fbpx

Jak zniechęcić historyków do narodu. Przewodnik | PP 169/170

MNIEJ WIĘCEJ PRZED DEKADĄ można było odnieść wrażenie, że polscy historycy i socjologowie, solidnie przerobiwszy teorie nacjonalizmu wypracowane przez różne dyscypliny, otworzyli nowy rozdział badań nad początkami polskiej tożsamości narodowej. Jakość i ilość pojawiających się w krótkich odstępach czasu prac wskazywała, że być może jest to fala, która jeszcze długo nie opadnie. U jej początku znalazła się błyskotliwa „gellnerowska” interpretacja nowoczesności narodu polskiego pióra Tomasza Kizwaltera (dyskutowana wówczas także na łamach Przeglądu Politycznego). Książka ukazała się w roku 1999, spotykając się z wyrazami uznania, wywołując polemiki, a także inspirując innych badaczy do podjęcia tematu. Śladem Kizwaltera rzeczywiście wkrótce poszli kolejni autorzy. Było wśród nich tyle głosów istotnych, że prestiżowy Kwartalnik Historyczny zdecydował się uczcić dziesięciolecie książki warszawskiego historyka idei, publikując obszerne forum dyskusyjne o badaniach nad narodem. Warto przypomnieć uczestników owej wymiany zdań, między innymi dlatego, że po kolejnej dekadzie bynajmniej nie wszyscy z nich pozostają aktywni naukowo. Dłuższe wypowiedzi przygotowali socjolog Jarosław Kilias, historyk XIX wieku Jarosław Czubaty i młody (wówczas) badacz nacjonalizmu Nikodem Bończa-Tomaszewski. Słowem wstępnym, a właściwie erudycyjnym studium metodologicznym, całość poprzedził Tomasz Stryjek, uznany specjalista od historii nacjonalizmu ukraińskiego, a w ostatnim czasie także serbskiego i chorwackiego.

Kluczowe pytanie całego forum dyskusyjnego brzmiało, jak polscy historycy i socjologowie radzą sobie z ideą nowoczesności narodu, zwłaszcza polskiego. Otwierając wymianę opinii, Stryjek zaproponował podział stanowisk teoretycznych wzdłuż dwóch osi: archaizm-nowoczesność oraz prymordializm-konstruktywizm, jednocześnie odwołując się do studium Antoniny Kłoskowskiej, której interpretację polskiego procesu narodotwórczego uznał za etnosymboliczną w sensie nadanym temu terminowi przez Anthony’ego D. Smitha. W ten sposób zarysował linie podziału pomiędzy badaczami wierzącymi w quasi-odwieczny charakter narodu z jednej strony, a tymi, którzy opowiadali się za jego nowoczesnym czy wręcz konstruowanym charakterem z drugiej strony. W tej perspektywie Zasada „dwóch sumień”, studium Jarosława Czubatego o lojalnościach polskich elit w początkach XIX wieku, wolne od teoretycznych rozstrzygnięć, wydawało się Stryjkowi zdecydowanym krokiem w kierunku etnosymbolizmu. Drugi kraniec osi okupował zaś Jarosław Kilias, radykalny przeciwnik tezy o jakiejkolwiek pierwotności poczucia narodowego, uznający, że naród jest historycznie stosunkowo późnym produktem polityki. Bończa-Tomaszewski zajął wreszcie stanowisko odrębne, w znacznej mierze pozbawione jakiegokolwiek wymiaru teoretycznego (jeden z uczestników debaty określił jego poglądy jako kompletną próżnię socjologiczną, co było chyba nieco zbyt złośliwą metaforą). Otóż Bończa-Tomaszewski utrzymywał, że świadomość narodowa ma charakter psychologiczny, a zatem ściśle indywidualny. O żadnej tożsamości grupowej nie mogło być mowy w jego koncepcji. Dlatego, jak podkreślał młody wtedy historyk, wszelkie socjologiczne badania tego zjawiska nie mają sensu. Można co najwyżej analizować wybrane postacie historyczne, które niejako na własny użytek wymyśliły sobie naród.

Podsumowując całe spektrum nowszych badań nad polskim nacjonalizmem, Stryjek stwierdził, że od upadku komunizmu zdecydowanie przesunęło się ono w stronę modernizmu, zachowując w większości przypadków bezpieczny dystans wobec teorii konstruktywistycznej. Przedstawiwszy wybrane podejścia, wyraźnie powstrzymywał się od nazbyt zdecydowanej krytyki któregokolwiek z nich. Znacznie śmielej wypowiedzieli się na łamach tego samego numeru Kwartalnika Kilias i Michał Łuczewski. Ten pierwszy zamknął swój artykuł mocną konstruktywistyczną konstatacją, która z perspektywy zaledwie kilkunastu lat wywołuje nostalgiczny uśmiech:

…trzeba dziecięcej wręcz naiwności, aby zachować prostoduszny stosunek do odtwarzanej w tradycji narodowej przeszłości, kiedy na naszych oczach dokonują się jej kolejne, gwałtowne przewartościowania… A lęk przed współczesną humanistyką nie wydaje się w żaden sposób uzasadniony. Czy zwycięstwo modernizmu podkopało egzystencję narodu? Czy uczyniłoby to wprowadzenie go do podręczników?

O ile radykalnemu stanowisku Kiliasa towarzyszył dość spokojny ton narracji, o tyle Michał Łuczewski w swojej ocenie polskich badań nad nacjonalizmem nie przebierał w słowach. Odnosząc się do wszystkich uczestników debaty skrytykował intelektualną peryferyjność zarówno omawianych książek, jak i dyskusji wokół nich. Powtarzające się w tych wypowiedziach nazwiska zachodnich autorytetów (zwłaszcza Gellnera, Andersona i Hobsbawma) uznał za przejaw prowincjonalizmu polskiej humanistyki. Łuczewski upomniał się o rodzimą tradycję badawczą, przywołując nazwiska Floriana Znanieckiego, Józefa Chałasińskiego, Stanisława Ossowskiego czy o pokolenie młodszego Jerzego Szackiego. Wszyscy ci uczeni o międzynarodowej renomie zasługiwali na znacznie większe uznanie, a przede wszystkim na poważną dyskusję ze swoimi teoriami, które nie tylko wyprzedzały teorie Gellnera i pozostałych czasowo, ale także wykorzystywały specyfikę polskiego i wschodnioeuropejskiego rozwoju historycznego. Cudze chwalicie, swego nie znacie – tak w najkrótszych słowach dało się streścić wystąpienie młodego socjologa.

Niecałe trzy lata po dyskusji w Kwartalniku Łuczewski opublikował obszerne studium poświęcone podkarpackiej wsi Żmiąca. Miejscowość ta, choć dość biedna i położona na galicyjskich peryferiach, nie była wyborem przypadkowym. To właśnie tam w 1903 roku historyk gospodarczy Franciszek Bujak rozpoczął badania socjologiczne i ekonomiczne społeczności wiejskiej. W tym czasie miejscowi chłopi byli bardzo dalecy od identyfikowania się w kategoriach narodowych. Przeważała lojalność wobec Habsburgów połączona z silnym, choć odległym od kościelnej ortodoksji katolicyzmem oraz antysemityzmem. Większość z tych elementów pozostała w następnym stuleciu niezmieniona, z jednym zasadniczym wyjątkiem – lojalność habsburska została zastąpiona polskim nacjonalizmem. Co więcej, miejscowa ludność uważała go za swój od niepamiętnych czasów (stąd tytuł książki Łuczewskiego Odwieczny naród).

Książka Łuczewskiego została dostrzeżona nie tylko ze względu na jej walory naukowe. Sam autor nie powstrzymał się przed publicystycznymi wystąpieniami osnutymi na kanwie tej solidnej, akademickiej pozycji. Jednak, co może wydawać się zaskakujące, jego książka wcale nie wywołała ponownej debaty na temat narodu i procesu narodowotwórczego, czyli przedmiotu opisanych w niej badań. Mało tego, także w kolejnych latach ochota do dyskusji na ten temat wyraźnie zmalała. Jeśli przyjrzymy się laureatom najważniejszych nagród historycznych od 2012 roku (w którym Łuczewski opublikował Odwieczny naród…), nie znajdziemy kontynuatorów badań Kizwaltera, Czubatego, Kiliasa czy też Bończy-Tomaszewskiego. W tym czasie polscy historycy podejmowali wiele ważnych i szeroko dyskutowanych tematów, w tym takie zagadnienia jak historia chłopstwa czy stosunki polsko-żydowskie. Nie było wśród nich jednak procesu powstawania narodu. Na tle dość żywej i wszechstronnej historiografii średniej wielkości państwa taka luka, w dodatku poprzedzona okresem burzliwego rozwoju, skłania do zastanowienia.

Nie chcę oczywiście powiedzieć, że w ostatnich kilkunastu latach studia nad nacjonalizmem znalazły się zupełnie poza polem zainteresowania polskiej historiografii. Przeciwnie, właśnie w tym okresie powstało kilka godnych uwagi prac, choćby studium Olgi Linkiewicz Lokalność i nacjonalizm. Jednak żadna z tych prac nie zajmuje się polskim nacjonalizmem i procesem budowania narodu polskiego. Sami uczestnicy debaty w Kwartalniku Historycznym zresztą także odeszli od tego tematu. Zainteresowania Kizwaltera przesunęły się w stronę innych „wielkich pytań”, którym poświęcił dwie książki (o idei równości i o modernizacji), zaś radykalnie konstruktywistyczny Kilias odszedł od studiów nad nacjonalizmem na rzecz historii socjologii. Bończa-Tomaszewski spełnia się zawodowo jako menedżer w branży IT.

Co się stało? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy wrócić do wspomnianej wcześniej książki Michała Łuczewskiego z 2012 roku, a dokładniej do tego, jak została ona przyjęta przez kilku wybitnych intelektualistów. Ogólnie rzecz biorąc, spotkała się z uznaniem. Łuczewski, inteligentny obserwator i empatyczny rozmówca, przekonująco pokazał proces przemiany cesarskich chłopów w katolickich Polaków jako efekt długotrwałej akcji prowadzonej przez wielu aktorów z miejscowym duchowieństwem na czele. To, co w jego interpretacji zaskakuje, to teleologia. Autor najwyraźniej uważa, że obecny stan umysłów większości mieszkańców Żmiącej – nacechowany katolicyzmem, ksenofobicznym nacjonalizmem, politycznie bliski skrajnej prawicy – to właśnie punkt końcowy polskiego procesu narodotwórczego. Wprawdzie naród nie jest w tej perspektywie odwieczny, ale staje się taki na naszych oczach.

To właśnie perspektywa nieliberalnego „końca historii” wywołała krytyczne reakcje Jacka Kochanowicza i Andrzeja Walickiego. Ani jeden, ani drugi nie chciał żyć w takiej Polsce, jaką odmalował im Łuczewski (i nie będą w niej żyć, bo obaj, niestety, już odeszli). Kochanowicz pisał:

Zapewne w odniesieniu do całego kraju w sensie rzeczowym autor ma rację, bo liczni Polacy zdają się podzielać poglądy bliskie ideologii narodowo-katolickiej. Zarazem jednak, jeśli badane przez niego osoby rzeczywiście wierzą, że polski naród jest czymś odwiecznym, to wierzą w nonsens. Jeśli zarazem afirmują utożsamianie wspólnoty narodowej z katolicyzmem i wykluczają z niej ludzi, którzy katolikami nie są, to poglądy takie należałoby określić raczej mianem reakcyjnych czy obskuranckich aniżeli konserwatywnych. Porównawcze badania nad procesami narodowotwórczymi pokazują, że nie tylko ich mechanizmy (rynek, drogi i ruchliwość geograficzna, szkoła i alfabetyzacja, kościoły, wojsko…), ale i „punkty dojścia” mogą być bardzo różne, żeby wspomnieć choćby o bardziej obywatelskich i bardziej etnicznych wyobrażeniach więzi narodowej. Beskidzki wariant idei narodowej – wiara w odwieczność i skłonność do wykluczania – jest więc raczej odgałęzieniem prowadzącym w ślepy zaułek niż typem idealnym realizacji tej idei. Wychodząc zaś poza przypadek Żmiącej, można wprawdzie uznać pozytywną rolę ideologii katolicko-narodowej w oporze wobec komunizmu, ale zarazem można mieć bardzo poważne wątpliwości, czy jest ona dobrą podstawą do budowania poczucia wspólnoty w wolnym, demokratycznym i otwartym społeczeństwie.

To, co uderza w tym cytacie Kochanowicza, historyka gospodarki, zwykle ceniącego styl rzeczowy i konkretny, to jego poważny i moralizatorski ton. Nieczęsto się zdarza, by recenzent książki naukowej zastanawiał się nad jej implikacjami dla społeczeństwa otwartego i jakości demokracji, a tak było w tym przypadku. Nie inaczej wyglądała polemika Walickiego. Widać, że Łuczewski trafił w czuły punkt polskich liberalnych intelektualistów. Przyczyną tych nietypowych reakcji był najprawdopodobniej fakt, że ustalenia Łuczewskiego aż nazbyt ściśle przylegały do rodzącej się wówczas polskiej rzeczywistości politycznej. Ksenofobiczny, ekskluzywny nacjonalizm gwałtownie zyskał na popularności po katastrofie smoleńskiej, a od 2015 roku stał się ideologią państwową. W ten sposób urzeczywistniły się zarówno diagnoza Łuczewskiego, jak i obawy Kochanowicza.

Nie potrzeba szczególnej przenikliwości, aby zauważyć, że od tego czasu „naród” wdziera się w każdą sferę życia społecznego. „Narodowieją” instytucje, programy nauczania, przemówienia decydentów i przestrzeń publiczna. Przykładów jest multum. Jeden z bardziej charakterystycznych to niedawna decyzja ministerstwa edukacji i nauki zobowiązująca instytucje publiczne do wywieszenia tablic z symbolami państwowymi informującymi o wszystkich inwestycjach finansowanych ze środków publicznych. Niejasny przepis (czy instytucje utrzymywane pośrednio, ale za to w całości z budżetu, takie jak instytuty PAN, powinny obwiesić się biało czerwonymi tablicami?) ma zapewne na celu optyczną dominację nad wszechobecnymi niebieskimi tablicami informującymi o finansowaniu z UE. Podobne przykłady można mnożyć. Inflacyjne użycie symboli narodowych jest być może najbardziej rzucającym się w oczy elementem prawicowego populizmu à la polonaise.

Naród stał się dojmująco obecny we współczesnej polskiej historiografii. I nie jest to cicha obecność. W styczniu 2018 roku do ustawy o IPN dodano artykuł grożący karą grzywny bądź pozbawienia wolności do lat 3 każdemu, kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie określone w art. 6 Karty Międzynarodowego Trybunału Wojskowego załączonej do Porozumienia międzynarodowego w przedmiocie ścigania i karania głównych przestępców wojennych Osi Europejskiej, podpisanego w Londynie dnia 8 sierpnia 1945 r. (Dz. U. z 1947 r. poz. 367), lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni. Pod presją międzynarodową ambitna próba ocenzurowania całego świata nie powiodła się wprawdzie, ale nie zniechęciło to rządu PiS. Proces przeciwko Barbarze Engelking i Janowi Grabowskiemu, którym powódka wsparta przez bliską PiS organizację zarzuciła rozpowszechnianie fałszywych informacji, stanowił z kolei próbę wprowadzenia do polskiego obiegu prawnego „dumy narodowej” w rozumieniu dóbr osobistych, które powinny być prawnie zabezpieczone. Sentencja wyroku w instancji odwoławczej sprowadza się do zasady, że wolność badań naukowych jest ważniejsza od dobrego samopoczucia genetycznych patriotów. Nawet jednak, jeśli ta historia rzeczywiście zakończy się happy-endem, perspektywa przeciągnięcia po sądach może niejednego historyka skłonić do przemilczania faktów.

Wróćmy jednak do narodu. Proces wokół Dalej jest noc to przykład polityki, która stopniowo odbiera historykom poczucie bezpieczeństwa. Lista tematów, które mogą mieć reperkusje dla kariery, pozostaje jednak póki co raczej krótka, Holokaust jest prawdopodobnie najbardziej grząskim terenem. Ani proces budowania narodu, ani teoria nacjonalizmu z pewnością nie należą do takich niebezpiecznych wątków. Jeśli mimo to historycy ich unikają, to nie dzieje się tak za sprawą bezpośrednich ingerencji polityków. Sądzę, że jest to raczej wyraz braku zainteresowania czy wręcz niesmaku wobec koncepcji, która wdziera się w każdą szczelinę polskiego życia publicznego.

Przeważnie mało zabawne objawy przedawkowania narodu nie ograniczają się przy tym do sfery polityki historycznej. Prawdopodobnie nic tak dobrze nie uzmysławia ich ciężaru, jak kultura popularna. Biorąc pod uwagę mistyczny, irracjonalny charakter „odwiecznego” narodu, spojrzenie nań w perspektywie zombie, (wiecznie) żywych trupów, wydaje się może nieoczywiste, ale uprawnione. Spójrzmy zatem, co z tego wynikło.

W 2012 roku, kiedy na rynku księgarskim pojawiła się opasła książka Michała Łuczewskiego, Igor Ostachowicz wydał dobrze przyjętą powieść Noc żywych Żydów. Przypomnijmy: Ostachowicz opowiada o współczesnym warszawiaku, który zupełnym przypadkiem odkrywa nieumarłych Żydów w piwnicy swojego bloku na Muranowie. W miarę zagęszczania się coraz bardziej surrealistycznej fabuły, żydowskie zombie i ich wybawca zmuszeni są do walki z siłami zła, które skutecznie mobilizują katolickich Polaków przeciwko Żydom. Powieść Ostachowicza, literacko lepsza niż wynikałoby to z tego krótkiego streszczenia, może być (i rzeczywiście bywa) postrzegana jako reakcja na polską debatę publiczną początku XXI wieku. Motyw przewodni, żydowskie zmartwychwstanie, odzwierciedla ówczesne zaabsorbowanie opinii publicznej Jedwabnem i kwestią polskiej współodpowiedzialności za Zagładę.

Można chyba zaryzykować hipotezę, że sprawy budzące szczególnie głęboki i szeroki niepokój społeczny (jak kwestia rasowa w klasycznym przykładzie filmu George’a A. Romero) prędzej czy później nie unikną „zombifikacji”. Nic dziwnego, że naród (polski, oczywiście) ostatecznie podzielił ten los. Doszło do tego w 2019 roku, kiedy Jacek Dehnel, jeden z najzdolniejszych pisarzy młodego pokolenia (urodzony w 1980 roku) wydał powieść pod zapożyczonym od Marii Janion tytułem Ale z naszymi umarłymi. Opowiada w niej o polskich zombie, które, chociaż początkowo nieagresywne, z czasem zwracają się przeciwko tradycyjnym wrogom ojczyzny, by ich rozgromić pod wodzą dawno zmarłych wodzów. W tym czasie cały kraj ze słabo skrywaną satysfakcją obserwuje, jak na Kremlu wiesza się polskie sztandary, jak pod ciosami polskich zombie padają Berlin, Paryż itd. Wojennym triumfom „antenatów” towarzyszy narastająca wśród żywych Polaków nacjonalistyczna paranoja i kuriozalna moda na sarmacki sznyt. Prawie nikt nie bierze pod uwagę tego, co nieuchronne przecież w tym rodzaju literatury, a mianowicie katastrofy. Ostatecznie, podbiwszy cały świat i pożarłszy wszystkich obcych, polskie zombie odkładają na bok swój patriotyzm i metodycznie wykańczają rodaków. W posłowiu Dehnel przyznaje, że z pomysłem na tę powieść nosił się przez dłuższy czas. Jednak, aby przekuć fantazje w narrację, potrzebował impulsu, którego dostarczyła mu polska rzeczywistość ostatnich kilku lat: Przez te lata jednak to, co jest zasadniczym tematem opowieści, czyli stopniowy wzrost nacjonalizmu, jego epidemiczne narastanie, normalizacja języka przemocy i chorych fantazji, zaczęło się materializować na naszych oczach.

Wróćmy jednak do żywych. Zważywszy na doniosłą pozycję narodu w polskim życiu politycznym i kulturalnym, gwałtowne zerwanie teoretycznej debaty nad nowoczesnością narodu polskiego może zaskakiwać. Ale czy powinno? Być może to właśnie inflacyjne użycie tego słowa w ostatniej dekadzie, wszechobecność narodowych symboli i głośnych deklaracji zniechęca historyków do ponownego podjęcia sporów wokół narodu? Nie sądzę, by kierował nami strach przed ewentualnymi konsekwencjami ze strony władzy czy też prawicowych radykałów. Tym, co sprawia, że naród przestał być popularnym tematem badawczym, jest według mnie proces, jakiemu został poddany: proces banalizacji. Przywoływany z sensem i (częściej) bez sensu, naród po prostu stracił siłę przyciągania, którą miał jeszcze dwie dekady temu. Przypuszczam, mówiąc wprost, że tym, co zniechęca historyków, jest ta sama rzeczywistość, która popchnęła Jacka Dehnela do napisania powieści o zombie. Kac po przedawkowaniu narodu.

Maciej Górny (1976) – historyk, doktor habilitowany nauk humanistycznych, pracuje w IH PAN. Zajmuje się historią Europy Środkowej i Wschodniej w XIX i XX wieku.

 

Artykuł ukazał się w:
Przegląd Polityczny 169/170 2021