Neoautorytaryzm. Idea i bezdroża myśli | PP 148/2018

Neoautorytaryzm. Idea i bezdroża myśli | PP 148/2018

W ZAWARTYCH w poprzednim zeszycie rozważaniach o raporcie Macieja Gduli zatytułowanym Dobra zmiana w Miastku jedynie wspomniałem o neoautorytaryzmie, jednej z ważniejszych konkluzji tego raportu (PP 147/2018). Książka pod tytułem Nowy autorytaryzm autorstwa tym razem wyłącznie Gduli stanowi swego rodzaju rozwinięcie wspomnianej konkluzji. „Swego rodzaju”, bo mamy do czynienia z inną publikacją, a w każdym razie uznaję ją za tekst innego gatunku. Socjologiczna czy socjologiczno-polityczna teza o „nowym autorytaryzmie” jest tutaj tezą nie tyle politologiczną, ile ideologiczną. Zmianie uległ kontekst, w którym występuje. Socjologiczny, naukowo podbudowany esej zamienił się w rozważania ideologiczno-partyjne. Autor na początku książki zwraca się jednoznacznie do lewicy, ktora ma być ratunkiem przed Polską PiS, ale zarazem przed Polską… kapitalizmu i liberalizmu. Politycznym i ideologicznym wrogiem jest nie tylko PiS, ale także Platforma Obywatelska. Rozważania, budowane na kanwie wyników badań w Miastku, są właściwie apelem do lewicy i lewicowych partii (na czele z partią Razem) o wzięcie pod uwagę społecznych uwarunkowań w konstruowaniu haseł i wyborze kierunków działania. Autor występuje w roli eksperta- doradcy, ktory w oparciu o zdobytą wiedzę, wskazuje zarówno dotychczasowe błędy, jak i możliwości, jakie lewicowe środowiska mogą wykorzystać. Perspektywa autora jest tu od początku do końca ideologiczna, co prowadzi do różnych manipulacji rzeczywistymi danymi – czego nie dostrzegłem w raporcie o Miastku.

Gdula stawia tezę o zasadniczym znaczeniu. Chodzi o zjednoczenie sił lewicowych wokoł nowych, odwołujących się do aktualnej świadomości społecznej haseł. Nie ma mowy o współdziałaniu z całą opozycją w celu pokonania PiS. „Lewica” ma być osobno, bo ma wrogów – by tak rzec – z dwoch stron. Od razu mogę powiedzieć, że ta podstawowa teza wydaje mi się zasadniczym, politycznym błędem.

Zanim przejdę do uwag dotyczących tytułowej kategorii muszę podkreślić, że całkowicie nie przekonuje mnie analiza klasowa Gduli i wydaje mi się, że trudno byłoby odeprzeć argumenty o sprzecznościach w analizie autora i rozbieżnościach, ktorych nie da się połączyć w harmonijną całość. Natomiast trafne wydają mi się uwagi na temat przegranej PO i Donalda Tuska jako lidera i charyzmatycznego przywódcy.

Maciej Gdula pisze, że „potęga Tuska” brała się z mierzenia się z wydarzeniami, natomiast nie miał on dalekosiężnego programu, języka, czy „narracji”, całościowo opisującej rzeczywistość i – oczywiście – wskazującej drogę w przyszłość. Posunięcia jego rządu – pisze Gdula – nie przedstawiały jakiegoś spójnego planu, który wykraczałby poza maksymę: „Zróbmy tak, aby było dobrze” (s. 30). Jednak zdaniem Gduli nie przeszkadzało to Tuskowi w osiąganiu poparcia i celów społeczno-politycznych, bo: podczas wydarzeń był na czas i dawał do zrozumienia, że kontroluje sytuację i podjął wszelkie kroki zaradcze.

Można powiedzieć, że istotnie tak było, czego przykładem może być reakcja na rozprzestrzenienie się groźnych „dopalaczy”. Jego rozwiązanie zyskało aplauz społeczny, to prawda. Konsekwencje jednak pospiesznej i nieprzemyślanej regulacji prawnej dotyczącej zakazu handlu dopalaczami były na dłuższą metę całkiem nieskuteczne i kosztowne finansowo – nie tylko dla rządu. Sposób działania premiera Tuska wiąże przy tym Gdyla z tezą o wzroście znaczenia przywódców i z tym, że to ich gesty i decyzje, są teraz nowym zjawiskiem w (polskiej?) polityce. Zatem upadek PO łączy autor z rządami Ewy Kopacz, która klucząc w sprawie uchodźców nie była w stanie odegrać roli stanowczego i działającego dla dobra publicznego przywodcy.

Część tej analizy uznaję za trafną, jednak nie do końca zgadzam się z wnioskami, choć być może autor ma rację pisząc, że rutyna polityki zmieniła partie w zjednoczenia księgowych i medialnych bojówkarzy. Na ich tle liderzy świecą jak diamenty (s. 31). Nie wiem tylko, czy Jarosław Kaczyński jest takim prawdziwym diamentem…

Również wypada się całkowicie zgodzić z tezą autora o rosnącym znaczeniu ruchów społecznych. A jednak brak mi tutaj podstawowego wniosku. Analiza Gduli aż prosi się o dwie uwagi. Po pierwsze, jak ważne są dla uprawiania polityki ogólne idee, a szczególnie – wizje dobrej, lepszej przyszłości. Po drugie, jak istotne okazuje się włączenie partii w codzienny dyskurs i stworzenie swobodnych platform ekspresji postaw i aspiracji przez możliwie szerokie kręgi społeczne. Pozwala to bowiem dostrzec w porę powody niezadowolenia ludzi, powody zdefiniowane przez nich, a nie przez – na przykład – makrowskaźniki. Makrowskaźniki nie pokazały Tuskowi ani PO siły niespełnionych oczekiwań, wywołanych przez wspomniane makrowskaźniki.

Jednak kluczowa wydaje mi się kwestia idei oraz obrazów świata, świata politycznego czy państwowego, jak i tego, dokąd on zmierza. Rezygnacja z tego była prawdziwym powodem klęski rządów Donalda Tuska.

Autorytaryzm

Przejdźmy teraz do kluczowej kwestii, czyli do tytułowego „nowego autorytaryzmu”. Już w latach siedemdziesiątych starano się określić autorytarne tendencje w społeczeństwie polskim, zakładając, że właśnie autorytarne postawy i wiara „w silną władzę” będzie sprzyjać trwaniu „realnego socjalizmu” i komunistycznego, monopartyjnego, represyjnego ustroju. Badała to zjawisko i pisała o nim Jadwiga Koralewicz, zagadnienie to było podnoszone w różnych analizach, opartych na wynikach badania młodzieży i ich rodzicow w Kielcach i Warszawie, kierowanych przez Stefana Nowaka. Rownież pytanie o orientację autorytarną, w prowadzonych pod moim kierownictwem badaniach nad antysemityzmem, ksenofobią i stereotypami narodowymi (1992, 2002, 2012) było ważne. „Autorytaryzm” definiowany czy to jako „postawa”, czy jako „orientacja” okazywał się silnie spleciony z takimi cechami społecznymi, jak wykształcenie, a także wiek. Nieodmiennie też postawa czy „orientacja” autorytarna wiązała się z „klasą ludową” (robotnikami), oraz z miejscem zamieszkania, czyli wsią i małymi miastami. Rownież starsi wiekiem częściej skłonni byli deklarować autorytarne postawy, niż młodzi. Jeżeli więc nowy autorytaryzm miałby się czymś rożnić od „starego”, to trzeba pokazać jego inny społeczny korelat. Tymczasem, jeżeli mamy silne poparcie „klasy ludowej” dla pisowskiego autorytaryzmu oraz – co od razu chcę podkreślić – dla autorytaryzmu, któremu się hołduje w polskim Kościele katolickim – to nic dziwnego, że elektorat rządzącej partii jest skłonny do aprobaty autorytarnych decyzji. Autor zwraca przy tym uwagę na związek społecznie przejawianego autorytaryzmu z populistycznym antyelitaryzmem. Towarzyszy temu ogólne przekonanie, że rządząca wcześniej PO ostatecznie się skompromitowała. Jest jednak tutaj pewne „ale”, które wiąże antyelitaryzm z nacjonalizmem, chociaż jestem przekonany, że narodowy element pisowskiego antyelitaryzmu nie jest dostatecznie poważnie potraktowany przez autora książki.

Zdaniem Gduli, niechęć do poprzednich rządów wiąże się ze słuszną, rzecz jasna, „korektą socjalną”, ktora niweczyła wcześniejsze niesprawiedliwości. Towarzyszące temu rozważania o odrzuceniu idei poparcia dla uchodźcow prowadzą autora – siłą rzeczy – do konstatacji, w myśl której dla przedstawicieli „klasy ludowej” horyzont ludzkiej wspólnoty ogranicza się do wspólnoty narodowej (s. 71). Dalsza analiza autora prowadzi jednakże – według mnie – na manowce, bo mówi on, że nacjonalizm PiS nie jest zdefiniowany, ba! – nie dookreśla powinności i tożsamości prawdziwego Polaka. Bo gdyby miał zdefiniowane „pozytywne treści”, to tworzyłby napięcia między swymi zwolennikami, rzekomo z powodu rozbieżnych treści, wiązanych z „byciem Polakiem”, by to ująć najprościej. Ale przecież gdy Gdula użył określenia „prawdziwy Polak”, to nie zauważył, że w praktyce jest to określenie bardzo wyraźnie – szczególnie w kategoriach politycznych i społecznych – zdefiniowane. „Prawdziwy Polak” to „Polak katolik”, antykomunistyczny (a więc i antysocjalistyczny), antyliberalny i popierający PiS! Co najmniej niechęć przedstawicieli rożnych klas do rządów PO, a także osobiście do Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego – a więc i antyelitaryzm, którym karmi się PiS – jest antyelitaryzmem, definiującym wskazanych wcześniej jako nie-Polaków, albo nieprawdziwych Polakow, jeśli nie zgoła „narodowych zdrajców”. Bez względu na to, na ile niechęć do poprzedniej władzy wiąże się z niezaspokojonymi oczekiwaniami, dochodzi do tego niezwykle mocno element narodowy. Nie są oni traktowani przez zagorzałych zwolenników PiS jako „prawdziwi Polacy”!

Analiza „nowego autorytaryzmu” wydaje mi się niewłaściwa dopóty, dopóki nie uwzględni się tego czynnika. Jeśli pozostaniemy na płaszczyźnie klasowo-socjalnej, to nic nowego w nim nie zobaczymy. Wcześniejsze badania – w tym moje własne – wyraźnie pokazują, że postawa/orientacja autorytarna u jednostek koreluje silnie z antysemityzmem, ksenofobią, ogólną niechęcią do „innych”, antyfeminizmem i… silną identyfikacją narodową. Gdyby wziąć to pod uwagę, trzeba by dojść do wniosku, że PiS i jego lider całkowicie świadomie manipulują wskazanymi czynnikami, znając te zależności. Istotnym elementem byłoby tutaj jedynie cyniczne wykorzystanie tych czynników, by powiązać je z politycznymi celami i politycznym obrazem świata, czyli użyć do deprecjacji nie tylko poprzedniej ekipy rządzącej, ale też demokratycznych, pluralistycznych instytucji. I zdobycia poparcia dla własnego ugrupowania i dla siebie przez Jarosława Kaczyńskiego jako lidera „narodu”, walczącego o jego „prawa”. Oczywistym wehikułem tego obrazu świata była aranżacja dramatu katastrofy smoleńskiej jako „zamachu”, zamierzonego przez Tuska (i jego rząd) wraz z rosyjskim premierem Putinem, zamachu głównie na prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego narodowy „program”. Bez tej dźwigni, jaką było uznanie Lecha Kaczyńskiego za „bohatera narodowego” i poparcie tej idei przez część biskupów – trudno sobie wyobrazić tak powszechne uznanie rządów poprzedniej ekipy za „złe”.

I tutaj – moim zdaniem – stajemy wobec pewnego wyzwania, trudnego do wyjaśnienia. Bowiem wszystkie znane mi badania, włącznie z tymi, które mówią o niedocenianiu demokratycznych instytucji (np. demokratycznego prawa), zarazem pokazują, po pierwsze, niezwykle silne przywiązanie – także „klasy ludowej” – do wolności słowa i do prawa głoszenia wszelkich poglądow oraz, po drugie, do wolnych wyborów. Co więcej, jeśli przejrzeć badania CBOS z ostatnich dwóch lat (2016 i 2017), dotyczące kontrowersyjnych decyzji PiS, to się okazuje, że większość odpowiedzi była przeciwna łamaniu Konstytucji i praworządności, co nie wpływało jednak na preferencje wyborcze, bo nieodmiennie w sondażach CBOS poparcie dla PiS pozostawało bardzo wysokie. W tej sytuacji warto zadać pytanie, dlaczego – mimo protestów znacznej w pewnych sytuacjach części społeczeństwa – nie przeciwstawia się jednak ono masowo autorytarnemu kierunkowi zmian?

Sądzę, że aby udzielić odpowiedzi na to pytanie, trzeba się odwołać do wpływu Kościoła, a zwłaszcza jego części, sterowanej przez ideologię, stworzoną przez Rado Maryja o. Rydzyka, oraz do wpływu przeszłości, czyli doświadczenia autorytaryzmu PRL, szczególnie w jego „gierkowskim” wydaniu. Zamysł „państwa PiS” pod wieloma względami przypomina reżim „realnego socjalizmu” towarzysza Gierka. Po pierwsze, narastająca centralizacja w regulowaniu życia Polaków. Tę tendencję widać coraz wyraźniej we wszystkich poczynaniach i przedsięwzięciach ustawowych, choćby w przygotowywanej ustawie o szkolnictwie wyższym, która – jeśli będzie wprowadzona – zlikwiduje w praktyce podmiotowość instytucji nauki, podmiotowość w ramach organizacji. Przedstawiono teraz Konstytucję dla biznesu, która – jestem przekonany – będzie miała podobną tendencję: zapewne rozwoj własnego, małego czy średniego przedsiębiorstwa będzie łatwiejszy, gdy związki właścicieli z państwem i jego organami będą ściślejsze. Ideologia marksistowska, wbrew powszechnym przekonaniom wciąż obecna za Gierka, teraz zastąpiona jest instytucjonalną obecnością Kościoła, wkraczającego coraz wyraźniej w regulację wielu sfer życia zbiorowego. Stąd poparcie hierarchów dla PiS, czasem zgoła oburzające i przeczące chrześcijańskiemu, ewangelicznemu powołaniu, ale za to zapewniające realny wpływ na obywateli. Po drugie, towarzyszy temu apologia „państwa” jako rządzącej światem społecznym administracji, której jedynym i prawdziwym reprezentantem są przedstawiciele rządzącej partii – partii, ktora ma budować „dobry” świat dla ludzi. Nie tyle z ludźmi, ale dla ludzi, co wydaje mi się istotnym podobieństwem do peerelowskiej rzeczywistości. Towarzyszy temu szacunek do służb mundurowych, zwłaszcza armii, i kult jej „siły”.

Odwołanie do „epoki Gierka” wydaje się tym bardziej zasadne, jeśli wziąć pod uwagę obserwację Gduli, że to poparcie „klasy średniej” było i jest istotnym powodem wysokich notowań PiS. Pamięć o tym, że urzędnikom działo się nie najgorzej pod koniec „epoki gierkowskiej” i że mieli istotną władzę – nawet pełniąc niższe stanowiska, byli słabo poddani kontroli obywateli czy kontroli prawnej – ta pamięć może odgrywać istotną rolę w poparciu centralistycznych, autorytarnych działań PiS. Tym silniej, im bardziej realna jest możliwa rozbieżność czynników statusu. No i jeszcze dochodzi do głosu administracyjna, a właściwie partyjna regulacja awansów i karier w urzędniczym żywiole. Bowiem ten autorytaryzm, z którym mamy teraz do czynienia, ma jeszcze jeden wymiar, ktory jest właściwie pominięty przez Gdulę. Chodzi mianowicie o rodzaj „społecznej zemsty” i „społecznej zawiści”, skądinąd zbieżnej z kategorią resentymentu. Wszak „rewolucja pisowska”, tak zaciekle kierująca się nienawiścią do dotychczasowych, a zwłaszcza ostatnich rządów i do całej konstrukcji państwa demokratycznego (III RP) głosi od początku zastąpienie „niepolskiej”, „nienarodowej”, „liberalnej” i „komunistycznej” elity – nową elitą. Kto ma ją tworzyć?

Otoż twierdzę, że „zwyczajne” dla społeczeństwa demokratycznego frustracje ludzi zostały niezwykle perfidnie wykorzystane przez lidera PiS. Demokracja liberalna, by tak rzec, jest system konkurencyjnym, czego trudno nie przyznać. Im silniejsze są elementy solidarnościowe, wspólnotowe obywatelskiej wspołpracy, tym bardziej konkurencyjność jest równoważona codzienną wspólnotowością. Im mniej tej wspólnotowości, zwłaszcza opartej na rożnych formach więzi i współpracy, tym element konkurencji silniejszy i bardziej ostry. Uważam, że tak jest w Polsce, gdzie od lat socjologowie alarmują o niedostatkach obywatelskiego uspołecznienia, o strukturze więzi, która znacznej części społeczeństwa przypomina obraz narysowany kiedyś przez Stefana Nowaka: rodzina i więzi przyjacielskie, a potem – naród i – dodać chyba trzeba – Kościoł i religia. W tej sytuacji własne położenie i sukces są mierzone głównie poprzez porównanie z innymi. Dlaczego sąsiadowi, ktory się nie różnił ode mnie, teraz tak dobrze się powodzi, a mnie gorzej? Nawet, jeśli to „gorzej” jest całkiem względne, to dlaczego on ma lepiej?! Moja teza jest prosta: nowa „elita” pisowska tworzona jest przede wszystkim z tych, ktorzy uważają, że „niesprawiedliwie” mają mniej niż inni, albo – nie znajdują się na „odpowiedniej” pozycji, ktora im się marzy, a właściwie – należy! Nie są przecież formalnie gorsi od tych „wyżej” i mających „lepiej”. Zawiść, ktorej otwarto drzwi do awansu, odgrywa tu zasadniczą rolę. Już Simmel twierdził, że ludzi, ktorzy marzą o stanowiskach jest zawsze o wiele więcej niż samych stanowisk… A teraz „pisowska rewolucja” uruchomiła społeczną nienawiść i otworzyła drogi awansu dla owych „gniewnych”. W tym – społecznych nieudaczników, co widać gołym okiem. „Nieudaczników”, ktorzy nagle budują swoją „moc”, by iść za autorem pracy, dzięki identyfikacji z mocą rządu, który słusznie piętnuje i odrzuca innych. Prawdziwa jest, oczywiście, teza Gduli, że ludzie przyłączają się do władzy po to, aby czuć się silniejsi (s. 80), ale całkowicie się nie zgadzam, że rzekomo nie pasuje to do aktualnego, polskiego społeczeństwa, ktore jest… „niszowe”, a nie „masowe”.

Nieprawdziwe wydaje mi się też twierdzenie, że nie mamy do czynienia z dominującym przekazem formułowanym przez kontrolerów środków masowego przekazu. Wydaje mi się błędem nie docenienie skuteczności propagandowej rządu i faktu, że całkowite podporządkowanie sobie tzw. „publicznych” mediów, było pierwszym zamachem na demokrację po objęciu władzy przez PiS. Odbiorców zdanych głownie na TVP oraz Polskie Radio jest co najmniej 11,5 mln.

To prawda, że nie ma zbyt wielkich barier w dostępie do mediów niezależnych i krytycznych wobec mediów rządowych, ale jednak PiS wiele zrobił, aby ten dostęp ograniczyć, czego przykładem jest fakt nie sprzedawania na stacjach benzynowych Orlenu Gazety Wyborczej i innych czasopism (np. Newsweeka). Sytuację zdaje się ratować Internet, ale tam mamy do czynienia z wielką, sprawnie działającą machiną propagandową wspierającą PiS. Zresztą wydaje mi się tu trafna inna uwaga Gduli, wedle którego mamy do czynienia z głębokim podziałem Polski na dwie części mówiące innymi językami: językiem Polski otwartej i zamkniętej (s. 66).

Trzeba wyciągnąć wnioski z tej uwagi: przedstawiciele jednego i drugiego języka nie tylko słuchają i oglądają inne media, ale też silnie się z nimi identyfikują. Dlatego mamy do czynienia z zanikiem przepływu poglądów i opinii między dwoma obozami: pro-pisowskim i anty-pisowskim, czy wobec PiS obojętnym. Nie dość, że przedstawiciele partii rządzącej mówią ideologicznie jednolitym językiem, to język ten wzmacnia znaczna część kleru. I tym samym językiem mówią zwolennicy PiS, zwłaszcza ci „szczerzy zwolennicy”, i mówią tak bez względu na poziom wykształcenia. Niestety, przedstawiciele anty-PiS są istotnie zrożnicowani i nie mają takiego ośrodka bądź autorytetu, ktory nadałby im siłę jednolitego głosu, jaki ma „strona pisowska”.

Podsumowanie

Wszystko to prowadzi nas do końcowej i niepokojącej konstatacji. Bardzo niepokoi mnie, powtórzę, stanowisko Macieja Gduli i jego rady dla lewicy. Według niego lewica powinna się wprawdzie jednoczyć, lecz jednoczyć zarówno przeciw PiS, jak i PO, czy generalnie „liberalnej stronie”, liberalnej opozycji (bo jest, wszak, prokapitalistyczna). Jestem pewien, że to błędna i niebezpieczna rada, bo niezwykle osłabia siłę anty-pisowskiego stanowiska – stanowiska obrońców demokracji. W ramach ładu demokratycznego można bowiem sobie wyobrazić pokojową, negocjacyjną walkę o – na przykład – większe prawa pracowników, większe lub równe prawa rożnych grup społecznych (czy to kobiet czy mniejszości seksualnych, czy grup z biedniejszych regionów). W systemie władzy autorytarnej, która dążyć będzie do ograniczenia i zlikwidowania społecznej podmiotowości wszystkich innych poza samą sobą – trudno to sobie wyobrazić. Uwagi i wezwania Gduli zakładają wciąż obecność i działanie ramy demokratycznej, mnie się natomiast wydaje, że jest ona w tej chwili rozerwana przez działania Kaczyńskiego i PiS, niweczące demokratyczne rządy prawa.

Jesteśmy przed wyborami. Przed nami wybory samorządowe, ktore mają olbrzymie znaczenie. Centralistyczny, autorytarny zamach na samorządy już się zaczął, ale dotyka je niejako peryferyjnie. Wybory są kluczowe, dlatego tak ważna jest kontrola nad ich przeprowadzeniem. Rządzący zrobili wszystko, aby stworzyć sobie możliwość nielegalnej ingerencji w ich wyniki. Według mnie tylko cała, absolutnie cała opozycja, włącznie z „lewicowo- lewicową” powinna włączyć się do wspolnego działania sił demokratycznych, by uchronić wolność wyborów i oddalić możliwość manipulacji wynikami. W ramach demokracji, nawet czasem skrajne postulaty lewicy, mają jakąś szansę. W przypadku pisowsko-kościelnego narodowego autorytaryzmu – na pewno nie.


Ireneusz Krzemiński (1949) – socjolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego; opublikował m.in. „Solidarność. Projekt polskiej demokracji” (1996, 2013). W numerze 137 „PP” ukazał się jego artykuł „Wybory 2015”.

Artykuł został opublikowany w 148 numerze Przeglądu Politycznego (2018).