Historia i tancerka | Przegląd Polityczny 157/158

NAJWAŻNIEJSZY w życiu Poli Nireńskiej (1910–1992) był taniec. Mogły to być jej własne występy na scenie, ale również praca z uczniami albo tworzenie choreografii dla innych tancerzy. Tylko pozostając w kręgu tańca, czuła się szczęśliwa. Ale taniec miał także swoją cenę. Okresy, gdy okoliczności albo stan zdrowia odsuwały ją od tańca, przynosiły głęboką depresję, a nawet próby samobójcze.

O znaczeniu sztuki w jej życiu mówiła sama Nireńska: Działalności artystycznej nigdy się nie kończy […] wszystko, co robisz w życiu codziennym, należy do twojej sztuki […] Wszystko, co robię, jest sztuką i nie skończy się nigdy, aż do dnia mojej śmierci. Z kolei zaprzyjaźniona z Nireńską tancerka Rima Faber mówiła o bezwzględności tej formy wyrazu: Taniec to bezlitosna sztuka. Kiedy się zatrzymujesz, znika. Nagrania to tylko cień. Oglądasz się i niczego za tobą nie ma.

Poza tańcem biografię Nireńskiej naznaczył horror historii XX wieku. Gdy poznajemy szczegóły jej życia, śledzimy równolegle to, co działo się wtedy w Polsce i Europie. Gdy piętnastoletnia Perla Nirenstein (Pola Nireńska to późniejszy pseudonim artystyczny) bez zgody konserwatywnych, żydowskich rodziców zaczyna pobierać lekcje tańca, zaledwie dwa lata mijają od napadu antysemitów na znaną warszawską cukiernię „Ziemiańska”(3 kwietnia 1923) i dwudniowego pogromu, który nastąpił w stolicy odrodzonej Polski. Gdy dwudziestodwuletnia Pola kończy drezdeńską szkołę tańca cieszącej się światową sławą Mary Wigman, która była jej mistrzynią i z którą łączył ją romans, w Niemczech zmierzają już do władzy narodowi socjaliści. Sama Wigman rok później obejmuje ważną funkcję w Narodowosocjalistycznym Związku Nauczycieli, a w wielkim widowisku tanecznym na otwarcie berlińskiej olimpiady w 1936 roku wykonuje finałową rolę i po jej odtańczeniu składa ukłon w stronę loży honorowej, w której siedzi Adolf Hitler. Od roku obowiązują już wtedy ustawy norymberskie, czyli ustawy o obywatelstwie Rzeszy oraz ochronie niemieckiej krwi i honoru. Gdy po opuszczeniu Niemiec Nireńska tańczy w Warszawie, elity polskiej stolicy – a przynajmniej duża ich część – entuzjazmują się gościnnym odczytem, jaki w auli Uniwersytetu Warszawskiego wygłasza minister Rzeszy dr Joseph Goebbels (13 czerwca 1934). Mówca tłumaczy zebranym, dlaczego wprost konieczne są restrykcje w stosunku do Żydów. Takie przeplatanie się wydarzeń z życia osobistego Nireńskiej i wielkiej historii w sferze publicznej przesądza o niemal epickim rozmachu książki.

W życiu uczuciowym Poli Nireńskiej rolę znacznie większą od mężczyzn odgrywały kobiety (być może była to nawet rola wyłączna w pierwszej połowie jej życia). Miejsce Mary Wigman, o które wspomniałem wyżej, zajęła wkrótce tancerka Rosalia Chladek, a po niej – kompozytorka Priaulx Rainier. I raczej nie były to uczucia wyłącznie przyjacielskie czy siostrzane, skoro Nireńska kończy list do Chladek słowami: zasnęłam z radosnym uczuciem, że jestem z Tobą sama i trzymam Twoją dłoń. A z kolei Chladek, zaniepokojona dłuższą pauzą w korespondencji, pyta: czy pojawił się ktoś nowy w Twoim życiu?

W 1938 roku Nireńska wyszła wprawdzie za mąż, ale wiele wskazuje na to, że był to jedynie bardzo krótkotrwały kontrakt zapewniający legalizację pobytu w Wielkiej Brytanii. Jej drugie małżeństwo, zawarte w 1944 roku z biseksualnym aktorem Johnem Justinem, również nie trwało długo (niespełna cztery lata), przy czym małżonek sporą część tego okresu spędził na medytacjach w aśramie w Indiach, a po powrocie natychmiast poprosił o rozwód.

Weronika Kostyrko, Tancerka i Zagłada. Historia Poli Nireńskiej, Czerwone i Czarne, Warszawa 2019

Dwaj naprawdę godni uwagi mężczyźni pojawiają się obok Nireńskiej dopiero na amerykańskim etapie jej życia, a więc po 1949 roku. Obydwaj są Polakami i w przypadku obydwu ich relacja z Nireńską kryje tajemnice. Pierwszy to wielki poeta Jan Lechoń. Nie ma wątpliwości, że się znali i spotykali, a w 1953 roku Lechoń napisał recenzję z nowojorskiego występu Nireńskiej. Lechoń był homoseksualistą, ale zdarzało mu się przeżywać romantyczne fascynacje kobietami. W jego dzienniku pojawia się wielokrotnie tajemnicza „P…”, o której pisze, że jest istotą czułą, dobrą i tak stworzoną, jakby ją zamówił jakiś świetny zbieracz. Takie ma proporcje, kolor i z takiego jest cudownego materiału. Czy „P…” z dziennika Lechonia rzeczywiście odpowiada imieniu Pola? Tego niestety nie wiemy.

Drugi mężczyzna to Jan Romuald Kozielewski (znany pod konspiracyjnym pseudonimem Jan Karski) – odważny kurier polskiego Państwa Podziemnego, który na początku 1943 roku dostarczył aliantom raport na temat eksterminacji Żydów na terenie okupowanej Polski. Karski pierwszy raz zobaczył Nireńską w 1937 roku, gdy ambasador Polski w Londynie, hrabia Edward Raczyński (późniejszy prezydent RP na uchodźstwie), wydał raut i zaprosił Nireńską, by zatańczyła z tej okazji kilka ludowych tańców. Ale wtedy ona była gwiazdą europejskiego formatu, a młodszy od niej Karski tylko praktykantem w służbie dyplomatycznej. Uznał to za dystans nie do pokonania i nawet nie ośmielił się jej przedstawić.

Ponownie przyszedł na jej występ dwadzieścia lat później w Nowym Jorku. Przyciągnęło go londyńskie wspomnienie czy żydowskie środowisko? To pozostaje tajemnicą. Wiadomo, że miał już czterdzieści trzy lata, wykładał na amerykańskich uniwersytetach, a za sobą zostawił nieudane małżeństwo. W każdym razie teraz starczyło mu odwagi, by napisać do tancerki liścik, w którym wyrażał podziw dla jej artyzmu, a który kończył nieco staroświecko: całuję rączki. Gdy jego liścik został zignorowany, nie poddał się i nadal szukał kontaktu. W efekcie Nireńska i Karski zostali – używając dzisiejszego języka – partnerami, przed 1960 rokiem zamieszkali razem, a w 1965 roku wzięl ślub. Związane to było z konwersją Nireńskiej na katolicyzm, do czego podeszła dosyć pogodnie, bo czemu nie, skoro Żydówka była matką waszego boga. Małżeństwo trwało do samobójczej śmierci Nireńskiej w 1992 roku (Karski przeżył ją o osiem lat).

Dotąd nie wspomniałem o Weronice Kostyrko, autorce biografii tancerki. A to jej zawdzięczamy wszystkie te ustalenia, które poprzedziła wieloletnia kwerenda, a niekiedy wręcz detektywistyczne śledztwo. Otóż jej stosunek do trwającego ponad trzydzieści lat związku Nireńskiej z Karskim wolno uznać za cokolwiek sceptyczny. Pisze o kłótniach małżonków i ucieczkach Nireńskiej taksówką do przyjaciół, przytacza opinie znajomych, którzy dostrzegali charakterologiczną różnicę między nimi (grały u niej emocje, u niego działał intelekt), wreszcie stwierdza: małżeństwo okazało się dla obojga pułapką. Można sobie wyobrazić, że bliski kontakt dwóch silnych osobowości wywoływał błyskawice i grzmoty. Osobiście wolę patrzeć jednak na ten związek, inspirując się zdaniem z brudnopisu listu Nireńskiej do przyjaciółki: kiedy nikt nie słyszy, on na mnie warczy, ale jakoś się odnajdujemy. Ku takiemu spojrzeniu skłania mnie także fotografia zamieszczona na skrzydełku okładki. Widzimy na nim parę starszych ludzi – a dzięki biografce Nireńskiej wiemy już, jak mocno poturbowały ich doświadczenia osobiste i historia – którzy wzajemnie ofiarowują sobie czułość.

Z liczącej czterysta stron książki Weroniki Kostyrko wybrałem tylko kilka wątków i przedstawiłem je w bardzo skrótowy sposób. Trzeba przeczytać całość, by zobaczyć, jak wielką pracę wykonała autorka, przekopując się przez archiwa, przerzucając niezliczone egzemplarze starych gazet i przeglądając setki zdjęć, prowadząc dziesiątki rozmów. Największą zaś zasługą Weroniki Kostyrko jest ocalenie od zapomnienia niezwykłej kobiety i wybitnej artystki. Dzięki jej książce, wbrew przytoczonym wyżej słowom Rimy Faber, widzimy, że za tancerką jednak coś zostało.

Dariusz Filar

Artykuł ukazał się w:

157/158 numerze
Przeglądu Politycznego