak reagowała na banalność zła – pogardą.
Myślę więc, że jeżeli czegoś żałowała, to właśnie tonu. Z pewnością rzuciło to ponury cień na jej dalsze życie. We wstępie do zbioru nowych angielskich przekładów jej wierszy Samantha Rose Hill zauważa, że po sprawie Eichmanna Arendt nie napisała już ani jednego utworu poetyckiego. W moim odczuciu świadczy to o głębokim żalu. Czy żałowała, że wysunęła w książce takie a nie inne argumenty? Moim zdaniem nie. Było nie było, współczesne zło przejawia się w formie bezmyślności, a nie tylko intencji. To ważny argument, również dlatego, że Arendt każe nam zastanowić się nad kwestią moralnej odpowiedzialności w warunkach dyktatury – a nasze pokolenie musi uczyć się tego na nowo, tak w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych.
– W podtytule Twojej książki pojawia się pięć słów, które moim zdaniem doskonale oddają filozofię życia Arendt: „miłość”, „nieposłuszeństwo”, „wolność, „zmiana” i „świat”. Chciałbym zapytać Cię o dwa z nich. Chodzi mi o pojęcia nieposłuszeństwa i zmiany. Jakie miejsce zajmują one w myśleniu Arendt? Jak je rozumiała?
– W eseju ogłoszonym zaraz po opublikowaniu książki o o Eichmannie Arendt pisała: Najlepsi będą ci, którzy tylko jedno wiedzą na pewno: że cokolwiek się wydarzy, jak długo będziemy żyć, będziemy musieli żyć ze swoim 'ja’ (Odpowiedzialność osobista w warunkach dyktatury, tłum. Wojciech Madej i Mieczysław Godyń). Mówiła o naszej odpowiedzialności w warunkach dyktatury – i jest to kolejny tekst, z którego lektury moglibyśmy wynieść dla siebie wiele korzyści, zwłaszcza teraz. Arendt nie zadowalała się stwierdzeniem, że nie można nic zrobić. Ci, którzy myślą samodzielnie (zdaniem Arendt rzadko dotyczy to filozofów czy polityków), pojmują moralne implikacje posłuszeństwa w kategoriach nie tylko abstrakcyjnych, ale także głęboko ludzkich: jak mogę żyć ze sobą, jeśli się na to godzę? Uważna lektura Eichmanna w Jerozolimie pozwala odkryć, że bardziej od banalności Eichmanna i jego radykalnej bezmyślności Arendt interesowali ludzie, którzy mówili „nie”: nie mogę żyć ze sobą, nie zgadzam się, protestuję. Innymi słowy, odrzucała podstawową zasadę tyranii i ideologii. Wybierający mniejsze zło bardzo szybko zapominają, iż wybrali zło – to inne słowa z eseju Odpowiedzialność osobista w warunkach dyktatury. Mary McCarthy zauważyła kiedyś, że jeżeli ktoś celuje w ciebie broń i mówi: zabij swojego przyjaciela, bo jak nie, to ja zabiję ciebie, to po prostu kusi cię i tyle. Dobrze powiedziane.
Ale jest też druga strona tej kwestii – i tu pojawia się kategoria zmiany. Chodzi o to, w jaki sposób nieposłuszeństwo łączy się z umową polityczną. Sam fakt, że jako zbiorowość zgadzamy się na prawa, zakłada zdaniem Arendt nie tylko możliwość, ale konieczność sprzeciwu. Innymi słowy, obywatelskie nieposłuszeństwo jest wpisane w umowę polityczną, i to jako jeden z jej fundamentów. Tak Arendt rozumiała aktywizm: nie jako próbę narzucenia nowej ideologii, lecz zbiorową odpowiedź na bezprawie i przemoc polityczną. Taki kolektywny odzew jest samą istotą zmiany. Dla Arendt każde nowe pokolenie niesie ze sobą możliwość nowego – a więc zmiany. Niektórym może się to wydawać przerażające (pomyślmy o środowiskach skrajnie prawicowych), a przecież w tym tkwi nasze zbawienie: w samym fakcie narodzin, w możliwości pojawienia się czegoś nowego, w zmianie. No i oczywiście w tym, co Arendt nazywa myśleniem. W każdym razie mam nadzieję, że w naszej epoce negacji i destrukcji to właśnie może nas uratować.
Przeczytaj też:
Hannah Arendt. Das Nachleben – Ewa Rzanna (PP 139–140/2016)
– Twoja książka zaczyna się od krótkiej „Noty o wyobraźni”, w której najpierw przytaczasz słowa, jakie Arendt skierowała do swoich studentów: „Myślicie własnymi myślami, czynicie to jednak wstawiając siebie na miejsce innego człowieka”, a następnie piszesz: „starałam się myśleć w taki sposób, że wstawiałam swoje myśli na miejsce Arendt”. Mogłabyś powiedzieć coś więcej?
– Arendt była wyśmienitą biografką – wystarczy przeczytać jej tom Ludzie w mrocznych czasach. Pisząc o czyimś życiu nieustannie stajemy przed pytaniem o charakterze moralnym: jak mogę uszanować godność mojego tematu? (Pisze o tym Lea Ypi w swojej nowej i świetnej książce Indignity). Kant i Arendt mieli na to odpowiedź: musimy nauczyć się wchodzić w umysły, życie i wyobraźnię innych. I to właśnie zrobiłam. Przyszło mi to bez trudu, ponieważ byłam tak pochłonięta twórczością Arendt, że jej słowa nieustannie krążyły mi po głowie. Trudniejsze wyzwania pojawiały się, gdy się z nią nie zgadzałam – na przykład w kwestii rasizmu w Ameryce, czy w związku z pewną niefrasobliwością dostrzegalną (moim zdaniem) w Eichmannie. Wtedy pojawiał się dysonans: myślałam z Arendt, ale i przeciwko niej. Mimo wszystko jednak jest to Arendt, miało to więc formę dialogu.
– W 2021 roku odwiedziłaś ateńskie Narodowe Muzeum Archeologiczne, aby przyjrzeć się stelom, które w 1955 roku podziwiała Arendt. Przyznam, że to mój ulubiony fragment książki. Czy są jakieś inne miejsca związane z Arendt, które chciałabyś odwiedzić?
– Dziękuję! To był rozdział, który najprzyjemniej mi się pisało. Było coś w tej wizycie w muzeum, co sprawiło, że wiele rzeczy, o których wcześniej myślałam, nagle połączyło się w jedno. Mam nadzieję, że Arendt nie miałaby nic przeciwko temu. Choć myślę, że z wszystkich miejsc najbardziej lubiła swój własny umysł! Warto zajrzeć do jej wierszy, które czerpią inspirację z późnego romantyzmu (i Heideggera) – o wiele lepiej oddają one znaczenie, jakie miał dla niej otaczający świat.
Z wielu powodów (nie tylko historycznych) żałuję, że nie odwiedziłam jej rodzinnego Królewca. Tam dorastała Arendt, oczywiście tam także urodził się Kant. Po wojnie, jak dobrze wiemy, miasto stało się częścią Związku Radzieckiego. Gdy tylko podpisałam umowę na książkę, zaczęłam planować podróż; nawiasem mówiąc, w planach miałam również wyjazd do Warszawy, w której nigdy nie byłam. Perspektywa takiej podróży była bardzo ekscytująca. Chciałam przejść się słynnymi mostami miasta, poznać jego wielowątkową historię, zastanowić się nad długiem Arendt wobec Kanta – a przy okazji zobaczyć sosnowe lasy, szerokie plaże, Bałtyk, przemysł bursztynniczy. Potem był COVID-19, a gdy zniesiono ograniczenia w podróżowaniu, Rosja najechała Ukrainę. Z wyjazdu nic nie wyszło. Czułam smutek i rozczarowanie. Po raz kolejny okazało się, że nadal jesteśmy częścią historii – historii rasizmu, imperializmu, przemocy – którą Arendt starała się zrozumieć i której stawiała opór przez całe życie.
przetłumaczył Jacek Gutorow
Artykuł zostanie opublikowany w nadchodzącym (193/194) numerze „Przeglądu Politycznego”.
