Pytania o bibliotekę Cezarego Wodzińskiego | Dobrosław Kot (PP 143/2017)

NIGDY NIE BYŁEM w bibliotece Cezarego Wodzińskiego.

Znam tylko kilka jej widoków, migawek utrwalonych na fotografiach, ktore można znaleźć w sieci. Na pierwszej kadr wypełnia sam Filozof, z nonszalancją palący papierosa i ironicznie spoglądający w obiektyw. Wodziński siedzi bokiem, w czerwonym swetrze, jakby oderwany przez autora zdjęcia od pracy. Tylko zerka, zdjęcie uwiecznia błysk w oku. Za myślicielem widać rozmyte tło, grzbiety stłoczone na połkach. Nie można przeczytać tytułow, choć w przypadku niektórych książek można domyślać się, z jakich serii wydawniczych pochodzą. Pomiędzy książkami widać tomy większego formatu, być może oprawione maszynopisy lub kserokopie trudno dostępnych pozycji. Wszystko jednak zogniskowane jest na twarzy Filozofa, reszta we mgle i papierosowym dymie. W bibliotekę trzeba się wpatrzyć, Filozofa widać.

Na drugim zdjęciu książki na pierwszym planie, ułożone w równe stosy na biurku. Dopiero zza nich wyłania się postać Wodzińskiego, ale przecież i tak na nim skupia się fotograf. Tu okładki widać wyraźniej, choć z perspektywy widza można dostrzec nie grzbiety, lecz białe pliki zszytych kartek. Jakby książki celowo odwracały się tyłem, zasłaniając swą tożsamość. Porządek na biurku wygląda nienaturalnie, książki dominują. Wydaje się nawet, jakby Filozofowi ledwo starczyło miejsca, by oprzeć łokcie na blacie. Za nim skosy strychu i regały, wszystko rozmyte, w światłocieniu.

Jest też w sieci kilkunastominutowy film, robiony niespokojną kamerą, ktora porusza się niestrudzenie po zacienionym pomieszczeniu biblioteki, podczas gdy Cezary Wodziński wykłada zgromadzonym gościom etymologię nazwy Ublik. Widać skosy, regały i przede wszystkim biurko na podwyższeniu, niczym uniwersytecka katedra. Warsztat pracy podniesiony nad podłogę nie z pychy, lecz w poszukiwaniu światła, ktore wpada przez niewielkie okna. Między książkami biegają dzieci, kamerzysta nie może ani na chwilę unieruchomić swego oka, wpuszczonego do gabinetu Filozofa; Filozof mówi, chodząc po pomieszczeniu, dzieci się bawią. Niewiele widać, głownie słychać, ale przecież chyba temu miało służyć nagranie. Regały rożnej wysokości, pokornie podporządkowane logice więźby dachowej. Obudowane połkami słupy, książki wciśnięte nisko, pod same skosy. Pomiędzy zebranymi gośćmi widać Zygmunta Baumana. Pali fajkę, więc także spowity jest dymem. Jednak nie ma go tam, to duży portret w antyramie, oparty na sztalugach. Zdjęcie, ktore na filmie na mgnienie oka daje iluzję żywej obecności. Augenblick, Ublick, Ublik – o tym właśnie mowi w filmie Wodziński.

Czy mając przed oczami tylko mgłę i dym można pisać o czyjejś bibliotece? Czy nie chodząc nigdy między regałami, nie buszując wśrod połek, kiedy ciekawie podglądamy czyjeś zbiory, możemy powiedzieć cokolwiek o księgozbiorze? Te pytania są z pewnością ważne. Ale chyba muszą ustąpić innemu: gdzie jest biblioteka Filozofa? Z pozoru wiemy: w Ubliku. Ale to tylko część odpowiedzi i chyba nie ta ważniejsza.W Ubliku są książki. Zapewne też wydruki, kserokopie, teczki z wycinkami; notatki, rękopisy, odręczne glosy na marginesach, zakładki znaczące miejsca, do ktorych należy powrocić. W Ubliku jest księgozbior, ale biblioteka Filozofa chyba wykracza poza to miejsce, poza każde miejsce. W Bibliotece Babel Borges tworzy obraz gmachu, ktory obejmuje cały świat. Są w nim wszystkie książki świata, wszystkie możliwe permutacje książki, rozprzestrzenione w niezliczonych salach i uporządkowane wedle szczegolnych reguł. Ślepy bibliotekarz z Buenos Aires związał książki z miejscem. Wrażenie niesamowitości wywołał przez przygniatający obraz nieskończonej niemal przestrzeni. Może jednak jest inaczej, może niesamowitość biblioteki polega na tym, że żyje ona poza przestrzenią?

Nie byłem nigdy w Ubliku, ale kilka razy natrafiłem na ślady prowadzące do biblioteki Cezarego Wodzińskiego. Ślad jest jedynie śladem, odciskiem, po ktorego konturach możemy domyślać się rozmiaru buta. Ślad szybko zanika, trzeba go umieć napotkać, dany jest tylko przez chwilę. Napotkane ślady budzą wyobraźnię. Staje nam przed oczami przechodzień, snujemy przypuszczenia na temat jego wzrostu, wagi, sposobu chodzenia. To wszystko jest bardzo ulotne, lecz nie mam nic poza tą ulotnością.

Mam na przykład książki Cezarego Wodzińskiego, a w nich obszerne bibliografie. Wiem, że w jego bibliotece były zebrane dzieła Heideggera, w niemieckich oryginałach i polskich tłumaczeniach. Pomiędzy nimi tłumaczenia samego Wodzińskiego, dwutomowy Nietzsche. Nie wiem, czy stały razem, na kilku sąsiednich połkach, i nie wiem, jaki porządek został przyjęty, by je ułożyć. Wyobrażam sobie, że niektore z tomow były częściej niż inne wyciągane z tego magazynu i zapewne spędzały sporo czasu na biurku, podczas prac nad Kairosem, Światłocieniami zła czy Metafizyką i metapolityką. Może mają lekko wystrzępione grzbiety obwolut i same otwierają się na często czytanych stronach? Może niektore noszą na sobie ślady podroży, na przykład do Wiednia, gdzie Wodziński pisał Światłocienie? Wyobrażam je sobie w walizce, ściśnięte pomiędzy koszulami i kosmetyczką. Czy Filozof patrzył na swoje Heideggerowskie połki i widząc jednolite grzbiety myślał: „Heidegger”? Czy może dla niego Heidegger był gdzieś indziej, poza książkami, w jakimś miejscu, ktorego nie sposob wskazać na mapie? Zapewne wymykał się i bibliotecznej połce, i drewnianym ścianom Hütte w Todtnaubergu, na ktorej progu przysiadł Wodziński, o czym zaświadcza jedno ze znanych zdjęć. A skoro Heidegger był poza tą biblioteką, to jakie ma znaczenie, w jakim porządku stały jego dzieła w Ubliku?

Życie książek toczy się w dziwny sposob. Istnieją w myślach czytelnikow, w innych książkach, komentowane i cytowane. Ale stoją też na połkach, kurzą się, grzbiety płowieją im na słońcu bądź przechodzą zapachem pomieszczenia – dymem, wilgocią, perfumami. Wyobrażam sobie dziesiątki jasnych, rownych grzbietow Heideggerowskich Gesamtausgabe i zastanawiam się, co czuł Cezary Wodziński, dokładając kolejne ukazujące się tomy. Podziw? Przygniecenie? Wdzięczność? A może też rozczarowanie lub niepokoj, kiedy ustawiał Schwarzen Hefte i wiedział już, że musi się z tym cieniem po raz kolejny zmierzyć?

Nie wiem, czy grecko-niemiecka edycja Dialogow Platona i ich polskie tłumaczenia stały sąsiedztwie dzieł Heideggera. Być może wokoł nich narosł osobny kosmos komentarzy, nawiązań, greckich tekstow, ktory domagał się innej przestrzeni niż marmurowe Gesamtausgabe? A może obydwaj filozofowie zostali ironicznie przeciwstawieni na dwoch regałach, z ktorych spoglądali na siebie, rozdzieleni przestrzenią i papierosowym dymem? Przodem do Heideggera, tyłem do Platona lub na odwrot – w takim układzie zawsze trzeba byłoby komuś pokazać plecy. A gdzie Homer? Dostojewski? Nietzsche? Szestow? Słowniki? I czy to w ogole ma znaczenie?

Doświadczenie mi mowi, że zazwyczaj domowe biblioteki są walką między regułą a żywiołem. Reguła to porządek, ktory daje alfabet, tematyka, rowne grzbiety serii. Życie jednak zakłoca wcielanie tych idealnych zasad. Pojawiają się nowości, połka okazuje się za krotka lub za niska. Czasem zasady kłocą się między sobą: czy rozdzielać piękne serie wydawnicze, aby zebrać w osobne miejsca dzieła poszczegolnych autorow? Domowe biblioteki są żywe i dlatego nieidealne. Ich wewnętrzny logos może odkryć tylko właściciel, choć czasem i on gubi się we własnych regulacjach i sprzeniewierzeniach.

Zazwyczaj przegrywamy z książkami, one same wybierają sobie miejsce. Niektore moszczą się poza biblioteką, dając zaczyn lokalnym księgozbiorkom w sypialni, kuchni, nawet łazience. Są książki skazane na zapomnienie, upchnięte w drugich rzędach lub pogrzebane w pudłach. Te miejsca to ich czyściec, w ktorym brudzą się coraz bardziej, pokrywając kurzem. Stąd nie trafią ani z powrotem na biurko Filozofa, ani na śmietnik; nie odrodzą się w antykwariacie, kupione przez nowego właściciela. Ile takich książek czyśćcowych pokutowało na obrzeżach ublickiej biblioteki?

Z książek napisanych przez Cezarego Wodzińskiego można zrekonstruować najważniejsze regały jego biblioteki. W ten sposob wpuszcza nas, jak każdy autor, do swego domu, pokazując to, co najcenniejsze, najczęściej czytane i najgłębiej przemyślane. Ten dom niekoniecznie musi się znajdować w Ubliku – ciągle mam w pamięci pytanie o właściwe miejsce biblioteki. Nie wykluczam, bo nie mam tu żadnej wiedzy, że niektore z cytowanych często książek wcale nie mieszkały wraz Cezarym Wodzińskim, lecz ich domem była ktoraś z warszawskich bibliotek publicznych. Były jedynie gośćmi, zaproszonymi do pomocy w jakiejś wspolnej sprawie, kolejnej książce. Tacy goście często zostają na dłużej, wprowadzają się i nie chcą opuścić nowego domu. Ale większość gości wraca, skąd przybyła. A zatem bibliografie książek Wodzińskiego mogą skutecznie mylić tropy i zostawiać ślady książek, ktore nigdy nie należały do umoszczonej pod krokwiami biblioteki. Książki pożyczone, książki cudze, czasem nieoddane przez zapomnienie lub przeciwnie, zawłaszczone świadomie – to wszystko sprawia, że biblioteka Filozofa przekracza ściany swego miejsca na ziemi, ublickiego strychu. A ile książek należących do Wodzińskiego do dziś ukrywa się w innych księgozbiorach, bo zostały pożyczone, zapomniane lub przywłaszczone? Czy należą do starego miejsca, czy już wrosły w nowe, stając się pomostem między obcymi księgozbiorami?

Nie wiem tego, mam tylko ślady i nigdy nie byłem w bibliotece Wodzińskiego. Dlatego może bardziej niż tomy Platona i Heideggera ciekawią mnie książki zapomniane i zdradzone. Te, ktore były nieobecne w bibliotece dla samego Cezarego Wodzińskiego, choć znajdowały się tam, skryte w cieniu innych. Gdzie na przykład lądowały zrecenzowane habilitacje i doktoraty? Od razu w koszu, czy może w jakimś ślepym zaułku? Zapewne Filozof przeprowadzał tu selekcję. Czym się kierował? Wartością tekstu czy bliskością z autorem? A co z monografiami opatrzonymi kurtuazyjnymi dedykacjami, wręczanymi w biegu na korytarzach Polskiej Akademii Nauk? Czy dotarły do Ublika? Liczni autorzy chcą zapewne wierzyć, że tak. Mało tego, zapewne wierzą rownież, że zostały przeczytane i przetrawione. Zapewne nie dowiedzą się, jak było naprawdę, tu ślady są słabo widoczne.

Ublicka biblioteka to nie pierwsze miejsce, gdzie zamieszkał księgozbior Wodzińskiego. Dlatego to biblioteka dojrzała, zapewne uwolniona od wielu książek zbędnych lub takich, ktorych lektura i znaczenie dawno zatarły się w pamięci Filozofa. Skoro mam tylko ślady i zamiast odpowiedzi jedynie pytania, to mam też swobodę pytania o wszystko. I wiem, że niewiele ryzykuję, pytając. Dlatego pytam, co z książkami, o ktorych Cezary Wodziński nigdy wprost nie pisał, a bez ktorych nie byłoby jego myślenia i wrażliwości? Książki zwyczajne, czasem szmatławe i złodziejskie, ktore kradły czas nastoletniemu Cezaremu; książki dzieciństwa, często niegodne i być może po prostu niewarte cytowania; książki porzucone po latach, albo zapomniane przez Wodzińskiego, ktore jednak odcisnęły się w nim w czasie największej chłonności młodego umysłu. Ich pieczęci i znamion, pozostawionych w myśleniu, nie da się łatwo zmyć, choć można o nich szczerze i skutecznie nie pamiętać; książki, ktore były pierwszymi lekturami filozoficznymi, wybierane być może pochopnie, lecz czytane z wypiekami na twarzy. I choć zostały porzucone lata temu, to nadal w ciemnościach wydawały owoce. Czasem były to owoce gorzkie, jakieś wpojone w filozoficznym dzieciństwie nawyki myślenia lub przeświadczenia, ktore szybko zniknęły z horyzontu świadomego namysłu. Te książki mogły nigdy nie należeć do Wodzińskiego – pożyczane z bibliotek, od przyjacioł, znajdowane przypadkiem w dziwnych miejscach. Ale i one budują jego bibliotekę, choć nie ma ich w żadnym miejscu.

Nie wiem wielu rzeczy, nie wiem na przykład, czy Cezary Wodziński podpisywał swoje książki, czy zaznaczał swoje prawo posiadania. Mogłbym dość szybko to sprawdzić i uzyskać odpowiedź, ale wolę pytać. Moja wyobraźnia podpowiada mi, że raczej nie. Nie potrafię sobie zupełnie wyobrazić Wodzińskiego, ktory pieczołowicie przybija w każdej nowej książce wymyślny exlibris i sumiennie nadaje jej numer, wciągając do katalogu. Ale wiem, że to być może tylko słabość mojej wyobraźni, przecież nigdy nie byłem w bibliotece Cezarego Wodzińskiego.

Trochę wiem natomiast, że Filozof podkreślał w tekście, bardzo dyskretnie, i zaznaczał na marginesach klamry, wykrzykniki oraz znaki zapytania. Nie wiem, czy wykrzykiwał zachwyt, czy oburzenie i czy znak zapytania to dla autora glosowanego tekstu dobry znak czy zły. Nie wiem też, czy Wodziński robił tak zawsze, czy jego Heideggery, Platony i Homery były pokreślone i gęste od marginaliow. Ale zdarzało mu się. Znalazłem te znaki poza Ublikiem, poza biblioteką Wodzińskiego, w moim tekście, ktory Filozof uważnie przeczytał. I mam ten egzemplarz na połce i nie wiem, do kogo należy. Tekst głowny jest moj, marginalia Wodzińskiego. Marginalia Wodziński robił dla siebie, ale potem tekst zdał i oddał też marginalia. Tekst wrocił do mnie i mam we własnej bibliotece jakiś skrawek biblioteki Wodzińskiego, bo z pewnością te wykrzykniki i znaki pytajne należą do niego, nie do mnie.

Tych przyczołkow Wodzińskiego w mojej bibliotece jest więcej. Mam na połkach jego książki oraz książki przez niego tłumaczone, ktorym darował życie w polszczyźnie. Ateny i Jerozolima, pierwsza książka, gdzie zobaczyłem nazwisko Cezary Wodziński, wiele lat temu, czytając ją z wypiekami na twarzy podczas licealnych wakacji; Odys, Św. Idiota, ktore niedawno probowałem interpretować na nowo na potrzeby pisanego artykułu; Kairos, ktoremu zawdzięczam zwrocenie uwagi na tajemnicze sąsiadowanie myślenia i poetyzowania. To dla mnie ważne połki, na ktore często sięgam, a książki Filozofa noszą w sobie dziesiątki karteczek oznaczającychmiejsca szczegolne, ktore szeleszczą przy otwieraniu.

Ale przecież to tylko ślad tamtej biblioteki ublickiej, w ktorej nigdy nie byłem. Dwuznaczność frazy „książki Wodzińskiego” ujawnia dwuznaczność samej biblioteki. To zarazem tomy napisane przez Wodzińskiego, jak i posiadane przez niego. Probuję sobie wyobrazić, jakie miejsce w Ubliku zajmowały te książki podwojnie Wodzińskie: należące do autora egzemplarze jego własnych tekstow. Czy zostały zebrane w jednym miejscu, jako świadectwo przebytej drogi? Jakie Filozof wybrał dla nich otoczenie? Jak blisko były Heideggerow, Platonow, Szestowow? A może nie doczekały się własnej połki i te najbardziej Wodzińskie z książek tułały się w rozproszeniu, odkładane w miejsca zupełnie przypadkowe? Może ciągle ich brakowało w Ubliku, gdyż opuszczały dom, wydawane szczegolnym gościom z osobistą dedykacją? Poźniej z wydawnictwa przychodził egzemplarz, ktory zastępował puste miejsce, jednak musiał się liczyć z tym, że jest tu także tylko gościem.

Być może zresztą jest zupełnie inaczej, może te najbardziej Wodzińskie z książek nie należały już do niego? Może wydanie ich oddalało je od autora, przecinało pępowinę i stawały się coraz bardziej obce? Książki takie mogą pokazywać dynamizm biblioteki Filozofa. Jedną drogą napływają do niej nowe książki, kupowane bądź otrzymywane w prezencie, drugą zaś ruszają w świat na wieczną tułaczkę książki napisane, powiązane z biblioteką siecią cytatow i przywołań, lecz uwolnione z niej raz na zawsze. Może dlatego CezaryWodziński, pod wieloma względami niezadowolony ze Światłocieni zła, nigdy nie napisał tej książki na nowo? W każdym razie w mojej bibliotece jest tylko jedno, pierwsze wydanie. Może nie należała już do niego?

Te wszystkie dwuznaczności sprawiają, że sama biblioteka staje pod wielkim znakiem zapytania. A biblioteka Cezarego Wodzińskiego musiała ten znak zapytania wielokrotnie słyszeć. Przecież biblioteki to magazyn pisma, a pismo bywa podejrzane. Jak pisał sam Filozof w książce Logo nieśmiertelności: mowa jest dialektyczna (aletheiczna) – pismo jest niedialektyczne (letheiczne). Połki z metrami bieżącymi książek są jak nurty Lety. Ile pamiętamy z milionow przeczytanych słow? Ile myśli zamkniętych między okładkami pracuje w naszym myśleniu, udrażnia je i ożywia? Grzbiety książek są rozmazane jak na fotografiach, gdzie widać przede wszystkim Filozofa, Cezarego Wodzińskiego. Autorzy i tytuły, pojemne spisy treści, analizy i przypisy, pieczołowicie spisywane w innych gabinetach i innych bibliotekach, to wszystko rozpływa się w mgłach ponad Letą.

Dlatego biblioteki mają w sobie coś z cmentarza. Nekropolia idei, uporządkowana, miejscami pielęgnowana, miejscami zarośnięta chwastem; alejki uczęszczane i nieprzechodnie. Korzystanie z biblioteki przypomina też obyczaje cmentarne, filozof w bibliotece jest jak guślarz z dziadow, ktory przywołuje pokutujące dusze zmarłych. Guślarz może tylko pytać, zmarli odpowiadają lub milczą. Dlatego pytanie o bibliotekę jest być może zasadniejsze niż odpowiadanie – to zadanie samej biblioteki, samego cmentarzyska. W końcu i tak guślarz powie: „zostawcie nas w spokoju, a kysz!”, czasem przerywając zbłąkanej duszy w połowie zdania. I słyszę to „a kysz!” bardzo wyraźnie, choć nigdy nie byłem…
Kraków, marzec 2017 

ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W NUMERZE: