Początek końca ery Merkel | DIALOG 126/2019

Początek końca ery Merkel | DIALOG 126/2019

Angeli Merkel, która przekazała władzę w partii Annegret Kramp-Karrenbauer, udało się coś, czego przedtem nie zdołał jeszcze zrobić w CDU żadne mężczyzna, czyli przekazać ją w uporządkowany sposób, i to w ręce własnej faworytki.

Niewiele dni zasługuje na miano historycznych. Ale 7 grudnia 2018 z pewnością tak. Tego dnia Angela Merkel ostatecznie stała się w niemieckiej powojennej polityce wyjątkową postacią.
Patrząc historycznie, pochodząca z Templina polityk już wcześniej była wyjątkowa: zaczynając w 1990 roku jako „dziewczynka Kohla”, została najpierw w 2000 roku pierwszą w CDU kobietą – przewodniczącą partii, następnie w 2005 roku pierwszą kanclerz federalną. A po czwartym zwycięstwie wyborczym Angela Merkel, niegdyś wyśmiewana „rozwiedziona kobieta ze Wschodu” (Edmund Stoiber), już rok temu dołączyła w końcu do ligi Adenauera i Kohla. 13 lat w Urzędzie Kanclerskim, podczas których „przeżyła” trzech prezydentów USA, to w tych nadzwyczaj kryzysowych czasach osiągnięcie fizyczne i psychiczne, którego nie sposób przecenić.

W porównaniu z tym jej kariera w funkcji przewodniczącej CDU nie była tak wyczerpująca, jednak nie mniej imponująca w wymiarze czasowym. Angela Merkel była liderką partii przez 18 i pół roku – znacznie dłużej niż Adenauer (przez 15 i pół roku), a wyprzedza ją jedynie Helmut Kohl (25 lat). A wszystko to Merkel osiągnęła – w odróżnieniu od Kohla i Adenauera, i to kolejna wyjątkowość tej kariery – bez własnego zaplecza we wciąż jeszcze do szpiku kości zachodnioniemieckiej CDU.

W ciągu tych 18 lat w SPD wypaliło się aż dziesięciu (męskich) przewodniczących, zanim Andrea Nahles została dopuszczona do objęcia funkcji przewodniczącej partii jako pierwsza od 150 lat kobieta – a jednocześnie jako „Trümmerfrau” [to kobiety, które po II wojnie światowej odgruzowywały niemieckie miasta – przyp. tłum.] znajdującej się w opłakanym stanie SPD. Tymczasem Merkel, która przekazała władzę w partii Annegret Kramp-Karrenbauer, udało się coś, czego przedtem nie zdołał jeszcze zrobić w Unii żaden mężczyzna, czyli przekazać ją w uporządkowany sposób, i to w ręce własnej faworytki. Po 18 latach pod przywództwem kobiety, CDU po raz kolejny zdecydowała się na kobietę na czele partii – a tym samym najprawdopodobniej na kolejną kandydatkę na urząd kanclerza.

Angela Merkel podjęła – nawet jeśli w ostatniej chwili i pod ogromną presją ze strony konkurencji we własnej partii – suwerenną decyzję i sama zrezygnowała z kierowania partią. Na taki gest nie było stać Ani Konrada Adenauera, ani Helmuta Kohla. Tym samym Merkel pozostawiła partii decyzję o swoim następcy.

To, że w końcu wystarczy głosów dla Kramp-Karrenbauer, nie było od początku ustalone. Wręcz przeciwnie: dawni, niegdyś silni mężczyźni, których Merkel usunęła z drogi – od Wolfganga Schäublego przez Rolanda Kocha po Edmunda Stoibera – natychmiast próbowali przedstawić erę Merkel jako historyczny wypadek przy pracy i uczynić nowym przewodniczącym partii swojego człowieka, byłego przewodniczącego frakcji parlamentarnej CDU, Friedricha Merza. Ale Merz ze swoim słabym przemówieniem poniósł w końcu porażkę, głównie wskutek własnej arogancji oraz dobrej retoryki Annegret Kramp-Karrenbauer, która przeszła samą siebie.

W ten sposób Angela Merkel uregulowała swoje dziedzictwo wewnątrz partii. Natomiast to, jak będzie wyglądało jej dziedzictwo narodowe i międzynarodowe, jest jeszcze kwestią całkowicie otwartą. W przeciwieństwie bowiem do jej poprzedników, którzy mają wielkie zasługi na arenie krajowej i międzynarodowej w postaci integracji z Zachodem i pojednania z Francją (Konrad Adenauer) oraz przywrócenia jedności Niemiec (Helmut Kohl), nie jest jeszcze pewne, czy zapis o Angeli Merkel w księgach historycznych będzie pozytywny.

Podobnie jak w przypadku Helmuta Kohla, kanclerstwo Merkel dzieli się na część udaną i nieudaną. Helmut Kohl otrzymał i wykorzystał swoją drugą szansę dopiero w 1989 roku wraz z upadkiem muru berlińskiego, poczuł „wiatr historii” i został kanclerzem jedności, z kolei Merkel niezwykle udała się pierwsza część jej kanclerstwa. Od 2005 do 2013 roku doprowadziła CDU do poziomu ponad 40 procent, co pozwoliło szefowi CSU Horstowi Seehoferowi marzyć o absolutnej większości. Ale rok 2015 z ogromną falą migracji latem stał się dla Merkel wielką cezurą. Odtąd jej bilans krajowy jak i międzynarodowy był zagrożony.

Na szczeblu krajowym Merkel ze swoją słabo uzasadnioną polityką braku alternatyw stała się akuszerką Alternatywy dla Niemiec (AfD). Po ostatnich wyborach do landtagów w Bawarii i Hesji AfD, będąca w części partią skrajnie prawicową, ma silną reprezentację w Bundestagu, jak i we wszystkich parlamentach krajowych. CDU/CSU podąża w ten sposób drogą lewicy: od czasu powstania WASG (Alternatywa Wyborcza Praca i Sprawiedliwość Społeczna) i utworzenia Partii Lewicy w 2005 roku stara zachodnioniemiecka lewica została podzielona. Podział dotknął teraz również prawej strony partyjnego spektrum.

Polityka Merkel przynajmniej częściowo jest za to odpowiedzialna. Z jednej strony, dzięki modernizacji i fundamentalnej liberalizacji Unii udało się jej zmarginalizować SPD. Strategia CDU/CSU polegała przy tym na „asymetrycznej demobilizacji”: poprzez zmniejszanie różnic w stosunku do SPD, nie dawała tej partii szansy kształtowania własnego profilu.

Z drugiej strony, w ten sposób szeroko otworzyła przestrzeń po prawej stronie. Kanclerz dopuściła do tego, czemu wszyscy jej poprzednicy potrafili zapobiec. Konradowi Adenauerowi już w pierwszych kadencjach udało się wprowadzić do Unii prawicowe odłamy i tą drogą stworzyć warunki dla uzyskania w 1957 roku bezwzględnej większości. Następcy Adenauera, od Ludwiga Erharda po Helmuta Kohla, również utrzymywali nacjonalistyczną prawicę w ryzach, mimo że NPD prawie udało się wejść do Bundestagu w 1969 roku, po pierwszej wielkiej koalicji pod rządami Kurta Georga Kiesingera i Willy’ego Brandta.

Dopiero za Angeli Merkel wyłączność reprezentowania przez Unię prawicowego spektrum partyjnego dobiegła końca. W ten sposób awans AfD jest jeszcze czymś więcej: wyrazem fundamentalnego upadku partii ludowej jako modelu.

Do 2013 roku dotyczyło to tylko SPD. Jednak wraz z pojawieniem się AfD również Unia została zaatakowana u samych podstaw. 33 procent w wyborach do Bundestagu w 2017 roku to najsłabszy rezultat Unii od 1953 roku. Podobnie było z wynikami ostatnich wyborów do landtagu w Hesji. Tylko CSU w Bawarii z 37 procentami – pomimo ogromnych strat –nadal jednoznacznie zachowuje status partii ludowej. W rzeczywistości sama CDU, bez głosów CSU, utrzymuje się w sondażach na poziomie 21 do 22 procent, a więc jeszcze za Zielonymi.

Obie partie ludowe, CDU i SPD, są tym samym poważnie poturbowane. A to właśnie na ich sile opierała się zadziwiająca stabilność Republiki Federalnej. Ale nie oznacza to w żadnej mierze, że krajem nie da się rządzić, choć rządzenie stało się o wiele trudniejsze, jak pokazały już beznadziejne negocjacje w sprawie utworzenia koalicji określanej mianem „Jamajka” [ze względu na kolory flagi: czarny, żółty i zielony, przypisywane odpowiednio CDU/CSU, FDP i Zielonym – przyp. tłum.]. W ciągu najbliższych kilku lat, a może nawet miesięcy, musi stać się jasne, czy CDU będzie w stanie utrzymać swój status partii ludowej. Decydujące znaczenie będzie miał przyszły rok, zwłaszcza trzy wybory we wschodnich Niemczech jesienią przyszłego roku, w których AfD może się stać najsilniejszym ugrupowaniem.

Międzynarodowa spuścizna polityki zagranicznej Angeli Merkel jest jeszcze bardziej niepewna. Również w tym przypadku rok 2019 będzie miał prawdopodobnie kluczowe znaczenie. Wraz z brexitem pod koniec marca i wyborami europejskimi pod koniec maja wyjaśni się, czy w wyniku umacniania się anty-Europejczyków postępuje podział Unii Europejskiej. W tej chwili wiele za tym przemawia.

Pewne jest, że w czasie kryzysu uchodźczego, poprzez arbitralne działania i niedostateczną komunikację, kanclerz niepotrzebnie powiększyła przepaść dzielącą Niemcy i państwa Europy Środkowej i Wschodniej, co stanowiło zachętę dla prawicowego populizmu, zwłaszcza w państwach Grupy Wyszehradzkiej. Nieustannie była jednak poganiana katastrofalnymi atakami siostrzanej CSU. W ten sposób Merkel, całkowicie bezsilna z powodu słabych wyników wyborów, nie zdołała w ciągu ostatniego roku udzielić pozytywnej odpowiedzi na propozycje polityki europejskiej francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona. W rezultacie oś francusko-niemiecka została praktycznie wyeliminowana jako siła napędowa Europy.

W międzyczasie sam Macron znalazł się w kraju pod ogromną presją polityczną z powodu protestów „żółtych kamizelek”. Tym bardziej Angela Merkel powinna w najbliższych miesiącach przejąć wiodącą rolę w Europie, aby o dyskursie w nadchodzącej europejskiej kampanii wyborczej nie decydowali prawicowi i lewicowi populiści.

„Żadnych eksperymentów” – brzmiała zazwyczaj dewiza kanclerz w ciągu minionych 18 lat. „Myślenie o sprawach od końca” było maksymą Merkel – „fizyka władzy”. Zawsze działała dopiero wtedy, gdy już nie można było tego uniknąć i groziła utrata władzy: od odchodzenia od energii jądrowej do zniesienia obowiązkowej służby wojskowej.

Ale teraz Angela Merkel ma do czynienia z czymś przeciwnym: koniecznych jest „więcej eksperymentów”. Jeśli nie pomoże Macronowi i nielicznym pozostałym Europejczykom w UE, to Unii Europejskiej – a tym samym projektowi Monneta i Schumana, ale także Adenauera, Kohla i Merkel – grozi porażka. Tylko kanclerz jest w stanie jasno i wyraźnie zareagować na kryzys – ale być może już niedługo.

Wraz z porażką Friedricha Merza jej największy przeciwnik wprawdzie znów zniknął ze sceny, ale z nim jako jej przeciwnikiem w partyjnym przewodnictwie nie miałaby już pola manewru, byłaby klasyczną „lame duck” – dyżurnym kanclerzem. Po wyborze jej powierniczki Annegret Kramp-Karrenbauer sytuacja jest inna. Teraz zyskała czas, a przede wszystkim pole działania niezbędne do wysyłania jasnych europejskich sygnałów politycznych. Sygnałów, które będą wspierać poturbowanego Macrona i wzmocnią UE.

Jednakże jedno jest pewne: kanclerz nie ma już zbyt wiele czasu na uporządkowanie swojej spuścizny. Ponieważ wszystko zależy również od partnera koalicyjnego, SPD. A duża część tej partii naciska na opuszczenie niekochanej wielkiej koalicji. Także pod tym względem wybory europejskie będą miały prawdopodobnie decydujące znaczenie: jeśli SPD, jak wskazują sondaże, spadnie poniżej 15 procent i tym samym zmniejszy prawie o połowę swój ostatni wynik 27,3 procent w 2014 roku, presja wywierana na przywódców partyjnych, aby opuścić wielką koalicję, może w końcu przeważyć. Efektem tego byłby koniec kanclerstwa Angeli Merkel.

Ale wtedy Annegret Kramp-Karrenbauer jako przewodnicząca partii i prawdopodobnie kandydatka CDU/CSU na kanclerza zostałaby również zarządcą jej spuścizny. Dziedzictwo Merkel znalazłoby się ostatecznie w rękach „dziewczynki Merkel” jako jej następczyni. Utrata władzy przez kanclerz byłaby zakończona. Ten los spotykał przecież prędzej czy później każdego potentata.


Z niemieckiego przełożyła Elżbieta Michałowska

Albrecht von Lucke – politolog i prawnik, redaktor miesięcznika „Blätter für deutsche und internationale Politik”, autor wielu książek i stały komentator radiowy i telewizyjny.

Artykuł ukazał się w numerze 126 Magazynu Polsko – Niemieckiego DIALOG⇒