fbpx

Zazdrość i uprzedzenia. Kobiety w polskiej polityce i sferze publicznej | DIALOG 136/2021

Flagowy program informacyjny Telewizji Polskiej od czasu do czasu donosi, czego Polsce zazdroszczą Niemcy. Sama konstrukcja jest dość karkołomna, i zapewne tak samo prawdziwa, jak reszta materiałów w upartyjnionej telewizji publicznej. Czego Niemcom zazdrości większość Polaków, i że lista ta jest całkiem długa, można się tylko domyślać. Wiem natomiast, czego zazdroszczę ja. Czego, a raczej – kogo. Polska polityka wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby pojawił się w niej ktoś taki, jak Angela Merkel.

Osoba, ale i – kobieta. Angela Merkel jest wybitnym politykiem, zarówno w wymiarze krajowym jak i międzynarodowym. Ukształtowana w czasach, gdy kobiety stały nie tyle w drugim, co w trzecim szeregu, daleko za partyjnymi liderami, z konieczności uczyła się fachu od mężczyzn, w tym od swojego mentora, wydawałoby się ostatniego niemieckiego męża stanu, Helmuta Kohla.

Gdy sześć lat temu kryzys migracyjny wybuchł Europie w rękach niczym odbezpieczony granat, a Grecja tonęła nie tylko pod falą uchodźców ale i w kryzysie finansowym, pisałam w korespondencji dla „Tygodnika Powszechnego” z pierwszych dni po referendum, od którego wyniku zależała przyszłość Grecji w UE (tak przynajmniej przedstawiał to rząd w Atenach): „Plaża i słońce nie sprzyjają rozmowom o kryzysie, strefie euro i żądaniach pod adresem Greków. Ale od słowa do słowa wymieniam poglądy z parą Niemców. Są na Lesbos trzeci raz. To ich ulubiona wyspa. Bo spokojna, bardzo grecka i niezatłoczona. Wakacji spędzonych w Grecji nawet nie liczą. Wrócą, niezależnie od tego, czy w Grecji będzie się płacić w euro, czy w drachmach. „Nie powinniśmy ich z tym wszystkim zostawiać samych” – mówi Alice. „Z tym wszystkim?” – pytam. „Z bezrobociem, bankructwami, uchodźcami” – wylicza. Jej partner jest mniej wyrozumiały: europejscy podatnicy włożyli do greckiej kasy wystarczająco dużo. Najwięcej Niemcy. A w środę znów w greckich gazetach na pierwszych stronach swastyki i wygrażanie pięścią pod adresem kanclerz Merkel. „Większość naszych znajomych w tym roku zamieniła Grecję na Portugalię i Hiszpanię. Choć tam też nie lubią naszej Angeli” – mówi. Ale jego zdaniem, Angela Merkel robi dobrą robotę, pilnując unijnej kasy. „Jak się budżet nie zgadza, nie ma spokoju. Ani w domu, ani w państwie. Dlaczego w eurolandzie miałoby być inaczej? Musi być porządek!”.

Nie pamiętam, czy Alice i Hans byli wyborcami CDU. Nie pamiętam nawet, czy ich o to zapytałam. O „naszej Angeli” mówili z taką dumą, że chyba nie przyszło mi do głowy, że mogliby być wyborcami SPD albo Zielonych. To wtedy po raz pierwszy poczułam ukłucie zazdrości: że można być tak bardzo dumnym z przywódcy swojego kraju.

To nie jest laudacja dla kończącej swoją misję kanclerz Niemiec. To raczej kontrapunkt do refleksji nad rolą kobiet w polskiej polityce, nad miejscem kobiet w przestrzeni publicznej.

Na pierwszy rzut oka nie jest źle, choć dobrze też nie. W ciągu ostatnich trzech dekad kobiety trzykrotnie były premierami: Hanna Suchocka (1992–1993), Ewa Kopacz (2014–2015), Beata Szydło (2015–2017); trzykrotnie – marszałkami Sejmu (Ewa Kopacz, Małgorzata Kidawa-Błońska, Elżbieta Witek). W Sejmie zasiada 130 posłanek, co stanowi około 28 procent ogólnej liczby posłów. Mało? W pierwszych, częściowo wolnych wyborach do Sejmu weszło jedynie 61 posłanek.

Polki, które jako jedne z pierwszych w XX wieku uzyskały pełnię praw obywatelskich, wyborczych i publicznych – mogły nie tylko głosować, ale być również wybierane do parlamentu – ciągle są „na dorobku”, jeśli chodzi o możliwość (bo nie o umiejętności czy predyspozycje tu chodzi) odgrywania znaczących ról w polityce. Jeśli zaś już trafiają na stanowiska, zarezerwowane dla pierwszego szeregu czy też z nim kojarzone, trudno oprzeć się wrażeniu, że dzieje się tak wyłącznie z woli mężczyzn, którzy – chwilowo – wolą stanąć w cieniu. Dotyczy to wszystkich formacji politycznych; choć trzeba też zauważyć, że w czasie rządów lewicy w ogóle kobiet do pierwszego szeregu nie dopuszczono. Tak było z wykreowaniem na stanowisko premiera Hanny Suchockiej. Wola Donalda Tuska wykreowała Ewę Kopacz – najpierw jako ministrę zdrowia (bardzo zresztą słabą), potem marszałkinię Sejmu, potem premierkę rządu. Jarosław Kaczyński najpierw wyniósł Beatę Szydło, dając jej wręcz nadzieję, że na stanowisku szefowej rządu się nie skończy, że być może będzie pierwszą Polką, która zostanie głową państwa, po czym, po dwóch latach, zmienił zdanie. Elżbieta Witek jako marszałkini Sejmu trwa i trwać będzie – bo wykonuje polecenia partyjnych przełożonych perfekcyjnie bezszelestnie. Julię Przyłębską, prezes Trybunału Konstytucyjnego, prezes PiS Jarosław Kaczyński nazywa swoim „odkryciem towarzyskim” i publicznie chwali za umiejętności kulinarne. Małgorzata Kidawa-Błońska została kandydatką Koalicji Obywatelskiej na urząd prezydenta chyba tylko dlatego, że żaden z mężczyzn nie chciał startować w wyborach, które – z przyczyn epidemiologicznych – stanęły pod znakiem zapytania. Falstart i restart wyścigu wyborczego, czyli przesunięcie wyborów z początku maja na koniec czerwca, zaowocowały kandydaturą Rafała Trzaskowskiego.

Angela Merkel przez dekadę obracała się w drugim, trzecim szeregu niemieckiej polityki. Dokładnie tam, gdzie ustawione są polskie polityczki, po które – od czasu do czasu i niezbyt często – sięgają partyjni przywódcy, by zamarkować równouprawnienie lub po prostu wykorzystać atut kobiecości (łagodzenie i ocieplanie wizerunku). Gdy przesunęła się do pierwszego szeregu, zrobiła to tak skutecznie, że na nowo określiła miejsce Niemiec na arenie międzynarodowej, umacniając ich pozycję w Unii Europejskiej i w świecie. Nie jest problemem, jak się wydaje, punkt wyjścia. Problemem jest to, że szklany sufit dla kobiet w Polsce, nie tylko w polityce, jest ustawiony dość nisko. Przebić go wydaje się w tej chwili niemożliwością. Można go jedynie ominąć, jeśli akurat zwierzchnik, przywódca, lider – oczywiście, mężczyzna – uzna to za korzystne. Kobiety w polskiej polityce są raczej przedmiotem niż podmiotem. Niezależnie od tego, jakie sprawują stanowisko.

Gdy jesienią 2020 roku Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej, którego legalność jest co najmniej kontrowersyjna, orzekł o niekonstytucyjności niektórych przepisów ustawy antyaborcyjnej, co zawęziło możliwość legalnej aborcji jedynie do przypadków, w których ciąża bezpośrednio zagraża życiu matki lub jest rezultatem przestępstwa, na ulice miast – tych największych i tych całkiem niewielkich – wyszły setki tysięcy kobiet. Protesty trwały tygodniami, Strajk Kobiet był na fali wznoszącej, a wielu publicystów stawiało tezę, że gniew kobiet przeora polską politykę. Nic takiego się jednak nie stało. Być może Zjednoczona Prawica odcięła sobie możliwość zabiegania o młody elektorat. Być może w kolejnych wyborach kobiety w mniejszym niż dotąd odsetku zdecydują się zagłosować na partię Jarosława Kaczyńskiego. Jednak werdykt Trybunału Konstytucyjnego nie stał się gamechangerem. PiS (Zjednoczona Prawica) niezmiennie cieszy się najwyższym, nawet jeśli nieco falującym, poparciem. I nie widać radykalnego przesunięcia sympatii politycznych czy to w stronę ugrupowań liberalnych, czy – zwłaszcza – lewicowych.

Dlaczego? Czy przyczyną tego były zbyt radykalne hasła, wykrzykiwane i umieszczane na transparentach, z owym ikonicznym „WYPIERDALAĆ”, niesionym na przodzie największych warszawskich marszów? Czy też – nie można tego wykluczyć – liderki Strajku Kobiet zbyt gwałtownie chciały wedrzeć się na polityczny Parnas i rozdawać karty, organizując konferencje prasowe z wezwaniami rządu do dymisji i ogłaszaniem listy postulatów do natychmiastowego spełnienia; w tle była groźba protestu, jakiego świat nie widział, no i nie zobaczył, choć postulaty zostały, cóż – zignorowane. Komentatorzy z zaangażowanych po stronie opozycji mediów (to jeszcze jedna choroba polskiego życia publicznego: media stoją po dwóch stronach barykady, często najbardziej grzesząc brakiem krytycyzmu wobec strony, której sprzyjają) bezskutecznie podsuwali Polkom przykład Islandii, gdzie w 1975 roku ogólnonarodowy strajk kobiet sparaliżował cały kraj. Choć gniew i frustracja kobiet – i to niekoniecznie tylko opozycyjnych, zaangażowanych aktywistek – dosłownie wisiały w powietrzu, protest rozpłynął się częściowo w drugiej fali pandemii, częściowo – w przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia. Nie przyniósł ze sobą katharsis. Raczej – zmęczenie.

Przestrzeń publiczna, szczególnie polska polityka, od niemal dwudziestu lat definiuje permanentny, mniej lub bardziej zaostrzony konflikt. Być może jest to jedna z przyczyn, dla których kobietom tak trudno odnaleźć się i przebić do mainstreamu. Pragmatyzm i większa skłonność do rozwiązywania problemów niż generowania nowych to nie są cechy specjalnie poszukiwane na tym specyficznym „rynku pracy”, na którym decyzję o zatrudnieniu wydają wyborcy przy urnach. A już na pewno nie są to cechy ułatwiające karierę w partiach czy ruchach społecznych. I nie są to przymioty cenione przez media kreujące nowych – choćby chwilowych – bohaterów zbiorowej wyobraźni. Nie bez przyczyny na atencję dziennikarzy – bez względu na sympatie polityczne – zawsze mogła liczyć harcowniczka Krystyna Pawłowicz (do niedawna posłanka PiS, obecnie sędzia Trybunału Konstytucyjnego). Jej dalekie od wyważenia komentarze zamieszczane w mediach społecznościowych przyciągały klikalność i oglądalność. Dobrze się sprzedawały, w przeciwieństwie do spokoju i umiarkowania. W przeciwieństwie do klasycznie rozumianej kobiecości, która daje poczucie stabilizacji. Porządkuje rzeczywistość. Nie wszczyna wojen. Przynajmniej tych niekoniecznych.

Czy jest szansa, że w przestrzeni publicznej – takiej, jaka ona jest w tej chwili – kobiety zaczną być bardziej widoczne? Czas postpandemiczny, czyli, trzeba mieć nadzieję, niedaleka przyszłość, powinien sprzyjać pierwiastkowi kobiecemu. W końcu będzie przecież całkiem sporo pracy, a do tego kobiety zapraszane są zwykle bardzo chętnie. Nawet z rządu Zjednoczonej Prawicy, w którym udział kobiet jest najmniejszy od wielu lat, jeśli nie od dekad, dochodzą sygnały, że przy spodziewanej jesiennej, a być może i wcześniejszej rekonstrukcji w gabinecie Mateusza Morawieckiego – bo premier raczej rekonstrukcji podlegać nie będzie – znajdzie się więcej miejsc dla „naszych pań”. Tak, to protekcjonalizm, czyli nihil novi sub sole (nic nowego pod słońcem). Wzmocnienie udziału kobiet jest tym bardziej prawdopodobne i potrzebne partii Jarosława Kaczyńskiego, że powoli – bardzo powoli, ale nieuchronnie – zbliżać się będą wybory parlamentarne 2023. To zaś notorycznie czas ocieplania wizerunku i łagodzenia kantów. Albo, jak kto woli, kantowania wyborców.

Po drugiej stronie barykady, od Lewicy przez Koalicję Obywatelską, po Polskę 2050 Szymona Hołowni jest zresztą podobnie. Nie, nie tak samo. Podobnie. Udział kobiet w partiach czy ruchach lewicowych, liberalnych, demokratycznych, jest oczywiście znacząco większy niż w przypadku Zjednoczonej Prawicy, ale kto powiedziałby, że pełnią one samodzielną polityczną rolę (już nie mówiąc o potencjale oddziaływania na rzeczywistość), minąłby się z prawdą i to dość znacząco. Prawdopodobny scenariusz na najbliższe kilkanaście miesięcy, może nawet kilka lat? Kobiety będą coraz mocniej obecne w polityce i w życiu publicznym. W trzecim, może nawet drugim rzędzie. Czy znajdzie się wśród nich taka, która samodzielnie odważy się wyjść przed szereg? Przed pierwszy, oczywiście?

Małgorzata Solecka dziennikarka m.in. „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Newsweek Polska” i miesięcznika „Służba Zdrowia”, mieszka w Warszawie.

 

 

 

Artykuł ukazał się w Magazynie Polsko-Niemieckim
DIALOG (136/2021)