fbpx

Polityk podszyty mistykiem | Rozmowa (PP 161/2020)

Szkic autorstwa Józefa Czapskiego

14 września 2000 roku zmarł Redaktor Jerzy Giedroyc, wraz z jego śmiercią ukazał się ostatni numer miesięcznika wydawanego od 1947 roku.

„Kultura” jest przede wszystkim zasługą jednego człowieka – Jerzego Giedroycia, człowieka mało znanego w Polsce, zanim powziął to ryzykowne przedsięwzięcie. Redaktor naczelny „Kultury” wywodzi się z książęcej rodziny litewskiej, której część uległa rusyfikacji, a część się spolonizowała. Należy on do gałęzi zrujnowanej w XIX wieku, w której zrezygnowano z używania tytułu, jak to wówczas bywało z chwilą, gdy trzeba było obrać zawód, choćby lekarza czy inżyniera. Giedroyc urodził się przed pierwszą wojną światową, dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Rosji i przeniósł się do Polski dopiero w kilka lat po rewolucji 1918 roku.

Konstanty A. Jeleński Udzielne księstwo na Maisons-Laffitte (PP142/2017)

 

Z Krzysztofem Pomianem, filozofem, historykiem, bliskim współpracownikiem Jerzego Giedroycia, rozmawia Anna Mateja

Anna Mateja: „Przyjechałem z Warszawy pełen uprzedzeń właściwych środowisku, z jakiego się wywodzę” – napisał Pan Profesor w książce sprzed dwóch dekad „W kręgu Giedroycia”, wspominając przyjazd do Francji wiosną 1973 roku. Zanosiło się na dłuższy pobyt nad Sekwaną, ale inaczej niż wielu polskich intelektualistów czy emigrantów nie odwiedził Pan Jerzego Giedroycia i redakcji „Kultury”. Dlaczego?

Krzysztof Pomian: Bo to nie był mój świat. Interesowało mnie, co ludzie tego środowiska mają do powiedzenia, czasami lektura miesięcznika okazywała się pobudzająca intelektualnie, ale żeby od razu umawiać się z Redaktorem na spotkanie… Nawiązaniu relacji nie sprzyjał też mój charakter, bo ja cenię dystans. Kiedy pojawiłem się w Paryżu, rozpoczynając projekt badawczy w Centre National de la Recherche Scientifique, poza ludźmi z kręgu zawodowego chciałem poznać trzy osoby – wszyscy to francuscy uczeni. Żadni polscy emigranci. Pierwszą był François Jacob – biolog, laureat Nagrody Nobla, którego książkę przetłumaczyłem na język polski. Drugą – Georges Dumézil, filolog, komparatysta, religioznawca, którego książkę też przetłumaczyłem na polski (ale nigdy się nie ukazała). Trzecią był matematyk – René Thom. O ile relacje z Jacobem i Dumézilem pozostały jedynie kurtuazyjne, o tyle z Thomem bardzo się zbliżyliśmy. Kilka lat chodziłem na jego seminarium, mamy nawet wspólną publikację.

Czym więc dla Pana – członka PZPR do 1966 roku i rewizjonisty, który wraz z m.in. Leszkiem Kołakowskim miał odwagę krytykować monopol partii i upominać się np. o wolność słowa i zrzeszania się – była „Kultura”? Jedną z wielu lektur?

Tak właśnie – jedną z wielu, na dodatek niespecjalnie regularną czy wyróżnioną albo formatywną. Przez większą część życia zawodowego w Polsce miałem bowiem dostęp do prasy zachodniej. Naturalnie słuchałem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Sięgałem więc i po Kulturę, ale moja postawa światopoglądowa była już wtedy ukształtowana. Formowała się w inny sposób i nie za sprawą pisma Jerzego Giedroycia.

Posiadanie, kolportowanie czy lektura „Kultury” dla wielu osób kończyło się skazaniem, nawet na kary pozbawienia wolności. Gdzie Pan mógł ją czytać?

Do 1968 roku w gabinecie dyrektora biblioteki Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Warszawskiego, z którym miałem dobre relacje, więc nie wiązało się to z jakimikolwiek trudnościami. Sytuacja skomplikowała się, kiedy stałem się Pędrkiem Wyrzutkiem…

Za niezależny sposób myślenia i w takim duchu prowadzone seminaria oraz poparcie protestów studenckich usunięto Pana w marcu 1968 roku ze stanowiska adiunkta Wydziału Filozoficznego UW.

Nie mnie jednego, jak wiadomo. Dostęp do Kultury zapewnił mi Tadeusz Kozanecki, starszy kolega ze studiów a wówczas dyrektor Biblioteki Sejmowej. Dziwne miejsce na taką lekturę, nieprawdaż? W ten sposób ja, wyrzucony z uniwersytetu rewizjonista, czytałem pismo Giedroycia w budynku Sejmu PRL. Kiedy Tadeusz otrzymywał nowy numer, telefonował do mnie z pytaniem: Krzysiu, może byś do mnie wpadł?. Oczywiście przychodziłem niezwłocznie, bo wiedziałem, o co chodzi. Na miejscu Tadeusz pracował, ja czytałem, a potem rozpoczynała się dyskusja o bieżącym numerze, bo mój przyjaciel koniecznie potrzebował interlokutora.

W 1971 roku, po odejściu z Zakładu Rękopisów Biblioteki Narodowej, gdzie znalazłem zatrudnienie po usunięciu z UW, zapisałem się do Związku Literatów Polskich. Zrobiłem to tylko po to, żeby mieć jakieś osadzenie instytucjonalne, ale dzięki temu zyskałem dostęp do czytelni Związku, gdzie udostępniano Kulturę. Egzemplarz otrzymywało się bez trudności, ale każdy czytelnik musiał się wpisać do specjalnego zeszytu. Zapytałem bibliotekarkę, dlaczego jest w nim tak mało nazwisk. Czemu tu się dziwić? – usłyszałem. Przecież ludzie się boją. Ja już nie miałem się czego bać. Czytanie Kultury było najmniej groźną aktywnością z tych, o które władza miała do mnie pretensje.

Nazwisko Pana Profesora, przypuszczam, nie było jednak obce Redaktorowi. Był Pan znanym publicystą tygodnika „Po prostu” – najważniejszego pisma politycznej odwilży, która doprowadziła do protestów społecznych w październiku 1956 roku. W Polsce zakończył się wtedy stalinizm. Wielu – także Giedroyc i „Kultura” – uwierzyli, że jest możliwa trwała demokratyzacja systemu.

Po prostu miało wielu, znacznie ważniejszych od mnie autorów. Gdybym kiedykolwiek zapytał Redaktora o moje teksty z tygodnika, dałbym dowód bezgranicznego egocentryzmu… Nie uważałem, że ludzie z kręgu Kultury mogą cokolwiek o mnie wiedzieć. Kiedy poznałem najpierw Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, potem Konstantego Jeleńskiego, a wreszcie Jerzego Giedroycia, szybko okazało się, jak fałszywe miałem o nich wyobrażenia. Wiedzieli chyba wszystko o tym, co robiłem w Polsce.

Mój dystans wobec Kultury miał jeszcze jedną przyczynę – niechęć do emigracji żołnierskiej, o której miałem niedobre wspomnienia z lat wojny.

„Komunistycznym bękartom lekarstw nie wydajemy” – usłyszała Pana mama w delegaturze Armii Polskiej w Semipałatyńsku, gdzie znaleźliście się w 1940 roku po wywiezieniu ze Lwowa. Pana ojciec, Stefan Purman, ps. Pomian, za krytykę czystek moskiewskich wykluczony z Komunistycznej Partii Polski, zmarł w łagrze.

Giedroyc i jego współpracownicy, choć związani podczas wojny z II Korpusem generała Władysława Andersa, nie ponosili za tamto wydarzenie żadnej odpowiedzialności. Wyciąganie daleko idących wniosków z tych słów było może nawet infantylne z mojej strony, ale na ogół tak już jest, że ludzie formują opinie na podstawie pojedynczych faktów. Moja pamięć nie pozwalała mi więc czuć wobec Kultury jakiejkolwiek przynależności.

Połączył Was Październik, a konkretnie konferencja „1956. Warszawa – Budapeszt”, zorganizowana przez Pana i Pierreʼa Kende w dwudziestą rocznicę rewolucji węgierskiej i polskiego Października.

Najpierw zadzwonił do mnie, choć nie znaliśmy się osobiście, Zygmunt Hertz z pytaniem, czy mógłbym pomóc w sprokurowaniu zaproszenia do Francji dla Adama Michnika od Jeanʼa-Paula Sartreʼa, co ułatwiłoby Adamowi otrzymanie paszportu. Mogłem i sprokurowałem, prosząc o pośrednictwo K.S. Karola, liczącego się wówczas polskiego dziennikarza urodzonego w Łodzi, publikującego po angielsku, francusku i włosku, który był blisko Sartreʼa. Michnik przyjechał na wspomnianą konferencję i wygłosił bardzo ważny tekst. Co wzbudziło zdumienie, mówił z otwartą przyłbicą, pod swoim nazwiskiem.

I tam pojawił się Jerzy Giedroyc. Wspaniały, majestatyczny.

Przeczytaj też: Sławomir M. Nowinowski Jerzy Giedroyc w 1946 (PP 142/2017)

Czyli jaki?

Do sali wszedł postawny mężczyzna, który mimo siedemdziesięciu lat wciąż był przystojny i robił wrażenie. Był w znakomitej formie fizycznej, chodził bez laski, stanowczym krokiem. Nie było w nim żadnej pozy. W ogóle był człowiekiem nieśmiałym, ale gdziekolwiek się pojawiał, nie sposób było go nie zauważyć. Wtedy oficjalnie go przywitaliśmy i zaprowadziliśmy do pierwszego rzędu, jak wcześniej Raymonda Arona. Był przecież jedną z wielkich postaci, które zaszczyciły konferencję obecnością.

Odkrycie, że jest mi bliżej do myślenia ludzi Kultury, niż mogłem przypuszczać, nie było jednorazowym wydarzeniem niczym nawrócenie Szawła na drodze do Damaszku. To był naturalny proces, który pogłębiał się np. podczas każdej naszej rozmowy z Kotem Jeleńskim. Używam liczby mnogiej, bo moja żona, Grażyna, była nieodłączna częścią kontaktów z Kulturą. Okazywało się, że świetnie się rozumiemy, mimo zdarzających się rozbieżności poglądów a nawet starć. Podobnie z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, z którym przegadałem wiele godzin (mój pierwszy tekst w Kulturze dotyczył właśnie jego pisarstwa).

W 1975 roku Giedroyc w liście do Leszka Kołakowskiego zauważył, że z Jeleńskim i Herlingiem się spotykam, ale z nim nie, bo widać jest dla mnie jeszcze za trefny. To nie było tak. Redaktor nie zdawał sobie sprawy, jak jest onieśmielający. Nie dlatego, że chciał taki być. Dystans pojawiał się mimowolnie, a wynikał chociażby z różnicy wieku. Nigdy więc, mimo bliskiej później współpracy, nie przeszliśmy na „ty” – takie spoufalenie nie przyszłoby mi nawet do głowy. Zwracałem się do niego: „panie redaktorze”, a on do mnie od pewnego momentu: „panie Krzysztofie”.

„Interesowali mnie Francuzi, im trzeba było tłumaczyć rzeczywistość w Polsce” – powiedział Pan Magdalenie Grochowskiej, autorce biografii „Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu”, wyjaśniając, dlaczego pisał Pan o Polsce do prasy francuskiej, a nie np. do „Kultury”.

Te teksty stały się ostatecznie moimi listami uwierzytelniającymi wobec Giedroycia. Muszę też zwrócić uwagę na pewną prawidłowość – krok po kroku stawałem się wówczas częścią nie tylko Kultury, ale kręgu towarzysko-politycznego-intelektualnego, istniejącego w Paryżu. To był Centre du Dialogue księży pallotynów i ks. Józef Sadzik, założyciel tej instytucji. Olga Scherer – pisarka i krytyczka literacka. Malarz Jan Lebenstein. Teresa Dzieduszycka, która współpracowała z Kulturą. Do tego kręgu zaliczali się też Katarzyna i Zbigniew Herbertowie oraz inne osoby z Polski, które pojawiły się w Paryżu po stanie wojennym, Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki podczas ich pobytów w Paryżu. I jeszcze wielu innych.

Giedroycia i Kulturę trzeba umiejscawiać w takim właśnie otoczeniu – kręgu ludzi o zbieżnych poglądach na wiele tematów, mocno ze sobą związanych, którzy lubili ze sobą przebywać. Bywał też między nami Giedroyc – na ile reżim pracy, w jakim funkcjonował, mu na to pozwalał. Musiał mnie już uznawać za osobę zaufaną, kiedy zadzwonił pewnego dnia z prośbą: Panie Krzysztofie, umówiłem się na spotkanie z dziennikarzem „Newsweeka”, a nie jestem dobry w angielskim. Poprosiłem już Kota o pomoc. Czy Pan również może przyjechać?”. I tak pojawiłem się w Maisons-Laffitte w charakterze anioła stróża.

Był Pan przy Redaktorze, kiedy dyskutowano komentarz na temat wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Powstał tekst nieomal histeryczny, w którym jest mowa m.in. o „gotowości odpowiedzenia przemocą na przemoc”. Za sprawą krwi, jak usłyszał od Redaktora obecny wówczas w Laficie Krzysztof Kozłowski z „Tygodnika Powszechnego”, miał powstać mit Solidarności, bez którego „Polska ugrzęźnie w błocie na całe pokolenia”. Dlaczego Redaktora zawiodła wówczas polityczna intuicja?

Od razu po ogłoszeniu stanu wojennego odbyło się w Maisons-Laffitte spotkanie, podczas którego doszło do spięcia między Zdzisławem Najderem i mną z jednej strony, a Giedroyciem i Herlingiem z drugiej. Oni uważali, że trzeba koniecznie działać, choćby zbrojnie, co było dla nas zupełnie nie do przyjęcia. Pierwszą wersję wstępniaka poddano zresztą bardzo radykalnym zmianom przed drukiem. Redaktor projektował też wywołanie – w solidarności z Polską – strajku generalnego we Francji. Było to nierealne.

Przywykliśmy już patrzeć na Redaktora, jak na pomnik – bezlitosny realista, który uczył nas myślenia. Tekst z 1982 roku pokazuje nam człowieka, bo widzimy, że on też się mylił. Mój tekst z Kultury, pt. 13 grudnia 1981 r., choć nieco spokojniejszy w tonie, też mi dzisiaj podnosi włos na głowie. Krótko po jego publikacji na korytarzu rozgłośni RFI spotkałem Stefana Kisielewskiego. Zrobił mi pranie mózgu na ten temat. Nie przyznawałem mu racji tylko dlatego, żeby nie triumfował za bardzo.

Przeczytaj też: Andrzej Mencwel, Iza Chruślińska W dziesiątą rocznicę śmierci Jerzego Giedroycia (PP 102/2010)

Okrągły Stół i wydarzenia roku 1989 są natomiast na łamach „Kultury” w ogóle nieobecne.

Po raz pierwszy przyjechaliśmy z Grażyną do Polski 12 września 1989 roku – w dzień wygłaszania exposé przez premiera Tadeusza Mazowieckiego. Po powrocie od razu zgłosiłem Redaktorowi chęć napisania tekstu redakcyjnego z poparciem dla Mazowieckiego i jego rządu, wyłączając ministrów spraw wewnętrznych i obrony narodowej, czyli Czesława Kiszczaka i Floriana Siwickiego. Ku mojemu zdziwieniu, Giedroyc się nie zgodził. Wracając do domu, doszliśmy z Grażyną do wniosku, że Redaktor za dobrze pamięta nadzieje łączone z odwilżą październikową. Swoje zaangażowanie i ból rozczarowania. Teraz zdecydował się dmuchać na zimne, czyli poczekać aż demokratyzacja systemu będzie na tyle głęboka, że zmiany będzie można uznać za nieodwracalne. I tak się stało. Gdy kilka miesięcy później premier Mazowiecki pojawił się w Paryżu, Giedroyc chętnie się z nim spotkał. Tadeusz, odpowiadając na pytanie mojej żony o temat rozmowy, skwitował dłuższą konwersację z Redaktorem sarkastycznym: Powiedział mi, jak mam rządzić państwem.

„Miałem skłonność do udzielania rad i sugestii, o które mnie nie proszono”, „jestem człowiekiem, który stara się walczyć do końca nawet wtedy, gdy sprawa jest przegrana”, , „nie chciałem mieć w »Kulturze« czegoś, na co bym nie miał żadnego wpływu”. Jeżeli Giedroyc był milczkiem, który działał na Pana onieśmielająco, w jaki sposób udało się Panu wydobyć z niego podczas rozmów, na podstawie których powstała „Autobiografia na cztery ręce”, tak szczere sądy na swój temat?

Te rozmowy przypominały wyciskanie z tuby stwardniałej pasty do zębów… Redaktor odpowiadał na pytania monosylabami, czasami pojawiało się kilka zdań. Niezwykle rzadko, kiedy uruchamiało jego pamięć jakieś nazwisko, opowieść mogła zająć stronę maszynopisu. W sumie nagrałem czterdzieści godzin rozmów, z których złożyłem książkę opowieści Giedroycia o sobie, bo na pewno nie mógł to być wywiad-rzeka, jak początkowo planował ks. Zenon Modzelewski, pomysłodawca przedsięwzięcia.

Po pierwszej turze rozmów, przeprowadzonych między majem 1990 a lutym 1991 roku wiedziałem, że pamięć Redaktora uruchamiają fakty, czyli pytania o konkretne osoby i zdarzenia. Tym tropem podążałem przez kilka miesięcy 1994 roku, kiedy miały miejsce kolejne rozmowy. Byłem wywiadowcą powściągliwym, który pewnych pytań, np. o życie prywatne, nie zadaje. Tych wątków jest w książce dokładnie tyle, ile Giedroyc raczył uwzględnić. Pierwsza wersja maszynopisu książki z poprawkami Redaktora jest wciąż u mnie w domu. Giedroyc usunął parę fragmentów, dość krytycznych, z uzasadnieniem: nie chcę źle mówić o ludziach. Ten egzemplarz i kasety z nagraniami rozmów przekażę Bibliotece Narodowej w Warszawie.

Co nie znaczy, że książka jest do rany przyłóż. Po jej ukazaniu się w 1994 roku polemik i dyskusji było na tyle dużo, że w kolejnym wydaniu Redaktor przyznaje: „pamięć ludzka jest zawodna (…) popełniłem pewną ilość błędów”.

Giedroyc był człowiekiem, któremu obca była małostkowość, również w relacjach z ludźmi. Kiedy po siedemdziesięciu latach przypominam sobie komentarz Tadeusza Kotarbińskiego do Etyki Nikomachejskiej o arystotelesowskim pojęciu megalopsycheia, czyli wielkoduszności albo wspaniałomyślności, Redaktor pojawia mi się jako znakomita egzemplifikacja tych pojęć.

Pamiętam Redaktora z wielu sytuacji, kiedy opadała z niego maska zimnego profesjonalisty, zajmującego się wyłącznie poważnymi sprawami. Choćby popołudnie w Laficie, kiedyś w latach osiemdziesiątych, z udziałem Sewka Blumsztajna śpiewającego piosenki ludowe i komsomolskie. Giedroyc uszczęśliwiony, śmiejący się do łez… Były też prywatne spotkania przy herbacie w niedzielne popołudnia. Redaktor miał co prawda przy sobie – jak zawsze – agendę w brązowych okładkach, a w niej sprawy do załatwienia czy tematy do napisania, ale atmosfera była jednak podwieczorkowa.

Dla mnie głęboko ludzkie były wspomnienia Giedroycia z Mosulu, opowiedziane w książce Barbary Toruńczyk „Rozmowy w Maisons-Laffitte”. W powrotach do klasztoru dominikanek francuskich czuje się tęsknotę za wyjściem na pustynię.

Niewiele się z Giedroycia zrozumie, jeśli zrobimy z niego postać jednowymiarową – człowieka czynu interweniującego w politykę – a zbagatelizujemy jego życie wewnętrzne. Niewielu – może wręcz tylko Józefa Czapskiego i ks. Sadzika – dopuszczał do tej sfery, stąd jest to kwestia tajemnicza, ale jednak istotna. Dopytywałem o sprawy duchowe podczas rozmów do autobiografii, ale uzyskiwałem tylko tyle, że mój rozmówca się zamykał. Nie mam więc pojęcia, jakie było poczucie religijne Giedroycia, ale wiem, że istniało, nawet jeśli nie było zbyt katolickie w sensie dyscypliny kościelnej. Istotę sprawy czuło się nie wprost, np. dzięki tytułom książek czytanych przez Redaktora. On sam nie chciał albo nie umiał o tym opowiedzieć. Do wyrażenia życia duchowego potrzeba przecież introspekcji i wypracowania języka, tymczasem Giedroyc mało zajmował się Jerzym Giedroyciem jako takim…

Wyliczył Pan kiedyś, że z „Kulturą” współpracowało pięć pokoleń Polaków, ale czytała ją garstka inteligencji. Dlaczego w opiniach Redaktora o swoim życiu czuje się pesymizm?

Może dlatego, że walka o umysły inteligencji, a tym była działalność w falansterze, jaki Redaktor stworzył pod Paryżem, ma to do siebie, że wyników raczej nie widać? Kiedy już coś udaje się zobaczyć, nie wiadomo, czy efekty można uogólniać albo wiązać z naszymi zmaganiami. Nigdy się nie dowiemy, jak jest naprawdę. Praca redaktora ma charakter w pewnym sensie wychowawczy, więc z natury rzeczy jest skazana na ustawiczne poczucie niespełnienia. Można bowiem nauczyć ludzi pisać, czytać i liczyć, czy nawet bardziej skomplikowanych umiejętności, ale w przypadku działalności Redaktora, Hertzów, Czapskiego, Jeleńskiego czy Herlinga-Grudzińskiego chodziło o coś znacznie większego, na dodatek trudno uchwytnego.

Przeczytaj też: Wacław A. Zbyszewski Zagubieni romantycy. Panegiryk-pamflet-próba nekrologu? (PP 77/2006)

Możemy powiedzieć, że polityka wschodnia Polski trwale się zmieniła, bo dzisiaj nikt nie kwestionuje niepodległości Ukrainy, Białorusi czy państw nadbałtyckich. Ale w ostatnich latach, m.in. po aneksji Krymu przez Rosję w 2014 roku, znowu stała się aktualna konieczność ułożenia stosunków z sąsiadami. Nasze umocowanie we wspólnocie europejskiej też wydawało się poza sporem, aż pojawiła się w 2015 rok koalicja rządząca, która stawia na konfrontację z instytucjami Unii Europejskiej. Lekcje już odrobione, jak się zdawało, stały się na powrót aktualne. Niestety. Nie dziwmy się więc chwilom rozczarowania, jakie nawiedzały Redaktora, kiedy obserwował współczesną sobie wolną Polskę bez pewności, czy zmiany w niej zaszłe są trwałe, a on może mieć poczucie, że wraz z innymi ludźmi Kultury przyczynił się do ich zajścia. Ludzie mają prawo do swoich czarnych godzin.

Giedroyc nigdy do kraju nie przyjechał. Ta nowa Polska nie bardzo mu się momentami podobała, jakby nie dostrzegał, że ona nie może być od razu, jak z jego marzeń.

W 1989 roku Giedroyc miał 83 lata i coraz mniej sprawnie się poruszał. Wyjechał z Polski dokładnie pół wieku wcześniej. Herling-Grudziński był 13 lat od niego młodszy, a nim trafił do łagru zdążył się jeszcze otrzeć o okupację niemiecką, więc wydawało się, że jego pierwszy przyjazd do Polski po kilku dekadach powinien być psychologicznie łatwiejszy. Nic z tego. Zobaczył inny kraj. Był lekko przerażony, trochę zagubiony. W Warszawie czuł się obco. Jego wrażenia przypominały wersy z Poematu dla dorosłych Adama Ważyka: Place się wiją jak kobry, domy się pysznią jak pawie/ dajcie mi stary kamyczek, niech się odnajdę w Warszawie. Konfrontacja pamięci z rzeczywistością jest trudna do przeżycia. Nie można więc oczekiwać od ludzi, zwłaszcza w pewnym wieku, by dokonywali skoków, przed którymi wzbrania się cała ich psychika. Co nie mniej ważne, Redaktor obawiał się manipulacji swoją osobą podczas ewentualnej wizyty w kraju, czemu nie byłby w stanie zapobiec.

Co ważnego stało się w Pana życiu za sprawą Giedroycia?

Samo znalezienie się w kręgu Kultury było czymś takim, po prostu. Na dodatek nie w roli obserwatora, ale uczestnika, dzięki czemu mogłem być przez Redaktora i jego ludzi kształtowany. Mogę nawet powiedzieć: edukowany, mimo że ta formacja rozpoczęła się, kiedy byłem już dojrzałym człowiekiem. Ale, jak mówią Francuzi: il n’est jamais trop tard pour bien faire – nigdy nie jest za późno na dobre uczynki

Ta rozmowa byłaby niekompletna, jeśli nie wrócę na koniec do Pana żony, zmarłej w 2019 roku Grażyny Pomian, autorki ważnej antologii „Kultury”.

Oraz wystawy „Kultura” i jej krąg, eksponowanej w Bibliotece Polskiej w Paryżu od grudnia 1986 roku do stycznia 1987 roku. Wszystko, co powiedziałem powyżej, należy czytać w liczbie mnogiej. Byliśmy, dyskutowaliśmy, zrobiliśmy… Ale wystawa była jej pomysłem, podobnie katalog. Była też kluczową osobą w komitecie, który doprowadził do otwarcia ekspozycji. Gdy mi powiedziała o swoim planie, najpierw pomyślałem o tych godzinach, które zamiast na pracę naukową, będę musiał wykroić na szukanie pieniędzy, a później gromadzenie eksponatów. Ale ja tak reaguję na wszystko, co mnie odciąga od mojej pracy zawodowej. Nie miałem jednak cienia wątpliwości, że to będzie ważna rzecz – pierwszy publicznie składany hołd Kulturze i jej ludziom.

Wiedzieliśmy, że czterdziestolecia wydania pierwszego numeru pisma nie możemy honorować w duchu jubileuszowo-rocznicowo-celebracyjnym, bo zostałoby to odebrane przez bezpośrednio zainteresowanych z zażenowaniem i przykrością. Zapewniliśmy również redakcję, że cokolwiek zorganizujemy, nie będzie to kosztowało pisma czy jego prenumeratorów ani franka. Odebrali to z wyraźną ulgą (przypuszczam, że nieraz stykali się z interesującymi pomysłami, za których realizację mieliby zapłacić). Zgromadzenie funduszy faktycznie łatwe nie było, ale ostatecznie okazało się wykonalne. W popłoch, wywołany obawą zniszczenia lub zagubienia, wprawiło mieszkańców Lafitu ogołocenie ścian domu z obrazów, wypożyczonych na wystawę, czy przegląd dokumentów z historii pisma, które po raz pierwszy miały być pokazane postronnym oczom. Ale warto było podjąć te zmagania – wystawa trafiała w punkt. Jej scenariusz był dużym zaskoczeniem dla ludzi Kultury, ale pozytywnym.

Jak Giedroyc zareagował na pomysł wystawy?

Sceptycznie, bo był to sposób działania z zupełnie nie jego repertuaru. Podczas wernisażu wydawał się wzruszony, ale starannie to maskował. Jakiś czas później Grażyna i ja otrzymaliśmy list od Józia Czapskiego z opisem sytuacji, której był świadkiem ich wspólny przyjaciel. Józio zaznaczył, że osoba ta znała Jerzego dłużej niż on, co pozwoliło nam przypuszczać, że chodziło prawdopodobnie o Władysława Żeleńskiego, przedwojennego prokuratora, który poznał Redaktora grubo przed 1939 rokiem. Otóż on właśnie zauważył, jak podczas wernisażowego przyjęcia Giedroyc chodził dookoła stołu. Nie częstował się ani nie pił. Nikt, rzecz jasna, nie miał odwagi do niego podejść. Tymczasem Redaktor krążył, powtarzając tylko od czasu do czasu: jeszcze tyle rzeczy było do zrobienia, tyle rzeczy do zrobienia….

Krzysztof Pomian (1934) – do 1968 roku był wykładowcą na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego, od 1973 r. – pracownik Narodowego Ośrodka Badań Naukowych w Paryżu, w latach 1999–2006 profesor w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor wielu książek, pisał m.in. o czasie, historii, kolekcjonerstwie i filozofii. Laureat wielu nagród, w tym Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Opracował książkę Jerzego Giedroycia „Autobiografia na cztery ręce” (1994).

Anna Mateja – dziennikarka, w latach 1996–2008 redaktorka „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Opublikowała m.in.: „Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza” (2012), „Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii” (2016), „Recepta na adrenalinę. Napoleon Cybulski i krakowska szkoła fizjologów” (2019).

Rozmowa ukazała się w 161 numerze Przeglądu Politycznego

„Kultura” w Przeglądzie Politycznym

DWIE DEKADY BEZ „KULTURY”
(PP 161/2020)
Sławomir M. Nowinowski Przesłanie „Kultury”
Józef Czapski, Jerzy Giedroyc Listy przez Atlantyk
Krzysztof Pomian, Anna Mateja Polityk podszyty mistykiem
Andrzej Franaszek „Tobie właściwie chodzi o zbawienie świata”
„KULTURA” GIEDROYCIA POWSTAŁA W RZYMIE
(PP 142/2017)
Konstanty A. Jeleński Udzielne księstwo na Maisons – Laffitte
Sławomir M. Nowinowski Jerzy Giedroyc w 1946
Andrzej Stanisław Kowalczyk „Kultura” narodziła się w Rzymie
Leopold Unger Fenomen „Kultury”
Rafał Stobiecki Jerzy Giedroyc – rzecz o samotności emigranta
Jacek Hajduk W cieniu Wezuwiusza
Andrzej Mencwel Oni dwaj, czyli trzecie mocarstwo
Magdalena Grochowska Filozof i król zadżumionych
Adam Lipszyc Racja milczenia. Józef Czapski, Ludwik Hering – korespondencja
POLSKA FORMA
(PP 102/2010)
Andrzej Mencwel, Iza Chruślińska W dziesiątą rocznicę śmierci Jerzego Giedroycia
STULECIE URODZIN JERZEGO GIEDROYCIA
(PP 77/2006)
Wacław A. Zbyszewski Zagubieni romantycy. Panegiryk-pamflet-próba nekrologu?
Bohdan Paczowski Bliskość daleka
Mikołaj Tyrchan Lekcje „Kultury”
INTELEKTUALISTA W MROCZNYCH CZASACH
(PP 70/2005)
Andrzej Stanisław Kowalczyk Dwaj redaktorzy. Jerzy Giedroyc – Mieczysław Grydzewski
Marek Styczyński Kiedy historia ma prawo się zdarzyć
Marcin Kula Intelektualiści za Gierka
LEKCJA KULTURY
(PP 51/2001)
Jerzy Giedroyc Najważniejsze będzie wyjście z zaścianka
Andrzej Mencwel Lekcja „Kultury”
Władysław Bartoszewski, Dzieło Giedroycia
Bronisław Geremek, Piotr Kłoczowski, Andrzej St. Kowalczyk,
Krzysztof Czyżewski, Wojciech Duda Krzysztof Pomian Redagowanie Polski
Leszek Szaruga Niezależność „Kultury”
Andrzej Koraszewski Interwencjonizm osobisty
Jerzy Pomianowski W kręgu polityki wschodniej
Andrzej Friszke Ćwiczenia z geopolityki
Bohdan Osadczuk, Basil Kerski, Zimnowojownik z Berlina