Dziennik czasu Brexitu | Przegląd Polityczny 155/2019

Dziennik czasu Brexitu | Przegląd Polityczny 155/2019



Publikacja powstała we współpracy z Przedstawicielstwem Komisji Europejskiej w Polsce

I.

Jest już połowa kwietnia 2019 roku, jednak wiosna wciąż mocuje się z zimą. Chłodne jest też wnętrze nowoczesnego Manor Road Building, siedziby wydziału politologicznego Uniwersytetu w Oksfordzie, w której spotyka się nasza międzynarodowa grupa uczestników pięciodniowej szkoły metodologicznej. Skromne, popołudniowe spotkanie zapoznawcze, z kilkoma miseczkami chipsów (zwanych tu crisps, mianem chipsów określa się frytki) i nieprzesadną ilością znośnego wina, od początku nie zdradza potencjału, by przerodzić się w dłuższą imprezę. Z kieliszkiem w ręku i rodzącą się w głowie intencją rychłej ewakuacji siadam w fotelu, zastanawiając się, czy zdążę jeszcze odwiedzić księgarnię Blackwell, ktorej przepastne przestrzenie pamiętam ze swojej poprzedniej wizyty w Oksfordzie.

Moje plany zostają jednak zniweczone. Wdaję się w rozmowę z Rossem, który siada w sąsiednim fotelu. Ross pochodzi z niewielkiego miasteczka niedaleko Oksfordu, a obecnie pracuje w jednej z agend ONZ w Nowym Jorku. Jak mówi, więcej czasu spędza jednak w terenie, działając głownie w państwach azjatyckich. Rozmowa schodzi na temat polityki brytyjskiej. Nie, odpowiada na moje pytanie, Jeremy Corbyn był zupełnie nieznany, zanim nieoczekiwanie został przewodniczącym Partii Pracy. Prawdziwy socjalista na czele lewicowej partii? Kto by się tego spodziewał! – mówi z przekąsem, nie kryjąc swojej satysfakcji z takiego stanu rzeczy. Brexit? Był i jest mu przeciwny. Za to jego matka głosowała za wystąpieniem z Unii. Powód? Nie, nie jest rasistką czy nacjonalistką, nie ma nic przeciwko imigrantom. Uważa po prostu, że jej niewielkie przez długie dekady miasteczko ostatnio za bardzo się powiększyło – i że winna jest temu Europa.

Każda podobna rozmowa ujawnia zróżnicowanie nierzadko banalnych motywacji tych, którzy 23 czerwca 2016 roku oddali swój głos za opuszczeniem Unii Europejskiej, rozpoczynając jeden z najbardziej doniosłych procesów w historii integracji europejskiej – a, być może, rozpoczynając proces europejskiej dezintegracji. Obserwując wiosną 2019 roku z bliska politykę, przekonuję się z każdym dniem, że Brexit rozpoczął się w istocie na długo przed tym, zanim David Cameron podjął decyzję o rozpisaniu referendum, i jest nie tyle wydarzeniem czy procesem, ile pewnym stanem umysłu. Jego przyczyn nie da się wyjaśnić jednym zdaniem, nie da się go skwitować pozornie najcelniejszym nawet bon motem. Jeśli ktoś tak czyni, konstruując prostą diagnozę złożonych zjawisk, powtarza – cóż z tego, że może bezwiednie? – ten sam (anty?)intelektualny manewr, który zastosowali rzecznicy Brexitu, prezentując go jako panaceum na wszelkie możliwe schorzenia społeczeństwa brytyjskiego. Dlatego bardzo zaskakuje mnie i smuci, gdy w czytam wypowiedzi Timothy’ego Snydera, zbywającego Brexit jako „najczystszą głupotę”, oraz Normana Daviesa, tłumaczącego decyzję referendalną jednym czynnikiem – angielskim nacjonalizmem.

W wymiarze emocjonalnym łatwość podobnych stwierdzeń można, rzecz jasna, zrozumieć – a nawet z nimi do pewnego stopnia sympatyzować. Jako anglofila, zakochanego w brytyjskiej popkulturze, odwiedzającego Londyn kilka razy w roku, żadną miarą nie może mnie cieszyć perspektywa wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Jako polskiego politologa, świadomego słabnącej pozycji Europy, stojącej w obliczu pogłębiającego się izolacjonizmu amerykańskiego, neoimperializmu rosyjskiego i niepowstrzymanego wzrostu Chin, Breviter niepokoi mnie jako potwierdzenie kryzysu projektu europejskiego, który przez długie dekady gwarantował pokój i dobrobyt dużej części Starego Kontynentu, co od kilkunastu lat dotyczy również Polski. Jeśli jednak chcę wniknąć głębiej w przyczyny tego kryzysu, traktując Brexit jako case study, powinienem zawiesić osobiste preferencje i przeświadczenia, a wręcz ze wszystkich sił starać się rozerwać ustabilizowane schematy poznawcze, pozornie umożliwiające rozumienie świata, w istocie jednak utrudniające przyjmowanie nowych informacji. W mojej „obserwacji uczestniczącej” niepostrzeżenie – cóż za ironia! – coraz większą rolę odgrywać będzie introspekcja, i ostatecznie nie będę już wiedział, czy przedmiotem moich dociekań jest Brexit, czy raczej sposób, w jaki myślimy o podobnych zjawiskach i procesach – bądź w ogóle o świecie.

W miejscu dotychczasowej pewności pojawi się zwątpienie i niejednokrotnie będę zastanawiać się, czy jest ono przejawem zdrowego krytycyzmu, czy objawem niedojrzałego sceptycyzmu, o którym Immanuel Kant pisał, że jest dla ludzkiego rozumu miejscem wypoczynku, gdzie może on się zastanowić nad swą dogmatyczną wędrówką i naszkicować plan okolicy, w której się znajduje, by móc w przyszłości obrać zwiększą pewnością swą drogę. Filozof z Królewca przestrzegał, że ów sceptycyzm nie jest jednak miejscem zamieszkania na stałe, to bowiem da się znaleźć jedynie w zupełnej pewności poznania czy to samych przedmiotów, czy też granic, w których obrębie jest zamknięte wszelkie nasze poznanie przedmiotów. Słowa te wciąż będę mieć w pamięci, kiedy w licznych momentach swych brexitowych peregrynacji zastanawiać się będę, czy zmierzam we właściwym kierunku.

II.

Do wzmożenia krytycyzmu myślenia zachęca niewątpliwie motto goszczącej mnie London School of Economics and Political Science: rerumcognoscere causas. Ralph Dahrendorf w znakomitej historii LSE, wydanej z okazji setnej rocznicy szkoły, wspomina, że w 1922 roku rozpisany został konkurs z nagrodą w wysokości jednej gwinei dla studenta, który zaproponuje adekwatną sentencję. Ostatecznie zwyciężyła jednak zasugerowana przez profesora Edwina Cannana fraza z Wergiliuszowych Georgik, która w całości (w przekładzie Abramowiczówny) brzmi: Szczęsny zaiste ten, kto zdołał przyczyny wszechrzeczy poznać. Uczestnicząc każdego tygodnia w znakomitych seminariach, wykładach i konferencjach, przekonuję się, że LSE realizuje w pełni obietnicę zawartą w starożytnym przesłaniu. Sam fakt, że wkraczając na teren śródmiejskiego kampusu, mogę przywiesić sobie na szyi identyfikator z czerwonym logo uczelni, dostarcza mi dużej satysfakcji – a także umożliwia zakupienie ze zniżką kawy w bufecie. Tylko jeden raz w czasie pobytu w Londynie moja duma z przynależności do wspólnoty akademickiej fabiańskiej uczelni została wystawiona na próbę.

Jest sobotnie przedpołudnie, 23 marca. Setki tysięcy przeciwników wystąpienia z Unii Europejskiej gromadzą się na dwu jezdniach Park Lane, biegnącej wzdłuż wschodniego skraju Hyde Parku. Jestem dostatecznie wcześnie, by przepchnąć się w bezpośrednie sąsiedztwo zaimprowizowanej trybuny, z której oczekujący na wymarsz tłum utwierdzają w proeuropejskiej słuszności kolejni mówcy, przeważnie aktywiści organizacji pozarządowych, lecz także i politycy, w tym wielu deputowanych laburzystowskich. Wyekwipowani w antybrexitowe transparenty i unijne flagi uczestnicy marszu – przyszły nierzadko całe rodziny z małymi dziećmi, a w niebieskie pelerynki z żółtymi gwiazdkami poprzebierane są także licznie wspierające proeuropejską sprawę psy – reagują z entuzjazmem i oczekiwanie upływa w poczuciu głębokiej wspólnoty poglądów. Nasza cierpliwość jednak wkrótce zaczyna się wyczerpywać: marsz miał ruszyć w południe, tymczasem dochodzi 13.30, a wciąż stoimy nieopodal Hyde Park Corner. Dlatego kiedy Lloyd Russell-Moyle, młody poseł Partii Pracy z Brighton i świetny mówca wiecowy, zapowiada kolejnego przemawiającego, zebrani dają wyraz swojemu niezadowoleniu. Ruszajmy wreszcie – domaga się stojąca obok mnie starsza pani. Okazuje się jednak, że to nie opieszałość organizatorów jest winna, a fakt, że tak wielu ludzi pojawiło się na marszu – jego czoło już godzinę wcześniej ruszyło w kierunku Westminsteru.

Stoimy więc nadal, słuchając kolejnych mówców, którzy podkreślają, że ich celem nie jest obrona status quo – zatrzymanie Brexitu to tylko pierwszy krok w drodze do reform społecznych w Wielkiej Brytanii. Co śmielsi snują plany reformowania Europy i świata. Rzecz jasna, w takiej atmosferze nie może obejść się bez wskazywania wrogów – wymaga tego logika polityczności. Najczęściej wymienianym winowajcą jest, oczywiście, Partia Konserwatywna, a sam Brexit określany jest jako „projekt konserwatywny”. Wspomniany zostaje jednak także główny być może sprawca zamieszania. Kiedy rozglądam się dookoła, ze smutkiem myślę o żałosnym marszu Nigela Farage’a – mówi jedna z przemawiających, nawiązując do zainicjowanego przez lidera Brexit Party wymarszu niewielkiej grupy eurosceptyków, którzy kilka dni wcześniej wyruszyli z Sunderlandu w północnej Anglii, pragnąc 29 marca dotrzeć do Londynu i zablokować imprezę euroentuzjastów. Przekrzykując buczenie wywołane przez samo wspomnienie nazwiska Farage’a,mówczyni dodaje: Trudno nie współczuć tym sześćdziesięciu smutnym duszom, które muszą brnąć w deszczu, kiedy my jesteśmy tutaj, wiedzeni przez związki zawodowe, ekologów, ludzi młodych i starych, czarnych i białych! Na tym jednak poszukiwanie wroga się nie kończy. Choć sympatyzuję z wznoszonymi hasłami budowy bardziej sprawiedliwego społeczeństwa, popadam w konfuzję, gdy na liście przeciwników jednego z mówców pojawiają się „ludzie z dyplomami LSE”. Sprawdzam natychmiast, czymoj uczelniany identyfikator jest bezpiecznie ukryty w wewnętrznej kieszeni marynarki. „Będę krzyczeć, że ja na LSE jestem tylko gościnnie”, obmyślam scenariusz na wypadek ulicznego samosądu.

Do linczu na szczęście nie dochodzi, albowiem wiec staje się wreszcie marszem. Jego tempo jest jednak wciąż zbyt wolne jak na moją cierpliwość. Dlatego chwilowo dezerteruję z szeregu i bocznymi uliczkami przedostaję się najpierw na Piccadilly, a potem na Trafalgar Square. Niestety, mimo ponawianych prób nie udaje mi się przebić na sam początek marszu i utykam ostatecznie naWhitehallu, kilkadziesiątmetrow od Pałacu Westminsterskiego. Na rozstawionej tam scenie pojawia się kolejny korowód mówców – tu już politycy większego kalibru – których obserwujemy na telebimie. Wielkim aplauzem witani są pierwsza minister Szkocji, Nicola Sturgeon, wiceprzewodniczący Partii Pracy Tom Watson, a szczególnie laburzystowski deputowany David Lammy, przez niektórych uważany za przyszłego lidera lewicy. Zebrani nie zapominają jednak o nieobecnych przyjaciołach i, w przerwach pomiędzy przemówieniami, często rozlega się ironiczna, wykonywana na melodię utworu Seven Nation Army zespołu „TheWhite Stripes”, przyśpiewka ze słowami: Where is Jeremy Corbyn? Oh, where is Jeremy Corbyn?!

Nieco zaskakujący w tym kontekście jest wybór ostatniego mówcy. Jest nim Michael Heseltine, były wicepremier w gabinecie Johna Majora, a w latach osiemdziesiątych minister w rządzie Margaret Thatcher, który startując w 1990 roku przeciw niej jako kandydat na przewodniczącego Partii Konserwatywnej, doprowadził do rezygnacji Żelaznej Damy. Dziś jednak przemawia jako rzecznik frakcji konserwatywnych euroentuzjastów, krytyk Theresy May, a także, z racji wieku, jako świadek historii. Jego słowa brzmią nadspodziewaniemocno i są często przerywane oklaskami: Jesteśmy tu dziś jako ci, którzy stoją po właściwej stronie historii. Wkurczącym się świecie globalnego terroryzmu, międzynarodowego procederu unikania płacenia podatków, komunikacji dokonującej się w ułamkach sekund, gigantycznych korporacji, supermocarstw, masowej migracji, zmiany klimatu i wielu innych zagrożeń globalnych naszym obowiązkiem jest opierać się na naszych dotychczasowych osiągnięciach, zachować dostęp do korytarzy światowej władzy, a także nasze miejsce na światowej scenie. Możemy zastanawiać się, jakie są motywacje i zobowiązania osób publicznych. Nie możemy jednak wątpić, że naszą odpowiedzialnością wobec młodszych pokoleń jest przekazanie im państwa bogatszego, potężniejszego i bezpieczniejszego niż to, które sami odziedziczyliśmy. Nasze partnerstwo z Europą jest w tym sensie naszym przeznaczeniem. Dlatego mówię dziś wam wszystkim i każdemu z osobna: pozostańcie odważni. Zachowajcie wiarę. Powróćcie do swoich wiosek i miast. Opowiadajcie, że tu byliście – tu, na Parliament Square, przed gmachami, które są inspiracją dla demokracji parlamentarnych na całym świecie. Walcząc o nasze jutro w pokoju i bezpieczeństwie. By gorzka i krwawa przeszłość Europy pozostała jedynie historią.

III.

Każdego dnia pomiędzy 8.00 a 8.30 rano przykładam kartę Oyster do czytnika i przechodzę przez bramkę na stacji Hanger Lane w trzeciej strefie metra w północnej części Ealingu. Pociąg jedzie stąd do centrum nieco ponad pół godziny. W porannym szczycie wagony są szczelnie wypełnione, na miejsce siedzące raczej nie ma szans. Po kilku pierwszych dniach wiem już, w którym miejscu wagonu najlepiej przystanąć, by moc w spokoju przejrzeć bezpłatne Metro, bez litości dostarczające informacji i spekulacji z frontu zmagań brexitowych. Jest początek marca, uruchomiony dwa lata wcześniej na mocy artykułu 50, odmierzający czas do 29 marca 2019 roku zegar tyka coraz głośniej, a Theresa May przegrywa kolejne głosowania w Izbie Gmin i regularnie wyprawia się do Brukseli z misjami ostatniej szansy, określanymi w brytyjskich mediach jako desperate dashes, co z powodzeniem posłużyć mogłoby za tytuł tomiku poezji eksperymentalnej.

Moją ulubioną sekcją w porannej gazecie są listy od czytelników, układające się – czy raczej: układane z wprawą przez redaktorów – w fascynujące dyskusje na temat najgorętszych tematów. Z wielkim zainteresowaniem czytam więc opinie dotyczące nurtującego mnie w tych dniach pytania: po której stronie chodnika powinienem chodzić? Ta trywialna u nas kwestia – wiemy przecież, że chodzi się prawą stroną – w Londynie daleka jest od jednoznaczności. Jeśli bowiem chcieć zachować kompatybilność z zasadami ruchu drogowego, niewątpliwie należałoby chodzić po stronie lewej. Jednak w stolicy brytyjskiej liczba imigrantów z krajów o ruchu prawostronnym jest tak wielka, że to raczej oni narzucają tubylcom swoje przyzwyczajenia. Eliza Doolittle w Metrze z 13 marca jest jednak nieprzejednana: Etykieta poruszania się na schodach, korytarzach, a nawet chodnikach w Zjednoczonym Królestwie nakazuje trzymać się lewej strony – pamiętacie z czasów szkolnych krzyczących na was nauczycieli? Kiedy zatem zbliżacie się do rogu, to osoba skręcająca w prawo powinna zatoczyć szerszy łuk. Nie mam problemu z tym, że niektórzy tego nie wiedzą, jednak każdego dnia na schodach w pracy spotykam jakiegoś uparciucha, który patrzy na mnie jak na idiotkę i upiera się, żebym to ja ustąpiła drogi. Proszę pozwolić mi zachować dobre maniery. Następnego dnia gazeta drukuje dalsze wypowiedzi w tej doniosłej sprawie. ’Enry ’Iggins z Oksfordu: Dziękuję Elizie Doolittle za jej przewodnik etykiety chodnikowej, przypominający ludziom, by trzymali się lewej strony, pozwalam sobie jednak wyrazić zdanie odmienne w kwestii schodów. Zalecałbym przestrzeganie ‘zasad londyńskich’ na schodach ruchomych i zwyczajnych – trzymajmy się prawej strony, ponieważ większość ludzi jest praworęczna i ułatwia im to mocne chwycenie się poręczy. Dla równowagi gazeta drukuje jednak także list popierający panią Doolittle. Elizo, mnie także frustruje, gdy muszę wspinać się po schodach zygzakiem, ponieważ co każda kolejna osoba idzie to lewą, to prawą stroną. Może odzywa się we mnie dawne przyzwyczajenie z czasów, kiedy nosiłem miecz w prawej ręce – pisze Lancelot – jednak jeśli wszyscy trzymaliby się lewej strony, mniej byłoby przeciskania się i wpadania na siebie na narożnikach. 18 marca nadchodzi nieułatwiający osiągnięcia porozumienia głos ze Szkocji: Jako chłopiec byłem uczony, by nie trzymać się sztywno jednej strony, ale by poruszać się po zewnętrznej stronie chodnika, pozostając zwróconym twarzą do nadjeżdżających ulicą samochodów, co, jeśli wziąć pod uwagę wystające lusterka boczne autobusów i ciężarówek, jest o wiele bezpieczniejsze dla przechodnia niż sytuacja, w której nie widzimy, co nadjeżdża z tyłu. Mówiono mi też, by zawsze zajmować pozycję bliższą ruchowi ulicznemu, kiedy mija się małe dzieci, tak aby je niejako osłaniać – stwierdza Dunky z Dumbreck w Glasgow.

Po tym, jak przeczytałem te sprzeczne głosy, moja pewność, czy na londyńskich chodnikach zachowuję się właściwie, jest jeszcze mniejsza niż przed lekturą. Odnoszę jednak jakiś pożytek poznawczy. Skoro Brytyjczycy nie mogą porozumieć się w zakresie podstawowych zasad, jakże mogę dłużej dziwić się politykom w Westminsterze, że nie są zdolni do przyjęcia wspólnego stanowiska w kwestii opuszczenia Unii Europejskiej?

IV.

Londyn nieustannie mówi „sprawdzam” naszym najbardziej ugruntowanym nawykom. Tak było, gdy zapoznałem się z książką Shatemy Threadcraft z amerykańskiego Dartmouth College, która wydobyła z nieświadomości historię cierpienia czarnych kobiet w czasach niewolnictwa – cierpienia, które trwało przez długie dekady po jego zakończeniu. W dotychczasowej narracji antyrasistowskiej paradygmatyczny pozostaje obraz czarnego, linczowanego mężczyzny. Na mało spektakularne cierpienie – i, często, śmierć – czarnych kobiet, regularnie gwałconych przez swoich białych właścicieli, nie zwracano dotąd szczególnej uwagi. Książka jest wstrząsającym zapisem wykluczenia i przemilczenia. Poruszony do cna, kończę ją czytać dzień przed spotkaniem z autorką, zorganizowanym przez grupę badawczą teorii politycznej, działającą na LSE.

Podobny niepokój wywołało spotkanie z Niną, którą poznałem podczas jednego ze szkoleń dla studentów i pracowników LSE. Do Wielkiej Brytanii przyjechała z Chin cztery lata temu, zrobiła tu doktorat, a teraz pracuje na stanowisku badawczym w Londynie. Ta imponująca kariera, a także wybrana dyscyplina naukowa – statystyka – sugerują niezwykłą inteligencję. Znajduje to natychmiastowe potwierdzenie, kiedy rozmawiamy przy niewyszczególnionej restauracji w połnocno-wschodnimLondynie. Nasza dyskusja szybko uzmysławia mi moją przepastną ignorancję na temat wielkiej i pradawnej kultury, którą Nina reprezentuje. I owa ignorancja z pewnością nie kończy się na tym, że nie potrafię we właściwy sposób posługiwać się przy posiłku pałeczkami.

Choć może to brzmieć dziwnie, bardzo trudno jest dziś wyjść poza stereotypową wiedzę na temat Chin. Zachodnia wrażliwość wciąż zdaje się być nieprzygotowana na pozbawione uprzedzeń przyjęcie wiedzy o cywilizacji, która zdołała zachować swą wyjątkową tożsamość i nie zgadza się na bycie kształtowaną przez zewnętrzne oczekiwania. Niełatwo jest w związku z tym osobom pochodzącym z Chin wypowiadać się o swoim kraju, ponieważ od razu wpadają w podwójna pułapkę. Z jednej strony, jeśli wyrażają się krytycznie o rządzie chińskim, potwierdzają zachodnie przesądy, które nakazują nam postrzegać wschodnioazjatyckiego giganta jako bezwzględnie autorytarne państwo policyjne. Z drugiej strony, jeśli starają się przeciwstawić tym przesądom, broniąc swojej ojczyzny przed oskarżeniami o imperializm – a takie zarzuty formułuje się ostatnio w związku z „Inicjatywą Pasa i Drogi” – i, być może, wskazać na istotne niuanse, narażają się na uznanie za zindoktrynowanych bądź poddanych praniu mózgu. Jak często bywa, bardziej złożona prawda przegrywa bitwę z bezkrytycznymi umysłami.

Moja rozmowa z Niną staje się jeszcze bardziej niepokojąca, kiedy sytuacja się odwraca i to ona zaczyna mi stawiać pytania. Są one na pozór proste, jest to jednak prostota zdolna spenetrować zachodnie poczucie wyższości. „Dlaczego wierzycie w to, że demokracja jest najlepszym systemem? Z jakich powodów nie ufacie rządzącym i zakładacie, że ich intencje są złe?”. Instynktownie odwołuję się w odpowiedzi do argumentów historycznych. Nie ufamy naszym rządom, ponieważ w przeszłości wielokrotnie widzieliśmy, jak ludzka wolność – jak też miliony ludzkich istnień – padały ofiarą pomylonych ambicji tych, którzy sprawowali władzę. I dlatego nasi filozofowie śnili o lepszym modelu rządów, proponując ostatecznie ustrój republikański, gwarantujący, że ludzie są wolni, ponieważ są jedynymi autorami praw, którym podlegają.

Jestem jednak świadom, że nie mogę z pełnym przekonaniem zbyć kolejnego pytania Niny: „Czy nie sądzisz, że demokratyczna kontrola nad władzą jest tylko iluzją?”. Zbyt długo studiowałem mechanizmy ideologii i za dużo naczytałem się Foucaulta i Zizka, aby oddalić taką sugestię. Oczywistym jest dla mnie, że ideał demokratyczny opiera się na iluzji obywatelskiej kontroli nad władzą polityczną. Ta iluzja pozwala systemowi na działanie, jednak nasze ostatnie problemy z populizmem, nierównościami majątkowymi oraz (tak!) z Brexitem, doprowadziły do ujawnienia bardzo istotnych mankamentów projektu liberalno-demokratycznego. Jako teoretyk polityczny nieustannie poszukujący niespójności w założeniach, które stanowią rzekomy fundament gmachu zachodniej demokracji, nie mogę, w świetle naszych najnowszych perypetii w Europie i Ameryce, przedstawić jednoznacznej obrony tej ideologii oraz jej praktycznej realizacji.

Lecz może moja niepewność i wahanie stanowią najlepszy dowód upadku cywilizacji europejskiej, są najlepszym świadectwem dewastacji mentalności zachodniej przez relatywistyczne koncepcje postmodernistów? To prawda, że luminarze tego nurtu przeważnie już nie żyją, może jednak zasiane przez nich ziarno zwątpienia wydaje właśnie swoje zatrute plony? Czy zatem powinienem odrzucić wątpliwości i z całą mocą odeprzeć wszelkie sugestie kwestionujące żelazną logikę liberalnej demokracji? Jakże jednak mogę to uczynić, skoro rozpoznaję nie tylko jej liczne słabości, lecz także jej przygodność i arbitralność? Być może mógłbym wziąć ją w obronę tylko z pozycji rotariańskiej ironicznej pragmatystki, przekonując moją rozmówczynię, że zasady liberalno- demokratyczne są po prostu najbardziej użyteczne w realizacji społecznej nadziei na wolność i sprawiedliwość dla wszystkich ludzi? Lecz znów – czy rzeczywiście tak jest? Czy takie przekonanie nie jest jedynie kolejną oznaką, iż wciąż poddaję się tej samej ideologicznej fikcji? Może więc powinienem obrać inną drogę i wskazać, że wszystkie dopadające mnie dylematy są najlepszym potwierdzeniem trwałej potęgi kultury zachodniej – jedynej, która zdolna jest przetrwać samokrytyczne zwątpienie w samą siebie? Dlaczego jednak przyjmuję, że inne kultury pozbawione są autorefleksji? Dlaczego postrzegam je jako jednolite formacje, równym krokiem maszerujące ku globalnej hegemonii? Czy przypadkiem nie dokonuję projekcji na inne części świata najgorszych instynktów i najcięższych grzechów Zachodu?

Nie wiem, czy Nina świadoma jest wszystkich tych pytań, wywołujących szum w mojej głowie. Kiedy żegnamy się po wyjściu z restauracji, podejmuję decyzję, by przespacerować się do kolejnego przystanku autobusowego, mając nadzieję, że wieczorne, ciepłe powietrze – jest już koniec maja – pomoże mi odzyskać spokój. Krocząc jednak przez wciąż ruchliwe ulice Hackney, mijając zatłoczone puby i hałaśliwe grupy imprezowiczów, nie tylko nie odnajduję pewności siebie, lecz zaczynam wręcz doceniać stan permanentnego intelektualnego wzburzenia – być może jedyny stan, którego chciałbym być obywatelem. Niebo nad Londynem ciemnieje, a szum w mojej głowie staje się coraz głośniejszy, jednak czuję się dziwnie podniesiony na duchu, a nawet pełen nadziei, bez względu na to, co wydarzy się w przyszłości.

V.

Są poranki, kiedy w metrze jest tak ciasno, że nie ma szans, by rozłożyć gazetę. Pozostaje usprawiedliwiona bezczynnością i ograniczona dobrymi manierami obserwacja współpasażerów. Przywykły do poszukiwania tekstu wzrok przyciągają okładki książek czytanych przez szczęśliwców mieszkających przy stacjach wystarczająco odległych, by mogli zająć miejsca siedzące. W pędzącym pociągu dokonuję kwerendy lektur londyńczyków w nadziei, że dostarczą mi informacji o ich nadziejach i lękach w czasie ostatnich – jak się mi wówczas wydaje – dni Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej.

Odnotowuję w myślach debiut młodej irlandzkiej pisarki Sally Rooney Conversations with Friends i książkę Don Miguela Ruiza The Four Agreements: A Practical Guide to Personal Freedom. Zaintrygowany tym drugim tytułem sprawdzam później, o czym traktuje ten przewodnik: W swojej bestsellerowej książce autor pokazuje czytelnikom prostą drogę do osiągnięcia spokoju ducha oraz prawdziwej wolności i harmonii. Zachęca zatem do zawarcia tytułowych czterech umów z samym sobą oraz odrzucenia wszystkiego, co nas ogranicza. Te kilka prostych, na pozór oczywistych i banalnych kroków ma potężną moc całkowitej przemiany naszego życia.

Theresa May, jako córka anglikańskiego wikariusza, mogła nie mieć zaufania do przesłania Ruiza. Niezrozumiałe jest jednak pominięcie przez nią doskonałych rad współczesnego guru motywacyjnego, Simona Sineka. Jego Start with Why: How Great Leaders Inspire Everyone to Take Action oferuje przecież bardzo prostą receptę: Ludzie tacy jak Martin Luther King Jr., Steve Jobs i bracia Wright mieli z sobą niewiele wspólnego, wszyscy jednak zaczęli od d l a c z e g o. Zdali sobie sprawę, że ludzie nie przyjmą ich produktu, usługi, ruchu czy idei, dopóki nie zrozumieją d l a c z e g o, które za nimi stoi. Z a c z y n a j wi ę c o d d l a c z e g o!

Nowy wspaniały świat jest rzeczywiście w zasięgu ręki, zwłaszcza jeśli posłuchamy Bergmana Rutgera i jego Utopii dla realistów: Bezwarunkowy dochód podstawowy. Piętnastogodzinny dzień pracy. Otwarte granice. Czy nie brzmi to zbyt pięknie, aby było prawdziwe? Jeden z czołowych młodych europejskich myślicieli pokazuje, w jaki sposób można stworzyć idealny świat. Każdy kamień milowy postępu cywilizacyjnego, od końca niewolnictwa do początków demokracji, był niegdyś uznawany za utopijną fantazję. To, że coś jest nierealistyczne albo nieracjonalne, może w istocie uczynić niemożliwe nieuniknionym – i jest to jedyny sposób, aby zbudować idealny świat.

A jeśli nie mamy takiej nadziei, to przynajmniej przygotujmy się odpowiednio, by poradzić sobie z konsekwencjami tego, co nieuniknione. Z pomocą przychodzi Judith Herman i jej Trauma and Recovery: Książka uznawana za doniosły tekst na temat rozumienia osób, które przeżyły traumę. Umieszczając indywidualne doświadczenie w szerszej ramie politycznej, psychiatra z Harvardu przekonuje, że trauma psychologiczna jest nierozłącznie związana ze swoim kontekstem społecznym i politycznym.

Dość!

VI.

Przedpołudniowy pociąg mknie z londyńskiego King’s Cross bezpośrednio do Cambridge w niespełna godzinę. Gdy docieramnamiejsce,mam sporo czasu przed umówionym spotkaniem i mogę przespacerować się pomieście. Kupuję kawę w papierowym kubku i wolnym krokiem docieram do Parker’s Piece – rozległego błonia, na którego środku stoi latarnia z napisem Reality Checkpoint. To symboliczny punkt graniczny pomiędzy uniwersytetem a światem zewnętrznym. Przechodzącego ostrzega się w ten sposób, by upewnił się w swoim poczuciu rzeczywistości, zanim uda się dalej – tłumaczy znaczenie napisu Wikipedia, pozostawiając niejasną odpowiedź na pytanie, po której stronie rzeczywistość jest bardziej, a po której mniej realna. Z powodu miejscowych gołębi latarnia i jej najbliższa okolica nie są tego dnia w stanie szczególnie reprezentacyjnym. Zastanawiam się przez chwilę, jak ów stan mogę metaforycznie zinterpretować. Może jednak jestem nie dość wiernym czytelnikiem Paulo Coelho, aby rozszyfrować, co tym razem wszechświat stara mi się powiedzieć.

Wzruszam ramionami i idę dalej, docierając do King’s College. W 1946 roku, w czasie spotkania uniwersyteckiego „Klubu Nauk o Moralności”, w tym właśnie miejscu doszło do słynnego sporu pomiędzy Bertrandem Russellem i Ludwigiem Wittgensteinem. Dziś wydarzenie to pamięta się głownie z powodu pogrzebacza, którym autor Traktatu logiczno-filozoficznego grozić miał znanemu z pacyfistycznych poglądów autorowi Dziejów filozofii Zachodu. Mniej pamięta się o tym, że przedmiotem ich sporu było pytanie, czy problemy filozoficzne są rzeczywiste, czy raczej są tylko problemami językowymi? Jeśli przyjmiemy, że późniejsza historię dwudziestowiecznej humanistyki przedstawić można jako narrację, której główną osią jest pytanie o to, czy istnieje coś poza językiem, implicite przyznamy rację tym, którzy uznają się za spadkobierców Wittgensteina.

Nie rozstrzygając jednak fundamentalnych pytań w debacie na temat referencyjności języka i istnienia rzeczywistości pozajęzykowej, przyznać należy, że sposób, w który opowiadamy o świecie, odgrywa kapitalną rolę. Sens i znaczenie są konsekwencją wybranej metaforyki, dlatego waham się, czy chcąc opisać reakcje artystyczne na Brexit – a do tego z tak ogromnym trudem zmierzam– sięgnąć powinienem po słownik psychoanalityczny, czy może raczej użyć kategorii ekonomicznych. Jednak już użycie określenia „artystyczne” zamiast, na przykład, „show-businessowe” uznać można za próbę uchronienia autonomii sztuki przed jej redukcją do roli jednego z pół gospodarki rynkowej. Fakt, że nasze percepcje wyznaczane są przez uprzednie wobec nich kategorie, to świetny przykład na to, co w tradycji poststrukturalistycznej oddaje zbitka słów „zawsze już” (always already) – nasza wolność wysławiania zostaje nam odebrana z chwilą, gdy zaczynamy uczyć się języka.

Używając kategorii psychoanalitycznych opowiedzieć by można o zróżnicowanych próbach przepracowania brexitowej traumy przez artystów. Pośród gatunków, po które sięgają twórcy, przeważa komedia, satyra, groteska bądź farsa – czym, jeśli nie śmiechem, odreagować można społeczne niepokoje? Jeśli z kolei użyję słownika ekonomicznego, artyści przemieniają się w kapitalistów, prześcigających się w serwowaniu kolejnych „produkcji” dyskontujących nośny społecznie temat – i również takie postawienie sprawy zdaje się uzasadnione. Bez względu jednak na wybraną narrację docenić należy zręczność i skuteczność brytyjskich twórców w przyciąganiu odbiorców, dla których podawana codziennie przez media końska dawka doniesień brexitowych wciąż wydaje się za mała.

W połowie maja jadę do Finsbury Park i, o włos unikając deszczu, docieram do Park Theatre. Wystawiana tam sztuka, zatytułowana Ostatnie kuszenie Borisa Johnsona, opowiada o historycznej kolacji, przy której w lutym 2016 roku spotkały się małżeństwa Johnsonow i Gove’ow, a także Jewgienij Lebiediew, magnat prasowy rosyjskiego pochodzenia. To właśnie tego wieczoru, w domu Johnsonów w Islington, Boris Johnson i Michael Gove zadecydowali o opowiedzeniu się w kampanii referendalnej za wyjściem z Unii Europejskiej. Komedia, a może raczej tragifarsa Jonathana Maitlanda przedstawia dojrzewanie Johnsona do brzemiennej w skutkach decyzji jako efekt odwiedzin gości z zaświatów. Na scenie pojawiają się bowiem duchy Winstona Churchilla, Margaret Thatcher i… Tony’ego Blaira. Widzi je, rzecz jasna, tylko Johnson, którego kunktatorstwo napędzane jest wyłącznie egotyzmem i podporządkowane jest w zupełności dążeniu do zwiększenia szans na objęcie fotela premiera. Ostatecznie, jak wiadomo, poreferendalny wyścig na przewodniczącego Partii Konserwatywnej Boris Johnson przegrał, kiedy Michael Gove wbił mu „nóż w plecy”, wycofując niespodziewanie swoje poparcie i ogłaszając własną kandydaturę. Do tej właśnie strony natury Gove’a nawiązuje akt drugi sztuki, który jest już czystą groteską. Jego akcja toczy się w przyszłości, dziesięć lat po Brexicie. Wielka Brytania jest w ruinie, a zdesperowani kolejnymi porażkami konserwatyści przypominają sobie o Johnsonie, przed którym staje ponowna szansa na zostanie premierem – pod warunkiem, że obieca rozpisanie referendum o ponownej akcesji do Unii Europejskiej. Boris nie ma z tym problemu i w przemówieniu do delegatów trawestuje słynną frazę Margaret Thatcher, stwierdzając: The gentleman is for U-turning! Historia z 2016 roku powraca jednak jako farsa: Gove, który w międzyczasie wstąpił do stanu duchownego i ma ambicje, by zostać arcybiskupem Canterbury, i tym razem pokrzyżuje plany witającego się już z gąską Johnsona.

Nie wszyscy krytycy byli zachwyceni Ostatnim kuszeniem, a to chyba dlatego, że ani scenarzysta, ani aktorzy – a grający Borisa Will Barton jest niewątpliwie rewelacyjny – nie są w stanie prześcignąć rzeczywistej, okołobrexitowej groteski oraz bufonady tytułowego bohatera. Z nieco większą przychylnością spotyka się wystawione na początku czerwca w Soho Theatre godzinne show Jonny Woo’s All Star Brexit Cabaret. Choć może zaskakiwać fakt, że kwartet aktorów pod przewodem Jonny’ego Woo (towarzyszy im grający na pianinie Richard Thomas) występuje w strojach drag queens, zaprezentowany program jest w zupełności zgodny z tytułem. Składają się na niego dowcipne, przewrotnie wulgarne i szybko wpadające w ucho piosenki, komentujące kampanię referendalną i przedstawiające brexitowe dramatis persona: Davida Camerona, Borisa Johnsona, Theresę May, a także Angelę Merkel, szydząc jednocześnie z antyimigranckich fobii i antyunijnych mitów o krzywiźnie bananów.

Bajka, którą opowiadamy, niestety wcale nie jest fikcyjna, wszystko to wydarzyło się naprawdę – mówi w pewnym momencie ze sceny Woo, niejako potwierdzając tym samym niezdolność zaproponowania alternatywnej narracji o świecie, takiej narracji, która pozwoliłaby przepracować narodową traumę i tchnąć w odbiorców nową nadzieję. I może dlatego w tym momencie wydaje mi się, że „król jest nagi” – w sensie ścisłym, bowiem Woo z wielką przyjemnością paraduje w czasie przedstawienia w spodniach z wyciętymi na pośladkach dziurami – a zamiast artystów dostrzegam na scenie sprytnych biznesmenów na koturnach, którzy oferują widzom nie szansę przejścia przez Reality Checkpoint, poza którym leży głębsze zrozumienie rzeczy, a jedynie opakowany w błyszczący kostium banał.

VII.

Chcę jednak powiedzieć wyraźnie: banału nie lekceważę. Co więcej, wydaje się on być zupełnie niedocenionym przedmiotem namysłu naukowego i filozoficznego. Owszem, są spektakularne wyjątki, takie jak Arendtowskie rozważania o naturze zła, jednak współczesna teoria polityczna o wiele bardziej zainteresowana jest wyjątkiem i można przypisać to w dużej mierze popularności Carla Schmitta. To za nim podążyli autorzy w rodzaju Giorgio Agambena, uznający, że analiza stanu wyjątkowego dawać ma wyjątkowy wgląd w naturę rzeczywistości. Schmitt, którego Arendt chyba intencjonalnie pomijała w swoich pismach – w Kondycji ludzkiej pojawia się on chyba tylko w jednym czy dwu przypisach – raz jeszcze triumfuje zza grobu.

Tymczasem to banał, przezroczysty jak powietrze w uruchomionej w kwietniu 2019 roku londyńskiej strefie ultraniskiej emisji spalin, jest tym, co stabilizuje sens, sprawia, że codzienność staje się codzienna, działa, by użyć modnego określenia, normalizująco. W formie komunału banał ma istotne znaczenie polityczne – loci communes to nie tylko wielkie toposy literackie, lecz także wspólny repertuar wyobraźni zbiorowej, do którego sięgać lubią demagodzy, ponieważ zaczerpnięte z owego zasobu prawdoidy nie wymagają uzasadnienia.

Brytyjczycy przez długie dekady byli utwierdzani w niechęci do Unii Europejskiej za pomocą ledwie kilku nieweryfikowanych – a może i nieweryfikowalnych – haseł. Celowały w tym, oczywiście, media, z prawicowymi gazetami na czele. Na początku lat dziewięćdziesiątych współtwórcą specjalnego gatunku fake newsów na temat UE był nikt inny jak Boris Johnson, wówczas brukselski korespondent Daily Telegraph. Jeden z francuskich dziennikarzy wspominał ostatnio, że Johnson z pełną powagą mówił mu wówczas: Nie możesz pozwolić, by fakty stanęły na przeszkodzie dobrej historii. Wyssane z palca doniesienia o diabolicznych planach unijnych komisarzy, którzy chcą rzekomo zakazać chipsów o smaku koktajlu z krewetek, nie tylko skutecznie pogłębiały antyunijny resentyment czytelników, lecz także stały się podstawą trwałych mitów funkcjonujących jako powszechnie zrozumiałe, eurosceptyczne zaklęcia, natychmiast przywołujące cień brukselskiego Behemota. Odegrały one istotną rolę przed referendum w 2016 roku i powtarzane są do dziś mimo wielokrotnego dementi ze strony specjalistów. Michael Gove przed referendum zasłynął jednak stwierdzeniem, iż ludzie w tym kraju mają już dość ekspertów. Dlatego, zamiast zagłębiać się w lekturze kolejnej sążnistej analizy, proponuję wejrzeć w dusze brytyjskich eurosceptyków za pośrednictwem kultury popularnej.

Z pełnym przekonaniem stwierdzam, że głębokiego zrozumienia przyczyn Brexitu dostarcza drugi odcinek z drugiego sezonu serialu komediowego BBC Cienka niebieska linia z 1996 roku. Akcja tej emitowanej niegdyś także u nas serii toczy się na komisariacie w fikcyjnym Gasforth. Grupa policjantów pod wodzą inspektora Fowlera (w tej roli Rowan Atkinson) zmaga się z codziennością małego miasteczka. W odcinku zatytułowanym Ism, Ism, Ism okazuje się, że w Gasforth przebywa nielegalny uchodźca, starający się o azyl. Czas, który mu na to pozostał, niebawem się skończy i z tego powodu pani burmistrz osobiście nakazuje Fowlerowi aresztowanie mężczyzny. Ponieważ jednak miasto stara się o grant z Komisji Europejskiej, a na miejscu może pojawić się wysłannik Parlamentu Europejskiego, należy wcześniej policjantów przeszkolić w zakresie wrażliwości międzykulturowej. Jak stwierdza pani burmistrz: Kiedy wy będziecie przymykać tego zasmarkanego cudzoziemca, ja chciałabym móc pokazać temu oślizgłemu eurodraniowi, jak bardzo jesteśmy tolerancyjni.

Nic nie śmieszy tak jak czyjaś klęska, dlatego od początku jasne jest, że nawet po gruntownym szkoleniu antydyskryminacyjnym, a nawet po bardzo sprawnym aresztowaniu, cała akcja kończy się porażką. Okazuje się, że zamiast nielegalnego, białego uchodźcy z Czeczenii, policjanci osadzili w celi czarnoskórego komisarza Unii Europejskiej do spraw praw człowieka – na dodatek obywatela francuskiego. Francuz? W moim komisariacie?! – wykrzykuje ze zgrozą Fowler, na co tamten odpowiada: Wy Brytyjczycy… Nic dziwnego, że wszyscy was nie znosimy. Wasza czekolada jest za mało czekoladowa. Wasze banany są zbyt długie i krzywe. Wciąż upieracie się, żeby jeść chipsy o smaku krewetek, mimo iż powiedzieliśmy wam wyraźnie, żebyście tego nie robili. A teraz okazuje się, że wasza policja myśli, iż każdy czarnoskóry jest nielegalnym imigrantem! Rzuciwszy au revoir, komisarz odwraca się na pięcie i wychodzi, a w pogoń za nim rzuca się obecna przy wymianie zdań pani burmistrz: Monsieur Delcroix! My czekamy na decyzję grantową! Ten wstrętny rasista – wskazuje na Fowlera – zostanie surowo zdyscyplinowany!

Twórca i scenarzystą serialu był Ben Elton, który należał w latach osiemdziesiątych do grupy alternatywnych, lewicowych komików, jednak w kolejnej dekadzie mocno złagodniał, a w 2002 roku ostatecznie zaprzedał się komercyjnej stronie mocy, tworząc oparty o hity grupy „Queen” musical We Will Rock You. Od tej pory stał się obiektem szyderstw ze strony kolegów po fachu, którzy pozostali wierni radykalnym ideałom. Najwybitniejszym z nich jest dziś Stewart Lee, który wyspecjalizował się w niezwykle inteligentnym, stand-upowym dekonstrukcjonizmie. (Rozmawiając z Terrym Eagletonem po wieczorze autorskim w London Review Bookshop, z wielką satysfakcją dowiedziałem się, że jego najnowsza książka Humour miała pierwotnie przyjąć formę dialogu pomiędzy nim a Stewartem Lee; ten ostatni miał jednak zbyt wiele innych zobowiązań). I choć Lee dla Bena Eltona jest bezwzględny, to jednak obu komików łączy sprzeciw wobec ksenofobii. W przywołanym odcinku Cienkiej niebieskiej linii pochodzący z Trinidadu konstabl Gladstone zastanawia się: Ale co oznacza brytyjskość? Każdy jest w jakimś sensie dzieckiem imigrantów – w większości przypadków nielegalnych. Gdy Fowler wyraża zdumienie tym stwierdzeniem, Gladstone wyjaśnia: Wystarczy, że sięgniemy dostatecznie daleko w przeszłość. Normanowie byli nielegalnymi imigrantami, prawda? A kiedy już tu przybyli, to raczej nie trzymali swojego interesu schowanego za kolczugą.

W tym samym tonie, choć z nieco większym rozmachem historię Wysp Brytyjskich przedstawia Stewart Lee, kpiąc z wypowiedzi byłego lidera UKIP, a dziś członka Brexit Party, Paula Nuttalla. Ów polityk zwrócił się kilka lat temu z apelem do rządu Bułgarii: Musicie zrobić wszystko, by wasi najbystrzejsi obywatele pozostali w kraju i wspierali jego rozwój ekonomiczny, zamiast przyjeżdżać do nas, by podawać herbatę i kawę. Lee, odgrywający personę wielkomiejskiego liberała, odpowiada na to w swoim monologu z przekąsem: Paul Nuttall może opowiadać takie rzeczy, ponieważ żyje w Liverpoolu. Ja jednak mieszkam w Londynie i chciałbym wiedzieć, w jaki sposób będę mógł kupić tanio herbatę lub kawę, jeśli nie przygotuje ich dla mnie wschodnioeuropejski profesor filozofii ze zbyt wysokimi kwalifikacjami, pracujący za zdecydowanie mniej niż wynosi minimum egzystencji? Samolub z tego Paula Nuttalla. Następnie jednak rozpoczyna tyradę, w której „odsyła do domu” innych, dawniejszych imigrantów: XVI-wiecznych hugenotów, Anglosasów z V wieku, a także ludy neolityczne, przybyłe na Wyspy Brytyjskie ponad sześć tysięcy lat temu. Ostatecznie cofa się o 400 milionów lat, kiedy na ląd wyszły z oceanu pierwsze płazy. Nazywam się Paul Nuttall – krzyczy Lee – i wzywam najbystrzejsze i najlepsze ryby, aby pozostały w morzu i skoncentrowały się na podtrzymaniu wodnej „prosperity”, zamiast wychodzić na ląd i rozpoczynać proces ewolucji, który ostatecznie doprowadzi do stworzenia na Ziemi wszelkiego znanego nam życia! W tym momencie dociera do metafizycznego sedna problemu bigotów, ksenofobów i wszystkich wrogów pluralizmu i różnorodności: Jest zbyt pełna, prawda? Nie, nie Brytania – rzeczywistość. Po prostu wszędzie jest za dużo rzeczy! Pamiętacie czasy, kiedy nie było niczego? Nie było planet. Nie było słońc… Nie było też przestępczości. Mogliśmy pozostawiać drzwi niezamknięte na klucz do naszego domu, prawda? Ponieważ on wówczas nie istniał.

VIII.

Podczas jednego z czwartkowych seminariów w LSE profesor Anne Phillips na marginesie pytania do prelegenta rzuca uwagę, która dowodzi głębokiej internalizacji logiki wyjaśniania przez odwołanie do wyjątku: Jeśli chcemy sprawdzić, co dzieje się w społeczeństwie, powinniśmy przyglądać się tym, których ono odrzuciło. Traf chce, że parę tygodni wcześniej kupuję za parę fontów książkę Na dnie w Paryżu i Londynie, w której George Orwell opisał życie nędzarzy w stolicach francuskiej i brytyjskiej końca lat dwudziestych. Relację tę czytam z przejęciem, odkrywając ze zdumieniem, jak wiele kwestii od tamtych czasów nie uległo zmianie.

Anglia jest doskonałym krajem – pisał Orwell – pod warunkiem, że człowiek może sobie na nią pozwolić. Nędzę w dynamicznie rozwijającym się Londynie można łatwo przeoczyć. A jednak jest ona powszechna i doskonale widoczna dla każdego, kto oderwie zachwycone spojrzenie od błyskawicznie wzrastających wysokościowców Canary Wharf i uda się na przykład w sąsiedztwo Lyceum Theatre, mieszczącego się u nasady łuku ulicy Aldwych. Jak wspomina Orwell, na tyłach tego teatru funkcjonował rodzaj specjalnej strefy dla bezdomnych. O ile z innych miejsc policja śpiących pod gołym niebem zgodnie z prawem przepędzała, o tyle tam bezdomni spać mogli bezkarnie. Dziś zmieniło się tyle, że rozkładają oni posłania nie na tyłach, lecz we wnękach frontowych drzwi teatrów West Endu.

Wielu ekspertów politykę oszczędzania (austerity) uznaje za jedną z głównych przyczyn, które skłoniły Brytyjczyków do opowiedzenia się za wyjściem z Unii Europejskiej. Ani jednak ta świadomość, ani szybko rosnące czynsze nie skłaniają zajętych brexitowymi przepychankami polityków, by skutecznie zajęli się walką z rosnącymi dysproporcjami majątkowymi. Mam więc poczucie, że tyradom Orwella na temat panicznego strachu klasy średniej przed tłumem biedaków odpowiadają dzisiejsze spory pomiędzy neoliberałami a lewicą. Oto przykład problemu: do Eton i innych szkół, które publiczne w Wielkiej Brytanii są tylko z nazwy, uczęszczać będzie zawsze uprzywilejowana garstka, ponieważ sensem ich funkcjonowania nie jest przekazywanie wiedzy, lecz regulowanie dostępu do elity. Z tego właśnie względu Uniwersytet w Oksfordzie wciąż nie zgadza się na zwiększenie limitów przyjęć, choć mógłby z łatwością pozwolić na otwarcie bram dla nawet dwukrotnie większej liczby studentów, w tym także tych gorzej uposażonych. Taka praktyka prowadzi, jak przekonywająco pisze Michael Sandel, do sytuacji, w której bogaci i biedni żyją w dwóch odrębnych światach, pomiędzy którymi nie istnieje wspólnota, stanowiąca warunek sine qua non demokracji. Chyba, że rzeczywiście w demokratyczną iluzję przestaliśmy już wierzyć?

O potędze narracji w polityce wiemy nie od postmodernistów, lecz od Platona. Głęboko konserwatywna „bajka fenicka”, którą w Państwie przypomina Sokrates, miała utrzymaćmieszkańcow Kallipolis w przekonaniu, że naturalny i pożądany jest klasowy podział społeczeństwa, służący de facto interesowi wąskiej grupy władców- filozofów. Nie wiem, czyjemu interesowi – z wyjątkiem Nigela Farage’a – przysłużyła się jak dotąd przedreferendalna, nostalgiczna opowieść piewców pobrexitowej Brytanii jako „krainy mlekiem i miodem płynącej”. Spostrzegam za to, że ani przed referendum, ani trzy lata po nim w Wielkiej Brytanii nie pojawiła się atrakcyjna i skuteczna narracja proeuropejska.

Moja opowieść, która mnie samemu wymyka się w trakcie jej spisywania, również nie może dać spójnej, satysfakcjonującej odpowiedzi, czym w istocie jest duch Brexitu? Czy jednak narastająca świadomość fragmentaryczności mojej własnej doxa ma sprawić, że zaprzestanę pogoni za episteme?

W czasie kolejnych, szybko mijających miesięcy pobytu w Wielkiej Brytanii kapryśna wiosna zwyciężyła ostatecznie zimę, a nawet zdążyła poddać się latu, ja jednak nie mam poczucia, bym dokonał intelektualnego postępu. Zamiast twierdzić, iż wiem, że nic nie wiem, stwierdzam – wiem, że wiem mniej, niż wiedziałem wcześniej. Nie potrafię już odróżnić sceptycyzmu od krytycyzmu i poddaję się zwątpieniu. Czy rzeczywiście pod powierzchnią zjawisk jest coś ukryte? Czy w poznaniu „przyczyn wszechrzeczy” chodzi o coś więcej, niż poczucie szczęścia, którego dostarczyć może wiele innych, nieintelektualnych aktywności? Może w istocie rację mają ci, którzy pragną ograniczenia rozmiaru i skomplikowania najbliższego im świata? Może więc, zamiast dzielić brexitowy włos na czworo, poprzestać na stwierdzeniu, że jest to wyraz głupoty – i zająć się swoimi sprawami?

W świecie TikToka, Facebooka i Instagrama, fake newsów i deep fake’ow, rozpadu zbiorowej wyobraźni i sfery publicznej, internetowych mikrospołeczności skupionych wokół influencja opłacanych przez megakorporacje, w czasach niekontrolowanej władzy koncernów nad naszymi danymi i prywatnością, ujawnienia nieodpowiedniości i dysfunkcjonalności starych instytucji i starych ideologii, nieumiejętności pozyskania zwolenników przez ideologie nowe (czy są takie?) zmienia się wszystko poza jednym – jak zawsze dominować będą ci, którzy przemawiają z pewnością siebie, obiecując proste rozwiązania skomplikowanych problemów i oferując dogmaty. W tak opowiedzianej rzeczywistości Brexit, żywy czy martwy, nie poddaje się chyba autopsji.

Filip Biały (1984) – pracownik naukowy w Zakładzie Filozofii Polityki na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu, od lutego do września 2019 roku – Visiting Fellow w London School of Economics and Political Science.

Artykuł ukazał się w 155 numerze Przeglądu Politycznego