O demokracji w Ameryce | Alexis de Tocqueville

KSIĄŻKA, KTÓRĄ przedstawiam czytelnikowi, została napisana pod naciskiem jakiegoś religijnego lęku, powstałego w duszy autora na widok tej nieuchronnej rewolucji, która kroczy od tylu wieków przez wszelkie przeszkody i która jeszcze na naszych oczach postępuje naprzód wśród zniszczeń, będących jej własnym dziełem.

Nie musimy czekać na to, by Bóg sam przemówił, możemy bowiem odczytać niewątpliwe znaki jego woli. Wystarczy uważnie się przyjrzeć biegowi spraw świata i określić kierunek, w którym toczą się zdarzenia. Wiem, i Bóg nie musi sam mi o tym mówić, że gwiazdy biegną w przestworzach po szlakach wyznaczonych jego dłonią.

Gdyby długie badania i głębokie rozważania przekonały ludzi naszych czasów, iż stopniowy rozwój równości stanowi zarazem przeszłość i przyszłość historii wówczas to proste odkrycie pozwoliłoby im w rozwoju równości rozpoznać znaki woli bożej. Powstrzymywanie rozwoju demokracji nabrałoby wtedy znaczenia walki z samym Bogiem i narodom pozostawałoby tylko przyjęcie układu społecznego, narzuconego przez Opatrzność.

Narody chrześcijańskie przedstawiają dziś straszliwy obraz: prąd, który je unosi, jest już dostatecznie wartki, by nie można go było zawrócić, lecz jesz- cze nie tak silny, by nie mogły budzić się nadzieje, że uda się go opanować. Los tych narodów jest jeszcze w ich własnych rękach, lecz niebawem się z nich wymknie.

Wychowywanie demokracji, ożywianie, na ile to możliwe, jej przekonań, oczyszczanie jej obyczajów, panowanie nad jej odruchami, stopniowe zastępowanie jej niedoświadczenia przez znajomość spraw publicznych, a jej ślepych instynktów przez świadomość prawdziwych interesów, dostosowanie jej rządów do czasu i miejsca, zmienianie ich stosownie do okoliczności i ludzi – oto pierwszy spośród obowiązków nałożonych w naszych czasach na tych, którzy rządzą społeczeństwem.

Nowemu światu potrzebna jest nowa wiedza polityczna.

Ale o to właśnie nie dbamy. Umieszczeni pośrodku wartkiej rzeki, uporczywie zatrzymujemy wzrok na ruinach widocznych jeszcze na brzegu, podczas gdy prąd znosi nas ku otchłani.

W żadnym z krajów europejskich rewolucja, którą opisałem, nie zrobiła szybszych postępów niż u nas, ale jej rozwojem kierował zawsze przypadek.

Rządzący nigdy nie pomyśleli o tym, by się przygotować na jej przyjęcie, i dlatego dokonała się bez ich zgody i bez ich wiedzy. Najsilniejsze, najrozumniejsze i najbardziej moralne warstwy narodu nie próbowały nią zawładnąć i pokierować. Demokrację pozostawiono więc jej dzikim instynktom. Wzrosła jak dzieci pozbawione opieki rodzicielskiej, które wychowują się same na ulicach naszych miast, mając do czynienia tylko z nędzą i występkiem. Nie zdawano sobie jeszcze sprawy z jej istnienia, gdy niespodziewanie zagarnęła władzę. Wszyscy poddali się wtedy służalczo jej najdrobniejszym kaprysom. Uwielbiono ją jako bożka siły. Gdy potem osłabiły ją własne wybryki, prawodawcy, zamiast ją pouczyć i poprawić, powzięli nieostrożny zamiar zniszczenia jej. Nie chcąc uczyć jej rządzenia, marzyli tylko o tym, by ją od rządów odepchnąć.

W rezultacie nie nastąpiło konieczne przeobrażenie praw, idei, zwyczajów i obyczajów, dzięki któremu rewolucja demokratyczna dokonująca się w społeczeństwie mogłaby przynieść pożytek. Mamy więc demokrację pozbawioną tego wszystkiego, co mogło zmniejszyć jej ułomności i uwydatnić naturalne zalety. Tak też, widząc już zło, które rewolucja przynosi, nie znamy jeszcze dobra, które mogłaby przynieść.

Nowe społeczeństwo, które starałem się opisać i które chciałbym ocenić, dopiero się rodzi. Czas nie ukształtował jeszcze jego rysów. Ciągle trwa wielka rewolucja, która je powołała do życia, i jest niemal niepodobieństwem odróżnić to, co zniknie razem z samą rewolucją, od tego, co po niej zostanie.

Alexis de Tocqueville „O demokracji w Ameryce”, Fundacja Aletheia, 2005.

Świat, który powstaje, zawiera wiele jeszcze cech świata, który odszedł, i w owym wielkim pomieszaniu spraw ludzkich nikt nie potrafi powiedzieć, co pozostanie ze starych instytucji i dawnych obyczajów, a co zniknie.

Chociaż daleko jeszcze do końca rewolucji, która dokonuje się w układzie społecznym, w prawach, ideach i odczuciach ludzi, już w tej chwili jej rezultaty nie dają się porównać z niczym, co wydarzyło się dotąd na świecie. W całej historii, aż do starożytności, nie natrafiam na nic, co byłoby podobne do sytuacji, którą oto mam przed oczyma. Skoro zatem historia nie dostarcza wskazówek o tym, co czeka nas w przyszłości, zdani jesteśmy na błądzenie w ciemnościach.

A jednak w tym tak rozległym, tak nowym, tak niewyraźnym obrazie dostrzegam już kilka zaznaczających się z wolna głównych rysów.

Widzę oto, jak dobro i zło równo rozkłada się w całym świecie. Nikną wielkie majątki, rośnie liczba małych, mnożą się pragnienia i płynące z ich zaspokojenia przyjemności, nie ma już ani nadzwyczajnego bogactwa, ani nieodwołalnej nędzy. Ambicja stała się powszechną namiętnością, ale zniknęły wielkie ambicje. Jednostka jest odizolowana i słaba, społeczeństwo jest sprawne, przewidujące i silne. Poszczególni ludzie dokonują rzeczy drobnych, państwo – ogromnych.

Duch obywateli jest osłabiony, lecz panują łagodne obyczaje i ludzkie prawa. Mało jest wielkich poświęceń, wzniosłych, olśniewających i czystych cnót, lecz zwyczaje są umiarkowane i uregulowane, przemoc rzadka, zaś okrucieństwo prawie nie znane. Życie ludzi staje się dłuższe, a ich własność pewniejsza. Egzystencja pozbawiona jest przepychu, lecz jest łatwa i spokojna. Niewiele jest wyrafinowanych przyjemności, ale równie mało prymitywnych rozrywek, rzadkie są eleganckie maniery, lecz nieczęste brutalne upodobania. Nie ma ani wielkich mędrców, ani całkowicie ciemnych społeczeństw. Geniusz staje się rzadszy, ale powszechniejsze jest oświecenie. Umysł ludzki rozwija się dzięki połączonym wysiłkom wielu ludzi, a nie za sprawą potężnej woli kilku jednostek. W dziełach ludzkich jest mniej doskonałości, ale więcej pożytku. Rozluźniają się więzy rasowe, klasowe, patriotyczne – zacieśnia się wielki związek ludzkości.

Kiedy pośród tych różnych cech próbuję teraz znaleźć tę, która zda się najważniejsza i najlepiej widoczna, dochodzę do wniosku, że to samo zjawisko, które występuje w dziedzinie własności, odnaleźć można i w innych. Zacierają się prawie wszystkie krańcowości, prawie wszystko, co niezwykłe, ustępuje miejsca temu, co przeciętne, a co jest zarazem mniej wzniosłe i mniej niskie, mniej wspaniałe i mniej podłe od rzeczy, które dotąd widziano na świecie.

Patrzę na te nieprzebrane tłumy złożone z istot podobnych do siebie, z których żadna nie przekracza granic narzuconych wszystkim. To powszechne ujednolicenie zasmuca mnie i przejmuje obawą, i niemal skłonny jestem żałować społeczeństwa, którego już nie ma.

Kiedy na świecie żyli ludzie bardzo wielcy i bardzo mali, bardzo bogaci i bardzo biedni, bardzo uczeni i bardzo ciemni, mogłem, odwróciwszy wzrok od pozostałych, patrzeć tylko na tych pierwszych i radować się ich widokiem. Rozumiem jednak, że ta radość brała się ze słabości: ponieważ nie można jednocześnie widzieć wszystkiego, wybieramy sobie to, na co patrzymy chętnie. Człowiek nie jest podobny wszechmocnej i wiecznej Istocie, która widzi wszystko i która jednocześnie obejmuje cały rodzaj ludzki i każdego człowieka z osobna.

Wolno przypuszczać, że Stworzyciel i opiekun ludzkości wcale nie upodobał sobie wielkiego dobrobytu pewnej liczby ludzi, lecz możliwie najlepsze życie wszystkich. To, co mnie wydaje się dekadencją, w jego oczach jest postępem, to, co mnie boli, jemu się podoba. Równość nie jest może bardzo podniosła, lecz jest sprawiedliwa i ta sprawiedliwość stanowi o jej wielkości i o jej pięknie.

Usiłuję spojrzeć na świat z punktu widzenia Boga i stamtąd staram się rozważać i oceniać sprawy ludzkie.

Nikt na ziemi nie może jeszcze uznać w sposób bezwzględny i ogólny, że nowy układ społeczeństw przewyższa dawny. Widać już jednak, że jest od niego odmienny.

Pewne wady i zalety związane z układem społecznym narodów arystokratycznych są tak sprzeczne z duchem nowych społeczeństw, iż nie dałoby się ich tam odtworzyć. Istnieją również dobre skłonności i złe instynkty, które były obce tym pierwszym, a są naturalne u drugich. Istnieją idee związane ze sposobem myślenia arystokracji, odrzucane przez demokrację. Oba te społeczeństwa są jak dwie różne ludzkości, z których każda ma swoje zalety i ułomności, swoje dobro i zło.

Należy się więc wystrzegać oceniania rodzących się społeczeństw za pomocą idei zaczerpniętych z życia społeczeństw, których już nie ma. Byłoby to niesprawiedliwe, ponieważ te społeczeństwa tak różnią się między sobą, iż są nieporównywalne.

Nierozsądną rzeczą byłoby również domaganie się od ludzi naszych czasów, by przejawiali cnoty wynikające z układu społecznego przodków, albowiem tamten układ społeczny upadł, pociągając za sobą całe dobro i zło, które w sobie zawierał.

Wszelako ludzie nie rozumieją jeszcze tych spraw.

Wielu ludzi dokonuje wyboru spośród instytucji, poglądów i idei zrodzonych z arystokratycznej natury dawnego społeczeństwa. Chętnie porzucają niektóre z nich, inne natomiast chcieliby zachować w nowym świecie.

Myślę, że ludzie ci tracą czas i siły na szlachetne, lecz jałowe wysiłki.

Nie chodzi już o to, by utrzymać pewne korzyści płynące z nierównych możliwości, lecz o to, by umocnić nowe dobro, które może dać równość. Nie powinniśmy dążyć do upodobnienia się do przodków, lecz próbować osiągnąć tę wielkość i szczęście, które mają być naszym udziałem.

Dotarłem oto do końca mojej drogi i patrzę teraz z daleka na wszystko, co oglądałem idąc – i wypełnia mnie niepokój i nadzieja.


przetłumaczyli Barbara Janicka i Marcin Król

Publikowany tekst to fragment dzieła Alexisa de Tocqueville „O demokracji w Ameryce”, Fundacja Aletheia, 2005.