Wyspiański Redivivus

Wyspiański Redivivus

Żyjemy w krainie Thanatosa. Wkraczając w grobową przestrzeń wypatrujemy utraconej wielkości. Szukamy jej w mesjanistycznym uniesieniu bądź sienkiewiczowskich, upiornych powidokach. Wracamy do nich, ponieważ innej możliwości polskość przed nami nie otwiera. Dlatego powrót do Wyspiańskiego okazuje się pomocny nie tylko w zrozumieniu Polski minionej, lecz i obecnej. Pozwala rownież odnaleźć klucz do jej przemiany. Na szczęście, wciąż jest czas i miejsce na rozpoczęcie procesu, opisanego w Wyzwoleniu.

A JEŚLI NAPRAWDĘ polskie społeczeństwo próbuje dzisiaj powstać z kolan? A to, co się dzieje, jest przebudzeniem społecznej mocy, która pragnie samostanowienia i kreowania własnego losu? Niezależnie, jak się to ocenia, jest coś przejmującego w tym, że jedno z najbardziej biernych i fantomicznych społeczeństw Europy marzy i woła o swoją podmiotowość, chce decydować o sobie, być sobą, czuć własną siłę. Zapisuję te zdania z pozycji kogoś bardzo sceptycznego i krytycznego wobec tego, co dziś w Polsce ma miejsce. Mam jednak wrażenie, że problem polskiej sytuacji społecznej leży gdzie indziej, niż na co dzień wydaje się osobom o poglądach zbliżonych do moich.

Dopiero gdy zobaczy się w procesach zachodzących dziś w polskim społeczeństwie wzbierającą i aktywizującą się siłę życiową (a któż przynajmniej podskórnie tego nie wyczuwa?), dostrzec można, na czym naprawdę polega wyzwanie, przed którym dziś stoimy. Bieg polskich spraw ukazuje bowiem, jak bardzo ta autentyczna energia jest u nas nieporadna i pogubiona: wzbierając, sama sobie zaprzecza i zamiast wyzwalać społeczną podmiotowość, topi Polskę w wielkościowych urojeniach oraz w poczuciu osaczenia. Dlaczego tak jest? – oto jest pytanie. Niestety współczesne analizy społeczno-kulturowe nie potrafią odpowiedzieć na nie w sposób przekonujący lub odpowiadają tylko częściowo. Dzieje się tak z wielu powodów, wśród których jest duże znaczenie ideologiczne i polityczne uwikłanie. A to zawęża perspektywę, toteż za całą odpowiedź służy tropienie błędów i wypaczeń liberalnej transformacji: pedagogika wstydu, rzekoma degeneracja dotychczasowych elit, etc.

Nie bagatelizowałbym żadnej z tych odpowiedzi, nie wydaje mi się jednak, aby były one w stanie wytłumaczyć całe to natężenie i wzmożenie, z jakimi mamy w polskim życiu społecznym dziś do czynienia. Aby je zrozumieć, pytać należy nie tylko o to, jakie błędy w czasie transformacji popełniono, ale o to, jakie mechanizmy tożsamościowe zdecydowały o pójściu taką a nie inną ścieżką reform i dziś decydują o takim a nie innym sposobie jej społecznego odreagowania. Niestety odpowiedź na te pytania wymyka się współczesnym analizom. Potrzeba tu innej perspektywy i innego rodzaju wglądu.

Tę brakującą perspektywę można odnaleźć w twórczości Stanisława Wyspiańskiego, szczególnie zaś w jego Wyzwoleniu. Nie znał on oczywiście realiów polskiej wolności po 1989, ale dobrze poznał mechanizmy polskiego życia zbiorowego, które również w transformacji wzięły udział i decydują dziś o sposobie jej odreagowania. Czytanie Wyspiańskiego uzmysławia, w jak małym stopniu polska zbiorowa psychika ewoluowała w ciągu ostatniego wieku. Zresztą powrót do Wyspiańskiego okazuje się pomocny nie tylko w zrozumieniu współczesnej Polski, ale pozwala również odnaleźć klucz do jej przemiany: takiej która nie zabije w nas ducha (czyli wzmagającej się energii życia), ale sprawi, że ten duch (ta energia) nie doprowadzi nas do samozagłady.

*

Jeśli polska siła życiowa budzi się dziś w tak zaskakujący i dla wielu niepokojący sposób, dzieje się tak dlatego, że naszym krajem włada niepodzielnie siła zupełnie inna. Wyspiański nazywa ją w Wyzwoleniu Geniuszem, a jest on duchem polskiej przeszłości, czyli władającego nami fantazmatu. Jest to siła aktywna, która porywa, pęta i zniewala. Nie jest to sama przeszłość, ale siła obrazów, skojarzeń, odruchów, które dziedziczymy w zbiorowym życiu i które nas do przeszłości przykuwają. Każą ją rozpamiętywać, opłakiwać, kultywować, ekscytować się nią, lub – zgoła przeciwnie – wstydzić się jej, biadać nad nią i przeklinać, uciekać przed nią i odcinać się od niej, lekceważyć ją bądź ignorować. Wszystko to, tak lub inaczej, oznacza bycie do niej przykutym. Wszędzie tu bowiem, chcąc nie chcąc, wciąż się do niej powraca: jeśli nawet nie myślą i mową, to czynem lub jego zaniechaniem, które – choćby bezwiednie – powtarzają ją, przywołują znów do życia i zatracają w niej współczesna Polskę. Ten fantazmatyczny magnetyzm przeszłości ma w Polsce siłą ogromną i przytłaczającą. Polski fantazmat przykuwa nas do czegoś, czego nikt poza nami nie rozumie, ale co nas stanowi i określa.

Siła fantazmatu na co dzień działa skrycie, tak że nie zdajemy sobie sprawy, iż wszyscy zgodnie jesteśmy pod jego wpływem. Dzielimy się więc i kłócimy ze sobą. Krzyczymy „Polska, Polska, Polska” lub zaklinamy się nawzajem, aby nigdy nie wypowiadać słowa „Polska”. Padamy na kolana lub z dumą wstajemy z kolan. Kultywujemy narodowe mity lub z furią na nie napadamy. Jesteśmy pragmatyczni albo patetyczni, konfrontacyjni albo koncyliacyjni, prawicowi albo lewicowi, światowi albo zaściankowi. Tymczasem w wizji Wyspiańskiego wszystko to są tylko różnice chwilowe i pozorne. Wszystko to bowiem są rożne sposoby, za pomocą których niby marionetkami steruje nami ten sam narodowy żywioł, ten sam, jeden jedyny Geniusz, który ma w sobie coś z wampira, wysysającego naszą krew i nasze siły.

Na czym polega i skąd się bierze jego moc, zdolna spętać i tak tragikomicznie wypaczyć budzącą się polską siłę życiową? Z pomocą przychodzi dziadek Freud i podpowiada, że pętający nas Geniusz to nic innego niż Thanatos, popęd śmierci. Współkonstytuuje on, co prawda, życie każdej jednostki, jak i każdej zbiorowości, jednak w Polsce przyjmuje postać siły dominującej, w praktyce (społecznej) w zasadzie jedynej, któraa się liczy. Także to właśnie popęd śmierci jest jedynym prawdziwym polskim suwerenem.

Trudno powiedzieć jednoznacznie, co sprawiło, że Thanatos jest w Polsce suwerenną siłą. Ma to jednak bez wątpienia związek z tym, że jesteśmy społeczeństwem posttraumatycznym. Popęd śmierci przykuwa nas do grobów przeszłości, czyli narosłych w naszej historii traum społecznych, od rozbiorów i nieudanych powstań poczynając, a na katastrofie smoleńskiej kończąc. Dlatego niezwykle istotne w zrozumieniu mechanizmów rządzących polskim życiem społecznym jest zdanie sobie sprawy z tego, że nie są one pochodną tylko jednego traumatycznego wydarzenia. Nie jest to ani samo tylko powstanie warszawskie, ani PRL-owska prześniona rewolucja, ani pedagogika wstydu, ani neoliberalizm Balcerowicza etc. Ale wszystko to i wiele jeszcze innych rzeczy naraz splecionych w jeden niezwykle zawikłany kompleks – istne kłącze posttraumatyczne. Dlatego właśnie diagnozy, które mają wyjaśnić specyfikę polskiego tożsamościowego położenia, nie powinny nigdy sprowadzać wszystkiego do traumy jednego wydarzenia lub procesu. A przecież tak właśnie jest z powstającymi współcześnie diagnozami.

Typowo polskie przykucie do grobów przeszłości i obezwładnienie nimi nie musi mieć i często nie ma formy dosłownego koncentrowania się na wydarzeniach historycznych. Przeciwnie, działanie Thanatosa przybiera najczęściej kształt zamknięcia w status quo polskiej codzienności, gdzie z egocentryzmem, ksenofobią, roszczeniowością, z poczuciem zagrożenia i wykorzystania miesza się zaradność, wytrwałość, zdolność do wyrzeczeń i obsesyjne pragnienie, aby żyć, jak się żyje na Zachodzie. Nagromadzona tu energia życia jest niewątpliwie znaczną siłą, popęd śmierci obejmuje ją jednak obręczą autodestrukcyjnego fantazmatu, który sprawia, że zasklepiamy się w polskim zaścianku i rozmijamy się z rzeczywistością, wytwarzając sobie jej wynaturzony, nierealny obraz. Co istotne, a o czym nie chcieliśmy długo wiedzieć: robimy i będziemy to robić niezależnie od sukcesów, które przyniosła i jeszcze przyniesie polska transformacja oraz przyszłe próby jej kontynuowania.

Takie działanie popędu śmierci jest polską codziennością. W ten sposób powstaje idealny grunt dla jawnej apoteozy grobowców przeszłości i dla odnajdywania tam rzekomo zdradzonej i pogwałconej, a jednak wciąż żywej i mogącej się odrodzić polskiej wielkości. Kluczowe jest tutaj fantazmatyczne uwiedzenie. Wkraczając w tę grobową przestrzeń Polska i jej dzieci mają odzyskać utraconą wielkość, czuć znów smak życia wzniosłego i świetlanego, odnajdywać jego niecodzienny sens i urok.

Dlatego właśnie jej symbolem są w Wyzwoleniu wawelskie krypty. Jakże zwodnicza jest to figura, zwłaszcza gdy poddajemy się jej bezwiednie: obietnica pełni życia w zamian za dobrowolne zamknięcie się w grobie. Rozkwit przez samozniszczenie. Cóż za monstrualną makabrą jest tak odczytane polskie życie!

Dominacja Thanatosa jest w polskiej zbiorowej psychice tak wielka, że nawet największy i najbardziej konsekwentny wysiłek na rzecz przebudzenia polskiej siły życiowej tylko uwiecznia jego władzę. Dlatego reformatorski trud, tu i tam podejmowany w polskich dziejach, nawet wtedy, gdy odnosi spektakularne sukcesy, musi w końcu natrafić na mur wewnętrznej niemożności i na przemożną moc regresu. A te przybierają postać nieznośnego głodu sensu i poszukiwania „wielkości”, których polska codzienność nie zaspokaja, szuka się ich więc – polski fantazmat nie pozostawia nam innej możliwości – w mesjanistycznym romantyzmie i jego sienkiewiczowskich, upiornych powidokach. Wraca się do nich, ponieważ innej możliwości „wzlotu ducha” polskość przed nami nie otwiera. I nie inaczej jest obecnie, bo potrzeba sensu wzmaga się właśnie wtedy, gdy codzienność przestaje skrzeczeć i żyje się coraz lepiej.

Spójrzmy na lata polskich przemian po 1989 roku: w życiu Polaków dominowała perspektywa codzienności, jej trosk, jej „przyziemnych” potrzeb i frustracji, ale zarazem wielkiej mobilizacji, by „dogonić Zachód”. To wszystko neutralizowało naszą fantazmatyczną przeszłość – zacierało jej obraz, odcinało nas od niej. A jednak zarazem – jak się teraz okazuje – właśnie na nią zdawało i skazywało, gdyż mechanizmy transformacji nie zaoferowały nam żadnej, pozwalającej wyjść poza modernizacyjną doraźność myśli-aspiracji, żadnej nowej fantazmatycznej perspektywy.

Kiedy więc w momencie, w którym transformacja osiągnęła długo oczekiwany sukces, potrzeba sensu („wielkości”) u nas się przebudziła. A wtedy okazało się, że powraca znów wszystko to, co w polskim fantazmacie najbardziej upiorne, ponieważ pozostaje jak dotąd bez-alternatywne.

Wszystko to ma związek z budzeniem się energii życia. Potrzeba ponad doraźnego sensu, w stopniu nie mniejszym niż transformacyjny wysiłek, jest jej ewidentną oznaką. Jednakże uwikłanie tej potrzeby w „wielkościowe” uroszczenie starego fantazmatu dowodzi, że siła ta jest wciąż poddana posttraumatycznej przewadze popędu śmierci.

*

Wyspiański zwraca uwagę na zjawisko, które niesie w sobie moc nieprzezwyciężonego popędu śmierci, a które właśnie dziś, w społeczeństwie, w którym kończy się transformacyjna mobilizacja, szczególnie mocno dochodzi do głosu. Jest bowiem ściśle związane z budzącym się pragnieniem sensu („wielkości”) i walką o podmiotowość „wstającą z kolan”. Zjawiskiem tym jest ostateczne i nieodwołalne zatracenie się polskiego życia społecznego w żywiole polityczności.

To, że Polska jest współcześnie niezwykle rozpolitykowana, politycznie roznamiętniona, rozpalona i zatracona do granic możliwości w politycznym sporze, jest chyba dla wszystkich oczywiste. Można powiedzieć, że na naszych oczach spełnia się marzenie tych, którzy przez pierwsze dwadzieścia lat transformacji rozdzierali szaty, narzekając na brak politycznego zaangażowania, na polityczną ignorancję i obojętność, na – jak się to określało – postpolityczną tożsamość społeczną. Tymczasem od kilku lat mamy jakąś nieprawdopodobną polityczną aktywizację społecznych mas. Podziały polityczne sięgają wigilijnych stołów, wakacyjnych plaż, szkolnych korytarzy. A jednak ten nadspodziewany triumf polityczności niemal nikogo dziś nie cieszy. Przeciwnie, jest powodem coraz większego niepokoju, bo towarzyszą mu postprawda, zanik debaty i dialogu oraz, co moim zdaniem kluczowe, uwiąd samodzielnego, krytycznego myślenia. Wszyscy nawzajem obrzucają się epitetem: „jesteś tylko cynglem”. Cynglem partii, cynglem ideologii, cynglem wielkiego kapitału, Moskwy, Brukseli etc.

Niestety ten epitet jest w większości przypadków trafny. Tocząca Polskę chorobliwa polityczność ściśle wiąże się z tym, że thanatyczna skaza, zamykająca nas w grobowcu przeszłości, produkuje jednostki pozbawione własnej, odrębnej podmiotowości. Wzmagająca się siła życiowa, gdy kontroluje ją popęd śmierci, nie jest w stanie doprowadzić do ukonstytuowania się niezależnego podmiotu. Jedyne, co się jej udaje, to wykreowanie jego politycznego pozoru. Dlatego Polak rzuca się w wir politycznych namiętności. Jest to najlepszy sposób, aby zapełnić dotkliwą pustkę własnego nieistnienia. Identyfikując się z taką lub inną opcją polityczną, Polak stwarza samego siebie. Jego poczucie podmiotowego istnienia, które się rodzi w takich chwilach, jest jednak pozorne, jest nędznym substytutem egzystencjalnej odrębności. Czując w sobie polityczną emocję, głosząc wyższość i jedyną słuszność wyznawanej przez siebie opcji, tworzy Polak iluzoryczny obraz siebie jako kogoś zaangażowanego, odpowiedzialnego, rzekomo wyłamującego się ze spirali hiper-konsumpcjonizmu i miałkiego hedonizmu. Wszystko to jest jednak iluzja, która utwierdza i osacza jednostkę w jej podmiotowym nieistnieniu.

Sytuacja ta ma opłakane konsekwencje dla społecznej debaty, doprowadzając do jej ostatecznego zaniku. Kto buduje swoją pseudopodmiotowość na utożsamieniu z taką lub inną polityczną opcją, zatraca możliwość dialogu i kompromisu. Jego polityczne poglądy to bowiem odtąd… on sam. Każdy krok wstecz, każde ustępstwo, to zatem nóż utopiony we własnych trzewiach. Polityczne poglądy nie są tu narzędziem do komunikowania się i modelowania społecznego życia wraz z innymi, gdzie tak istotna jest sztuka konstruktywnego sporu i trudnego kompromisu. To utwierdzanie siebie przeciwko wszystkim, którzy mają czelność mieć inne zdanie. Polityczna gra staje się tu walką na śmierć i życie. Walką, której się szuka, bo wzmaga ona naszą nieustępliwość i tym samym jeszcze bardziej napędza naszą iluzoryczną podmiotowość. Na tym właśnie polega szaleństwo czystej, ponad wszystko inne wyniesionej polityczności. W ten sposób popęd śmierci dopełnia swego dzieła: utrzymuje nas jako pozbawione osobnego istnienia klony polskiej przeszłości i tworzy połączone wzajemną nienawiścią kłącze polskiej wspólnoty, która – jako taka – poddaje się ciągłej implozji.

*

Tak wygląda Polska budzącej się energii życia, która pozostaje spętana przez popęd śmierci i napędzany przez niego fantazmat. Wyspiański określa ją jako: kościół, zamek, mogiłę. To spętanie przyjmuje bowiem troistą postać kościoła wielkościowego uroszczenia, zamku – a więc ostatecznego upolitycznienia i mogiły, to znaczy kompulsywnej codzienności. Wyspiański pisze Wyzwolenie przede wszystkim po to, aby ową troistą budowlę – jak się wyraża – zbudować i zburzyć. Chce ukazać ją w trakcie scenicznego performansu we wszystkich, najbardziej upiornych, ale i groteskowych, przejawach oraz konsekwencjach. Chce w ten sposób doprowadzić widza do momentu, w którym porażony tym, co zobaczy, zburzy ją w sobie samym i uwolni w ten sposób uśpioną, spętaną przez popęd śmierci, energię życiową.

Wyspiański mówi nam zatem rzecz niezwykle ważną: aby trwale i skutecznie zmienić polską rzeczywistość społeczną, aby wyrywać ją z objęć Thanatosa, nie wystarczy ani europejska integracja, ani instytucjonalno-infrastrukturalna modernizacja, ani zmiana zasad społecznej redystrybucji kapitału, ani nawet najbardziej natężone działania edukacyjne i informacyjne. Choć wszystko to jest niezwykle istotne, potrzebne jest coś jeszcze, bez czego tego rodzaju wysiłki ulegną prędzej czy później sile społecznej autodestrukcji i paranoidalnego wzmożenia. Tym, co potrzebne, jest wciąż ponawiany społeczny performans, ktorego niezrównanym przykładem jest Wyzwolenie. Nie chodzi tylko o to, żeby wciąż grać je w polskich teatrach, ale żeby tworzyć taką sztukę i kulturę, podejmować takie społeczne wyzwania i wszelkiego rodzaju performatywne działania, które na coraz to nowe sposoby, dopasowane do aktualnych zadań, będą czynić to samo, co Wyspiański zaproponował i przeprowadził w swoim arcydramacie.

Dlaczego, można by zapytać, to właśnie peformans ma być jedynym skutecznym sposobem na trwałą odmianę polskiej rzeczywistości społecznej, sposobem na rozsadzenie i przeformułowanie dotychczasowego układu sił popędowych? Ponieważ Thanatos włada nami przy pomocy pętającego nas fantazmatu, dlatego wszelkie wysiłki reformatorsko-modernizacyjne, zorientowane na przebudowę ekonomiczno-instytucjonalnej bazy, nie będą w stanie tej suwerennej władzy mu odebrać. Aby to zrobić, potrzebne jest uderzenie nie w „bazę”, ale w fantazmatyczną „nadbudowę”. Potrzebny jest fantazmatyczny wstrząs i otwarcie przestrzeni na ukształtowanie się nowego fantazmatu, który pozwoli społeczeństwu na twórczy postęp, zmianę i skuteczne odnalezienie się w realiach współczesnego świata. I to właśnie możliwe jest tylko na drodze performansu. Performans jest bowiem niczym innym niż popędem życia, który podejmuje pracę nad fantazmatem, wydobywa jego ukryte założenia, ukazuje jego prawdziwe konsekwencje, igra z wpisanymi w niego obrazami, sensami i stereotypami, obnaża je i prowokuje do ich zakwestionowania i przekroczenia.

Można więc powiedzieć, że performatywna aktywność społeczeństwa będzie najlepszą miarą twórczego potencjału jego życiowej siły, która tylko w ten sposób może zakwestionować i zrzucić z siebie ciężar thanatycznej klątwy. Przykładów na to, jak wielki jest energetyczny potencjał takiego performansu, jest w polskiej historii najnowszej dużo. Na styku teatru i życia społecznego mieszczą się Dziady w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawione w przededniu marca 1968 roku, na gruncie społeczno-politycznym – wydarzenia Sierpnia 1980 roku i czerwcowe wybory w 1989 roku, a w przestrzeni młodzieżowej kultury alternatywnej – Pomarańczowa Alternatywa w latach osiemdziesiątych. Co stoi na przeszkodzie, aby tak spektakularne performanse mogły i dziś mobilizować i prowokować do społecznej zmiany?

Mimo ogromnego wysiłku, jaki Wyspiański włożył w to, aby wypracować i wypróbować w Wyzwoleniu skuteczny sposób na fantazmatyczną zmianę, jest ono przepełnione daleko idącym sceptycyzmem. Sceptycyzm potrzebny jest również dzisiaj, bo być może wciąż jest jeszcze za wcześnie i polski świat społeczny jeszcze nie dojrzał do spektakularnej fantazmatycznej przemiany. Sceptycyzm Wyspiańskiego nie zniechęcał go jednak do performatywnego wysiłku. Również dziś jak najbardziej uzasadniony sceptycyzm nie powinien odbierać nam zapału. Jakie bowiem mamy gwarancje, że bez wysiłku ciągłego performowania kiedykolwiek do takiej przemiany dojrzejemy? Zadanie jest więc ekstremalnie trudne i karkołomne, a ten, kto się go podejmuje, nie może liczyć na szybki, spektakularny sukces. Dla takich prób nie ma jednak alternatywy. To jedyna droga.

Czego więc potrzeba, aby performans wciąż dział się i rozszczelniał polskie fantazmatyczne władztwo Thanatosa, utrzymując nas w gotowości do jego przyszłego przezwyciężenia? Odpowiedzią Wyspiańskiego są Maski, czyli drugi akt dramatu, w którym wypracowuje on figurę Konrada – twórczego podmiotu. Myśl jest niemal banalna: aby performans wciąż dział się, potrzeba tych, którzy go będą tworzyć. A będą to w stanie robić tylko jednostki takie jak Konrad: jego żywiołem jest krytyczne, problematyzujące świat myślenie, przy pomocy którego wyzwala się z masek. A maski to nic innego niż wielopostaciowe, dotykające każdego z nas, sposoby uwikłania w stary fantazmat. Dopiero tak uwolniony podmiot może podjąć się performatywnej aktywności. Konrad jest tu figurą prawdziwego wyzwolenia. Nie zatrzymał się na politycznym wzmożeniu, ale – wbrew polskiej „normie” – zrobił krok dalej. Zrozumiał, że polityczność oferuje jedynie iluzję autentycznej podmiotowości. Porzucił więc polityczność, aby nie redukować siebie do roli wspomnianego już „cyngla”. Wyspiański jako alter ego Konrada, wykrzykuje jego ustami, że jest wolny i nie dosięgnie go nikt. Jest – jak ogłasza – wyzwolon: sam myśli, sam przedziera się przez gąszcz polskości i świata, który ją otacza, sam podejmuje ryzyko życia. „Sam” – nie oznacza osamotnienia, ale żmudne i długotrwałe kształtowanie w sobie postawy myślenia, które nie poddaje się ani manipulacji ani fantazmatycznemu uwiedzeniu.

Musimy zatem wychować w Polsce nową elitę. Ale nie taką, o jakiej mowa w programach politycznych niektórych partii. Chodzi o elitę, która będzie elitą Konradów- -twórców, zdolnych performować polską rzeczywistość z perspektywy własnej siły życiowej. Nie oznacza to braku politycznych poglądów, ale traktowanie ich jako instrumentów modelowania Polski, a nie budowania iluzji własnego istnienia. Tylko tego rodzaju elita niezależnej myśli i samodzielnego istnienia zdolna będzie urzeczywistnić społeczny performans tak, aby powoli burzył dotychczasowy fantazmat. To, że ta trans-polityczna elita jest w Polsce tak wątła i wciąż się kurczy, sprawia, że performanse, które się dziś tworzy, jedynie w minimalnym stopniu spełniają swoją funkcję. Przeciwnie, są najczęściej – na czele ze smoleńskimi miesięcznicami i marszami KOD-u – elementem tej samej wszechobecnej politycznej jatki, która trawi dziś nasze społeczne życie.

Wyspiański, przebijając się do takiej właśnie, trans-politycznej postawy, szuka i czeka na towarzyszy, którzy dzisiaj poszliby tą samą drogą. Jego Konrad wypowiada bardzo ambitną myśl. Jego wyobrażona Polska potrzebuje dzisiaj nie tyle kolejnej partii, czy stworzenia kolejnej medialnej tuby rzekomo jedynie słusznych (prawicowych lub lewicowych) poglądów, ale napisanie polskiej Antygony i polskiego Edypa. Samo Wyzwolenie jest zaś niczym innym niż próbą polskiej Orestei. Tego dziś nam trzeba: teatru, literatury, eseistyki i innych form performansu, które zamiast agitować na rzecz takiej lub innej partii, względnie zamykać się w iluzji zupełnej apolityczności, przyjęłyby kształt trans-politycznego wysiłku tworzenia nowej polskiej tożsamości. Potrzeba więc tego, co antyczny dramat z taką pasją tworzył w klasycznej Grecji. Tematów, które czekają na performatywne przetworzenia, nie brakuje: to zarówno katastrofa smoleńska, jak i wszystkie błędy polskiej transformacji, PRL z jego prześnioną rewolucją, polski katolicyzm z całą jego ambiwalencją etc. Zanim się jednak je zrealizuje, trzeba najpierw trans-politycznego przebudzenia ich potencjalnych twórców.

*

Nie traćmy więc czasu, w Polsce spętanej Thanatosem i wytworzonym przez niego fantazmatem, wciąż tli się pełna witalnych i duchowych sił energia życiowa. Zresztą nie tylko tli się, ale aktywnie daje znać, że chciałaby powstać z kolan. Stłamszona traumami polskiej przeszłości, raz skulona a raz nienaturalnie wzmożona, jest na usługach megalomańskiego resentymentu, kompulsywnej codzienności i obsesyjnej polityczności. Energia ta, choć tak zdeformowana i poddana Thanatosowi, nie zatraciła jednak swego pozytywnego potencjału. Nie przestała pragnąć transgresji, twórczości, uwolnienia i społecznego przebudzenia.

Na początku XX wieku uwierzyli w nią pionierzy, sięgający myślą ku nowoczesnej Polsce przyszłości: Stanisław Brzozowski i Roman Dmowski. Często zapomina się jednak o tym, że obok nich był jeszcze ten trzeci – Wyspiański. Po wielu miesiącach intensywnego obcowania z jego arcydramatem, nabrałem przekonania, że możliwość polskiej zmiany społecznej, która nie byłaby thanatycznym wzmożeniem, lecz autentycznym, wyzwalającym potencjał polskiej energii życiowej przebudzeniem, zależy między innymi od tego, czy przypomnimy sobie o nim i o jego przesłaniu.

Brzozowski i Dmowski – wierzyli przede wszystkim w czyn modernizacyjny i mobilizację społecznych mas do pracy na polu ekonomicznego i politycznego rozwoju. Jako tacy są oni prawdziwymi patronami III RP. Jej porażka, pozostaje więc do pewnego stopnia również ich porażką. Wyspiański ma nad nimi jedną, kapitaną przewagę – tworząc i myśląc tak jak oni u zarania marzeń o polskiej nowoczesności, uprzytomnił sobie już wtedy – jasno i dobitnie – że sam wysiłek modernizacji nie doprowadzi społeczeństwa do narodowego przełomu, a wiara w to jest niebezpiecznym złudzeniem.

Gdyby więc Wyspiański był patronem III RP, wszystko być może poszłoby inaczej… Ale, szczęśliwie, na Wyspiańskiego nie jest nigdy za późno. Wciąż jest czas i miejsce na rozpoczęcie procesu, opisanego w Wyzwoleniu.


Piotr Augustyniak (1977) – filozof, eseista, tłumacz. Autor m.in. „Homo polacus. Eseje o polskiej duszy” (2015). Ostatnio pod jego redakcją ukazała się książka „Wyspiański. Zbudź się Polsko!” (2017).

Artykuł ukazał się w 150 numerze Przeglądu Politycznego