fbpx

Karl-Markus Gauß: przestrzeń i czas | Przegląd Polityczny 162/2020

PYTANY, CO oznacza dlań luksus, Karl-Markus Gauß, austriacki pisarz, eseista, felietonista, krytyk literacki i podróżnik odpowiada, że luksus to przestrzeń i czas. Z pewnością dlatego podróżuje tak chętnie do miejsc, które, choć geograficznie wcale nie tak odległe, najczęściej sprawiają wrażenie obcych planet z innych wymiarów czasowych. Sefardyjczycy z Sarajewa, niemieccy Łużyczanie, kalabryjscy Arboresze, macedońscy Aromuni – kto jeszcze zna dziś te nazwy i noszące je społeczności? A jednak Gauß wynalazł metodę docierania do tych, którzy od stuleci współtworzą naszą środkowoeuropejską wspólnotę narodów, choć równocześnie żyją życiem poniekąd zmarginalizowanym, zdominowani przez swoich znacznie silniejszych sąsiadów. Uwaga, jaką pisarz poświęca im w swych licznych esejach i książkach podróżniczych, sprawia, że przestają być niewidzialni; że ich fascynujące tradycje, obyczaje, języki – nieraz tak egzotyczne – zagnieżdżają się w naszej ogólnoeuropejskiej pamięci zbiorowej.

Gauß urodził się w 1954 roku w Salzburgu, gdzie do dziś mieszka. Jego rodzice wywodzili się ze Szwabów Naddunajskich, niemieckojęzycznej mniejszości zamieszkującej Baczkę, wielonarodowościowy i wielokulturowy region, który dawniej był częścią monarchii habsburskiej, a po jej rozpadzie został podzielony między Serbię i Węgry. Powojenna zawierucha zagnała całą rodzinę właśnie do Salzburga, gdzie kilka lat później przyszedł na świat Karl-Markus. Dla Gaußów był to trudny czas, jako uchodźcy z trudem aklimatyzowali się w nowym otoczeniu, rodowici mieszkańcy miasta okazywali im nieufność, dokuczała wszechobecna bieda. Mimo to ojciec przyszłego pisarza, Adalbert Karl Gauß, od początku dał się poznać jako niezwykle rzutki dziennikarz, publicysta, redaktor i wydawca zaangażowany w sprawy uchodźców. Między innymi przez dwie dekady kierował tygodnikiem Neuland, który był skierowany właśnie do Szwabów Naddunajskich, po 1945 roku rozsianych po różnych regionach Austrii i Niemiec. A była to tylko jedna z licznych aktywności tego wyjątkowego człowieka.

Młody Karl-Markus Gauß studiował germanistykę i historię w swoim rodzinnym mieście, po czym dość wcześnie dał się poznać jako eseista, publicysta i krytyk literacki. Do dziś publikuje w najbardziej wpływowych periodykach niemieckiego obszaru językowego, choćby w Die Zeit, Süddeutsche Zeitung, Neue Zürcher Zeitung, Die Presse. Od 1991 roku jest wydawcą i redaktorem naczelnym ważnego czasopisma Literatur und Kritik, w którym do głosu dochodzi bodaj najsilniejsza fascynacja Gaußa, czyli historia i literatura Europy Środkowo-Wschodniej, i Południowej. Artykuły poświęcone tak wybitnym twórcom jak Miroslav Krleža, Ciril Kosmač Prežihov Voranc, Bruno Schulz, Theodor Kramer, Albert Ehrenstein, Danilo Kiš, Fulvio Tomizza czy Ismail Kadare ukazują dawne kulturowe bogactwo tego regionu, dla mieszkańców Zachodu wciąż peryferyjnego i egzotycznego. Z kolei liczne przekłady współczesnych autorów serbskich, chorwackich, bośniackich, rumuńskich, litewskich czy albańskich odgrywają istotną rolę w promocji „małych literatur”. Małych, bo pisanych w językach lokalnych i egzystujących na rubieżach globalnego rynku literackiego, lecz często wielkich, gdy idzie o dokonania ich twórców, dawnych i współczesnych. Sam Gauß określa siebie w pewnym miejscu mianem kolekcjonera informacji o zapomnianych pisarzach, takich, którym się nie powiodło. Tworzy ich literackie portrety, publikuje ich utwory, przywraca pamięć o nich.

Publicystyka, felietonistyka i krytyka literacka, odnoszące się do wydarzeń bieżących, stanowią bez wątpienia istotny element twórczej biografii Gaußa, lecz filary jego dzieła są inne. Jeden to proza podróżnicza, polski czytelnik zdążył ją poznać bardzo dobrze dzięki wielu znakomitym przekładom, opublikowanym przez Wydawnictwo Czarne (Psożercy ze Svini, 2005; Umierający Europejczycy. Podróże do sefardyjskich Żydów z Sarajewa, Niemców z Gottschee, Arboreszów, Łużyczan i Aromunów, 2006; Niemcy na peryferiach Europy. Wędrówki przez Litwę, Spisz i wzdłuż Morza Czarnego, 2006; W gąszczu metropolii, 2012). To książki pogranicza, w podwójnym tego słowa znaczeniu. „Pograniczna” jest ich tematyka – opisują podróże autora po peryferyjnych obszarach Europy, głównie Środkowo-Wschodniej i Południowej, zamieszkałych przez mniejszości narodowe, którym grozi zniknięcie z mapy dziejów. „Pograniczny” jest również gatunek, jaki te książki reprezentują, melanż soczystej prozy, obiektywnej wiedzy historycznej, krytyki społecznej i zgrabnych migawek z codzienności. Tekstom Gaußa nierzadko towarzyszą nastrojowe fotografie Kurta Kaindla.

Wśród polskich czytelników ten rodzaj literatury podróżniczej od lat cieszy się sporym wzięciem, a tacy autorzy jak Martin Pollack (z Gaußem zresztą zaprzyjaźniony), Bora Ćosić, Gazmend Kapllani, Serhij Żadan czy Jurij Andruchowycz mają u nas wielu wielbicieli. Co więcej, my sami możemy pochwalić się w tej dziedzinie twórcami cenionymi przez czytelników równie wysoko. Andrzej Stasiuk, Krzysztof Varga, Mariusz Szczygieł, Ziemowit Szczerek, Monika Sznajderman, Małgorzata Rejmer to tylko wybrane przykłady. O przyczynach popularności prozy podróżniczej mówiono i pisano już wiele, wydaje mi się jednak, że decydujący impuls – prócz zwyczajnego impulsu poznawczego – wypływa z chęci przekraczania granic między zachodem i wschodem Europy, niewidzialnych, lecz wciąż istniejących. A także, czasami dokuczliwych dużo bardziej, granic mentalnych, jakie można dostrzec, wojażując po wewnętrznie nadal skonfliktowanej Europie Środkowo-Wschodniej i Południowej, niewolnej od wirusa ksenofobii.

Trochę utopijną wizję nowej Mitteleuropy – bezpiecznej, przyjaznej i wielokulturowej – przepięknie ukazał Claudio Magris przed z górą trzydziestu laty w słynnym Dunaju (1986). Pod wieloma względami książka ta wyznaczyła reguły gatunku, co ważniejsze jednak, dostarczyła znakomitych narzędzi intelektualnych, dzięki którym zapoznane i, co tu ukrywać, często po macoszemu traktowane elementy „mitteleuropejskiej” tradycji kulturowej mogły wejść w krwioobieg ogólnoeuropejskiej tożsamości. Owszem, wchodziły w ów krwioobieg nie bez bólu, a jednak na własnych warunkach. Kapitalnego przykładu dostarcza tutaj pionierski zbiór Das reiche Land der armen Leute. Literarische Wanderungen durch Galizien (Bogaty kraj biednych ludzi. Literackie wędrówki przez Galicję), zredagowany wspólnie przez Gaußa i Pollacka i wydany już w 1992 roku, w czasach, gdy takie publikacje należały wciąż do rzadkości. Ta swoista rekonstrukcja Galicji, krainy, którą walec historii miażdżył wyjątkowo często i wyjątkowo bestialsko, zawiera wybór tekstów m.in. Józefa Wittlina, Hansa Normanna, Józefa Doboszyńskiego, Ivana Franko, Josepha Rotha, Manèsa Sperbera, Karla Emila Franzosa, Leopolda von Sachera-Masocha i – jakże by inaczej – Bruno Schulza.

Na okładce książki widnieje reprodukcja obrazu Marca Chagalla, zatytułowanego Sen. Wybór był poniekąd oczywisty, w końcu charakterystyczna ikonografia Chagalla niemal bez reszty zdominowała wyobraźnię pasjonatów Mitteleuropy. Ale wybór ten symbolizuje również jej ograniczenia – a bywa jak w przypadku wielu polskich autorów – bolesne manieryzmy. Do tych ostatnich zaliczam przede wszystkim nastrój onirycznej melancholii, wyczuwalny w większości próz podróżniczych tego rodzaju. Nastrój taki wynika chyba stąd, że przedmiotem opisu zazwyczaj jest coś, co albo już definitywnie odeszło w przeszłość, albo właśnie odchodzi. To proces, który oczywiście sam w sobie napawa refleksyjnym smutkiem, a niekiedy przerażeniem, lecz którego opisy, wygrywane zazwyczaj na podobnej nucie, utrwalają obraz naszej części Europy jako krainy naznaczonej śmiercią, zadawaną często krwawo i bardzo brutalnie. Tak, racja, umierali ludzie, umierały zwierzęta, przedmioty, wsie, miasta, całe krajobrazy. Ale przecież – to truizm – i życia nigdy tu nie brakowało. Niestety z opisami życia, a zwłaszcza jego radości, współczesna polska proza podróżnicza radzi sobie już znacznie gorzej. Przenikająca ją subtelna oniryczność od razu lokuje każdy niemal opis w sferze odrealnionej. Jakbyśmy mieli do czynienia (zwłaszcza u Andrzeja Stasiuka) z rzeczywistością przefiltrowaną przez marzenie senne, w gruncie rzeczy nieautonomiczną, niezdolną do samodzielnej egzystencji, a tylko zapośredniczoną przez relację pisarza, który staje się nieledwie jej „kuratorem”.

Wariacje na temat „sanatorium pod Klepsydrą”, raz odkrywcze, innym znów razem poznawczo i literacko wtórne? Obawiam się, że tak. Tymczasem nie wolno zapominać, że współczesny obraz Mitteleuropy jest przede wszystkim produktem wielkomiejskiej kultury intelektualnej i literackiej, toteż uporczywe przywoływanie podobnych do siebie tropów prowadzi do tego, że po prostu jeden stereotyp zastępuje się innym. Wyprawy do ginących krain naszej części świata stają się wtedy nieco mniej perwersyjną wersją peregrynacji dziewiętnastowiecznych poetès maudits, którzy znudzeni kulturą wysoką bratają się z „marginesem”. W praktyce wygląda to nierzadko tak (zwłaszcza u Ziemowita Szczerka), że podróż po obcych krainach jest przesyconą manieryzmami polszczyzny podróżą po własnym ego, które dla inności z góry przewiduje precyzyjnie rozpisany scenariusz. Granica między odkrywczością a śmiesznością bywa wtedy bardzo cienka.

Na szczęście Gaußowi śmieszność nie groziła nigdy. Własne ego trzyma on w cuglach naprawdę mocno, manieryzmów unika jak ognia, a świat jego opowieści podróżnych skutecznie broni się przed zdradliwymi urokami „chagallizacji”.

Wschód – takie słowa padają w zbiorze zapisków Zu früh zu spät  – zawsze był imaginacją Zachodu, marzeniem, które mniej miało wspólnego z rzeczywistością Wschodu, więcej zaś z zachodnim przesytem, z przesytem Zachodem […] Cóż mi więc pozostało innego, aniżeli… porzucić duchowy bagaż, po brzegi wypełniony złudnymi oczekiwaniami, by wędrując na Wschód, dojść dalej niż tylko na skraj mych własnych iluzji? […] Stwierdziłem, że Wschód nie daje mi obietnicy ratunku, jest tam za to bardzo wiele tego, co samo go potrzebuje.

Drugim filarem twórczości austriackiego pisarza, prawie całkowicie w Polsce nieznanym, jest diarystyka. Takich zbiorów Gauß zdążył wydać już kilka, m.in. Mit mir ohne mich (Ze mną beze mnie, 2002), Von nah von fern (Z bliska, z daleka, 2003), Zu früh zu spät (Za wcześnie, za późno, 2007), Ruhm am Nachmittag (Sława po południu, 2012). Co ciekawe, już w pierwszym z nich autor zarzeka się, że nie tworzy dziennika, lecz journal. Różnica terminologiczna nie całkiem jest jasna, możemy jednak ogólnie przyjąć, że to formuła bardziej refleksyjna od tradycyjnego dziennika, gatunkowo elastyczna, która łączy zapiski z codzienności, felietonistykę poruszającą aktualne kwestie współczesności (kultura, polityka, media, społeczeństwo), przymiarki filozoficzne, eseistykę i okruchy prozatorskie. Patronów ma Gauß trzech, największego diarystycznego i eseistycznego kalibru, Manèsa Sperbera, Sándora Máraia i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. W Mit mir, ohne mich znajdziemy wyznanie: Nie wiem, czy bez lektury dzienników Gustawa Herlinga sam zacząłbym pisać.

Na pytanie, po co w ogóle to robi, Gauß odpowiada w wywiadzie telewizyjnym bardzo szczerze: Dzięki pisaniu nie tylko chcę wpływać, jako intelektualista, na debatę publiczną, lecz także stać się lepszym człowiekiem. Pierwsze zadanie Gauß traktuje niezwykle serio. Od Edwarda Saida zapożycza myśl, zgodnie z którą intelektualista próbuje zapobiegać temu, by przeszłość zniknęła. A ponieważ przeszłość to niegdysiejsza teraźniejszość, austriacki pisarz poświęca wiele uwagi sprawom także aktualnym. Irytuje go rozwój tendencji populistycznych w Austrii (pierwszy zbiór zapisków powstawał w czasie politycznych triumfów Jörga Haidera), niepokoi wzrost ksenofobii i niechęci do emigrantów, złości nierozumna liberalizacja gospodarki, wiele cierpkich uwag poświęca amerykańskiej polityce w Iraku i europejskim sojusznikom Stanów Zjednoczonych hołdującym współczesnym formom imperializmu. Nie oszczędza też kolegów i koleżanek po piórze – za swój „czarny kicz” po głowie obrywa późny Thomas Bernhard i Elfriede Jelinek, co ciekawe, dwoje pisarzy, do których polscy czytelnicy i krytycy literaccy odczuwają niemal ślepą miłość.

Gauß jest urodzonym felietonistą, dlatego wiele takich zapisków to po prostu wyborna felietonistyka diarystyczna. Kolejne notatki skrzą się dowcipem, humorem, ironią, zostając z czytelnikiem na dłużej. Inne znowuż, jak to felietony, dotykają wielu kwestii powierzchniowo i szybko ulegają dezaktualizacji. Dlatego zdarza się, że zapiski nie wytrzymują próby czasu, za mało w nich intelektualnego miąższu, by sprostać gatunkowi journal, jaki Gauß sam sobie narzucił. Pisarz ignoruje, dla przykładu, korzyści, które wypływają z rozwoju nowych technologii. Skupia swoją uwagę prawie wyłącznie na jego negatywnych skutkach. Także tyrady wymierzone w popkulturę i media, których twórczy potencjał Gauß lekceważy całkowicie niesłusznie, czy ekonomiczny neoliberalizm, wobec którego odczuwa co najwyżej głęboką pogardę, robią dziś często wrażenie notatek zbyt pośpiesznych, przemyślanych niedostatecznie głęboko.

Nie brak w tych zapiskach zwyczajnych złośliwostek pod adresem konkretnych ludzi, czy to znajomych pisarza czy osób ze świata polityki, kultury, literatury. Złośliwostki te nadają czasami smaczku co poniektórym zapiskom, czasami zaś budzą niechęć. Rażą wreszcie niesprawiedliwe uogólnienia czy protekcjonalne oceny innych twórców, np. Umberto Eco (którego, jak czytamy, nikt przecież nie uzna za znaczącego pisarza) czy Pessoi (jego Księgę niepokoju austriacki pisarz uznaje za jedną z najbardziej przecenionych książek, jakie kiedykolwiek czytał). Prawdziwe zdumienie budzi też opinia, że Bruno Ganz, wybitny aktor niemiecki, „stracił honor”, przyjmując rolę Hitlera w filmie Upadek. Niepotrzebne to wszystko. Na dodatek rodzi podejrzenia, że Gauß cierpi na łagodną formę mizantropii, a ta zazwyczaj diarystyce niezbyt dobrze służy.

     

Co prawda należy oddać autorowi, że w kolejnych zbiorach wyraźnie usiłuje tę mizantropię stonować i robić to, do czego wydaje się stworzony: niespiesznie zbierać okruchy rzeczywistości, po czym powoli i z czułością pichcić z nich smakowitości literackie, jakich czytelnikowi zawsze za mało. Na przykład takie:

Mam spontaniczną skłonność do tego, by za prawdziwych pisarzy uznawać takich, którzy nie odnieśli sukcesu, choć oczywiście nie jest prawdą, że ci, co sukces odnieśli, piszą zawsze źle i są wyzbyci charakteru, ci drudzy natomiast zawsze piszą dobrze i odznaczają się szlachetnością […] Pisarza, którego książki zwracają na siebie uwagę, który otrzymuje nagrody, osiąga wysokie nakłady, nie musimy podziwiać za to, że robi, co do niego należy, i że nieustająco rozwija swe dzieło. Tajemnicy pisania nie on bowiem strzeże, ów podziwiany, lecz tamten nieznany, który pisze, nie osiągając sukcesu, a mimo to pisze dalej, przez całe życie. Ten, który musi publikować swoje książki w małych wydawnictwach […] którego nie znają jurorzy i który nigdy nie zdoła się wydobyć z finansowej mizerii. A jednak dalej tworzy nowele, których nikt nie chce czytać, wiersze, dla których nie znajduje wydawcy, powieści, których wyrafinowaną kompozycję podziwia jedynie on sam. Ów pozbawiony sukcesu jest tym, który wiedzie prawdziwą egzystencję pisarza, albowiem jest pisarzem nie dlatego, że to jego zawód, lecz dlatego, że nie potrafi inaczej.

Chyba w takich zapiskach najpełniej dochodzi do głosu drugie zadanie, jakie stawia sobie samemu Gauß: dzięki pisaniu stać się lepszym człowiekiem. Pisarz… pisze, bo tylko pisząc jest tak mądry, wrażliwy, nieprzekupny, odważny i rozsądny, jaki może być i chce. Z kolei zbiór Von nah von fern kończy się takim oto wyznaniem: U amerykańskiej autorki Joan Didion czytam: „Piszę wyłącznie po to, by się dowiedzieć, co myślę, co obserwuję, co rozumiem i co to oznacza”. I tak właśnie jest. Ale też jest jeszcze coś i, aby się dowiedzieć, cóż to, nie pozostaje mi prawie nic innego, niż tylko zapisywać, co myślę, co obserwuję, co rozumiem, o czym pamiętam i co to wszystko znaczy. Czy nie trzeba by sobie w ogóle oszczędzić życia, gdyby nie dało się go zmieniać w literaturę?

Gauß to twórca o wielu twarzach i wielu talentach. Lecz niezależnie od tego, jaką twarz akurat u niego dostrzegamy i który z talentów właśnie podziwiamy, niewątpliwie reprezentuje typ intelektualisty raz po raz nurkującego w przeszłość, a równocześnie zaangażowanego w sprawy współczesne. Na dodatek intelektualisty niezależnego. Tak, to gatunek wymierający, Gauß sam to przyznaje w wywiadzie pt. Sprowadzam deszcz: Zanika typ nigdzie niezatrudnionego, niezwiązanego też z uniwersytetem, a więc niezależnego intelektualisty, który inicjuje dyskusje, przedstawia poglądy spoza głównego nurtu, porusza rzadko podejmowane tematy. Zanika również z powodów ekonomicznych, ponieważ coraz trudniej uprawiać zawód wolnego pisarza, który czerpie swój dochód jedynie z publikacji książek, artykułów i felietonów dla prasy. To prawdziwy paradoks: nieproporcjonalnie szybko rosnącej zamożności krajów zachodnich towarzyszy postępująca pauperyzacja większości przedstawicieli wolnych zawodów, o ile ci nie włączą się w ekonomiczny mainstream i nie zaczną akceptować jego twardych reguł. W odniesieniu do reprezentantów świata sztuki oznacza to na przykład akceptację celebryckiej kultury medialnej, w której artyście przypada nierzadko co najwyżej funkcja błazna na wynajem. Nie inaczej bywa z intelektualistą coraz częściej sprowadzanym do roli tzw. eksperta w programach informacyjnych lub typu talk-show. Gaußowi to nie grozi, bo należy do autorów, którym się poszczęściło i którzy odnieśli sukces: czytany, nagradzany, wydawany, zapraszany, tłumaczony. Mimo to niezależny, nie musi żebrać o tantiemy i honoraria. Niewielu już takich mamy w Europie.

A szkoda, że niewielu, bo Europa to wciąż projekt niedokończony. Kilkanaście lat temu, wraz z przystąpieniem krajów byłego bloku wschodniego do Unii Europejskiej, panowało powszechne przekonanie, że wygodnie umościliśmy się w powozie historii i na całe dekady, a może i na dłużej, zagwarantowaliśmy sobie szczęśliwe życie. Dziś widzimy, że powóz historii podążył – jak zwykle – własnymi ścieżkami, a my – jak zwykle – nie zdołaliśmy tego w porę przewidzieć. Gauß opisał ów proces zwięźle i trafnie: Europa rozrasta się i kurczy równocześnie, rozciąga się do nieznanych wcześniej rozmiarów, a przy tym staje się coraz mniejsza (Europejski alfabet). Dobrą ilustracją tych słów jest historia przywołana w zbiorze Mit mir ohne mich. W grudniu 1989 roku, gdy komuniści utracili władzę w Czechosłowacji i przestali kontrolować granice, tysiące mieszkańców Bratysławy wybrało się na pieszą wycieczkę do nieodległej Austrii, która była dla nich równocześnie bramą do całej zamkniętej dotychczas Europy. Tam, przed pierwszą austriacką wioską, zatrzymali się, odwrócili i po raz pierwszy w życiu spojrzeli z zewnątrz na swoją słowacką ojczyznę. A potem, usatysfakcjonowani, radośnie… wrócili do domu. Nie wiem, czy wszystkie szczegóły tej zdumiewającej opowieści odpowiadają prawdzie. Chyba nie ma to większego znaczenia. Ważne wydaje mi się co innego: ukazuje ona pewien sposób myślenia o naszej części świata, niewielkim skrawku gigantycznej Eurazji nasączonym skomplikowaną historią i bogactwem ludzkich losów tak bardzo, że opisać je można tylko wtedy, gdy przez chwilę spojrzy się na nie od zewnątrz, jak na obcą planetę. Dokładnie w tej samej chwili ta obca planeta – mała, a jakże przecież wielka Europa – okaże się naszym własnym domem. W osobie Karla-Markusa Gaußa ów europejski dom zyskał bez wątpienia wspaniałego piewcę.

Łukasz Musiał (1976) – germanista i krytyk literacki, pracownik naukowy UAM w Poznaniu. Opublikował m.in. „Kafka. W poszukiwaniu utraconej rzeczywistości” (2011) oraz antologię zatytułowaną „Nienasycenie. Filozofowie o Kafce” (wspólnie z Arkadiuszem Żychlińskim, 2011).

Artykuł ukazał się w
Przeglądzie Politycznym
(162/2020)