fbpx

Przeciw okrucieństwu | PP 169/170

1. U OWIDIUSZA, w piętnastej księdze jego Metamorfoz (inaczej Przemian), w której poeta wykłada nauki Pitagorasa, jest słynny dwuwiersz, który mówi (podaję w dawniejszym, poetyckim przekładzie Brunona Kicińskiego):

Nieśmiertelną jest dusza, bo dawne
okrycie
Rzucając, bierze nowe, a z niem nowe
życie.

Naukę o metempsychozie (wędrówce dusz) nestor greckiej filozofii wziąć miał od Egipcjan, tych zaś, być może, zapoznali z nią Indusi. Są to zresztą sprawy ginące w odmętach dziejów i nie sposób powiedzieć na pewno, kto czyim był nauczycielem. Pewne jest jedno, że Pitagoras, największy może umysł swoich czasów, a z nim jego uczniowie przyjęli ją i potraktowali bardzo poważnie. Jednym z widocznych skutków studiowania, a i praktykowania tej nauki, była odmowa jedzenia mięsa. Przyczyna miała źródło etyczne, zachodziło ryzyko zjedzenia kogoś, kogo znało się w innym wcieleniu. W innej księdze tego poematu Owidiusz przywołuje historię Dryope, która z maleńkim synem na ręku udała się nad jezioro, a tam ujrzała kwiat lotosu, który zaraz zerwała. Wtem roślina zadrżała, a z gałązki popłynęła krew; okazało się, że była to zaklęta w kwiat nimfa Lotis, która uciekając przed zalotami Priapa przemieniła się w roślinę. Dryope poniosła karę: sama zmieniła się w drzewo. Ostatnie jej słowa były przestrogą-prośbą skierowaną do żegnających ją krewnych. Prośba dotyczyła jej dziecka:

Gdy będzie mogło mówić, niech matkę
powita,
Niech powie: «Matka moja w tem
drzewie ukryta».
Lecz stawy niech omija, kwiatów niech
nie zrywa, Bo może w każdem drzewie bóstwo się
ukrywa.

Można domniemywać, czy fragmenty te i tym podobne mówią coś o światopoglądzie rzymskiego poety. Ale nawet jeśli Owidiuszowi bliski był pitagoreizm lub też, mówiąc anachronicznie, „głęboka ekologia”, żył już w świecie, którego intelektualne fundamenty położył Sokrates, a który wkrótce wyda naukę chrześcijańską. Wiara w reinkarnację, właściwa i dziś wielu poglądom religijnym czy filozoficznym, i celebrowana w dużej części świata, na Zachodzie nie cieszyła się nigdy dobrą opinią. Św. Tomasz (co przejął i przyjął Kościół) nauczał, że dusza rozumna jest czymś właściwym jedynie człowiekowi. Inaczej myślał – zapewne pod wpływem Plutarcha i Porfiriusza, autora traktatu O wegetarianizmie – Michał z Montaigne, który zakwestionował przekonanie, jakoby przepaść dzieliła człowieka i zwierzę.

Autor Prób był naturalistą. Jeżeli zwierzęta i ludy niecywilizowane (u niego określenie to nie ma odcienia pejoratywnego) są szczęśliwe, to dlatego – twierdził – że żyją w stanie natury, nie w przestrzeni cywilizacji, która degeneruje. Zdaniem Montaigne’a zło prawdziwe, więc będące skutkiem nieczystych, sprzecznych z naturą intencji, właściwe jest tylko człowiekowi.

Anna Augustyniak, Między nami zwierzętami, słowo/obraz terytoria, Gdańsk, 2020.

Sama teologia nakazuje nam niejaką względem nich [tj. zwierząt] łaskawość – pisał Montaigne w eseju O okrucieństwiei zważywszy, iż ten sam pan pomieścił nas w tym tu pałacu ku swej służbie, i że, tak one, jak i my, należymy do jego domu, ma ona słuszność, zalecając nam niejaki ku nim szacunek i przywiązanie […] Winni jesteśmy sprawiedliwość ludziom, a łaskę i przychylność innym stworzeniom, które mogą jej potrzebować (przekład Boya). I w tym, i w następującym po nim eseju, najdłuższym z wszystkim pomieszczonych w Próbach, a zatytułowanym Apologia Rajmunda Sebond, Montaigne dowodził, że zwierzęta pod wieloma względami są ludziom równe, a pod niektórymi – wręcz ich przewyższają. Są tu zapewne, jak sugeruje Jerzy Kopania w studium o Michale z Montaigne (Kwartalnik Filozoficzny 2018-3), echa nauki Lutra, wedle którego istnieje nieskończona przepaść między absolutną doskonałością Boga a stanem człowieka. Im dalej nam do stwórcy, zdaje się mówić Montaigne, tym bliżej do innych jego stworzeń – wszak tak one, jak i my, należymy do jego domu. Krzywdzenie zwierząt jest zatem niczym krzywdzenie ludzi, a krzywdzenie ludzi jest wszak niedopuszczalne. Nie tylko w tym wyprzedził Montaigne swoją epokę (dość wymienić kwestię równouprawnienia płci czy kulturowego Innego); i nie tylko swoją epokę, bo chyba i w naszej ten szesnastowieczny szlachcic stanowiłby awangardę. Podczas gdy my, wierzący w postęp i w swą dziejową misję, wciąż nie potrafimy porozumieć się co do tego, czy zabijanie zwierząt zasługuje, czy też nie, na potępienie, Montaigne w XVI wieku pisał: Natury krwiożercze w stosunku do zwierząt objawiają się wrodzoną skłonność do okrucieństwa. Skoro w Rzymie oswojono się na widowiskach z mordowaniem bestyj, zabrano się do ludzi (O okrucieństwie).

2. Czym jest humanizm? Mnie najbardziej przekonuje definicja, wedle której człowiek jest nie tylko istotą racjonalną i mądrym gospodarzem środowiska, w którym żyje, ale też – chciałoby się rzec – najlepszą wersją samego siebie (homo optimus). Nie jest więc humanizm tożsamy z antropocentryzmem, który w człowieku widzi nie tylko centrum, ale i cel ostateczny, i którego źródeł upatrywać można w naukach sofistów (słynne słowa Protagorasa: człowiek jest miarą wszechrzeczy). W tym sensie głęboko humanistyczna jest książka poetycka Anny Augustyniak Między nami zwierzętami, która ukazała się nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria. Ukułbym na potrzeby takich lektur termin (per analogiam do innego, już tu wcześniej podanego) – „humanizm głęboki”. Przedmiotem tych wierszy jest bowiem namysł nad kondycją człowieka w najpaskudniejszej, najwstydliwszej i może najbardziej stabuizowanej z jej odmian: jako tego, który zabija nie dlatego, ze musi, ale dlatego że chce, bo czerpie z tego zmysłową przyjemność (dosłownie, gdyż chodzi tu o dopieszczanie zmysłu smaku). I to zabija na skalę przemysłową.

Nasza cywilizacja opiera się na
trwodze,
organicznej i granicznej,
wdech i wydech, wdech
i ostatnie tchnienie, kiedy ciało
przytomne stygnie w bólu
i przeobraża się w coś do żucia
i połykania.
Potem przemysłowo ustala się
termin przydatności do spożycia

(z wiersza o trawieniu)

Przypomina się Tadeusz Różewicz albo – ze współczesnych – Grzegorz Kwiatkowski. Lecz obok wnikliwej wiwisekcji owej machiny eksterminacyjnej, poezję Anny Augustyniak cechuje ponadto aktualność: to nieszczęście dzieje się teraz i dzieje się tu. Stąd krzyk rozpaczy, jaki rozdziera zebrane w książce wiersze. Mowa jest o zwierzętach, ale poetka nie pozostawia złudzeń: A piszę do was / o holokauście. Sterylne zakłady przetwórstwa i odrażające pseudohodowle są w istocie jednym i tym samym miejscem kaźni. I tu, i tu dokonuje się rzeczy, które nie mieszczą się w granicach wyobraźni – niewyobrażalne są warunki, niewyobrażalne są metody, niewyobrażalna jest skala.

Nie wierzę, że chodzi jedynie
o pieniądze,
że ludziom chodzi tylko
o pieniądze.
Trzeba mieć upodobanie
w cierpieniu
i chęć bycia obok
boleści w tak wielkim mrowiu
istnień

(z wiersza o fabrykach)

Wiersze te są przerażające (wybieram tu fragmenty mniej drastyczne); przerażające są nawet przypisy do nich, stanowiące zawsze ciekawy komentarz. W pierwszym odruchu chce się tę książkę zamknąć lub co najwyżej przekartkować i zapomnieć. Czyż nie jest powszechnie wiadome, że zwierzęta, które hodowane są w celach „masarskich” bądź na handel, cierpią? Tak, ale wiedzieć, a widzieć to są jednak dwie różne rzeczy, a wiersze te pozwalają właśnie zwizualizować te procedery i odczuć je niemal fizycznie; jest to przeżycie nieprzyjemne, ale bardzo potrzebne, można by wręcz powiedzieć, że katartyczne. O tym trzeba pisać i trzeba pisać pięknie; tematy istnieją tylko wtedy, gdy stają się impulsem dla literatury.

Miarą stosunku człowieka do zwierząt jest język: wyraz „zwierzę” jest synonimem wszelkiej małości i nikczemności. Jak często, jak niesłusznie, jak krzywdząco zamiast „dzikość” czy „okrucieństwo” mówi się „zezwierzęcenie”. Czyżby zwierzęta nie miały większego prawa do używania w podobnych wypadkach wyrazu „zczłowieczenie”? Człowieka zasługującego na pogardę nazywamy bydlęciem, głupca – osłem, a pies, ten największy nieodstępny przyjaciel? Odpowiedzią na to – „psia krew”, „psia mać”, u Rosjan – „sukinsyn”; zamiast wdzięczności, wierność bierzemy za symbol najnikczemniejszej uniżoności i spodlenia. I jakże wreszcie wstrętną ta zachwaszczająca i judaizm, i chrześcijaństwo filozofia, według której zwierzę nie „umiera”, lecz „zdycha”. Oburzało to Schopenhauera. Niestety, nie wiemy, jak się wyrażał św. Franciszek z Asyżu o swoich braciach i siostrach zwierzęcych; czy one także „zdychały”?

Marian Zdziechowski

Tadeusz Sławek, w recenzji dla Gazety Wyborczej (16 kwietnia 2021 roku), podkreśla, że wiersze Augustyniak nie są prostym wezwaniem do wegetarianizmu (czy, dodajmy, do nic w istocie nieważącego współczucia dla cierpienia innych istot), lecz przestrogą przed popadaniem w mentalny bezruch i bezwład. Zbliżają nas też, na szczęście – wespół z innymi tekstami podejmującymi ten temat – do momentu, w którym „kwestii zwierzęcej” nie uda się już, jak niegdyś problemu niewolnictwa, ani uniknąć, ani zbagatelizować.

3. Wietnamski mnich Thich Nhat Hanh, wielki współczesny autorytet buddyjski, zaleca znaleźć zawód, który pozwala zarabiać pieniądze w sposób nie naruszający naszych ideałów – miłości i współczucia. Wykonywanie bowiem zawodu także może być wyrazem najgłębszego „ja”. Jest to w istocie, mimo pozoru naiwności, poważne i wielkie wezwanie do myślenia prawdziwie wspólnotowego, myślenia w kategoriach odpowiedzialności. Oto jest prawdziwa cywilizacja życia! Kiedy medytuję nad współzależnością wszystkich rzeczy – naucza Thich Nhat Hanh – dostrzegam, że rzeźnik nie jest jedyną osobą odpowiedzialną za zabijanie zwierząt. Możemy sądzić, że w przeciwieństwie do nas zarabia na życie niewłaściwie, lecz gdybyśmy nie jedli mięsa, rzeźnik nie musiałby wykonywać swojej pracy.

Jacek Hajduk (1982) – filolog klasyczny; ostatnio opublikował „Fantazje mimowolnego podróżnika” (2016), „W rejony mroku” (2017) i „Wolność słoneczna” (2020).

 

 

Artykuł ukazał się w:
Przegląd Polityczny 169/170 2021