fbpx

Nowa mapa świata | PP 172/2022

24 lutego 2022 roku świat został podzielony na nowo. Agresja rosyjskich wojsk na Ukrainę to coś znacznie więcej niż eskalacja trwającego de facto od 2014 roku konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. To pierwszy pełnoskalowy konflikt zbrojny w Europie od zakończenia II wojny światowej. Również sceny oraz opowieści, jakie docierają do nas z terenów objętych działaniami wojennymi – choćby zdjęcia z obróconego w stertę gruzu półmilionowego Mariupola, relacje dotyczące gwałtów na ukraińskich kobietach i dzieciach, czy wreszcie obrazy z miejsc, w których Rosjanie w sposób systematyczny mordują ludność cywilną – otóż wszystkie one przywodzą na myśl straszliwy czas „historii spuszczonej z łańcucha”. Na naszych oczach Europa ponownie staje się miejscem, gdzie dokonuje się zbrodni wojennych.

Dlatego niezwykle ważne jest, abyśmy spróbowali uchwycić i właściwie zrozumieć sens oraz stawkę toczącej się za naszymi wschodnimi granicami wojny. Mamy bowiem do czynienia z tym, co amerykański historyk J.G.A. Pocock określił mianem historycznego „momentu” – z punktem zwrotnym; chwilą, od której zależą dalsze losy naszej wspólnoty politycznej, naszego kontynentu. Albo czeka go dalszy kryzys i ostateczny upadek, lub przeciwnie, odzyska energię i witalne siły.

Po 24 lutego 2022 roku nasze rozumienie świata oraz dotychczasowa polityka zachodnich przywódców okazuje się zwyczajnie nieadekwatna. Zastąpić muszą ją nowe zasady, nowe idee – podobnie jak w opisywanym przez Pococka „momencie Machiavellego”, kiedy w renesansowej Florencji wskutek dokonujących się przemian należało zakwestionować wszystkie niemal odziedziczone po wiekach średnich obiegowe prawdy na temat uprawiania polityki. Tego rodzaju momenty, choć nie oznaczają radykalnie nowego początku i zawsze zawierają w sobie możliwość czerpania z tradycji wcześniejszej myśli politycznej, stawiają pod znakiem zapytania utarte schematy działania oraz przyzwyczajenia. Powtarzają się również w historii co jakiś czas. Od tego, jak się w tego rodzaju momentach zachowamy, zależy często los państwa lub nawet całego kontynentu na kilka kolejnych pokoleń. Czas ulega swoistemu zagęszczeniu i niemal każda decyzja podjęta, gdy trwa rzeczony moment, może posiadać długofalowe skutki. Tak jest również z wyzwaniem, jakie stoi dzisiaj przed Polską i Europą. Jakąkolwiek pójdziemy drogą, nie obędzie się bez dalekosiężnych konsekwencji.

* * *

Aby zrozumieć naturę obecnego momentu, musimy określić charakter siły, która próbuje podważyć ukształtowany po 1989 roku porządek świata. Wytarte frazesy o odwiecznym imperializmie rosyjskim czy jej odrębności względem europejskich demokracji na niewiele się zdadzą. Należy podjąć próbę określenia istoty „putinizmu”, a więc nakreślić podstawowe punkty orientacyjne wyobraźni politycznej Władimira Putina.

Władcę stojącego na czele rosyjskiego państwa najprościej byłoby opisać jako homo sovieticusa i człowieka służb specjalnych. Wychowany w kulcie „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej” i radzieckiego triumfu nad nazizmem, przebywający pod koniec lat osiemdziesiątych w Dreźnie Putin był świadkiem upadku komunistycznej władzy w NRD oraz towarzyszącego temu procesowi szturmu dążących do demokracji Niemców na siedzibę Stasi. Być może za sprawą tych doświadczeń jednym z jego politycznych wzorów stał się Jurij Andropow – wieloletni szef KGB (1967–1982), a później na krótko również pierwszy sekretarz radzieckiej partii komunistycznej. Będąc ambasadorem ZSRR w Budapeszcie, Andropow w 1956 roku na własne oczy widział bunt Węgrów przeciwko totalitarnej władzy. Nabrał na tej podstawie przekonania, że jedynie twarda, odgórnie narzucona przez rządzących oraz utrzymywana dzięki działaniom służb dyscyplina może stanowić skuteczną tamę wobec wolnościowych aspiracji. Kluczowym narzędziem działania władzy miała być w tak pomyślanym systemie precyzyjnie wymierzona przeciwko wrogom przemoc.

Wydaje się, że przemyślenia Putina poszły w podobną stronę. Jeszcze zanim stanął na czele rosyjskiego państwa, dokładnie 20 grudnia 1999 roku, w tzw. „dzień czekisty”, Putin odsłonił na Łubiance, a więc w symbolicznym miejscu totalitarnego terroru, poświęconą Andropowowi tablicę pamiątkową. Przemoc starannie skalibrowana, na tyle skuteczna, aby wyeliminować zagrożenie (jak w przypadku Anny Politkowskiej, Siergieja Magnickiego czy Aleksandra Litwinienki), ale przy tym na tyle ograniczona, aby współpraca z Zachodem nie doznała szwanku, przez wiele lat stanowiła znak rozpoznawczy polityki Putina. Również działania zbrojne Moskwy, choć agresywne i zbrodnicze, przedstawiano jako mające zasadniczo ograniczony, lokalny charakter. Nowy rosyjski car dbał o to, by, jak mawiają specjaliści od geopolityki, „nie odgryźć więcej, niż był w stanie przerzuć”.

Twierdzenie, jakoby Władimir Putin trzymał zawsze rozwiązania siłowe „na krótkiej smyczy” i dopiero obecna wojna w Ukrainie stanowiła zerwanie z tą praktyką jest jednak zwyczajnie nieprawdziwe. W tym samym roku 1999, w którym jako premier w rządzie Borysa Jelcyna celebrował „dzień czekisty”, Putin wydał tajnym służbom rozkaz przeprowadzenia zamachów w Dagestanie. Odpowiedzialnością za nie obarczono Czeczeńców, a w odwecie dokonano w niepokornej republice „interwencji”. Mordercze bombardowania obróciły Grozny w szkielet miasta; według różnych szacunków śmierć poniosło wiele tysięcy ofiar cywilnych. Podobnych bombardowań dokona Putin również później, choćby w syryjskim Aleppo, udzielając wsparcia tyranowi i zbrodniarzowi wojennemu, Baszarowi al-Asadowi.

Ale dlaczego w lutym bieżącego roku obiektem rosyjskiej agresji w skali przekraczającej wszelkie poprzednie „dokonania” stało się państwo ukraińskie? Czy decydujące znaczenie miało jego położenie geograficzne? Na pewno tak, choć może bardziej niż geopolityka liczyła się ideologia, której wyraz dał sam Władimir Putin w artykule z lipca 2021 roku, w którym określał Ukrainę jako część tej samej historycznej i duchowej przestrzeni, co rosyjska, tym samym odmawiając jej prawa do suwerennej państwowości? Wydaje się, że obydwa względy – zarówno geopolityczna strategia, jak i ideologia – odegrały doniosłą rolę w decyzji o ataku. Odbudowa wielkiej, mocarstwowej Rosji; imperium, z którym bałaby się zadzierać każda potęga świata, musi zostać odzwierciedlona zarówno na mapie, jak i w ludzkich głowach.

* * *

Putin, co oczywiste, nie jest intelektualistą. Niemniej jednak putinizm czerpie garściami z dorobku niektórych myślicieli rosyjskiej tradycji politycznej. Choćby z idei Nikołaja Danilewskiego, dziewiętnastowiecznego filozofa, jednego z przedstawicieli tzw. drugiego pokolenia słowianofilów, pochowanego na Krymie. W swoim najważniejszym dziele zatytułowanym Rosja i Europa Danilewski stwierdzał, że Rosja jest zbyt wielka i zbyt potężna, by być tylko jednym z wielkich mocarstw europejskich. Jej dziejową misję stanowi więc nie połączenie się z Europą, lecz odwrotnie, przeciwstawienie się jej ekspansji poprzez budowę Związku Słowiańskiego. Słowianie tworzą jedną, spójną cywilizację, zdolną oprzeć się zachodniej hegemonii. Co więcej, jak pisał Danilewski, walka z Zachodem jest jedynym zbawiennym środkiem do wyleczenia naszej rosyjskiej kultury, jak i postępów pansłowiańskiego zbliżenia. W typowy dla rosyjskiej „wyobraźni” sposób skrajności stykają się tu ze sobą: erupcja wojennej przemocy okazuje się jednocześnie momentem duchowego połączenia tych, którzy prowadzą walkę przeciw egzystencjalnemu wrogowi. Danilewski nie stroni zresztą od tego rodzaju paradoksów. Jak w swojej książce poświęconej teoretycznym podstawom Putinowskiego systemu władzy zauważa Michel Eltchaninoff, w filozofii autora Rosji i Europy „etyczną odrębność” ludu rosyjskiego stanowi „jego osmoza ze swym przywódcą” tworząca dialektyczną rzeczywistość, nazwaną przezeń „zdyscyplinowanym entuzjazmem”, w którym doskonale uzupełniają się dowodzenie i totalna mobilizacja sił ludowych. Nic dziwnego, że dzieło Danilewskiego jest jedną z biblii dzisiejszych rosyjskich elit politycznych (cyt. za: M. Eltchaninoff, Co ma Putin w głowie?, przeł. A. Bilik, Warszawa 2015).

Podobny, jeżeli nie wyższy jeszcze status mają pisma Iwana Iljina, dwudziestowiecznego rosyjskiego emigranta i teoretyka władzy. Filozof kreśli w nich wizję narodowego dyktatora, który po upadku Związku Radzieckiego będzie musiał: (1) skrócić i powstrzymać chaos; (2) natychmiast rozpocząć dobór kadr oparty na wartościach; (3) przywrócić ład gospodarczy i pracowniczy; (4) obronić Rosję przed wrogami i złodziejami; (5) wprowadzić Rosję na drogę, która prowadzi do wolności, do wzrostu świadomości prawnej, do państwowej samorządności, wielkości i rozkwitu kultury narodowej (I. Iljin, O nadchodzącej dyktaturze, przeł. M. Bohun, Przegląd Polityczny nr 160).

Na pierwszy rzut oka zdania te nie tchną agresywnym faszyzmem, nie należy jednak mieć złudzeń. Podobnie jak w przypadku Carla Schmitta, również w wizji Iljina to dyktator suwerennego państwa posiada moc zawieszenia konstytucji, a nie – jak uznają zwolennicy ustrojów liberalnych – konstytucja ma moc ograniczania suwerenności władzy. Rosyjski filozof, którego dzieła Putin rozkazał ponownie wydać, a wysokim urzędnikom rosyjskim pilnie studiować, odrzucał zachodnie „formalne” demokracje. Marzył o demokratycznej dyktaturze, którą nie rządzi przyziemna arytmetyka (liczenie oddanych na poszczególnych kandydatów czy ugrupowania głosów w wyborach powszechnych), ale demokracja jakości, odpowiedzialności i służby. Na początku lat trzydziestych z podziwem przyglądał się Iljin rodzącemu się w Niemczech nazizmowi oraz panującemu we Włoszech faszyzmowi. Patriotyzm, wiara w tożsamość narodu niemieckiego i siłę geniuszu germańskiego, poczucie honoru, fakt gotowości poświęcenia własnej osoby, dyscyplina, świadomość społeczna, ponadklasowa jedność, braterska i narodowa. Ten duch tworzy treść tego ruchu. Płonie w sercu każdego szczerego nazisty, napina jego muskuły, dźwięczy w jego słowach i błyszczy w oczach. Wystarczy zobaczyć tę dyscyplinę, by zrozumieć sens tego, co się dzieje, i zapytać się: „Czy istnieje na ziemi naród, który odmówiłby stworzenia dla siebie ruchu takich rozmiarów i tego ducha?”. Jednym słowem, ten duch łączy niemiecki narodowy socjalizm z faszyzmem włoskim. I nie tylko z nim, ale także z duchem rosyjskiego ruchu białego (cyt. za: M. Eltchaninoff).

Silna, scentralizowana władza, wskazująca społeczeństwu kierunki rozwoju oraz gwarantująca jego ustawiczną mobilizację i duchową jedność to sama istota tej wizji. Podobnie jak Danilewski, również Iljin przeciwstawia Rosję Europie. Europejczyk – czytamy w tekście Przeciw Rosji – wychowany przez Rzym, w głębi duszy gardzi innymi narodami (w tym i europejskimi) i dąży do panowania nad nimi; za to wewnątrz państwa domaga się formalnej „wolności” i formalnej „demokracji”. Rosjanin zawsze cieszył się naturalną wolnością swej przestrzeni, wolnością bezpaństwowego bytu i zasiedlania i swobodą swojej wewnętrznej indywidualności. Zawsze dziwił się innym narodom, pełen dobrej woli zżywał się z nimi i nienawidził jedynie tych, którzy wtargnęli na jego ziemie jako ciemiężcy. Rosjanin ceni wolność ducha wyżej aniżeli formalną wolność nadaną przez prawo. I gdyby inne narody i narodziki nie niepokoiły go, nie przeszkadzały mu w spokojnym życiu – naród rosyjski nie chwytałby za broń i nie rwał się do władzy nad nimi. Poza oczywistym kłamstwem historycznym, negującym rolę Moskwy jako agresora w stosunkach międzynarodowych, przeciwstawienie Rosji Europie wybrzmiewa w cytowanym fragmencie szczególnie mocno. Zdaniem Iljina rosyjska kultura jest inna, swojska; również i dlatego, że mamy inną, specyficzną strukturę ducha. Mamy inne świątynie, inne nabożeństwa, inna jest nasza dobroć, odwaga, układy rodzinne; mamy inną literaturę, inną muzykę, teatr, malarstwo i taniec; odmienna jest nasza nauka, medycyna, inny jest nasz sąd, stosunek do przestępstwa, poczucie rangi, inny jest stosunek do naszych bohaterów, geniuszów, carów. Dlatego Europa nie zna Rosji ani nie potrafi jej zrozumieć. To, co nieznane, jest zawsze trochę straszne. A Rosja jest wielka liczebnością mieszkańców, wielkością swego terytorium, ilością swoich bogactw naturalnych. Coś wielkiego a nieznanego jest zawsze odczuwane jako wielkie zagrożenie. W efekcie to Zachód ze swoją nowoczesnością, katalogiem uniwersalnych praw człowieka i obywatela, konstytucjonalizmem i praworządnością – otóż to Zachód jest agresorem. Rosja musi natomiast bronić nie tylko swojego mocarstwowego statusu, ale również, a może nawet przede wszystkim swojej tożsamości i kultury, swojej odmienności i odrębności.

W tym duchu o Europie wypowiadał się również Konstantin Leontjew, dziewiętnastowieczny myśliciel nazywany czasami „rosyjskim Nietzschem”. Skojarzenie bynajmniej nie jest przypadkowe. Podobnie jak autor Woli mocy, także Leontjew z całym zdecydowaniem odrzucał chrześcijańskie moralizatorstwo oraz mieszczański pragmatyzm. Nie znosił parlamentaryzmu, równości, sekularyzacji i cywilizacji dobrobytu; chwalił arystokratyzm, wśród mas społecznych – dyscyplinę, pośród władców – wolę dominacji. Nowoczesna Europa przypominała pod jego piórem walec, który miał Rosję unicestwić, a następnie wchłonąć w siebie. Rosjanie powinni obawiać się, powinni być przerażeni, aby historia nas nie zwiodła i nie sprowadziła na tę drogę antykulturalną i nikczemną, czytamy w jego tekście o wymownym tytule Przeciętny Europejczyk jako broń powszechnego zniszczenia.

Poza tymi historycznymi odniesieniami, można również wskazać bardziej współczesnych myślicieli, którzy – odwołując się mniej lub bardziej otwarcie do autorów wspomnianych powyżej – wpłynęli na podstawowe rysy politycznej wyobraźni Władimira Putina oraz ukształtowanej przez niego ideologii rosyjskiego państwa. Choćby Lwa Gumilowa (1912 –1992), syna Nikołaja Gumilowa i Anny Achmatowej, który pisał o wspólnym przeznaczeniu ludów Eurazji językiem materialistycznego scjentyzmu. Władimir Putin otwarcie powoływał się na jego teorie w przemówieniu z 2012 roku. Zaostrza się konkurencja o surowce – mówił wówczas przedstawicielom rosyjskiego Zgromadzenia Federalnego. – Chcę was zapewnić, drodzy koledzy, i podkreślić, że ta konkurencja nie dotyczy wyłącznie metali, ropy naftowej i gazu, ale przede wszystkim zasobów ludzkich, intelektu. Niektórzy znajdą się na czele tego wyścigu. Inni pozostaną outsiderami i nieuchronnie utracą swą niepodległość. Będą zależni nie tylko od swego potencjału gospodarczego, ale przede wszystkim od woli każdego narodu, jego wewnętrznej energii – jak mówił Lew Gumiłow, od „passionarité”, zdolności do pójścia do przodu i dokonywania zmian. Rosja – dopowiedzmy tę wizję do końca – jest taką zdolnością obdarzona i w tym tkwi jej genetyczna wyższość nad innymi narodami.

Kategoriami wielkich cywilizacyjnych bloków, które ścierając się ze sobą, tworzą historię świata, posługuje się z kolei Aleksander Dugin – współczesny rosyjski geostrateg o aparycji prawosławnego mistyka. Czerpiąc garściami nie tylko z teorii Halforda Mackindera, ale również Carla Schmitta, Karla Haushofera czy Martina Heideggera, Dugin opisuje nowoczesny postęp technologiczny oraz rozszerzanie się standardów demokratycznych w skali planety w kategoriach nadejścia czasów Antychrysta. Jak przekonuje, liberalna globalizacja ciągnie Rosję w stronę przepaści rozwiązłości postmodernistycznej cnotliwości: zasady liberalnego globalizmu docierają coraz skuteczniej na poziomie podświadomości do przyzwyczajeń, reklamy, glamour, technologii, modeli sieci. Utrata tożsamości, nie tylko narodowej i kulturalnej, ale także seksualnej i wkrótce ludzkiej, stanie się niedługo powszechna. Odpowiedzią na to może być tylko konserwatywna kontrrewolucja oparta na mocnej kulturowej i religijnej tożsamości obszaru euroazjatyckiego.

W wyraźnie Duginowskim duchu wypowiadał się Putin choćby podczas telewizyjnej konferencji w roku 2013, gdy powiedział, że eurazjatycka integracja to szansa dla obszaru postsowieckiego, żeby stać się niezależnym centrum globalnego rozwoju, a nie peryferiami Azji i Europy. Na drodze do tak nakreślonego celu stała właśnie Ukraina, której uznanie jako suwerennego i niezależnego od Rosji narodu podważało konserwatywną utopię Putina u samych podstaw. Russkij mir może być tylko jeden, a Ukraińcy stanowią jego integralną część, co najwyżej zabarwioną pozbawionym politycznego znaczenia lokalnym folklorem. Kto się temu przeciwstawia, z definicji musi być nazistą.

* * *

Wzięte razem, wszystkie przytoczone wyżej koncepcje i idee sprawiają, że wojny w Ukrainie nie można traktować jako konfliktu o ograniczonej sile oddziaływania. To pierwszy w XXI wieku konflikt regionalny, którego reperkusje mają charakter globalny. W tym sensie wojna w Ukrainie zdaje się eskalacją zmagań mocarstw w zarysowującej się od jakiegoś już czasu rywalizacji o nowy porządek światowy.

Przy takim ujęciu sprawy analogie z okresem zimnej wojny narzucają się same. Również wówczas – jak współcześnie w Ukrainie – dochodziło przecież do wojen „gorących”. Także wtedy obawiano się eskalacji tradycyjnego konfliktu zbrojnego w wojnę nuklearną o potencjalnie apokaliptycznych skutkach. Podobnie jak dzisiaj, konflikt miał globalną skalę i rozgrywał się jednocześnie na wielu frontach. Nie popadając w nazbyt proste i zawsze zwodnicze historyczne analogie, spróbujmy wypunktować charakterystyczne cechy nowego światowego konfliktu, tak jak się on nam odsłania w obecnym momencie.

Dzisiejszym przeciwnikiem liberalnych demokracji są państwa autorytarne motywowane konserwatywno-nacjonalistyczną ideologią. Ani Rosji, ani Chin, mimo stosowanej przez oba reżimy brutalnych represji nie określiłbym na dzisiejszym etapie jako państwa totalitarne. Totalitaryzm rozumiem bowiem nie tylko jako pewien system sprawowania władzy, ale również stan społeczny polegający na radykalnej atomizacji obywateli i przeciwstawieniu każdego z osobna – jako jednostki i tylko jednostki – państwu. Wydaje się, że ani rządowi w Moskwie, ani w Pekinie nie udało się jak dotąd doprowadzić do takiego stanu rzeczy. Z tego, że obydwa reżimy są obecnie autorytarne nie wynika jednak, że nie mogą przejść w stadium totalitarne. Przeciwnie – nie widzę żadnych społecznych ani instytucjonalnych hamulców, które mogłyby skutecznie ograniczyć wolę Władimira Putina lub Xi Jinpinga w tym zakresie. Autorytarny charakter obydwu państw nie zmniejsza również w żaden sposób zagrożenia, jakie staje przed Zachodem.

Podobnie jak to miało miejsce w okresie zimnej wojny, nowy spór o kształt świata będzie toczył się na wielu frontach. Elementem rywalizacji mocarstw będą ekonomia, kultura, religia, nowoczesne technologie, surowce naturalne oraz wyznawane przez ludzi idee. Żadne działania rosyjskiego czy chińskiego kapitału nie mogą już być przez zachodnich przywódców traktowane z dotychczasową naiwnością, jako normalne działania biznesowe zainteresowanych jedynie zyskiem wschodnich inwestorów. Najlepszym tego przykładem pozostaje oczywiście rosyjska polityka uzależniania państw europejskich od dostaw surowców energetycznych. Na ekonomiczne wpływy Rosji oraz Chin na zachodnie gospodarki należy jednak patrzeć znacznie szerzej: szczególnie w obszarze nowych technologii, za pomocą których można zebrać gigantyczne ilości danych na temat preferencji i zachowań milionów obywateli w Europie i Stanach Zjednoczonych. Nie mamy podstaw by podejrzewać, że zgromadzona w ten sposób wiedza nie zostanie użyta do destrukcji zachodnich instytucji lub pogłębiania polaryzacji.

W nie mniejszym stopniu wojna w Ukrainie powinna wpłynąć na sposób, w jaki myślimy o toczących się w społeczeństwach Zachodu od wielu już dekad tzw. „wojnach kulturowych”. Nie jest przypadkiem, że po protestach w Rosji w 2012 roku Władimir Putin porzucił pro-zachodnie elementy swojej retoryki i dokonał jednoznacznego zwrotu w stronę „konserwatywnej utopii”. Dla wielu prawicowych europejskich intelektualistów jego krytyka „zachodniej dekadencji”, rzekoma obrona tradycyjnych wartości czy nacisk, jaki kładzie na narodową suwerenność, niewątpliwie brzmią atrakcyjnie. Jak w okresie zimnej wojny tzw. „pożytecznymi idiotami” Moskwy bywali głównie przedstawiciele marksistowskiej lewicy, tak obecnie najbardziej narażeni na odegranie tej roli są intelektualiści zainspirowanej ideami Carla Schmitta prawicy. Putinowska Rosja wydaje się całkiem rozległą „strefą wolną od ideologii LGBT”, co niewątpliwie przypada do gustu wielu zachodnim (w tym polskim) tradycjonalistom. Nie oznacza to jednak, że zachodnia lewica może spać spokojnie. Choćby jej antykolonialny język może zostać wykorzystany do rozmazania zarysowanego wskutek wojny w Ukrainie z taką jasnością moralnego podziału.

Również rola religii może okazać się tym razem odmienna niż w okresie zimnowojennym. Kiedy demokracje liberalne rywalizowały z reżimami komunistycznymi, religia spotykała się z tymi pierwszymi na gruncie praw człowieka. Stanowiła również cenne źródło krytyki właściwej marksistowskiemu racjonalizmowi pychy oraz prometejskiego z ducha przekonania o możliwości stworzenia doskonałego społeczeństwa. Tymczasem Putinowski autorytaryzm nie tylko nie represjonuje Kościoła prawosławnego, ale dokonuje zbliżenia tronu z ołtarzem podporządkowując w pełni cerkiew Kremlowi. Państwowa ideologia przedstawia Moskwę w roli strażniczki tradycyjnych, chrześcijańskich wartości, krytykując Zachód za jego rzekomy materializm i seksualne rozpasanie. A to dla coraz wyraźniej skłóconego z nowoczesnością Kościoła katolickiego może okazać się zbyt wielką pokusą, aby jednoznacznie opowiedzieć się po właściwej stronie. Jan Paweł II nazwał kiedyś Europę „cywilizacją śmierci”. Z ust papieża Franciszka nie padło podobne określenie na temat Rosji. Mówił za to o „szczekającym pod bramą wschodniego mocarstwa NATO”. Wszystko to każe przypuszczać, że moralną podstawą oporu wobec nowego autorytarnego wyzwania będzie etyka świecka, a nie ta zakorzeniona w doświadczeniu religijnym.

Ale rywalizacja będzie miała przede wszystkim charakter polityczny. Liderzy państw zachodnich będą musieli sprostać zadaniu utrzymania atlantyckiej i europejskiej jedności, którą w minionych miesiącach udało się stworzyć prezydentowi Stanów Zjednoczonych Joe Bidenowi. Bez zdecydowanego amerykańskiego wsparcia postawa wielu państw europejskich byłaby niewątpliwie mniej jednoznaczna, a podział na Europę obawiającą się Rosji oraz tą, która mimo wszystko skłonna byłaby się z nią układać – o wiele bardziej prawdopodobny. Nie należy zatem sądzić, że owa jedność jest nam dana raz na zawsze. Przeciwnie: rzeczą absolutnie kluczową jest to, aby stawić czoło obecnym w ramach samego Zachodu tendencjom proputinowskim. Mam przy tym na myśli nie tylko polityków finansowanych przez Moskwę, czego najlepszym przykładem pozostaje Marine Le Pen. Myślę również o przywódcach politycznych, którzy praktykują na co dzień putinizm w wersji light, zarówno w Warszawie, jak i w Budapeszcie.

* * *

Wiele przemawia więc za tym, że moment, w którym się obecnie znajdujemy ukształtuje porządek światowy na najbliższych kilkadziesiąt lat. W takiej perspektywie należy myśleć o wyłaniającej się za sprawą wojny w Ukrainie nowej mapie świata, zarówno w wymiarze geopolitycznym, jak i ideologicznym. Przed nami trudne lata. Rywalizacja mocarstw niesie ze sobą egzystencjonalne zagrożenie. Od zachodnich przywódców będzie ona wymagała zatem przede wszystkim wytrwałości w stawianiu mu czoła; od nas, zwykłych obywateli – gotowości do płacenia ceny za nasz kruchy i zawsze niedoskonały dar wolności. Absolutnie kluczowa będzie wola obrony instytucji politycznych zabezpieczających nasze prawa i swobody. Jednak nowy podział świata nie oznacza wyłącznie kryzysu globalnego porządku oraz wynikającego zeń poczucia niebezpieczeństwa. Stanowi również szansę ponownego ożywienia i odnowy liberalnej demokracji. Gdzie rośnie zagrożenie, tam rośnie też nadzieja. Na tym, jak sądzę, polega istota obecnego momentu.

Jan Tokarski

Artykuł ukazał się w:
Przegląd Polityczny 172/2022