Czy rzeczywiście wzrost nakładów na ochronę zdrowia jest Polsce niemożliwy? Mając oczywiście perspektywę wysokości nie szczytów w Himalajach, Andach ani nawet Alpach a jedynie Tatrzańskich wierchów? Powtarzane oficjalnie i z dużą dumą informacje o wspaniałej kondycji gospodarczej oraz utrzymującej się przez 3/4 roku nadwyżce budżetowej powodują, że „narracja” o konieczności utrzymywania powolnego wzrostu nakładów brzmi zupełnie nielogicznie. Zwłaszcza, gdy chodzi o zdrowie. Wszyscy wiedzą, że dłuższe zwlekanie z podjęciem adekwatnego leczenia to nie tylko przedłużanie cierpienia ale i mniejsze szanse na skuteczną interwencję. Można odłożyć kupno nowego telewizora, przełożyć na inny termin wakacje … jednak zwlekanie z  przeprowadzeniem niezbędnego zabiegu brzmi zupełnie nierozsądnie.

Tymczasem, mimo zapowiadanego w kampanii wzrostu wydatków ze środków publicznych odnotowujemy jego poziom raczej symboliczny i wynikający przede wszystkim z rosnących płac i zatrudnienia, które są odzwierciedlane w przyroście zbieranej składki przez NFZ. Wzrost wydatków z budżetu był w gruncie rzeczy niższy od dynamiki wzrostu całego sektora publicznego.

Jednak entuzjazm rządu co do wzrostu nakładów na ochronę zdrowia jest odwrotnie proporcjonalny do powszechnego odczucia, że zarówno z dostępnością jak i jakością ochrony zdrowia powinno być zdecydowanie lepiej. Dlaczego zatem nie ma decyzji, żeby zdrowie stało się priorytetem wśród usług publicznych?

Zanim wrócę do tego pytania warto rozważyć odpowiedzi na innekonkretne decyzje, które należy podjąć, by zwiększyć wydatki na ochronę zdrowia. Jest oczywiście wiele możliwych szczegółowych kombinacji ale możemy ułożyć je w dość prostą typologię.

  1. Nie robić praktycznie nic. Wtedy oczywiście będą wzrastały prywatne wydatki na ochronę zdrowia. Szybciej w czasach prosperity, wolniej w okresach spowolnienia. Zjawisko sprawdzone w wielu krajach.
  2. Zwiększyć składkę na ubezpieczenie zdrowotne. Szczegółowy podział pomiędzy pracodawców i pracowników nie ma większego znaczenia.
  3. Zwiększyć dotowanie systemu ubezpieczeń z innych źródeł podatkowych (VAT, PIT, CIT, akcyza). Podobnie  jak dzieje się to w przypadku ZUS-u. Potencjalnym wariantem może być jeszcze przerzucenie części kosztów ochrony zdrowia na samorząd – jednak wtedy oczywiście one musiałby zwiększyć podatki.
  4. Wprowadzić zachęty do ubezpieczeń dodatkowych lub świadczeń finansowanych prywatnie. To metoda, w której z pieniędzy publicznych zostanie wydana na świadczenia kwota 50 złotych pod warunkiem, że z prywatnych źródeł pójdzie drugie 50 złotych.

Nie rozwodząc się długo nad wszystkimi aspektami poszczególnych możliwości od razu widać, że z punktu widzenia akceptacji społecznej ostatnie dwa warianty wyglądają najciekawiej. Przy nadwyżce budżetowej byłoby to w szczególności dość proste i w sumie bezbolesne (dodatkowe podatki zawsze będą wywoływać niechęć).

Możemy teraz wrócić do pytania, dlaczego nie podejmując zmian w zakresie rozwoju usług ze środków publicznych w praktyce rząd doprowadza do rozwoju sektora prywatnego i pogłębiania się nierówności w dostępie do świadczeń? Tu również mamy kilka możliwych odpowiedzi, które tym razem mogą być traktowane łącznie.

  • Brak wiary (lub umiejętności?), że dodatkowe miliardy uda się przełożyć na mniejsze kolejki i większą satysfakcję społeczeństwa ze świadczeń; tezę ową potwierdza fakt, że przy zwiększeniu się nakładów o kilka miliardów co roku (zdecydowanie powyżej inflacji) a kolejki … no cóż, urosły.
  • Obawa, że inne niedoinwestowane obszary usług publicznych od edukacji poczynając, przez pomoc społeczną, policję, kulturę i wiele innych szybko ustawią się w kolejce po dodatkowe środki.
  • Obawa o trwałość kondycji budżetu.
  • Inne przewidziane cele, które są już zaplanowane – na przykład dodatkowe 500 złotych do emerytury we właściwym dla kalendarza wyborczego momencie.

Być może właśnie pierwsza z wymienionych przyczyn była prawdziwym powodem zablokowania skądinąd szeroko rozgłoszonymi blisko 3 miliardowym wsparciem płatnika ze środków budżetowych. Przy okazji stracono coś więcej niż możliwość sfinansowania świadczeń dla pacjentów oczekujących na nie w kolejkach – wiarygodność przekazu.

Rozszerzające się protesty medyków a przede wszystkim pozytywny rezonans społeczny, który mimo (a częściowo dzięki) zastosowanemu czarnemu PR-owi zastosowano wobec organizatorów, to jednak realne wyzwanie. Używana w poprzednich latach narracja o konieczności uszczelniania systemu przed jego zasileniem nie może być oczywiście dłużej powtarzana, choćby dlatego, że obowiązuje zasada „mentalnej dyskontynuacji” .

Słowem, każda decyzja podjęta dzisiaj jest niekorzystna i ryzykowna. Po raz kolejny także widać, jakie skutki wywołują decyzje podejmowane z powodu indywidualnych lub partykularnych interesów. Jednocześnie, co jest jeszcze bardziej frustrujące, mimo szerokich możliwości korzystania z rozwiązań praktycznie i z sukcesem zastosowanych w wielu krajach, nadal tkwimy w toksycznych debatach o sprawach drugorzędnych.


Tadeusz Jędrzejczyk

 

Dodaj komentarz