fbpx

Martin Pollack: konstrukcja postpamięci

NORMALNI LUDZIE nie wiedzą, że wszystko jest możliwe – to krótkie zdanie napisał David Rousset, francuski dziennikarz i lewicowy aktywista, podczas wojny więzień Neuengamme i Buchenwaldu, który wytoczył w roku 1950 proces opiniotwórczemu paryskiemu pismu Les Lettres Françaises oraz jego redaktorowi naczelnemu Louisowi Aragonowi, stawiając zarzut negowania istnienia sowieckiego Gułagu. Proces ten ostatecznie wygrał, a zacytowane zdanie pochodzi zapewne z książki Rousseta L’univers concentrationnaire, opisującej świat hitlerowskich obozów koncentracyjnych.

Życie i pisarstwo Martina Pollacka potwierdzają na wiele sposobów prawdziwość maksymy Rousseta. Urodzony w maju 1944 roku w austriackim Bad Hall, Pollack jest synem Gerharda Basta, sturmbannführera SS i szefa Gestapo w Linzu, a następnie dowódcy grupy specjalnej, która zajmowała się likwidacją Żydów i innych osób uznanych za niepożądane na tyłach frontu, w tym również Polaków. W przeciwieństwie jednak do Niklasa Franka, urodzonego w roku 1939 syna generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich, który też długo borykał się z rodzinnym dziedzictwem, Pollack swojego ojca pamiętać nie mógł, gdyż Bast został zamordowany w roku 1947 na przełęczy Brenner podczas próby nielegalnego przekroczenia granicy włosko-austriackiej. Usynowiony przez męża matki, otrzymał jego nazwisko, a po maturze wybrał studia slawistyczne ze specjalnością polonistyczną, by ostatecznie zostać nie tylko dziennikarzem i pisarzem, lecz także wybitnym tłumaczem literatury polskiej i przyjacielem naszego kraju. Od Pollacka do Polaka istotnie niedaleko, choć Polack (Wasserpolack) to nie tyle Polak, ile Polaczek lub Polak pograniczny, „rozwodniony” pod wpływem niemieckim. Wbrew temu narzucającemu się skojarzeniu (wszak „wszystko jest możliwe”) Martin Pollack udowodnił swym pisarstwem, że w pełni zasłużył na honorowe obywatelstwo polskiej republicae litterarum, co poświadczają nagrody za znakomity dorobek przekładowy.

Martin Pollack, Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki, tłum. Karolina Niedenthal, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

Pierwszą książką austriackiego autora, jaka ukazała się po polsku, był zbiór esejów Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma, opublikowany w roku 2000 przez wydawnictwo Borussia w przekładzie Andrzeja Kopackiego. Wszystkie kolejne książki Pollacka do chwili obecnej wydało już Czarne, w tłumaczeniach Kopackiego lub Karoliny Niedenthal. W tym samym wydawnictwie ukazała się ponadto rozmowa z pisarzem zatytułowana Tropiciel złych historii, którą przeprowadziła Katarzyna Bielas. Jest to o Galicji, a właściwie o ubogich na ogół jej mieszkańcach, którzy na przełomie wieku XIX i XX masowo emigrowali do Stanów Zjednoczonych za chlebem. Pollack napisał jeszcze Cesarza Ameryki, lecz centrum jego pisarstwa i największym osiągnięciem jest bez wątpienia cykl czterech książek poświęconych w dużym stopniu jego rodzinie, w szczególności ojcu i krewnym ze strony ojca: Śmierć w bunkrze (2004, wyd. pol. 2006), Skażone krajobrazy (2014, wyd.pol.2014), Topografia pamięci (2016, wyd.pol.2017) oraz Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki (2019, wyd. pol.2020).

Punktem wyjścia tej rodzinnej sagi jest próba zmierzenia się z widmem – cieniem ojca, jak gdyby Pollack znalazł się na murach jakiegoś austriackiego Elsynoru – na przykład na górze w centrum Grazu – w roli Hamleta à rebours: to nie jego przyzywa ojcowska zjawa, lecz na odwrót, on sam próbuje ją przywołać i nadać – poprzez tekstową rekonstrukcję – trochę konkretności. Ci, których rodziny doznały traumy II wojny światowej i Szoa, często cierpią na syndrom postpamięci; niosą w psychice ciężar przeżyć poprzedniego pokolenia. Autor Śmierci w bunkrze, w dzieciństwie i wczesnej młodości otoczony konsekwentnym milczeniem na temat niedawnej historii, postanowił sobie postpamięć stworzyć na własną rękę, zbudować ją z dostępnych fragmentów rodzinnej przeszłości, aby najpierw, a właściwie jednocześnie, wywołać własną traumę i zarazem, dzięki pisaniu, z niej się wyzwolić.

W eseju Nieznajomy, mój ojciec, pomieszczonym w pierwszej części Topografii pamięci, Pollack wspomina moment, gdy nieoczekiwanie został skonfrontowany z człowiekiem nazwiskiem Gerhard Bast: Pamiętam dobrze, jaki byłem zdziwiony i wystraszony, kiedy matka pokazała mi pierwszy raz jego fotografię i powiedziała, że to mój prawdziwy ojciec. Działo się to w domu ojczyma, który zawsze traktował mnie jak własnego syna. Na zdjęciu mężczyzna w stroju do górskiej wspinaczki siedział na skale, a zanim rozciągała się wielka połać śniegu, może lodowiec. Szukałem w jego twarzy znajomych rysów, ale nie mogłem ich dostrzec. Dla mnie był nieznajomym mężczyzną. Nieznajomy, mój ojciec. Nic właściwie nie można było na to poradzić, a jednak pisarz postanowił podjąć wyzwanie tej obcości, świadomie zająć niejako pozycję Edypa, ryzykując przynajmniej część doświadczeń opisanych na różne sposoby przez Sofoklesa i Freuda: Ojciec pozostał mi obcy, ale przecież jest ojcem, muszę się przyznawać, czy mi się to podoba, czy nie. Przecież ojca się nie wybiera tak jak ubrania, można się go co najwyżej wyprzeć, także przed sobą samym. Można zamknąć oczy na rzeczywistość. Ale czy jest to wyjście z dylematu? Nie sądzę. Sądzę raczej, że z ojcem trzeba się zmierzyć, tak samo jak z historią, również wtedy, gdy może być dla nas niewygodna albo bolesna. Uczuciowe zbliżenie było oczywiście wykluczone – trudno zbliżyć się do nazisty, oficera SS, gestapowca, wielokrotnego mordercy. Można jednak starać się jak najwięcej o nim dowiedzieć, być może coś zrozumieć, ale ocena moralna pozostaje poza synowskim zasięgiem. Tę część tekstu Pollack zakończy jednoznaczną konkluzją: Porachunki z ojcem nigdy mnie nie interesowały, nie czuję się do tego uprawniony, nie mogę go osądzić, pozostawiam to innym.

Często musi upłynąć wiele lat, zanim będziemy gotowi mówić o swoich traumach. Wspomnienia, już pogrzebane, wyparte lub może również zapomniane, zupełnie nieoczekiwanie torują sobie nagle drogę i wypływają na powierzchnię, zdarza się, że bez wyraźnego powodu. Nierzadko można odnieść wrażenie, że niektórzy z nas tylko czekają, żeby ktoś zadał jakieś pytanie, dał odpowiedni impuls, i już zaczynają mówić, ujawniać różne szczegóły, nazwy, daty, dziwiąc się sami sobie, że to robią. Jak to możliwe, że nagle mi się to znowu przypomniało? I wcale nie dotyczy to tylko ofiar lub bezstronnych świadków, ale czasami również sprawców, którzy milczeli ze strachu przed pociągnięciem ich do odpowiedzialności. A bywało i tak, że to sprawcy stawali się ofiarami. To także mógł być powód, dla którego przerywali milczenie i dawali upust wspomnieniom – Martin Pollack.

Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem, Katarzyna Bielas, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.

W Śmierci w bunkrze, poświęconej przede wszystkim ojcu, chociaż na tle rodziny, pisarz powtarza gest matki wobec czytelnika, pokazując sobie i nam inną fotografię, której opis pozwala na zadanie kluczowego pytania: Na jednym zdjęciu ojciec stoi w rozległym polu, gdzieś daleko widać kawałek lasu. Sylwetka postaci wygląda jak wycięta z bezchmurnego nieba, nie sposób rozpoznać, co rośnie na polu, komonica czy rzepak; ojciec rozstawił nogi, założył ręce na plecach, wysunął podbródek, zapatrzył się w dal. Z całej figury, która zdaje się wyrastać z ziemi, bije stanowczość. Twardość. Nieprzystępność. Być może brutalność. Kiedy tak stoi, mógłby – gdyby go rozebrać i powiększyć do monstrualnych rozmiarów – uchodzić za jeden z posągów Josefa Thoraka lub Arno Brekera na berlińskim stadionie olimpijskim w 1936 roku. Zwycięzca. Czy przybrał tę pozę po aktorsku, dla fotografa, który naciskał spust migawki, czy też zdjęcie pokazuje go takim, jakim był naprawdę? Pisarz wie oczywiście, że prawdy się nie dowie. W zamykającym komentarz pytaniu można jednak wyczuć nadzieję, że być może poza sturmbannführera Basta po cywilnemu jest nadto koturnowa, zbyt teatralna w swoim podobieństwie do groteskowo heroicznych wytworów oficjalnej nazistowskiej sztuki. Może ta wystudiowana przesada nie wyraża ojca bez reszty, w odpychającej całości?

Podążając jego śladami po Trzeciej Rzeszy, GG i Słowacji, sporządzając rejestr przewinień i zbrodni, syn przywołuje również szczegóły, które nie mieszczą się w powstającym obrazie: Bast, potomek nadreńskich Niemców osiedlonych w enklawie Gottschee za czasów Franciszka Józefa, nieoczekiwanie nazywa miasteczko jego słoweńskim toponimem Kočevje, a inne miasto, miejsce pochodzenia dziadka, po niemiecku znane jako Tüffer, woli nazywać również po słoweńsku – Laško. Na wojenny urlop jedzie do Zagrzebia, gdzie spotyka się między innymi z żydowskim wedle ustaw norymberskich członkiem rodziny Guido Pristerem, bez zamiaru poddania go „ostatecznemu rozwiązaniu”. Wyczulenie na te detale zdradza zapewne pragnienie, by mimo wszystko jakoś ojca uczłowieczyć, sprawić, że nie będzie tylko potworem.

W dorastaniu Martina Pollacka wielką rolę odegrali rodzice ojca – dziadek i babcia, oboje zdeklarowani hitlerowcy, wielkoniemieccy nacjonaliści, po wojnie wciąż skrycie współczujący naszym biednym chłopcom z SS, wieszanym w Pradze za nogi na latarniach. Pisarz ze wzruszeniem wspomina przechadzki po lasach i polach, kiedy dziadek opowiadał o dawnych latach spędzonych w słoweńskiej Krainie: Wciąż powtarzały się opowiadania o przygodach myśliwskich w okolicach Gottschee, w tamtejszej puszczy, o potężnych bukach i czerwonych dębach, których nie mogło opasać dwóch mężczyzn, o głębokich krasowych grotach i dolinach […] czaiły się tam ranne od kuli dziki i inna zwierzyna, aby niespodziewanie wypaść z gąszczu na zbliżającego się łowcę, rzucić się wprost na „dziadzię”, który mógł zażegnać to niebezpieczeństwo jedynie oddając błyskawiczny, precyzyjnie wymierzony strzał […] Jeszcze dziś słyszę, jak naśladuje wycie wilków; wtedy przechodziły mnie lodowate ciarki. Maszerowaliśmy godzinami, wiele kilometrów, on zaś nie przestawał opowiadać w owym miękko brzmiącym, niemal śpiewnym dialekcie dolnostyryjskim, którego nie wyzbył się do końca życia. A był wielkim, krzepkim mężczyzną, niemającym w sobie nic miękkiego, o usposobieniu cholerycznym i popędliwym – nieokrzesaniec, którego niektórzy się bali. Dla mnie natomiast zawsze był dobry. Ten dobry człowiek zapisał się z własnej woli do NSDAP już w roku 1931, a podczas wojny został nawet honorowym esesmanem, żałując, że niestety nie przyznano mu jednocześnie stosownego munduru. Jak sobie poradzić z takim rozszczepieniem osoby niegdyś kochanej, jak połączyć chłopięce wspomnienia z wiedzą nabytą znacznie później?

Martin Pollack, Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji, tłum. Karolina Niedenthal, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

Jeszcze gorzej rzecz się miała z babcią, która doczekała studenckich czasów wnuka – roku 1968, czyli młodzieżowego buntu na wielką skalę. Nie pochwalała wyboru slawistyki, nalegała na germanistykę, co pozostawałoby mniej więcej w zgodzie z rodzinną tradycją. Młody człowiek jednak postawił na swoim i w ramach studiów spędził dwa lata w Warszawie, narażając babcię na dręczącą obawę, że wróci do Austrii z narzeczoną Polką, Słowianką niższej kategorii rasowej, lub, co gorsza, z Żydówką. Na wszelki wypadek zażądała więc, aby przyrzekł na pamięć ojca, iż nigdy czegoś podobnego się nie dopuści, bo w przeciwnym razie ona się go wyrzeknie. Nie mogła postąpić gorzej. Miałem wtedy 24 lata – pisze Pollack – byłem radykalnym lewicowcem […] prawdopodobnie człowiekiem niedojrzałym, na pewno zaś bezkrytycznym wobec siebie. Traktowałem własną osobę z niesłychaną powagą i zareagowałem patetycznym listem, w którym oświadczyłem, że zrywam stosunki z babcią […] Takie to było dla mnie proste. Niewykluczone, że zerwania nie dało się uniknąć, kiedy jednak dziś myślę o tym liście, czuję smutek i wstyd. Nie widziałem już babci przed jej śmiercią. Nie pisaliśmy też do siebie. Oboje zaciekle milczeliśmy. Przychodziło mi to z pewnością dużo łatwiej niż jej.

Kiedy po pięćdziesięciu latach Katarzyna Bielas wyrazi przypuszczenie: Rozumiem, że żałujesz zerwania kontaktów z babcią, pisarz odpowie: Bardzo. Później zdałem sobie sprawę, że bądź co bądź ona bardzo mnie kochała. Częściowo mnie wychowała, dużo dla mnie zrobiła, a ja – wiem, że zabrzmi to patetycznie – złamałem jej serce. W tej samej rozmowie wyzna, że właściwie wszyscy bez wyjątku członkowie jego rodziny byli przekonanymi nazistami, którzy nigdy nie wyrzekli się swoich poglądów, nie mówiąc już o wyrażeniu żalu, czy zrozumieniu politycznego i moralnego błędu. Dla Pollacka był to i pewnie nadal jest bolesny osobisty dylemat: dlaczego dobrzy ludzie są zarazem źli? I odwrotnie: dlaczego źli mogą być zarazem dobrzy? W pewnej chwili do głosu dochodzi desperacki fatalizm: Ojcowie nie wypuszczą nas ze swej uwięzi jakkolwiek byśmy się o to starali, chwycili nas mocno w swoje kleszcze, jednym ruchem, i trzymają tak, że nie sposób się uwolnić. Nasi ojcowie są bowiem częścią nas samych, tysiącem niewidzialnych nici jesteśmy z nimi nierozerwalnie związani. Można się co najwyżej na próżno starać. Całe życie.

Poszukiwanie wiedzy o ojcu i innych członkach rodziny, studia slawistyczne skupione na Europie Środkowo-Wschodniej i późniejsze wizyty na Ukrainie doprowadziły Pollacka do problemu, który, choć najrozleglejszy ze wszystkich poruszanych w jego pisarstwie, stał się tematem jego najszczuplejszej książki – Skażone krajobrazy, liczącej zaledwie około sto stron. Jest to esej poświęcony głównie ofiarom II wojny światowej – Szoa, eksterminacji Romów i Słowian oraz czystek etnicznych przeprowadzanych brutalnie przez różne strony konfliktów lokalnych, dodatkowo podsycanych przez powojenne zmiany granic. Autor porusza się w migawkowym trybie po całej niemal Europie, zwracając szczególną uwagę na dzisiejszą zachodnią Ukrainę, Słowenię, Polskę i Austrię – obszary znane mu najlepiej. Nie ma oczywiście żadnego sprawdzonego idiomu nadającego się do przedstawienia mordu na gigantyczną skalę. Ofiary tego mordu w znacznej mierze nie zostały nawet nazwane ani należycie pogrzebane na dobrze utrzymanych cmentarzach. Niektórych z nich, na przykład słoweńskich antykomunistów i „burżujów”, Włochów, przypomnianych również dojmująco przez Claudia Magrisa w powieści wydanej po polsku pod tytułem Postępowanie umorzone, czy niedobitków Niemców, wrzuconych do głębokich krasowych jaskiń Słowenii i Chorwacji, nigdy nie odnaleziono i nie policzono. Miejsca kaźni, nawet takie jak Treblinka czy Bełżec, gdzie łącznie zabito milion trzysta tysięcy Żydów, wyglądają dzisiaj przeważnie niepozornie i trudno doszukać się tam jakichkolwiek śladów zbrodni.

Oglądając liczne fotografie zwłok, Pollack zauważa: Co najmniej w tym samym stopniu przygnębiające są zdjęcia miejsc i krajobrazów, w których, jak wiemy albo sądzimy, że wiemy, zdarzyło się coś strasznego. Tymczasem oglądany krajobraz jest spokojny i przyjazny. Pozornie niewinny. Las, kawałek ugoru, zarośnięty wysoką trawą rów przy wiejskiej drodze, brzeg rzeki z wierzbami i olchami, górski grzbiet, mój warzywny ogród, mój sad, nie ma tu niczego godnego uwagi, nie widać żadnego piętna, żadnych znaków. Jest tak, jakby te skażone krajobrazy dotknęła amnezja. Podobnie jak wielu ludzi nie pamiętają one, że kiedyś były scenerią gazowania, rozstrzeliwania, zarzynania, wrzucania do skalnych szczelin, palenia tysięcy zwłok. Nie da się wymienić wszystkich czy choćby większości imion i nazwisk ofiar, a gdyby było to możliwe, lista taka byłaby o wiele za długa do ogarnięcia przez pojedynczego czytelnika. Nawet spis miejsc pozostanie na zawsze niekompletny: Rechnitz, Deutsch Schützen, Kočevski Rog, Laško, Kuropaty, Donovaly, Biķernieki, Berlinți, Borowe, Chwatów, Deutsch Altenburg, Lisinice – listę takich miejsc oraz krajobrazów w środkowej czy też środkowo-wschodniej Europie, gdzie krew zostawiła po sobie trwałe ślady, można by bez trudu wydłużać, prawie w nieskończoność. I stale przybywają nowe nazwy. Największy wszakże kłopot w tym, wbrew efektownemu zdaniu Pollacka, że krew wcale trwałych śladów nie pozostawiła: przeciwnie, wyparowała albo wsiąkła głęboko w ziemię i nie krzyczy, nie woła o pamięć. Pamięć tworzy się dopiero ex post, z trudem, powoli, właściwie od przypadku do przypadku.

Można jednak odnaleźć w książce pewien detal, który odsyła do książek poprzednich: W Hrastovcu [w Słowenii – M.W.] zginęła także moja stryjeczna babka, chociaż nie została pogrzebana w stawie, ale na pobliskim cmentarzu, w anonimowym grobie. Była siostrą mojego dziadka i wyszła za Słoweńca, co pokazuje, że jako jedyna w rodzinie była chyba wolna od narodowosocjalistycznych przesądów i wielkoniemieckiej arogancji. To jednak jej nie ochroniło, partyzanci aresztowali ją w rodzimym Tüffer wkrótce po zakończeniu wojny i zapędzili do Hrastovca, gdzie w strasznych warunkach zakończyła życie. W chwili śmierci miała siedemdziesiąt lat. Ona także zasłużyła na to, by opowiedzieć jej historię. W Hrastovcu zachowały się przynajmniej listy ofiar, wprawdzie niekompletne, ale jednak. Nazwisko mojej stryjecznej babki jest na jednej z list: „Drolc, Pavla, Laško, umrla Hrastovec, 26.8.(1945)”.Kobietę bez grobu, poświęconą w całości żonie słoweńskiego organisty, można potraktować jak suplement zawartej w poprzednich książkach rodzinnej sagi – jej uzupełnienie o mało rzucający się w oczy wyjątek, pewnie ten, który ma potwierdzać regułę. Ale można też dzieje Pauli Bast / Pavli Drolc, wspomnianej najpierw przelotnie wśród setek tysięcy, wśród milionów zamordowanych, odczytać jako biografię alegoryczną, reprezentatywną, spisaną w miejsce milionów biografii nie do spisania, ponieważ nie ma komu tego zrobić i nigdy nie będzie. Babcia Paula była bowiem osobą jakich wiele, skromną, cichą, niczym się niewyróżniającą i zupełnie niewinną, która, tak jak miliony innych, absolutnie na gwałtowną śmierć nie zasługiwała. Stryjeczny wnuk, pisarz, wykonał wobec niej indywidualny gest literackiej żałoby, bo tylko tyle mógł zrobić naprawdę rzetelnie, myśląc przy tym o różnych „skażonych krajobrazach”, „skrwawionych ziemiach”.

Martin Pollack, Po Galicji, tłum. Andrzej Kopacki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

Nazwisko Pavli Drolc odnalezione w spisie ofiar Hrastovca okazało się punktem wyjścia, bodźcem do wysnucia z niego całej opowieści – niezbyt może obszernej, ale przecież znacznie dłuższej niż lakoniczny zapis w księdze zgonów. Izraelski filozof Avishai Margalit pisał o znaczeniu imienia: Imiona są puste treściowo, choć zdecydowanie pełne w sensie referencyjnym. Właśnie dlatego stanowią ostatnią barierę przed rozpłynięciem się w otchłani nicości. O Pauli Bast, która w wieku pięćdziesięciu lat niefortunnie wyszła za starszego o dwa lata Słoweńca, pozostali członkowie rodziny Bastów woleli Martinowi Pollackowi nie wspominać. Ich milczenie na tematy drażliwe obejmowało także ją, siostrę Rudolfa i Ernsta, Niemców z krwi i kości, korporantów, absolwentów prawa na uniwersytecie w Grazu i szczerych narodowych socjalistów. O nich po lekturze Śmierci w bunkrze i Topografii pamięci wiemy już dużo. O Pauli dowiadujemy się nieco na koniec. Nie rozpłynęła się bez reszty w otchłani nicości.

Kobieta bez grobu dzieje się prawie wyłącznie w Tüffer/Lašku od czasu, gdy przybył tam w drugiej połowie XIX wieku niemiecki garbarz Paul Bast do roku 1945, postrzeganego z perspektywy powojennej. Jest to historia współżycia Niemców (niemieckojęzycznych Austriaków) ze Słoweńcami (z początku Austriakami słoweńsko-języcznymi). Zanim miejscowi Niemcy stali się entuzjastami Bismarcka, współżycie to przebiegało pokojowo i spokojnie, a i później, ze względu na mieszane małżeństwa, wspólne interesy i bliskie fizyczne sąsiedztwo, obok okresów gorszych i fatalnych miewało i lepsze. Paul Bast, któremu wiodło się niezgorzej, zbudował na głównym placu miasteczka okazały dom, w którym mieszkała rodzina, mieściła się karczma bądź dwie karczmy (niemiecka i słoweńska) oraz czytelnie – zależnie od grupy etnicznej sprawującej akurat władzę – słoweńska lub niemiecka. Dom był akceptowany przez obie narodowości jako naturalny element krajobrazu, z napisem „Bast” na fasadzie. Mieszkała w nim również Paula Bast, później Pavla Drolc, z mężem, rzadko go opuszczała, a po niemieckiej inwazji na Jugosławię w kwietniu roku  1941 podobno wcale. Mówiła biegle po słoweńsku, chociaż wolała mówić po niemiecku, miała niemieckich i słoweńskich znajomych, nie miała wrogów i nie interesowała się polityką. Introwertyczna i nieśmiała, przeważnie tkwiła bez ruchu w oknie i przypatrywała się życiu na placu – zarówno temu codziennemu, jak i odświętnemu, kiedy zbierały się tam różne mniej lub bardziej umundurowane grupy. W maju 1945 roku pewnego dnia wyprowadził ją z domu słoweński nastolatek ze zbyt długim jak na swój wzrost karabinem, po czym trafiła do przekształconego w obóz koncentracyjny zamku w Hrastovcu. Nie wiadomo, czy mąż podjął jakiekolwiek starania o jej uwolnienie. Tyle.

Jak na główną bohaterkę książki niewiele, ale pewnie o większości ofiar ukrytych pod powierzchnią skażonych krajobrazów można by tak powiedzieć. Dzięki Emmanuelowi Le Roy Ladurie, Carlowi Ginzburgowi i Natalie Zemon Davis wiemy już, że historia jest również historią „zwykłych”, przeciętnych ludzi, których czyny niekoniecznie zapisały się w oficjalnych annałach obok czynów władców i generałów. Pod powierzchnią pozornie reporterskiej prozy Martina Pollacka odbywa się ustawiczna praca żałoby – nie tylko po Pavli Drolc, lecz także po Rudolfie i Gerhardzie Bastach, po babci i mamie, po tych Niemcach, którzy popadli w nacjonalistyczny obłęd, i po wszystkich tego obłędu ofiarach niezależnie od przynależności etnicznej i narodowej.

Marek Wilczyński

 

Artykuł ukazał się w
Przeglądzie Politycznym nr 162/2020