Kronika pewnego przesądu | Aleksander Kaczorowski (PP144/2017)

PODRÓŻE PRZEZ PRAWDZIWĄ I WYOBRAŻONĄ EUROPĘ ŚRODKOWĄ

KONCEPCJA Międzymorza już od niemal stu lat jest synonimem politycznego chciejstwa, nie liczącego się ani z realiami historycznymi, ani tym bardziej z wolą i interesami innych narodów Europy Środkowej. Cechujący ją woluntaryzm jawi się szczególnie wyraźnie każdemu, kto zadał sobie trud, by zrozumieć przyczyny dziejowego upośledzenia naszej części kontynentu, jak również powody, dla których obszar ten ni-gdy nie był podporządkowany jednemu ośrodkowi politycznemu. W rzeczywistości gospodarczej wschodnioeuropejski trójkąt, którego wierzchołki wyznaczają wybrzeża Adriatyku, Bałtyku i Morza Czarnego, był od czasów wczesnego średniowiecza przestrzenią wymiany handlowej Zachodu i Wschodu Europy, natomiast w rzeczywistości politycznej był wtedy miejscem ścierania się wpływów najrozmaitszych ośrodków cywilizacyjnych – i to właśnie stanowi o jego specyfice kulturowej. W przypadku Polski jest tak co najmniej od połowy XIII wieku, gdy wskutek najazdów mongolskich ziemie Piastów, dotychczas położone z dala od głównych szlaków handlowych, leżą- ce odłogiem, podzielone i zapóźnione wobec bardziej rozwiniętych struktur państwowych na zachodzie (Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego), południu (Czechy, Węgry) i wschodzie (Ruś Kijowska), stały się naraz krajem peryferyjnym chrześcijańskiej Europy, nara- żonym na napaści azjatyckiego imperium ze stolicą w Karakorum, innymi słowy – „bramą na Wschód” (H. Samsonowicz). Albo na Zachód, zależnie od perspektywy.

Dzięki wysiłkom Piastów i Jagiellonów nad Wisłą powstał jeden z głównych ośrodków politycznych regionu. Po rozbiorach Rzeczpospolitej Obojga Narodów o jego losie współdecydowały już tylko trzy potęgi, rządzone przez niemieckie dynastie. Konflikty między nimi miały zażegnać spotkania monarchów, takie jak słynny zjazd cesarzy w Skierniewicach (1884), lecz ostatecznie ich rywalizacja o Bałkany doprowadziła do konfliktu światowego i samozagłady. I tak na zgliszczach trzech cesarstw pojawiła się Europa Środkowa, nie będąca już, jak chciał tego F. Naumann, twórca koncepcji Mitteleuropy (1915), obszarem współpracy narodów pozostających w zasięgu wpływów Cesarstwa Niemieckiego, lecz konglomeratem skłóconych państw narodowych, z licznymi mniejszościami (nawet do 1/3 populacji), usiłujących przetrwać między Niemcami i bolszewicką Rosją. Rok 1939 przyniósł katastrofę, której skutki region ponosił przez całe następne półwiecze.

Widziana w tej perspektywie Unia Europejska jest więc cudem. Ale nawet ona, pomimo swej atrakcyjności cywilizacyjnej i przewag gospodarczych, wspartych potęgą militarną i finansową USA, nie zdołała w ostatnim ćwierćwieczu objąć całego „Międzymorza”.

Świadomie biorę to słowo w cudzysłów. Określenie „Międzymorze” mistyfikuje rzeczywistość Europy Środkowej, czy też Środkowo-Wschodniej. A mówiąc wprost – wyrzuca do kosza dorobek historyków, którzy w XX wieku precyzyjnie opisali granice, genezę i specyfikę kulturową regionu, jak również wskazali przyczyny jego zapóźnienia i perspektywy powrotu na ścieżkę rozwoju. Dwaj wybitni badacze fenomenu europejskiego Wschodu, Oskar Halecki i Marian Małowist, choć reprezentowali biegunowo różne światopoglądy (Halecki był chrześcijańskim historiozofem, Małowist nieortodoksyjnym marksistą), zgadzali się co do istnienia „Trzeciej Europy” (J. Szˆucs), to jest obszaru między Zachodem i Rosją.

O ile Halecki opisywał Europę Środkowo-Wschodnią w kategoriach cywilizacyjnych, eksponując zwłaszcza kryteria wyznaniowe i polityczne, o tyle Małowist był przekonany, że przyczyną odrębności Europy Wschodniej, w tym dawnej Rzeczpospolitej, nie był niedostatek więzi z Zachodem, lecz ich szczególny charakter, utrwalający na naszym obszarze najpóźniej od XVIwieku kapitalizm zacofany, nazywany przez niektórych kapitalizmem zależnym (Małowist). Uczony wyróżniał trzy strefy (bałtycką, bałkańską i czarnomorską) obszaru uczestniczącego w wymianie handlowej z Zachodemi zwracał uwagę na charakteryzujące go wolniejsze tempo rozwoju gospodarki i struktury społecznej. Tak o dziele swego mistrza pisał Henryk Samsonowicz:

Głównym nurtem jego dociekań było bowiem zjawisko nierównomierności podziału gospodarki i struktury społecznej Europy wzdłuż linii południkowej [chodzi o południk 20]. Jego wizja ukazująca kryzys państw rozwiniętych [zachodniej Europy] w XVI wieku i wyjście z niego, m.in. przez eksploatację gospodarczą krajów leżących na środkowym wschodzie kontynentu, ukazywała tworzenie się rynku światowego w oparciu o podział pracy między kraje rozwinięte i peryferie.

Tomasz Siewierski, autor wydanej niedawno pracy Marian Małowist i krąg jego uczniów. Z dziejów historiografii gospodarczej w Polsce, przypomina, że właśnie do ustaleń polskiego uczonego nawiązał Immanuel Wallerstein, tworząc w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku teorię systemu światowego; Europa Środkowo-Wschodnia jest w niej de facto pierwszą kolonią Zachodu, to znaczy obszarem związanym z centrum trwałą i niekorzystną (aczkolwiek intratną dla lokalnych elit) relacją gospodarczą, nastawioną na eksport zbóż (z tym wiąże się rozwój instytucji folwarku i pracy niewolnej, wtórne poddaństwo i pańszczyzna), a także materiałów niezbędnych dla budowy oceanicznej floty (drewno, smoła, konopie), które umożliwiły nowożytnym państwom zachodniej Europy późniejszą ekspansję kolonialną w Afryce, obu Amerykach i Azji. Warto w tym miejscu przytoczyć dłuższy cytat z książki Mariana Małowista Wielkie państwa Sudanu Zachodniego w późnym średniowieczu (1964), gdyż dobrze oddaje on jego intuicje badawcze:

Nasuwają się tutaj pewne analogie z sytuacją w Europie Wschodniej, gdzie w tym samym okresie, jak już wielokrotnie podkreślałem, również wystąpiło zjawisko kolonizacji gospodarczej, sprzyjające wzmocnieniu starych struktur społecznych i hamujące dalszy rozwój ekonomiczny i socjalny, choć oczywiście zarówno Polska i Rosja, jak sąsiadujące z nimi inne kraje tego regionu, znajdowały się na znacz-nie wyższym poziomie cywilizacji niż tereny Afryki Zachodniej. Trudno oprzeć się pokusie, by ujmować wiek XVI i XVII nie tylko jako epokę szybkiego postępu kilku krajów północno-zachodniej Europy, ale równocześnie jako okres, w którym powolniejszy zresztą rozwój olbrzymich obszarów świata uległ zahamowaniu, zniekształceniu, a w konsekwencji regresowi.

Polski uczony pisał te słowa w epoce dekolonizacji Afryki, którą popierał, choć dostrzegał pewne nadmierne akcenty nacjonalistyczne. W tym miejscu nasuwa się kolejna analogia z krajami „Międzymorza”, bo i tam w okresie dekolonizacji, to jest zerwania zależności od Moskwy w ostatnim ćwierćwieczu, wystąpiły tendencje nacjonalistyczne. Cechą wspólną tych tendencji jest pogląd, że kraje regionu nadal są kolonią. Tyle że Zachodu.

Ziemowit Szczerek jest politologiem i stałym współpracownikiem kwartalnika Nowa Europa Wschodnia, krótko mówiąc, człowiekiem, który całą tę środkowo-wschodnią teorię ma zapewne w małym palcu; być może także dlatego skupił się na badaniach terenowych nad środkowo-wschodnią „szajbą”. Niemal wszędzie w trakcie swych podróży po „Międzymorzu” spotykał się z przejawami trwałości, jeśli nie wręcz „długiego trwania”, pewnego środkowoeuropejskiej przesądu. Każe on Polakom, Czechom, Węgrom i kilkunastu innym nacjom, sportretowanym w jego książce Międzymorze wierzyć, że skoro niewątpliwie są czymś odrębnym wobec Zachodu – Wschodem, Środkiem, a przynajmniej międzymorzem – to powinni podkreślać te różnice; tym bardziej, im bardziej w rzeczywistości przypominają Zachód. Skrajny przypadek stanowią tzw. narodowcy, których Szczerek całkiem słusznie porównuje do islamistów z krajów Europy Zachodniej, często potomków imigrantów w drugim czy trzecim pokoleniu. Jedni i drudzy odrzucają zachodnie wartości, głoszą kult przemocy, gloryfikują antysemityzm i faszyzm. Jedni i drudzy są produktem ubocznym procesu historycznego, który doprowadził do wykształcenia się na zapleczu kapitalistycznego centrum specyficznej, pełnej kompleksów i resentymentu mentalności „tubylca”. Ale nie oni jedni.

Zapis podróży Szczerka po prawdziwej i wyobrażonej Europie Środkowej trudno bowiem czytać bez uczucia déjà vu. Przynajmniej bohemiście, któremu brawurowe reportaże autora przywodzą na myśl opowiadania Jaroslava Haška z młodzieńczych eskapad po rubieżach imperium Habsburgów. On także wyruszył do Macedonii, najpewniej był w Bułgarii, z pewnością odwiedził Węgry, wschodnią Galicję i Bukowinę, był w Tatrach i w Zakopanem, i w Krakowie, skąd podjął niefortunną próbę przejścia granicy z Rosją; chciał dostać się do Królestwa, lecz trafił do carskiego aresztu (J. Magnuszewski, Polskie tropy wędrówek Jaroslava Haška). A na dodatek był słowianofilem; Europę utożsamiał z germanizacją, militaryzmem, kapitalizmem, imperializmem, kolonializmem i naprawdę wierzył w rewolucję, która nadejdzie z azjatyckich stepów.

I dziś też takich „Hašków” jest na kopy, od Bałtyku, po Morze Czarne i Adriatyk – i to są prawdziwi bohaterowie prześmiewczej książki Szczerka.On sam jednak bardziej przypomina Karla Capka, którego listy z podróży do krajów Europy Zachodniej miały przekonać rodaków, że – wbrew bredniom Haška i komunizującej inteligencji – Czechy są częścią Zachodu (Paryż, nie Moskwa).

Szczerek wędruje po Wschodzie, ale morał z jego wędrówek jest taki sam: Kudamm, nie Arbat. A że nie musiał wędrować per pedes, jak Hašek, zdołał wielokrotnie odwiedzić nie tylko Niemcy (będące wszak częścią Europy Środkowej) czy Albanię, Rumunię, Serbię i Turcję, ale także państwa bałtyckie, oczywiście Ukrainę, a nawet nieoczywisty Petersburg i Moskwę.

Z polskiej perspektywy to nadal terra incognita, gdzie rodaków spotyka się znacznie rzadziej niż na Zachodzie (a i to przeważnie znajomych). Miejscowi dzielą się na okcydentalistów i słowianofilów. Inaczej mówiąc, nudziarzy, bardzo demokratycznych i uniowolnościowatych […] jak Michnik i Havel razem wzięci, oraz paranoicznych nacjonalistów w rodzaju słowackiego neonazisty Kotleby.

Mimo dystansu wobec „nudziarzy” sam Szczerek oczywiście jest okcydentalistą. Powiedziałbym nawet, że fanatycznym, co przejawia się w niezwykle emocjonalnym, ekspresyjnym języku. Jeśli jednak odsiać wulgaryzmy (choć to raczej mission impossible), autor jawi się jako wzorzec z Sevres liberalnej poprawności, a w każdym razie trzeźwy analityk i uosobienie zdrowego rozsądku. Redaktor Giedroyc z pewnością drukowałby teksty Szczerka na łamach Kultury (tak jak to czyni szef Polityki). Rozumiałby, że rzeczywistość postsowiecka wymaga stosownego języka, jak np. w tym zwięzłym opisie Zaporoża, które było gigantyczną ulicówką. Główna ulica, Lenina, była jak kilkunastokilometrowa kłoda pierdolnięta w ubłocony step.

To cytat z wcześniejszej książki Przyjdzie Mordor i nas zje (2013). Szczerek ukazał w niej Ukrainę jako kraj, którego nie rozumiemy, mylimy tylko fantasmagorię z rzeczywistością, leczymy tam kompleksy. Podczas gdy jedynym, co ewentualnie mamy do zrobienia nad Dnieprem jest pomoc tamtejszym patriotom w ich dążeniu do Europy. Zamiast tego, i o tym też jest jego Międzymorze, Polacy dość nieoczekiwanie stanęli w awangardzie potępieńców (Szczerek napisałby: popierdoleńców), którzy od kilku lat próbują zawrócić bieg dziejów, odwrócić się plecami do Zachodu i pójść na wschód, bądź też – jak w przypadku ekipy rządzącej w Polsce – łudzić siebie i wyborców nadzieją, że można być gdzieś pomiędzy. Niewykluczone, że za kilka lat będziemy czytać Międzymorze jak książkę proroczą, kronikę zapowiedzianej śmierci europejskiego Wschodu, jego marginalizacji, bądź wykluczenia z UE. Jeśli Ziemowit Szczerek, w gruncie rzeczy kontynuujący liberalny dyskurs środkowoeuropejski spod znaku Miłosza czy Kundery, uchodzić będzie i wtedy za ekscentryka, świadczyć to będzie jedynie o tym, że rzeczywistość polityczna w Polsce naprawdę stanęła na głowie.

_________________________

Aleksander Kaczorowski

ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W NUMERZE: