fbpx

Ja nie mieszkam w Niemczech | Joachim Trenkner

SIĘGNIJMY PAMIĘCIĄ WSTECZ. U progu lat trzydziestych życie w Niemczech cechowała jeszcze różnorodność. Berlin był jeszcze „światową sceną”, do roli której awansował w połowie lat dwudziestych. To tutaj spotykała się cała Europa. Kto zdobył sobie nazwisko w awangardowej sztuce, przyjeżdżał do Berlina, a kto chciał zrobić karierę – przyjeżdżał tym bardziej. To w Berlinie znani reżyserzy, jak Max Reinhardt, Leopold Jessner czy Erwin Piscator, prezentowali w teatrach śmiałe inscenizacje; Berlin ze swymi wielkimi dyrygentami jak Bruno Walter, Otto Klemperer i Erich Kleiber uchodził za światową stolicę muzyki; to w Berlinie zgromadziły się najlepsze pióra dziennikarskie, tam miały też siedzibę najważniejsze wydawnictwa.

Berlin był wówczas, na długo przed Hollywood, najbardziej twórczym środowiskiem filmowym. To tu powstawały kolejne filmy, które weszły do historii kina, choćby „Błękitny anioł” nakręcony w 1931 roku. Literackiego pierwowzoru dostarczył Heinrich Mann, powieściopisarz i starszy brat Thomasa Manna, z kolei znany dramaturg Carl Zuckmayer napisał scenariusz, zaś popularny kompozytor operetek Friedrich Hollaender stworzył muzykę, a główną rolę zagrała Marlene Dietrich, która miała później stać się światową gwiazdą. Wszyscy oni – a także wielu innych – mieszkali w Berlinie i tylko nieliczni przeczuwali wówczas, że ich życie i działalność w Niemczech zmierza do tak szybkiego i gwałtownego końca.

Druga strona medalu w tej kipiącej życiem, pulsującej metropolii sztuki i rozrywki przedstawiała się ponuro. W 1932 roku wizerunek Berlina kształtowali bezrobotni: w czteromilionowym mieście było ich 600 tysięcy, a w całych Niemczech – sześć milionów. Ubożenia nie sposób już było powstrzymać, rosła liczba kradzieży i napadów rabunkowych, młodzież prostytuowała się za grosze, wskaźnik samobójstw skoczył w górę -w Berlinie notowano w 1932 roku siedem samobójstw dziennie. Nie można już było okiełznać kryzysu gospodarczego, który zaczął się od krachu na nowojorskiej giełdzie w 1929 roku. Wydawało się, że to koniec republiki. Jej wrogowie, zwłaszcza narodowi socjaliści pod wodzą Hitlera i Goebbelsa, stali w pogotowiu, by zagarnąć władzę. W wyniku wyborów do Reichstagu w listopadzie 1932 r. NSDAP stała się najsilniejszą frakcją. Berlin, co prawda, jeszcze tradycyjnie wybierał lewicę – niemiecka stolica nie była nigdy matecznikiem nazistów. „Bój o Berlin” trwał więc dalej. Mimo to na ogół nie brano nazistów poważnie. Większość uważała, że „brunatne strachy” wkrótce przeminą.

BYŁA TO FATALNA w skutkach pomyłka. 30 stycznia 1933 r. gazety doniosły, że Adolf Hitler został kanclerzem Rzeszy. Wielu nie chciało w to początkowo uwierzyć. Jeszcze tego samego wieczoru odbył się wielki, napawający lękiem, bojowy spektakl – oddziały SA i SS przemaszerowały z pochodniami przez Bramę Brandenburską. To już nie była zmiana ekipy rządzącej, to był koniec republiki. Naziści nazwali to „zdobyciem władzy” i jeszcze tej samej nocy zorganizowali falę przemocy. Miesiąc później znienawidzony symbol demokracji, Reichstag, stanął w płomieniach. Niezależnie od tego, kto podpalił gmach, dla nazistów stało się to upragnioną okazją, aby uchylić wszystkie podstawowe prawa demokratyczne. Polityczni przeciwnicy nazistów stali się przedmiotem bezprzykładnego terroru. NSDAP – teraz już u władzy i wespół z pruską policją – bezlitośnie zwalczała komunistów, socjaldemokratów i działaczy związkowych. Rozpoczęła się obława: masowo zatrzymywano niewinnych ludzi i osadzano ich w „areszcie ochronnym”, co z reguły oznaczało wywiezienie do obozu koncentracyjnego (dwa pierwsze takie obozy, Dachau i Sachsenhausen, zbudowano na początku 1933 roku).

Przeczytaj też : Joachim Trenkner Nowy antysemityzm w Europie (PP 147/2018)

„Niemcy, nie kupujcie u Żydów” – to haniebne hasło wykrzyczał Joseph Goebbels, wzywając do bojkotu. Przed żydowskimi sklepami, przed domami żydowskich lekarzy i adwokatów urządzano antysemickie ekscesy. A mimo to większość nadal nie chciała wierzyć, że brunatny terror będzie trwał długo.

Ogień był dla nazistów znakiem zniszczenia. W kilka zaledwie tygodni po pożarze Reichstagu spalono na Placu Opery – naprzeciwko berlińskiego uniwersytetu – książki niepożądanych pisarzy i myślicieli; nazwano tę barbarzyńską akcję „Przeciw nieniemieckiemu duchowi”. W rzeczywistości, rzucając w płomienie książki, palono krytyczno-liberalnego ducha, jaki w latach dwudziestych gościł swobodnie w Niemczech. Do „spalonych” pisarzy należeli obaj bracia Mann, Franz Werfel, Lion Feuchtwanger, Robert Musil, Kurt Tucholsky, Joseph Roth i wielu innych.

Gdy na Placu Opery płonęły książki, austriacko-żydowski pisarz Joseph Roth, który wówczas mieszkał w Berlinie, profetycznie stwierdził: Oni palą nasze książki, ale mają na myśli nas. Roth miał rację. Zakaz nauczania, zakaz występów publicznych, zakaz publikacji – rozmaite zakazy wykonywania pracy zawodowej zrazu wyłączały obywateli pochodzenia żydowskiego z udziału w życiu publicznym. W ślad za zakazami poszły osobiste upokorzenia, potem – wywłaszczenia. Nakazem chwili stała się emigracja.

Emigrowali przeciwnicy nazizmu, żydowscy i chrześcijańscy intelektualiści. Mało który z uznanych pisarzy chciał służyć nazistom, uciekali przed terrorem cenzury architekci z grupy Bauhaus, jak i przedstawiciele awangardy muzycznej; całe zespoły produkcji filmów spotkały się niemal w komplecie w Hollywood. Pracownicy instytutów badawczych gremialnie przesiedlali się do USA, wyemigrowała przeszło połowa profesorów zwyczajnych – wśród trzech tysięcy wybitnych naukowców, którzy odwrócili się do Niemiec plecami, było 24 laureatów Nagrody Nobla. Listę nazwisk tych, którzy woleli żyć na wygnaniu niż płaszczyć się przed narodowosocjalistycznym reżimem, lub których wygnali naziści, czyta się jak Who Was Who? niemieckojęzycznej inteligencji. Rzeczywiście, niemiecka kultura postradała wtedy nie tylko elitę artystyczną i intelektualną. Zniszczono również publiczność, która stanowiła w Berlinie społeczne podłoże rozwoju awangardy. Bez finansowego i ideologicznego oparcia w tym wielkomiejskim środowisku „duchowej warstwy średniej”, w której – dodajmy – nieproporcjonalnie wysoki odsetek stanowili niemieccy Żydzi, nie doszłoby wcześniej do tak wysławianego rozkwitu kultury.

Początkowo większość uchodźców pozostała w Europie. Zaskakująco niewielu z nich od razu decydowało się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Najwidoczniej nie zamierzano zanadto oddalać się od Niemiec, gdyż wciąż jeszcze nie chciano wierzyć, że „brunatne strachy” mogą długo potrwać. Gdybym pożegnał się z nadzieją, byłbym już w Ameryce – taki pogląd wyrażał Heinrich Mann jeszcze w 1938 roku. Ale i on, dwa lata później, musiał salwować się ucieczką do Ameryki, aby ocalić życie. Podobnie jak dla innych emigrantów, również dla niego Ameryka okazała się ostatecznie jedyną nadzieją. Tylko niektórzy emigrowali do Związku Sowieckiego. Byli to przede wszystkim komuniści i ci, którzy wciąż jeszcze wierzyli w socjalistyczne ideały. Niewielu udawało się do Ameryki Łacińskiej, do Palestyny, jeszcze inni podejmowali prawdziwą odyseję, podróżując dookoła świata aż do dalekich Chin. Wyjeżdżano z dnia na dzień, pozostawiając za sobą Europę, która stała się pułapką.

Drogę, jaką przeszli emigranci, można ukazać na przykładzie dwóch losów, reprezentatywnych dla różnych nurtów niemieckiej emigracji: poety i eseisty Hansa Sahla, oraz lekarza i dramaturga Friedricha Wolfa.

ZACZNIJMY OD HANSA SAHLA, który urodził się w Dreźnie w 1902 roku, wychował się w Berlinie w wielko-mieszczańskim środowisku żydowskim i tam, po ukończeniu studiów i doktoracie, szybko zrobił karierę jako krytyk. Pisał do Berliner Börsen-Courier i do Tagebuch, jego felietony i eseje łączyły estetyczną perspektywę z oświeconą, lewicową linią polityczną. Już w 1926 roku ostrzegał on w pięciu kolejnych artykułach na temat „klasyków z wypożyczalni” przed nasilającą się, skrajnie prawicową i antysemicką propagandą, przed nienawiścią: Naród niemiecki nie czyta Thomasa Manna i Alfreda Döblina. Większość czytelników wybiera klasyczne pozycje literatury brukowej, które są szowinistyczne, antysemickie i totalitarne. Przestudiowałem je wszystkie, wszystkie miały nakłady powyżej stu tysięcy, i wszystkie podżegały naród do nienawiści, mordu i wojny.

Gdy w styczniu 1933 roku naziści doszli do władzy, nad Hansem Sahlem zawisła groźba aresztowania. Z trudem udało mu się ujść bojówce, która miała go ująć. Błądził całymi dniami po ulicach, bez celu i bez kryjówki, w której mógłby się schronić. Wielu znajomych, którzy sami byli zagrożeni, zdążyło już się ukryć, innym zaś nie można już było ufać w sytuacji, w której gra toczyła się o śmierć i życie. Berlin, ta do niedawna jeszcze otwarta na świat, twórcza metropolia, przeobraził się w niebezpieczne, obce miasto. Przez sześć tygodni Sahl przemykał się od jednej kryjówki do drugiej, aż w połowie marca, dzięki pomocy pewnego zaprzyjaźnionego pruskiego oficera, udało mu się uciec koleją do Pragi. Dalej jego droga prowadziła przez Zurych do Paryża, do tej „poczekalni trzeciej klasy”, jak Sahl nazywał stolicę Francji.

Nie mógłbym żyć ani pracować, udusiłbym się, gdybym nie wyraził od czasu do czasu jasno mego bezgranicznego wstrętu wobec tego, co w nikczemnych słowach, a jeszcze nikczemniejszych czynach dokonywało się w kraju. Nazwisko moje – zasłużenie, czy też nie – złączone jest w świecie z pojęciem niemieckości, szanowanej i cenionej, konieczność zaś, żebym to ja właśnie wyraźnie sprzeciwił się szaleńczemu zafałszowaniu, jakiemu owa niemieckość podlega, była… niemal nie do odparcia dla człowieka, który zawsze… wyzwalał siebie w słowie… Pisarz niemiecki, słowem przyzwyczajony do odpowiedzialności, Niemiec, którego patriotyzm – może w naiwny sposób – wyraża się w wierze w nieporównaną moralną doniosłość tego, co się w Niemczech dzieje – i miałby milczeć, absolutnie milczeć wobec całego tego nie do odrobienia zła, jakie w kraju moim było i jest popełniane co dzień, zadawane ciałom, duszom i umysłom, prawu i prawdzie, ludziom i człowiekowi? Wobec tego straszliwego niebezpieczeństwa, jakie ów ustrój, niszczący ludzi, niewysłowienie nieświadomy godziny, jaka wybiła na zegarze świata, oznacza dla tej części ziemi? Nie było to możliwe.
Thomas Mann
Fragment listu do Dziekana Wydziału Filozofii Uniwersytetu w Bonn (Nowy Rok 1937)

Podobnie jak wielu innych, również Sahl nie był w stanie zadomowić się w Paryżu. Już w latach dwudziestych stwierdzał krytycznie: Gdy pierwszy raz pojechałem do Paryża, zauważyłem, że Berlin jest jednak bardziej nowoczesnym miastem, podczas gdy Paryż wciąż jeszcze żyje w XIX wieku. Wielką utopią, stanowiącą cel wszystkich tęsknot, była nadal własna przeszłość, czyli Berlin lat dwudziestych XX wieku. Nie mogło z nim najwidoczniej konkurować żadne miasto na obczyźnie, o czym można się przekonać z niezliczonych wypowiedzi i zapisków wielu wybitnych intelektualistów. Wraz z wypędzeniem z Niemiec większość z nich utraciła nie tylko ojczyznę. Przez długi czas wyglądało na to, że utracona została także przyszłość. To uczucie zagubienia ukazuje Hans Sahl w swej emigracyjnej powieści Die Wenigen und die Vielen (Nieliczni i wielu). Pisał Sahl: Wyrosłem w kraju, udręczonym głodem i wojną domową, gdzie mroczne myśli spustoszyły umysły. Zamiast dziękować Stwórcy za każdy dzień, jaki został mi podarowany, życzyłem sobie nieraz, bym nie dożył następnego dnia. Moje prace rozproszyły się po całej półkuli, moje wiersze ukazywały się w pismach, drukowanych przez odważnych mężczyzn, nie biorących za to pieniędzy – ukazywały się w lewym dolnym rogu strony, między tchnącymi grozą bieżącymi wiadomościami a doniesieniami o męczarniach, jakim poddano moich zamordowanych przyjaciół. Często zmieniałem łóżka. Moja tęsknota za egzotycznymi krajami została zaspokojona w sposób, który przerósł wszelkie moje oczekiwania. Podróżowałem po wielu krajach i nauczyłem się w wielu językach ukrywać swoje myśli. Chodziłem spać z głodnymi, a gdy budziłem się rankiem, słyszałem kroki mych prześladowców za oknem […] Teraz chodzę ulicami Nowego Jorku i dziwię się, że jeszcze żyję. Mieszkam w umeblowanym pokoju, którego okna wychodzą na rzekę Hudson, płacę zań co tydzień cztery dolary, a także za światło, za obsługę, oraz za to, że gospodarz mówi o mnie dobrze, gdy ktoś pyta o mnie z urzędu. Pokój ma dwa metry szerokości i cztery długości. Ma stół, dwa krzesła, łóżko i komodę z maszynką elektryczną, na której gotuję sobie jedzenie. Nad stołem wisi „Bill of Rights”. Mam dwa podarowane ubrania, starą maszynę do pisania oraz nadzieję, że uda mi się godnie przeżyć najbliższe dwa tygodnie.

Zanim jednak Sahl dotarł do Nowego Świata, zatrzymał się na dłużej w stolicy Francji. Paryż w latach 1933-1939 stał się najważniejszym ośrodkiem niemieckiej emigracji. Tu wegetowały w skromnych warunkach znakomitości niemieckiej literatury i dziennikarstwa. Większość z nich należała do „Związku Ochrony Niemieckich Pisarzy na Uchodźstwie” (Schutzverband Deutscher Schriftsteller im Exil), który to związek miał pomagać swoim członkom przetrwać w tych trudnych warunkach. Był jednak uwikłany w polityczne walki o władzę. Zwłaszcza pakt Hitler-Stalin w roku 1939, który utorował Niemcom i Sowietom drogę do napaści na Polskę, doprowadził „Związek Ochrony” wręcz na krawędź rozłamu. W jego zarządzie zasiadały tak słynne pióra, jak Anna Seghers i Manes Sperber, „szalejący reporter” – Egon Erwin Kisch oraz Hans Sahl: wszyscy z lewicy, ale bynajmniej nie wszyscy posłuszni Moskwie.

Pewnego dnia przedłożono Sahlowi w Paryżu pismo do podpisania. Było to oświadczenie „Związku Ochrony”, które denuncjowało Leopolda Schwarzschilda, wydawcę ukazującego się w Paryżu emigracyjnego pisma Neues Tagebuch, jako nazistę i agenta Goebbelsa. Powód: Schwarzschild, niezależny, liberalny wydawca prasowy, w serii artykułów w Neues Tagebuch poddał bezkompromisowej krytyce inicjowane przez Stalina moskiewskie procesy, porównując go z Hitlerem. Posłuszna Moskwie większość członków „Związku Ochrony” chciała się za to zemścić i niejako unicestwić Schwarzschilda. Mówiąc krótko, chciano go zadenuncjować jako nazistę. Hans Sahl odmówił złożenia podpisu pod tym fałszywym oświadczeniem. W swoich pamiętnikach pisze: Zdawałem sobie sprawę z tego, jaką otrzymam odpowiedź. Bez złudzeń widziałem w wyobraźni ich zdumione twarze, spoglądające na mnie na wpół z oburzeniem, na wpół ze współczuciem. Słyszałem już ich słowa: precz z tym zdrajcą, agentem obcego mocarstwa, a nawet gorzej jeszcze – z tym mieszczańskim humanistą, który jeszcze nie pojął, że proletariackiej rewolucji nie robią przewrażliwieni synkowie z dobrych domów, tylko mężczyźni, którzy wiedzą, że trzeba uderzyć młotem, jeżeli chce się celnie wbić gwóźdź. Sahl pozostał nieugięty: wystąpił ze „Związku Ochrony”, który nie mógł w ten sposób ogłosić swego denuncjującego oświadczenia, gdyż niezbędna była jednomyślność wszystkich członków zarządu. Gdy kilka dni później Sahl spotkał się w kawiarni ze słynnym reporterem Egonem Erwinem Kischem, ten początkowo okazał zrozumienie dla jego stanowiska, twierdził jednak, że Sahl mógłby powrócić do „linii partyjnej” reprezentowanej przez ów „Związek Ochrony”. „Rozważ to sobie jeszcze raz” – powiedział Kisch – „nie chciałbym, abyśmy byli zmuszeni do podjęcia walki przeciw tobie. Jeśli zechcesz, załatwię to, tak by wszystko było znów w porządku. Wystarczy, abyś powiedział jedno słowo”. Sahl jednak milczał. Kisch nie wytrzymał: „Czy ty wiesz, kim jesteś? Jesteś czymś najgorszym, co się może przytrafić partii, jesteś…” „Kontrrewolucjonistą” – wpadł mu w słowo Sahl. – „Nie – powiedział Kisch – ty jesteś czymś jeszcze o wiele gorszym, jesteś fanatykiem prawdy”.

TYMCZASEM ZACZĘŁA SIĘ już II wojna światowa. Emigranci zostali uznani we Francji za nieprzyjaznych cudzoziemców i umieszczeni w obozach dla internowanych. Niespełna rok później Francja skapitulowała, północna część kraju znalazła się pod okupacją niemiecką, południe zaś – pod rządami marszałka Petaina, kolaborującego z Niemcami. Latem 1940 roku Marsylia stała się miastem uchodźców. Dziesiątki tysięcy uciekinierów, z których większość dopiero co wydostała się z obozów dla internowanych, tłoczyły się w tym największym mieście jeszcze „wolnej” części Francji. Niemcy, Austriacy, Czesi, Węgrzy, Holendrzy, Polacy – wszystkim im Francja zapewniała, choć nie zawsze ochoczo, azyl przed nazistami. Obecnie osławiony paragraf 19 układu o zawieszeniu broni groził im wydaniem w ręce nazistów. Dla większości z nich oznaczałoby to obóz koncentracyjny i pewną śmierć. Toteż desperacko walczyli o przepustki, zezwolenia na pobyt i kartki żywnościowe, o amerykańskie i meksykańskie wizy wjazdowe, hiszpańskie i portugalskie wizy tranzytowe, wreszcie o bilety na statki płynące dokądkolwiek.

Znakomita kompania talentów utknęła w ten sposób w Marsylii latem 1940 roku. Byli tam czołowi politycy SPD jak Rudof Breitscheid i August Hilferding, socjolog Siegfried Kracauer, filozof Walter Benjamin, malarz Marc Chagall, pisarze jak Heinrich Mann, Alfred Döblin, Franz Werfel, Alfred Polgar, Anna Seghers, Walter Mehring, Lion Feuchtwanger, także – Hans Sahl. Sytuacja Sahla była rozpaczliwa. Kiedy trafił do Marsylii, nie miał ani pieniędzy, ani dokumentów, ani żadnej nadziei. W każdej chwili mógł zostać aresztowany podczas którejś z niezliczonych obław i wydany w ręce gestapo. Jego nazwisko figurowało na liście najbardziej poszukiwanych. Sahlowi dopisało jednak szczęście. Przez jednego z berlińskich przyjaciół poznał w Marsylii młodego Amerykanina, który nazywał się Varian Fry, absolwent Harvardu, który kierował Emergency Rescue Committee (Komitet Ocalenia w Nagłej Potrzebie). Komitet ten powstał w Ameryce z inicjatywy Thomasa Manna i jego córki Eriki.

Hans Sahl wszedł w skład organizacji Variana Fry’a, której pierwszym celem było niesienie pomocy uchodźcom. Podczas nocnych zebrań planowano wszelkie możliwe formy nielegalnej działalności. Zamawiano druk fałszywych dokumentów, kupowano wizy u podejrzanych dyplomatów z odległych krajów, urządzano konspiracyjne kryjówki, wymieniano pieniądze na czarnym rynku, wysyłano tajne wiadomości do Ameryki, organizowano szlaki przerzutowe przez Pireneje. Fry i jego pomocnicy, tacy jak Sahl, współpracowali z każdym, kto był w stanie pomóc uciekinierom: z ruchem oporu, z drobnymi kanciarzami, a nawet z miejscową mafią.

Drogi ucieczki były rozmaite. Najważniejsza z nich prowadziła przez Pireneje do Hiszpanii, i dalej – do Lizbony. Franz Werfel, autor bestsellerów, który ożenił się z wdową po słynnym kompozytorze Gustavie Mahlerze; Heinrich Mann, autor sławnych powieści zawierających elementy krytyki społecznej; Lion Feuchtwanger, znany autor powieści historycznych – wszyscy oni zostali przerzuceni z Francji tą właśnie drogą – przez góry. Dochodziło przy tym do najdziwaczniejszych komplikacji: słynny malarz Marc Chagall dał się nakłonić do opuszczenia Europy i ucieczki do bezpiecznej Ameryki dopiero wtedy, gdy go wielokrotnie zapewniono, że również w Nowym Świecie są krowy i inne zwierzęta, które będzie mógł malować.

Na koniec również i Hans Sahl musiał uciekać. Zaopatrzony w fałszywy duński paszport poleciał na początku 1941 roku do Portugalii. Zdążył na jeden z ostatnich statków, płynących do Nowego Jorku: Już przed przybyciem do Ameryki była ona częścią mojej świadomości – napisze później Sahl, w latach weimarskich krytyk filmowy – Ameryka Charty Chaplina, Bustera Keatona i Harolda Lloyda, Ameryka wytwornych domów z czerwonobrązowego piaskowca, drugstore’ów i pałacowych rezydencji, z których w każdej chwili mógł wyjść taki Clark Gable, Katherine Hepburn czy Spencer Tracy. Nowy Jork był dla mnie stojącymi jeszcze dekoracjami w jakimś atelier filmowym, w których rozgrywały się jednocześnie rzeczy błazeńskie i wzniosłe, tragiczne i niemądre. Nowy Jork był scenariuszem miasta jutra, odłożonym na później przez rozgniewanego Boga, gdy realizacja okazała się za trudna.

Emigracja oznaczała utratę ojczyzny, utratę poczucia bezpieczeństwa i zadomowienia. Dla ludzi pióra oznaczała również utratę języka. Uchodźcom, którzy wyemigrowali ze względu na swe żydowskie pochodzenie, z powodów politycznych lub z obu powodów równocześnie, nie było łatwo znaleźć sobie miejsce w Nowym Świecie. Ameryka dopiero co przezwyciężyła wówczas Great Depression, najgłębszy kryzys gospodarczy. Ludzie z Europy, do tego jeszcze z nazistowskich Niemiec, byli niekoniecznie mile widziani. Ubiegający się o azyl mieli poza tym do pokonania trudną przeszkodę w postaci obcego języka, musieli dopasować swoje życiowe przyzwyczajenia do zmienionych warunków; niejeden profesor uniwersytetu zaczynał nowe życie jako pomywacz lub windziarz. Samotność zbliżyła do siebie osamotnione serca, emigranci – uchodźcy z hitlerowskich Niemiec, jak nazywano ich w Nowym Jorku – całkiem automatycznie zaczęli spotykać się w restauracjach i kawiarniach przypominających swą atmosferą Europę, jak słynna „Eclair” na Upper Westside w Manhattanie, albo też w księgarni Mary Rosenberg. Najważniejszym punktem spotkań stała się jednak redakcja gazety Aufbau, założonej już w 1934 roku jako pismo związku żydowskich emigrantów.

DZIEJE NOWOJORSKIEGO pisma emigracyjnego Aufbau zaczęły się od szeregu sprzeczności. Jest to historia cudownego sukcesu. Ale zarazem dodajmy – była to gazeta, która zawdzięczała swe istnienie prześladowaniom i wypędzeniu. Co się tyczy nakładu, Aufbau nie był tak naprawdę nigdy wielką gazetą. Wychodził raz w tygodniu w nakładzie – nawet w swoim najlepszym okresie – raczej nie większym niż 50 tys. egzemplarzy. Zresztą sama nazwa pisma kryje w sobie sprzeczność. Aufbau (Budowanie) – to brzmi jak nazwa komunistycznej gazety związkowej. Ten Aufbau nie miał jednak nic wspólnego z komunizmem. Jego dziennikarskie zasady zostały ukształtowane przez oświecone, liberalne środkowoeuropejskie mieszczaństwo lat dwudziestych.

Pierwsze wydanie Aufbau ukazało się już 1 grudnia 1934 roku jako biuletyn związkowy New World Club, organizacji skupiającej niemiecko-żydowskich emigrantów. Prawdziwą gazetą, pismem liczącym się w świecie, stał się jednak Aufbau dopiero w wyniku dramatycznych wydarzeń w nazistowskich Niemczech. Dziś może to brzmieć cynicznie, ale im bardziej pogarszało się położenie Żydów w Niemczech, tym bardziej stabilizowała się sytuacja tego niemiecko-żydowskiego pisma w Nowym Jorku. Szczególnie trzy wydarzenia pozwoliły przekonać opinię publiczną, że naziści nie są jednak „przemijającym zjawiskiem” i że ich wolę niszczenia należy traktować poważnie: „Kryształowa noc”, zainscenizowana w listopadzie 1938 roku przez Goebbelsa, kiedy to na terenie całych Niemiec podpalano synagogi i demolowano żydowskie sklepy; aneksja Czechosłowacji i – na koniec – napaść na Polskę.

Dla Aufbau oznaczało to nie tylko nowych czytelników, lecz również przypływ nowych talentów. W kwietniu 1939 roku redaktorem naczelnym pisma został Manfred George. Wcześniej w Berlinie George był redaktorem w czołowym żydowskim wydawnictwie Ullstein i dał się poznać jako lewicowo-liberalny literat. W 1932 r. ukazała się, jego autorstwa, pierwsza biografia Theodora Herzla, twórcy i ideologa syjonizmu, z dwoma wstępami, które napisali Thomas Mann i Albert Einstein. Zbiór reportaży na temat powstań na Górnym Śląsku, gdzie George był w 1920 roku korespondentem, nosił tytuł Noc w Katowicach (Eine Nacht in Kattowitz) i znalazł się, w czasach nazizmu, na liście lektur zakazanych.

Ten więc mężczyzna o wysokich kwalifikacjach dziennikarskich został obecnie szefem nowojorskiego Aufbau. Bardzo szybko udało mu się przekształcić miesięcznik w tygodnik. To on sformułował trzy podstawowe wytyczne, jakimi miała się odtąd kierować gazeta. Były to: lojalność wobec nowej amerykańskiej ojczyzny, wierność żydowskiej religii, oraz – mimo upokorzenia, dyskryminacji i wypędzenia – niezaprzeczalna więź z niemiecką kulturą, językiem i historią. Na sukces nie trzeba było długo czekać. Nakład Aufbau rósł. Również zawartość pisma uległa stopniowo zmianie. Po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny pojawiła się regularna rubryka Our boys in the Army (Nasi chłopcy w armii) – w której zamieszczano zdjęcia emigrantów z Niemiec w amerykańskich mundurach. Zbierano też pieniądze na wojnę przeciw Niemcom. Podczas jednej ze zbiórek, mającej na celu współudział w sfinansowaniu budowy bombowca, zgromadzono aż 50 tys. dolarów. Samolot otrzymał imię Loyalty, nadane mu przez żydowską aktorkę Elisabeth Bergner, która pochodziła z Drohobycza w Galicji, a w Berlinie zdobyła sławę i zbierała hołdy.

Na początku 1942 roku na osławionej konferencji w pod-berlińskiej miejscowości Wannsee zapadła decyzja o totalnej, masowej zagładzie europejskich Żydów przy użyciu niejako przemysłowych metod – określono to mianem „ostatecznego rozwiązania”. Wkrótce przeniknęły na Zachód straszliwe doniesienia o masowym mordzie, dokonywanym w komorach gazowych Auschwitz, Majdanka i Treblinki. Fakt, iż świat w ogóle dowiedział się o tym obłędnym mordowaniu, należy zawdzięczać przede wszystkim dwóm ludziom: jednym z nich był niemiecki przemysłowiec August Schulte z Wrocławia, przeciwnik nazizmu, który jednak utrzymywał kontakty z czołowymi nazistowskimi przywódcami i przekazał w Szwajcarii przedstawicielom Światowego Kongresu Żydów wiadomość o rozpoczynającym się Holocauście; drugim był polski tajny kurier Armii Krajowej, Jan Karski, który został przyjęty nawet przez prezydenta USA Roosevelta. Relacje o przerażających zbrodniach nazistów, o których Schulte i Karski powiadomili Zachód, były tak przytłaczające, że początkowo spotkały się ze sceptycznym przyjęciem. Nawet wielkie nowojorskie dzienniki wahały się, czy opublikować rzecz tak niewiarygodną. Nie wahał się natomiast Aufbau. Już w lipcu 1942 r. napisał on – jako pierwsze czasopismo w Ameryce – o masowych mordach w niemieckich obozach zagłady, krytykując brak oddźwięku ze strony aliantów.

Gdy w Europie szalał nazistowski terror, nowojorskie pismo emigracyjne było nie tylko ważnym kronikarzem terroru, lecz jednocześnie awansowało do roli swego rodzaju Who is Who w niemieckim życiu kulturalnym i umysłowym. W tamtych czasach ozdobą stopki redakcyjnej Aufbau były wielkie nazwiska: laureaci Nagrody Nobla jak fizyk Albert Einstein czy pisarz Thomas Mann, powieściopisarze jak Lion Feuchtwanger i Franz Werfel, politycy jak Nahum Goldmann. Ci wspomniani tutaj i wiele innych znakomitości pisało wówczas do Aufbau – na przykład dramaturg Carl Zuckmayer, albo poetka i laureatka Nagrody Nobla Nelly Sachs, albo Stefan Zweig czy też Max Brod, przyjaciel i mecenas Franza Kafki – no i oczywiście również Hans Sahl. Listę słynnych niemieckojęzycznych pisarzy i dziennikarzy można jeszcze ciągnąć długo. Byli to Żydzi i chrześcijanie, których łączyło jedno: wspólna walka przeciw nazistowskim Niemcom; walka, która dobiegła końca w maju 1945 roku.

A TERAZ ZMIANA miejsca: przenieśmy się z Ameryki do Rosji. Oczywiście również Związek Sowiecki był celem uciekinierów z nazistowskich Niemiec – trafiali oni przede wszystkim do Moskwy, samozwańczej „stolicy światowego proletariatu”. Po I wojnie światowej i rewolucji 1917 roku wielu niemieckich lewicowych liberałów spoglądało na Wschód w nadziei, iż właśnie tam, w sowieckiej Rosji, znajdą nowy model ustroju społecznego. Niektórzy jeździli po młodym Związku Sowieckim – Joseph Roth, Walter Benjamin, Arthur Koestler – i wracali z reguły rozczarowani. Dla innych, zwłaszcza związanych z organizacjami komunistycznymi, Związek Sowiecki stanowił upragniony kraj docelowy. Moskwa była koniec końców siedzibą Międzynarodówki Komunistycznej (Kominternu), która – jak wielu wierzyło – ustalała wytyczne dla ruchu antyfaszystowskiego. Sławny (i osławiony) „Hotel Lux”, potężny gmach przy ulicy Gorkiego w Moskwie, od dawna już nie przyjmował odwiedzających stolicę gości, lecz stał się miejscem zamieszkania niemal wszystkich czołowych zagranicznych komunistów razem z ich rodzinami. Wkrótce zresztą ów „Hotel Lux” stał się dla niejednego lojalnego członka partii mrocznym przybytkiem, budzącym lęk – lęk przed tajnymi służbami Stalina. Nieufność niszczyła przyjaźnie, każdy szpiegował każdego, dawni towarzysze stawali się wrogami.

Emigracja do Związku Sowieckiego przebiegała z reguły szczęśliwie tylko dla wiernych wasali Stalina. Większość spośród tych, którzy szukali w Moskwie ratunku przed nazistowskimi Niemcami, trafiła wcześniej czy później w szpony NKWD i GPU, czyli poprzedników KGB. Inni z dnia na dzień przepadli gdzieś w Gułagu i nigdy nie powrócili, jeszcze innym pod byle pozorem wytaczano proces o szpiegostwo, co najczęściej pociągało za sobą wyrok śmierci. Sprytny Bert Brecht szybko zorientował się, co mu grozi i wyjechał przez Władywostok do Los Angeles. Słynny aktor Alexander Granach, pochodzący z Galicji, uciekł z Berlina przez Warszawę i Lwów do Moskwy, trafił tam do więzienia i jedynie dzięki interwencji Liona Feuchtwangera wyszedł na wolność, po czym wyemigrował do Ameryki. Natomiast koleżanka Granacha, aktorka Carola Neher, którą wsławiła rola w Operze za trzy grosze Brechta, została bez podania powodów zesłana do łagru i od tego czasu uchodzi za zaginioną. Taki sam los spotkał wiernych komunistów.

Również droga życiowa lekarza i dramaturga Friedricha Wolfa nie była prosta. Dla Wolfa, który przyszedł na świat w Neuwied na południu Niemiec jako syn żydowskich rodziców, studiował medycynę i obronił w Bonn pracę doktorską na temat Stwardnienie rozsiane w dzieciństwie, kluczowym doświadczeniem w życiu stała się I wojna światowa. Podobnie jak inni, także on był z początku „hurra-żołnierzem”, ale masowe rzezie na polach bitew tej „największej z europejskich żywiołowych katastrof” szybko go otrzeźwiły. Ciężka służba przy rannych uczyniła z Wolfa, batalionowego lekarza, rozgoryczonego przeciwnika wojen. On sam był dwukrotnie ranny. Pod koniec wojny przyłączył się do niemieckich rewolucjonistów, wszedł w skład rad robotniczych i żołnierskich, próbujących puczu przeciw pruskiej generalicji; później wstąpił do Komunistycznej Partii Niemiec (KPD).

W latach dwudziestych Friedrich Wolf dał się poznać jako autor wielu dramatów, które wówczas robiły furorę w Niemczech. Początkowo występował przeciwko wojnie i przeciwko ciemnym stronom kapitalizmu raczej z pobudek emocjonalnych, jako idealista – później jednak stał się marksistą z przekonania i konsekwentnie oddał swe pióro na usługi upragnionego socjalistycznego społeczeństwa. Sztuka jest bronią – taki tytuł nosiła jedna z jego propagandowych prac. No co, ludzie, czy nie macie serca w piersi? – zapytywał prowokacyjnie –Czy chcecie całe życie dać się oszukiwać takim „Im weissen Rössl” (Pod białym konikiem – tytuł popularnej wówczas operetki), czy rozwijać się z pomocą wspaniałych oper i klasyków, którzy was już nic nie obchodzą? Domagał się teatru zaangażowanego, takiego, który nie będzie malinowym budyniem ani estetycznym środkiem na uspokojenie, lecz teatrem współczesnym, którego ziarno wyrasta z twardej gleby Tutaj i Teraz… na chleb, który pozwoli nam żyć i zachować czujność. Jego najbardziej znane sztuki teatralne to dramat z okresu wojen chłopskich Der arme Konrad (Ubogi Konrad), tragedia rewolucyjna Die Matrosen von Cattaro (Marynarze z Cattaro), której tematem był bunt marynarzy na austriackim pancerniku „St Georg”, wzorem zaś – sowiecki film niemy Pancernik Potiomkin. Największy rozgłos przyniosła Wolfowi sztuka Cyankali (Cyjankali). Była ona wymierzona przeciwko paragrafowi 218, zabraniającemu przerywania ciąży, i w 1930 roku została nawet sfilmowana. W 1934 r., gdy naziści dorwali się już do władzy, Wolf napisał sztukę Profesor Mamlock, w której piętnował rozpoczynające się prześladowania Żydów. Dramat ten wystawiono z wielkim powodzeniem w Tokio, Tel Awiwie, Zurychu, Moskwie, Londynie, Sztokholmie i Nowym Jorku. W Warszawie Profesor Mamlock Wolfa szedł trzysta razy pod tytułem Żółta plama w reżyserii wspomnianego już, berlińskiego aktora Alexandra Granacha w żydowskim Teatrze im. Idy Kamińskiej oraz na innych polskich scenach.

Jako Żyd i komunista, Wolf musiał emigrować. Początkowo zatrzymał się we Francji. W 1935 roku wyjechał do Moskwy i niemal natychmiast wzbudził podejrzenia stalinowskich tajnych służb. Udało mu się szczęśliwie opuścić ZSSR, skąd wyruszył się do Hiszpanii, aby po klęsce Republiki powrócić do Paryża. Po rozpoczęciu wojny francusko-niemieckiej został internowany i uniknął wydania w ręce nazistów wyłącznie dzięki sowieckiemu obywatelstwu, jakie w międzyczasie zostało mu przyznane. W 1941 roku Wolf ponownie znalazł się w Związku Sowieckim. W 1943 r. został jednym ze współzałożycieli „Narodowego Komitetu Wolne Niemcy”, skupiającego komunistycznych emigrantów, artystów i wysokich rangą niemieckich oficerów, którzy po bitwie pod Stalingradem dostali się do niewoli i przeszli na stronę sowietów. Trzeba działać, czas nie czeka – to zdanie figuruje na fotografii, jaką Friedrich Wolf wówczas podarował pewnemu niemieckiemu porucznikowi lotnictwa. Na zdjęciu jest dwóch mężczyzn: Friedrich Wolf, wówczas 55-letni, były oficer z I wojny światowej, znany dramaturg i komunista z przekonania, który na rosyjskiej bluzie nosi order „Czerwonej Gwiazdy”, obok niego zaś, w mundurze nazistowskiej Luftwaffe, Heinrich hrabia Einsiedel, który dopiero co skończył lat dwadzieścia, prawnuk Bismarcka, założyciela niemieckiej Rzeszy. Einsiedel jako pilot myśliwca został zestrzelony nad Stalingradem, dostał się do sowieckiej niewoli i zaangażował się w działania „Narodowego Komitetu Wolne Niemcy”. Trudno o bardziej sugestywne zdjęcie, dokumentujące polityczne i społeczne rozłamy i zawirowania XX wieku.

Gdy tylko wojna się skończyła, Friedrich Wolf powrócił wraz z rodziną do Niemiec: do sowieckiej strefy okupacyjnej, późniejszej NRD. W jego działalności literackiej zabrakło już sukcesów twórczych. Profesor Mamlock został wprawdzie jeszcze sfilmowany, lecz jego ostatni dramat Der Mann mit der Regenbogenfahne (Człowiek z tęczowym sztandarem) o Tomaszu Müntzerze, wysławianym we wschodnich Niemczech konkurencie Marcina Lutra, był już niemal wyłącznie schematyczną agitką. Jako tak zwany „reemigrant” Wolf był raczej działaczem niż literatem, a na krótko przed śmiercią dostąpił nawet zaszczytów dyplomatycznych: w latach 1950-1951 był pierwszym ambasadorem NRD w PRL. Cieszące się w latach dwudziestych takim rozgłosem nazwisko Wolf jest dziś znane tylko z powodu jego obu synów: Konrad Wolf był jednym z najbardziej cenionych i odnoszących największe sukcesy reżyserów filmowych w NRD; natomiast Markus Wolf był odnoszącym nie mniejsze sukcesy, ale nie tak szanowanym szefem wywiadu niegdysiejszej NRD.

Niezdolność stawienia czoła przeszłości była z całą pewnością konsekwencją reżimu hitlerowskiego, to jest konsekwencją zorganizowanej winy, w którą naziści wplątali wszystkich Niemców. To fakt tej winy został przez aliantów po prostu włączony do pamiętnej hipotezy o winie zbiorowej. To tu tkwi przyczyna niezwykłego zakłopotania Niemców, które uderza obcych w jakiejkolwiek dyskusji dotyczącej przeszłości. O tym, jak trudno znaleźć sensowne podejście do owego problemu, świadczy dobitnie istnienie stereotypu, zgodnie z którym wciąż jeszcze nie „zapanowaliśmy” nad przeszłością, a także przekonanie, które podzielają zwłaszcza ludzie dobrej woli, że tym, co przede wszystkim należy zrobić, jest podjęcie wysiłku zapanowania nad nią. Chyba nie można tego zrobić z żadną przeszłością, a już na pewno nie z przeszłością Niemiec hitlerowskich. W najlepszym razie można osiągnąć tyle, że się ją dokładnie pozna oraz oswoi z ową wiedzą w oczekiwaniu na to, co ona sama i związane z nią cierpienie przyniesie.
Hannah Arendt

Wracać do Niemiec? Zaraz po wojnie większość emigrantów, niezależnie od tego, czy znaleźli ratunek na Zachodzie czy na Wschodzie, zadawała sobie po wielokroć to pytanie. Zwłaszcza ci, dla których język niemiecki stanowił artystyczną konieczność: pisarze, aktorzy, dziennikarze z pewnością przechodzili ciężką walkę wewnętrzną, gdy trzeba było się zdecydować: powrót – albo pożegnanie z Niemcami na zawsze. Poza tym wkrótce stało się jasne, że odtąd będą istnieć dwa państwa niemieckie – zdominowane przez Związek Sowiecki Niemcy Wschodnie, które od 1949 roku przybrały nazwę NRD, i większe, zdominowane przez trójkę zachodnich aliantów Niemcy Zachodnie, znane pod nazwą RFN.

DZISIAJ MOŻE SIĘ TO wydawać dziwne, ale Niemcy Wschodnie, owa młoda NRD, uchodziła początkowo wśród licznych, ba, nawet wybitnych emigrantów za „lepsze Niemcy”. Głoszony na Wschodzie antymilitaryzm i próba zbudowania socjalistycznego społeczeństwa była dla wielu wystarczającym bodźcem, by zaryzykować drogę powrotną. Dla niektórych motywem powrotu była zapewne również pokusa objęcia wysokich stanowisk. Bert Brecht, który opuścił Stany Zjednoczone (był obywatelem austriackim), udał się do NRD, gdy obiecano mu cały teatr, słynny Berliner Ensemble. Powieściopisarz Stefan Heym, do dzisiaj obywatel amerykański, osiedlił się w NRD, podobnie jak Anna Seghers, która zdobyła rozgłos swą powieścią emigracyjną Siódmy krzyż. Kompozytorzy Paul Dessau i Hanns Eisler, filozof Ernst Bloch, literaturoznawca Hans Meyer i historyk Alfred Kantorowicz także powrócili do wschodnich Niemiec. Traktowano ich tam z honorami, ale koniec końców ich udziałem było głębokie rozczarowanie. Bloch, Mayer i Kantorowicz pod koniec lat pięćdziesiątych uciekli do republiki zachodnioniemieckiej, Stefan Heym popadł w niełaskę. Jego krytyczna relacja o zdławieniu robotniczego powstania 17 czerwca 1953, 5 dni w czerwcu, oraz wymierzona przeciwko Stasi powieść Collin mogły się ukazać tylko w Niemczech Zachodnich. Po tym, jak NRD w 1989 roku niejako drogą samolikwidacji przeszła do historii, w takim socjaliście z przekonania, jak Heym, zrodziły się wszakże nowe nadzieje. Z ramienia PDS, następczyni SED, zasiadł więc w pierwszym ogólnoniemieckim Bundestagu i został nawet wybrany jego honorowym przewodniczącym jako najstarszy z posłów, ale marzenie jego życia, socjalistyczne Niemcy, nie ziściło się.

Szczególnie symptomatyczny wydaje się przykład powieściopisarza Arnolda Zweiga, którego antywojenna powieść Spór o sierżanta Griszę (Der Streit um den Sergeanten Grischa) należy do kanonu dwudziestowiecznej literatury światowej. Zweig, który urodził się w 1887 roku w rodzinie żydowskiej w Głogowie na Śląsku, wyemigrował w 1933 roku do Palestyny. Stamtąd przesyłał korespondencje do takich antyfaszystowskich pism, jak Wort w Moskwie lub Neue Weltbuhne w Pradze. W Hajfie napisał też swą antywojenną powieść Topór z Wandsbek (Das Beil von Wandsbek), która w powojennych Niemczech stała się bestsellerem. Gdy Zweig w 1948 roku wrócił do Berlina Wschodniego, przyjęto go tam z otwartymi ramionami. Był w końcu autorem o światowej sławie i należał do najbardziej znanych spośród powracających emigrantów, którzy wybrali Niemcy Wschodnie. Został nawet prezesem Akademii Sztuk i PEN Clubu, czczono go i składano mu hołdy, kiedy tylko nadarzała się sposobna okazja. Niejako w rewanżu, Zweig wysławiał NRD jako swoją duchową ojczyznę. A jednak stosunek Zweiga do władz NRD nie był tak bezkonfliktowy i pełen harmonii, jak to publicznie demonstrował. Żyd Arnold Zweig pozostał człowiekiem bez ojczyzny również w Berlinie Wschodnim – swoje pierwsze rozczarowanie przeżył, gdy wschodnioberlińskie wydawnictwo Aufbau Verlag odrzuciło początkowo jego powieść o Palestynie De Vrient kehrt heim (De Vrient wraca do domu) jako prosyjonistyczną i wydało książkę dopiero po „wyczyszczeniu” jej ze wszystkich niesłusznych politycznie fragmentów. Zweig miał też same kłopoty ze swoją relacją Freundschaft mit Freud (Przyjaźń z Freudem). Sigmund Freud, twórca psychoanalizy, był w NRD tematem tabu. Arnold Zweig – stary i zmęczony, a także naiwny i spragniony harmonii – nie opuścił NRD. Zmarł tam w 1968 roku, niemal całkowicie zapomniany, w wieku 81 lat.

POWRÓT DO DEMOKRATYCZNEJ Republiki Federalnej dla emigrantów z ZSRR nie wchodził w rachubę, ale również emigranci z Zachodu wahali się przed powrotem do młodej republiki bońskiej. Wielu zraziło szybkie, forsowane przez Amerykanów utworzenie zachodnioniemieckiej Bundeswehry, inni znów nie mogli pojąć, czemu zachodnioniemiecki wymiar sprawiedliwości, szkoły i uniwersytety powstają w oparciu o stare kadry z czasów Trzeciej Rzeszy. W 1964 roku wielki rozgłos zdobyła mała książeczka – antologia tekstów pióra znanych emigrantów. Jej tytuł brzmiał: Ich lebe nicht in der Bundesrepublik (Nie mieszkam w Republice Federalnej). Wydawca książki, pisarz i emigrant Hermann Kesten pisał w niej o wygnaniu i wygnańcach: Wygnanie jest klasycznym rozwiązaniem. Już u zwierząt stadnych można napotkać także samotników. Już nomadzi wysyłali krnąbrnych na pustynię… Wiek dwudziesty będzie może świadkiem końca narodów. Na razie jest to epoka rewolucji i dyktatur, a tym samym prawdziwy wiek uchodźstwa. Uciekały, uciekają i są wypędzane jednostki, które składają się na anonimowe miliony […] Wędrówka ludów w dwudziestym wieku, która rozpoczęła się od wojny na Bałkanach (1912) i trwała nadał podczas dwóch wojen światowych, objęła 70 milionów Europejczyków. Są wśród nich emigranci i uchodźcy, ewakuowani i przymusowo wysiedleni, deportowani i displaced persons, wypędzeni z ojczyzny i uprowadzeni. Drogą układów międzypaństwowych wymieniano całe grupy etniczne i narodowościowe. Ludzie uciekali przed działaniami wojennymi, przed prześladowaniami na tle politycznym i religijnym. Byli przymusowo przesiedlani zarówno przez własne państwo, jak i przez państwa obce.

Okres powojenny w republice zachodnioniemieckiej, lata pięćdziesiąte i po części także jeszcze lata sześćdziesiąte, charakteryzował znaczny brak zainteresowania polityką i własną historią. Wydawało się, jak gdyby cały naród zapadł w swego rodzaju zbiorowy sen. Wojna, czasy nazizmu, zbrodnie, jakich dopuścili się Niemcy – o tym prawie nikt nie chciał słyszeć. Teraz jest czas odbudowy – mówiono. Zachodnio-niemiecki „cud gospodarczy” rozwijał się na pełnych obrotach, można powiedzieć – o wiele za szybko Niemcom zaczęło się powodzić o wiele za dobrze. Nikt wówczas nie miał ochoty tracić czasu na skruchę, pokutę czy – jak to zaczęto później określać – „przezwyciężanie przeszłości”. Dlatego też Hermann Kesten dowodził z goryczą w swym eseju, zatytułowanym Wieczne uchodźstwo: Miliony Niemców nadal myślą i mówią dziś lepiej o SS, SA i starych towarzyszach partyjnych z NSDAP, niż o emigrantach politycznych czy też wręcz o Żydach, którzy również byli politycznymi emigrantami lub politycznymi ofiarami […] Dawny narodowy socjalista jest co najmniej „synem marnotrawnym”, dla którego przeznacza się cielę na rzeź, nie bacząc na to, czy on sam nie brał udziału w rzezi ludzi. Były uchodźca dla większości niemieckiego narodu jest wciąż jeszcze obcym, podejrzanym, kimś kto wbrew narodowi miał rację i mają nadal. Osobliwy naród, który pogardza swymi najlepszymi synami, a wiwatuje na cześć najgorszych.

Wielu z tych „najlepszych synów” utraciło życie w obozach koncentracyjnych, zginęło podczas ucieczki, inni wybrali na obczyźnie śmierć samobójczą, jak pisarze Ernst Toller, Kurt Tucholsky, Klaus Mann, Stefan Zweig czy Walter Benjamin. Niektórzy zmarli w nędzy, jak powieściopisarz Robert Musil. Innym znów na emigracji powodziło się całkiem dobrze – na przykład pisarzom takim jak Franz Werfel, bracia Mann, Lion Feuchtwanger, Arthur Koestler czy Erich Maria Remarque; kompozytorom jak Paul Hindemith, Erich Wolfgang Korngold czy Kurt Weill, architektom jak Walter Gropius czy Mies van der Rohe, malarzom jak Max Beckmann czy George Grosz, aktorkom jak Marlene Dietrich czy Elisabeth Bergner, reżyserom filmowym, jak Billy Wilder czy Fritz Lang, oraz dyrygentom, jak Bruno Walter czy Otto Klemperer. Zdarzały się oczywiście i „udane reemigracje”, zwłaszcza wśród polityków. Moskiewscy emigranci Wilhelm Pieck i Walter Ulbricht rządzili utworzonym w 1949 roku wschodnioniemieckim państwem NRD, poeta Johannes R. Becher został ministrem kultury. Inni politycy wracali do Niemiec Zachodnich. Rychło zaczęli oni wywierać istotny polityczny wpływ: burmistrz Berlina Ernst Reuter i jego późniejszy następca Willy Brandt, który został potem kanclerzem federalnym, oraz – przede wszystkim – trudny w obejściu, kanciasty Herbert Wehner, reformator i surowy wychowawca SPD oraz długoletni przewodniczący jej frakcji w Bundestagu. Wehner w połowie lat trzydziestych wyemigrował do Związku Sowieckiego jako komunista, mieszkał w „Hotelu Lux”, został uznany za jednego z podejrzanych i znalazł się pod obserwacją, udało mu się jednak wyjechać (jako kurier) do Szwecji i tam pozostać. Mimo kariery politycznej, jaką zrobił w powojennych Niemczech Zachodnich – przeciwnicy lękali się przemówień tego świetnego mówcy w Bundestagu – Wehner przez całe życie cierpiał nad tym, iż zachodnioniemieckie społeczeństwo nigdy tak naprawdę nie wybaczyło mu jego komunistycznej przeszłości. Oprócz polityków, w Niemczech Zachodnich osiedlili się na nowo także uczeni – bez „reemigrantów” Theodora W. Adorno i Maxa Horkheimera krytyczna szkoła filozoficzna, znana jako „Nowa szkoła frankfurcka”, byłaby raczej nie do pomyślenia. Wszyscy oni jednak w „dawnej ojczyźnie” pozostali obcy.

Wielkie nazwiska, owi Mannowie i Einsteinowie, nie wrócili – a jeśli już, to tylko na krótki czas. Zadane rany były zbyt bolesne. Zapewne z tego powodu Hermann Kesten tak oto kończył swój esej: Mieszkałem w Niemczech w czterech ich różnych stadiach: jakieś 15 lat w Niemczech kajzerowskich, około czternastu lat w Republice Weimarskiej, w Trzeciej Rzeszy niewiele więcej niż sześć tygodni i niespełna sześć miesięcy w Republice Federalnej. Połowę życia zaś spędziłem na emigracji. A przecież niemiecki jest moim językiem, który mnie zachwyca i karmi, w którym śnię, myślę, piszę i w którym najczęściej mówię, nawet za granicą. A przecież kocham Niemcy, które są pięknym krajem, kocham ich lasy i rzeki, ich stare miasta, wiele ich książek i wielu ludzi. […]! cóż powstrzymuje mnie przed tym, aby wrócić tam choćby już jutro, przynajmniej dopóki Republika Federalna jest krajem dość wolnym, by można było bez przeszkód w każdej chwili znowu wyjechać?

Również Hans Sahl – ten pogrążony w rozmyślaniach, znakomity pisarz – wielokrotnie zadawał sobie pytanie, czy powinien wrócić do kraju, z którego został wypędzony w 1933 roku. Więcej jeszcze: on nawet próbował powrotu. Wrócił do Monachium. Uchodźstwo jednak nikogo nie obchodziło. Jego powieść emigracyjna Die Wenigen und die Vielen (Nieliczni i wielu) została wprawdzie wydana, ale jej nie czytano. Nad rachunek pamięci przedkładano uroki dobrobytu, ot choćby podróże na słoneczne plaże śródziemnomorskie. Tytuły ówczesnych przebojów zdradzają panującego ducha czasu: Cały Paryż marzy o miłości albo Przyjedź do Włoch choć na trochę. Złą, brunatną przeszłością zaczęto się zajmować dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy dorastające córki i synowie zadali swoim rodzicom pytanie: a co wyście wtedy robili?

Hans Sahl wrócił do Nowego Jorku, wyrobił sobie nazwisko jako tłumacz sztuk teatralnych Tennessee Williamsa i Thorntona Wildera, pisał błyskotliwe eseje dla Suddeutsche Zeitung albo dla Neue Zürcher Zeitung, tworzył wiersze odznaczające się wielką językową elegancją i wreszcie opublikował swoje cudowne pamiętniki. Ale – nie znalazł szczęścia. Im dłużej się tutaj żyje, tym mniej się można wczuć w amerykańską mentalność – poskarżył się kiedyś. – Język niemiecki jest moją ojczyzną, od wczesnego dzieciństwa do dziś. Ale nie znam już czegoś takiego, jak geograficzna ojczyzna.

Poczucie zakorzenienia w języku niemieckim Hans Sahl podzielał z większością pisarzy-emigrantów. Tylko bardzo nielicznym, jak na przykład filozofom Hannah Arendt i Ludwigowi Marcuse, lub też publicyście Arthurowi Koestlerowi, udało się zdobyć pozycję jako autorom piszącym w obcym języku. Dla większości kwestia języka łączyła się z kwestią własnej tożsamości. Ameryka – powiedział kiedyś Hans Sahl – nie jest przecież ojczyzną. Kiedy się tutaj siedzi w gronie znajomych, trzeba nieustannie tłumaczyć. Nie z jednego języka na drugi, ale z jednej kultury na inną.

Już pod koniec swego życia, bardzo sędziwy i otoczony wielkimi honorami, Hans Sahl powrócił do Niemiec. Swe ostatnie lata spędził w Tybindze, mieście uniwersyteckim na południu Niemiec. Tam zmarł w wieku 91 lat. Historia świata uczyniła zeń eksperta od „tego, co jest pomiędzy”: we własnym odczuciu przez całe życie tkwił pomiędzy frontami. Został, tak jak wielu innych, wiecznym emigrantem, którego samo życie, przez dziewięć dziesiątków lat, ulokowało na ziemi niczyjej, gdzieś między Starym i Nowym Światem.
przetłumaczyła Hanna Hartwig

Joachim Trenkner – niemiecki dziennikarz i autor książek, wieloletni współpracownik niemieckich, amerykańskich i polskich mediów; odznaczony za pracę publicystyczną Medalem Wdzięczności Europejskiego Centrum Solidarności i Odznaką Honorową „Bene Merito”.

Artykuł ukazał się w 50 numerze Przeglądu Politycznego.

Joachim Trenkner w PP:

Joachim Trenkner Berlin – Berlin (PP 151/152 2018)
Joachim Trenkner Niemcy i Rosjanie (PP 149/2018)
Joachim Trenkner Rewolta studencka 1968 (PP 148/2018)
Joachim Trenkner Nowy antysemityzm w Europie (PP 147/2018)
Joachim Trenkner Polacy i inni (PP 145/146 2017)
Joachim Trenkner Czy amerykańskie stulecie dobiega końca? (PP 144/2017)
Joachim Trenkner Bez prawdy nie ma wolności (PP 142/2017)
Joachim Trenkner W rocznicę zjednoczenia (PP 141/2017)
Joachim Trenkner Czy demokracja w Europie jest zagrożona? (PP 139/140 2016)
Joachim Trenkner Niemcy bez cudzoziemców? (PP 138/2016)
Joachim Trenkner Trzecie Niemcy (PP 57/58 2002)