Schengen i granice w głowie | Andreas R. Hofmann

Nawet upartym eurosceptykom trudno zaprzeczyć, że otwarte granice mają swój urok. Jednak krytyka tej pięknej europejskiej zdobyczy pojawiała się już wcześniej, a nie dopiero od czasu tak zwanego kryzysu uchodźczego z 2015 roku. Nie trzeba było do tego nawet skrywanych obaw przed przestępcami i terrorystami, poruszającymi się swobodnie w strefie Schengen. Stare dobre stereotypy narodowe wystarczyły, aby przy każdym rozszerzeniu UE i przy każdym przystąpieniu do układu z Schengen przywoływać upadek Zachodu, a w każdym razie świata, w którym się wygodnie urządziliśmy.


Polityczną siłę oddziaływania takich stereotypów, ich instrumentalizację i utrzymującą się aktualność można odczytać z ostatnich sukcesów wyborczych partii prawicowo-nacjonalistycznych i populistycznych, nawet jeśli nie jest to ich jedyne wytłumaczenie. Zmienne stosunki polsko- niemieckie są tego pouczającym przykładem.

Niemieckie stereotypy na temat Polski mają długą historię. Krotka wersja jest taka, że w Niemczech Zachodnich mogło w latach 80. powstać przejściowo wrażenie, iż w wyniku solidarnościowego entuzjazmu stary, ponad 200-letni stereotyp „polskiej gospodarki” i wszystkie związane z nim negatywne cechy przypisywane narodowi polskiemu ustąpiły miejsca pozytywnemu wizerunkowi nie – ustępliwości, krnąbrności i bohaterstwa wobec przemożnej władzy państwowej (do pewnego stopnia zaktualizowanej wersji krótkotrwałego romantycznego entuzjazmu wobec Polski, jaki pojawił się kiedyś w przedmarcowych Niemczech [lata 1830–1848 – przyp.red.] po polskim powstaniu listopadowym w 1829/30 roku). W NRD było zupełnie inaczej. Nie dość, że w autorytarnych strukturach aparatu państwowego antypolskie resentymenty mogły się bezrefleksyjnie utrzymywać, stanowiąc bezpośrednią kontynuację starych prusko-niemieckich tradycji, to obawa przed zarażeniem się polskim antykomunizmem sprawiała, iż władze państwowe celowo instrumentalizowały i aktualizowały stare stereotypy na potrzeby swojej propagandy. Do bardziej niewinnych form należały rozpowszechniane wówczas dowcipy, jak na przykład: „Dlaczego w domu towarowym przy Alexanderplatz grany jest co poł godziny polski hymn? Aby Polacy stanęli na baczność, a Niemcy mogli w tym czasie zrobić zakupy”. Zapominano przy tym, że sprytni NRD-owcy sami okazjonalnie jeździli do wschodniego sąsiada, aby zdobyć niedostępne we własnym kraju deficytowe towary. W każdym razie po obu stronach granicy wewnątrz niemieckiej mało kto zastanawiał się wtedy, w jakim stopniu wychylenie się wahadła w pozytywną lub negatywną stronę skali własnego wizerunku Polski może mieć coś wspólnego z nieświadomą kompensacją lub odsuwaniem od siebie własnych obciążeń historycznych.

„Polacy uważani są za dobrze zintegrowanych, a stosunek niemieckich mieszkańców do nich układa się z reguły pragmatycznie, nawet jeśli niektórzy postrzegają ich jeszcze jako niemiłych konkurentów na rynku pracy, czy świadczeń socjalnych.”

Po transformacji 1989/90 roku percepcja wydawała się początkowo dostosowywać do nowej normalności, zwłaszcza, że w wyniku otwarcia wewnętrznej granicy niemieckiej i fali ksenofobicznych rozruchów, jakie wkrótce nastąpiły, Niemcy byli na razie zajęci sobą. Jednak już w połowie lat 90. bulwarowe media, liczne filmy kryminalne z serii „Tatort” i wreszcie również Harald Schmidt w swoim programie „Late-Night-Show” na kanale telewizyjnym SAT1 ze swymi osławionymi „polskimi dowcipami” znów ożywili negatywne stereotypy, co doprowadziło do zadrażnień, a nawet do interwencji dyplomatycznych przeciw karykaturalnemu przedstawianiu Polaków jako nieskorych do pracy złodziei samochodów. Ponieważ postrzeganie rzeczywistości zawsze sprowadza się selektywnie do tego, co ludzie w swoim przekonaniu i tak wiedzą, to nawet rozwijające się wówczas polskie bazary przyczyniły się jedynie do aktywizacji i potwierdzenia starych stereotypów. Nawiasem mówiąc, przykład ten dowodzi również, że stereotyp nie jest ulicą jednokierunkową; dziesięć lat później, kiedy dowcipy o Polsce już dawno wyszły z mody, polskie media twierdziły, że Niemcy z żadnego innego narodu nie drwili tak, jak z Polaków, a w ogóle jest to, jak wiadomo, humor prymitywny i zawsze kosztem innych; pokazuje to, że generalizujące i oceniające stwierdzenia na temat stereotypów narodowych cechuje przede wszystkim jedno – są one mianowicie stereotypowe.

Praktyczny sprawdzian nastąpił wraz z przyjęciem Polski do Unii Europejskiej 1 maja 2004 roku i przystąpieniem do strefy Schengen 21 grudnia 2007. Jednak trzeba było jeszcze kilku lat, zanim 1 maja 2011 roku wobec ośmiu krajów przystępujących do UE, w tym wobec Polski, całkowicie zniesiono obowiązujące dotąd ograniczenia prawa do osiedlania się i do pracy. Obie daty poprzedziły gorące dyskusje o konsekwencjach możliwej masowej imigracji z kierunku wschodniego. Szybko okazało się, że fali imigracyjnej, której się obawiano, nie było, a korzyści socjalno-ekonomiczne, zwłaszcza na terenach szczególnie dotkniętych stratami demograficznymi i upadkiem strukturalnym na niemieckiej granicy wschodniej znacznie przeważały. Kierujący się stereotypowymi poglądami krytycy otwarcia granicy najwidoczniej ponownie zignorowali fakt, że pomyślny rozwój gospodarczy i ogólna poprawa standardu życia w Polsce znacząco zmniejszyły atrakcyjność Niemiec jako kraju imigracyjnego.

Niemniej według najnowszych danych w 2016 roku mieszkało w Niemczech 780 tysięcy osób z polskim obywatelstwem; jest to druga co do wielkości grupa cudzoziemców po Turkach. Do tego dochodzi około 700 tysięcy osób z podwójnym obywatelstwem niemiecko-polskim, zamieszkałych w Niemczech. Wzdłuż Odry i Nysy rozwinęły się nowe formy małego ruchu granicznego. Wielu Polaków – część z nich to powracający z emigracji zarobkowej na Zachód – osiedliło się ze względu na niskie ceny nieruchomości w opustoszałych miejscowościach niemieckich. Bardzo wielu ma zatem swoje miejsce zamieszkania po stronie niemieckiej, a pracuje po stronie polskiej, ciesząc się bliskością swoich miast rodzinnych; pod tym względem sytuacja jest podobna do tej na niemieckiej granicy zachodniej.

Najnowsze sukcesy wyborcze Alternatywy dla Niemiec (AfD) nie różnią się znacząco w przygranicznych okręgach wyborczych od ogólnych wyników, jakie uzyskała ta partia w landach Meklemburgia- Pomorze Przednie, Brandenburgia i Saksonia, wyjątkiem jest zdobycie przez AfD kilku mandatów bezpośrednich w Saksonii. W każdym razie przedwczesne byłoby dopatrywanie się bezpośredniego związku między napływem Polaków a sukcesami prawicowych populistów. Co więcej, nowi sąsiedzi uważani są za dobrze zintegrowanych, a stosunek niemieckich mieszkańców do nich układa się z reguły pragmatycznie, nawet jeśli niektórzy postrzegają ich jeszcze jako niemiłych konkurentów na rynku pracy, czy świadczeń socjalnych.

Niemniej rożne struktury i wielkość niemieckiej migracji do Polski i polskiej do Niemiec ujawniają trwającą nierównowagę między obydwoma społeczeństwami, co częściowo można na pewno wyjaśnić odmiennością wzajemnego postrzegania, a przede wszystkim realiami ekonomiczno-społecznymi. Kto chciałby na przykład, aby nauka języka polskiego w Niemczech chociaż w przybliżeniu cieszyła się taką popularnością, jak nauka niemieckiego w Polsce, musi przekazywać niemieckim uczniom o wiele silniejszą motywację w celu wyboru polskiego jako drugiego lub trzeciego języka obcego. Poza nielicznymi entuzjastycznymi polonofilami Polska nie jest jeszcze krajem, który z niemieckiego punktu widzenia jest brany pod uwagę jako miejsce docelowe emigracji, miejsce do życia, miejsce zamieszkania lub miejsce pracy. Dopiero, gdy ten warunek będzie spełniony, wzrośnie w Niemczech gotowość większego zaangażowania się w język i kulturę sąsiada. I dopiero wtedy przekraczanie granicy na wschód będzie miało inne powody niż niedroga wizyta u fryzjera czy u dentysty.


Andreas R. Hofmann – historyk, tłumacz, mieszka w Lipsku
Z niemieckiego przełożyła Elżbieta Michałowska

Artykuł ukazał się w numerze: