Węgry w czasie pandemii | Przegląd Polityczny 160/2020

Iwona Reichardt: W odpowiedzi na COVID-19 rządzący Węgrami Fidesz przyjął w kwietniu tego roku przepisy, które pozwalają, by wprowadzony stan wyjątkowy obowiązywał przez czas nieoznaczony, a premier Viktor Orbán mógł rządzić dekretami. Sprzeciwiająca się tym decyzjom opozycja została określona mianem szkodników. Czy na Węgrzech mamy już dyktaturę?

János Széky: Sytuację na Węgrzech określiłbym raczej mianem postkomunistycznego autorytaryzmu w stylu rosyjskim. A tak właściwie to mamy dzisiaj do czynienia z państwem kryminalnym. Czyniąc to porównanie zdaję sobie oczywiście sprawę, że Węgry mimo wszystko różnią się od Rosji Putina. Poczynania rządzących są mniej brutalne, operują też znacznie mniejszą machiną państwową. Orbán i jego najbliżsi współpracownicy mają w większości wykształcenie prawnicze, nie jest więc niczym zaskakującym, że obecny rząd w swoich antywolnościowych działaniach posługuje się przede wszystkim instrumentami prawnymi. Mówiąc słowami naszego wielkiego poety, Attili Józsefa, w ten sposób tortura jest bardziej wysublimowana.

Na Węgrzech nie ma więźniów politycznych, a sposób funkcjonowania policji charakteryzuje raczej nadmiar biurokracji niż przemoc. Pojawiają się oczywiście głosy o „mundurowym przejęciu” państwa, ale one na razie odnoszą się do wojskowych komisarzy w tzw. przedsiębiorstwach strategicznych. Sama armia węgierska jest zbyt słaba, by można było jej użyć jako narzędzia represji, a do tego – co równie ważne – jest to jeden z najbardziej proeuroatlantyckich elementów naszego systemu instytucjonalnego.

W instytucjach UE działania węgierskiego rządu są jednak odbierane z ogromnym niepokojem oraz otwartą krytyką m.in. przewodniczącego Donalda Tuska, a Platforma Obywatelska ostatecznie przyłączyła się do apelu o wyrzucenie Fideszu z Europejskiej Partii Ludowej. Działań w tym zakresie nie podjęła jednak niemiecka chadecja, a Orbán zdaje się nie przejmować krytyką unijnych dyplomatów, twierdząc, że walcząc z epidemią nie ma czasu na politykę. Jak ten stan rzeczy interpretuje węgierska opozycja? Czy istnieje obawa, że Węgry pożegnają się zarówno z demokracją, jak
i Unią Europejską?

– Opozycja demokratyczna na Węgrzech utknęła gdzieś pomiędzy nadzieją a desperacją. Jej przedstawiciele od dawna czekają na jakiś znak z Brukseli będący sygnałem, że Unia w końcu zrozumiała, czym naprawdę są rządy Orbána. Niestety, bezskutecznie.

Jeśli chodzi o samą demokrację, to na Węgrzech zawsze jej było za mało. Problem ten istnieje od 1989 roku i wynika z dwóch wzajemnie się przenikających powodów. Po pierwsze, nasz system wyborczy pozwala na dość łatwe uzyskanie konstytucyjnej większości, która wymaga tylko dwóch trzecich głosów, co prowadzi do zjawiska, które określam jako dwubiegunową, „domową zimną wojnę”. Drugim problemem jest ogromna liczba aktów prawnych, które wymagają poparcia konstytucyjnej większości, co w przeszłości wielokrotnie prowadziło do politycznego paraliżu. Dlatego właśnie pozyskanie i utrzymanie takiej większości stało się tak niezwykle pożądane przez rządzących.

Co zaś się tyczy Unii Europejskiej, to faktycznie od dłuższego już czasu istnieje obawa, że Fidesz będzie chciał opuścić wspólnotę, ale jest to raczej scenariusz nierealny. W interesie rządu na pewno nie jest odcięcie się od worka europejskich pieniędzy czy też pozbawienie się możliwości stroszenia piórek na europejskiej scenie politycznej.

Znane jest powiedzenie „nie jest prawdziwym Węgrem ten, którego nie boli Trianon”. W tym roku, 4 czerwca, przypada setna rocznica podpisania tego traktatu przez Węgry. W retoryce rządowej cały rok 2020 jest określany jako rok Jedności Narodowej. Orbán szykował nawet ogromne i bardzo kosztowne uroczystości. Jak będą wyglądały te obchody w czasach pandemii i stanu
nadzwyczajnego?

– Przywołane słowa dobrze oddają zjawisko instrumentalizacji tzw. traumy Trianon, co wiąże się z utratą przez Królestwo Węgierskie 2/3 terytorium i około 30 procent etnicznie węgierskiej ludności na mocy podpisanego w 1920 roku traktatu pokojowego między Węgrami a państwami Ententy. Należy przy tym pamiętać, że w oficjalnej retoryce nie ma miejsca na czysty rewizjonizm. Z drugiej strony mamy tu do czynienia z typowym mechanizmem obronnym, polegającym przede wszystkim na wypieraniu traumy i przemilczaniu bolesnego doświadczenia. Mówię tu o sublimacji, mając na myśli freudowskie rozumienie tego słowa. Wracając jednak do „syndromu Trianon”, najboleśniejszą sprawą pozostaje oczywiście położenie etnicznych Węgrów mieszkających poza granicami naszego kraju. Rzeczywiście byli oni często ofiarami wymuszonej asymilacji, co dodatkowo wzmacniało nad Dunajem obawy, że „stracimy ich na zawsze”. Rewolucje roku 1989 i upadek dyktatury komunistycznej poniekąd osłabiły etniczno-narodowe napięcia, choć nie wyeliminowały ich całkowicie. Od pewnego czasu Orbán prowadzi politykę balansu: raz przedstawia się jako opiekun etnicznych Węgrów, poddanych opresji w państwach sąsiadujących z naszym krajem (taki przekaz kieruje do środowisk nacjonalistycznych na Węgrzech i, rzecz jasna, do mniejszości węgierskiej żyjącej poza granicami kraju), innym razem stara się z kolei pozyskać wsparcie ze strony środkowoeuropejskich populistów, którzy intensywnie angażują się w walkę z zachodnim liberalizmem.

Niemniej jednak już w styczniu tego roku niektórzy obserwatorzy węgierskiej polityki odnotowali, że Orbán zdaje się pomniejszać znaczenie rocznicy podpisania traktatu. Bez wątpienia władze wiedzą, że irredentyzm ma się całkiem dobrze na obrzeżach prawej strony sceny politycznej, a organizacja wielkich uroczystości państwowych, które miały mieć miejsce również poza granicami kraju, mogłaby doprowadzić do niekontrolowanego wybuchu narodowych resentymentów, a nawet sprzyjać jakieś prowokacji. Z tych, między innymi, powodów okazało się, że setna rocznica Traktatu w Trianon nie będzie już tak hojnie finansowana, jak to miało miejsce w przypadku upamiętnienia rewolucji 1956 roku czy obalenia komunizmu w 1989 roku. Tym samym nadworna historyczka rządu Orbána i „mistrzyni ceremonii wszelkich rocznic” Mária Schmidt nie będzie tym razem odpowiedzialna za obchody, a rok 2020 nie zostanie, jak proponował Jobbik, nazwany Rokiem Pamięci Trianon. Będziemy natomiast obchodzić Rok Jedności Narodowej, co oznacza jedność Węgrów ponad granicami. Poniekąd więc pandemia koronawirusa i związane z nią restrykcje społeczne i gospodarcze są dla Orbána politycznym zbawieniem. Inaczej byłby zapewne atakowany przez siły nacjonalistyczne, że węgierski płacz nad Trianon nie jest wystarczająco głośny, by usłyszeli go Rumuni, Serbowie i Słowacy.

Czy zatem zmiany w polityce historycznej, których dokonał Orban w ostatnich latach, zapowiadają powrót do rewizjonizmu epoki Horthyego?

– Nie powiedziałbym, żeby rewizjonizm admirała Miklósa Horthyego był dla Orbána drogowskazem politycznym. Irredentyzm okazał się wprawdzie największą siłą napędową węgierskiej polityki zagranicznej w latach 1920 –1944, co zresztą pchnęło Horthyego w objęcia Hitlera, ale dzisiaj taki rewizjonizm nie jest częścią polityki rządu węgierskiego. Nie oznacza to oczywiście, że elita polityczna nie zdaje sobie sprawy z siły populistycznego rewizjonizmu. Gdyby któremukolwiek z węgierskich polityków udało się odzyskać choć jeden kilometr kwadratowy „utraconego terytorium”, to na pewno jego popularność urosłaby niewyobrażalnie.

Ponieważ w tym zakresie najsłabszym ogniwem jest Ukraina, łatwo wytłumaczyć, dlaczego w 2014 roku, tuż po anektowaniu Krymu przez Federację Rosyjską, Orbán domagał się autonomii dla Zakarpacia (po węgiersku Kárpátalja). Terytorium to należało do Węgier do 1918 roku, a później było również jego częścią w latach 1939 –1944. Jednak etniczna argumentacja za jego autonomią jest dzisiaj wysoce wątpliwa, szczególnie jeśli odwołamy się do spisu ludności z 2001 roku, wedle którego zamieszkująca Zakarpacie mniejszość węgierska (Karpatorusini) stanowiła jedynie 12 procent, a której władze w Kijowie nie uznają za odrębną społeczność. Choć w społeczeństwie węgierskim mało kto dziś zastanawia się nad żądaniami z 2014 roku, pro-Orbánowskie „gadzinówki” chętnie do nich wracają, żerując w ten sposób na słabościach państwa ukraińskiego. Toteż gdy w 2017 roku nowa ukraińska ustawa o edukacji mocno ograniczyła prawo mniejszości do nauki szkolnej we własnym języku, co dotyczyło również Węgrów, odpowiedzią Budapesztu było nie ponowne żądanie autonomii dla Zakarpacia, lecz blokowanie aspiracji Ukrainy do udziału w różnych strukturach Unii Europejskiej i NATO.

Takie podejście trudno określić mianem irredentystycznego. Wracając jednak do Horthyego, tym, co moim zdaniem może fascynować Orbána w tej postaci, jest przede wszystkim jego niedemokratyczna władza (której nie mógł stracić przez żadne wybory), jak również stworzenie efektywnego modelu ustrojowego i gospodarczego w państwie, które w wyniku przegranej wojny zostało poniżone i terytorialnie okrojone. Co istotne, miało to miejsce przy jednoczesnym kontestowaniu liberalnego Zachodu i walki z komunizmem wewnątrz kraju. Prawdę powiedziawszy, są to nawet bardziej osiągnięcia premiera Istvána Bethlena, który stał na czele węgierskiego rządu w latach 1931–1941, niż samego regenta. Bethlen nie był jednak ani typem macho, ani wojskowym i był zdecydowanie zbyt ostry w swoich działaniach, byśmy mogli go dzisiaj idealizować. Kolejnym powodem, dla którego Orbán może chcieć rehabilitować czasy Horthyego, jest chęć pokazania, kto tu rządzi wszystkim i wszystkimi. Kiedy więc stawia się pomniki drugorzędnym autorom, którzy nie kryli swoich pronazistowskich sympatii, albo administracyjnie wprowadza się ich teksty do kanonu węgierskiej literatury (w tym również do kanonu lektur szkolnych), to – jak sądzę – celem taktycznym tych działań jest obrażenie, tu i teraz, liberalno-lewicowych środowisk, jak również danie im odczuć, kto ma władzę w kraju.

– Nie od dziś wiemy, że Węgrzy są bardzo podzieleni. Dzieli ich zarówno polityka historyczna, jak i bieżąca. Tych, których nie boli Trianon, boli brak debaty o udziale Węgrów w Holokauście. Boli ich również wykorzystywanie przez Orbána pandemii do zwiększania restrykcji. Jak po pandemii będzie wyglądał ich świat? Czy organizacje pozarządowe i środowiska antyreżimowe, których sytuacja już jest bardzo trudna, będą miały jeszcze jakąkolwiek rację bytu?

– Staram się nie formułować przepowiedni, ponieważ z reguły się nie sprawdzają. Ale jest czymś oczywistym, że po pandemii w naszej gospodarce nastąpi rodzaj przyspieszonej „naturalnej selekcji”, ponieważ rząd będzie pomagał jedynie tym firmom, które są na jego politycznych usługach. Ewentualnie poradzą sobie te, które posiadają odpowiednie środki i nie potrzebują zewnętrznej pomocy. Reszta zostanie zostawiona na pastwę losu. I nie chodzi tutaj jedynie o ludzi, którzy pracują w wielkich firmach i teraz stracą pracę, ale również o wiele tysięcy osób prowadzących działalność gospodarczą. Teraz przez pandemię wielu z nich utraci klientów i rynki zbytu. Nikt nie wie, co się z nimi stanie, ani jakie będą ich przyszłe decyzje wyborcze, co jest oczywiście odrębną kwestią. Bezprecedensowy kryzys ekonomiczny jest najprawdopodobniej nie do uniknięcia, a najgorsze jego żniwo jeszcze przed nami.

Orbán, jak mówiłem na początku naszej rozmowy, postrzega pandemię jako wyjątkową szansę na zwiększenie kontroli nad wszystkimi sferami życia. Wszystko po to, by w 2022 roku Fidesz mógł po raz kolejny spektakularnie wygrać wybory. Na razie te kalkulacje się sprawdzają.
Przetłumaczyła Iwona Reichardt

 

János Széky – węgierski publicysta, tłumacz, redaktor istniejącego od 1957 roku tygodnika „Élet és Irodalom” („Życie i Literatura”).
Iwona Reichardt – redaktorka „New Eastern Europe” oraz wykładowczyni uniwersytecka.

Artykuł ukazał się w 
160 nr Przeglądu Politycznego